wywiady / o książce

Terytorium procesu i wspólnego sprzężenia, błądzenia i zasapania

Łęko Zygmuntówne

Rafał Gawin

Rozmowa Rafała Gawina z Łękiem Zygmuntównem, towarzysząca premierze książki Łęka Zygmuntównego K.Ł.M., wydanej w Biurze Literackim 8 września 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Przy K.Ł.M. Two­ja poprzed­nia książ­ka wyda­je się ultra­her­me­tycz­nym zbio­rem zadań z che­mii i meta­fi­zy­ki dla zaawan­so­wa­nych w prak­ty­kach jogicz­no-trans­cen­dent­nych. Na ile liczy się dla Cie­bie, za prze­pro­sze­niem, prze­kaz?

W Ξένο- rze­czy­wi­ście Emi­la, czy­li alter ego powsta­łe z połą­cze­nia Émi­lie du Châte­let i Emi­lii Kon­wer­skiej, zada­je mnó­stwo che­mi­stycz­no-meta­fi­zy­kal­nych pytań, jak choć­by: „w jakich ukła­dach płcio­wych przy­ro­da mniej fawo­ry­zu­je tok­sycz­ną męskość” i „ile wyno­si jej entro­pia pod­ów­czas?”; „jak wyglą­da twój układ płci i miło­śni?”; „ile wyno­si czas poło­wicz­nej prze­mia­ny z rodzi­cza i dziab­ka?”; „czy toż­sa­mość musi pocho­dzić z góry, czy może też z boków?”; jaką ener­gię wyra­ża­ją two­je wię­zi mię­dzy­ludz­kie, przy­rod­ni­cze i gazo­we, a tak­że czy czu­jesz od nich wzdę­cia?”; „jak kon­stru­ować prze­strzeń miło­ści?”; „jakim prze­obra­że­niom pod­le­ga­ją two­je tory oraz czy towa­rzy­szą im lep­to­ny, foto­ny albo sta­ty­sty­ka bozo­no­wa i jakie roz­kła­dy praw­do­po­do­bień­stwa, pokre­wień­stwa i pomie­sza­nia je opi­su­ją, a jaki prze­krój czyn­ny?”; „po ilu ite­ra­cjach wra­casz do sie­bie z wyżę­cia i jaką war­tość wła­sną nosisz?”; „z jakim izo­to­pem chcesz pół­tr­wać, a z jakim typem roz­pa­du prze­mi­niesz i ile wyno­si ryzy­ko?”.

Wyda­je mi się, że Ξένο- nosi naj­wię­cej wyeks­tra­ho­wa­ne­go prze­ka­zu ze wszyst­kich tek­stów, któ­re napi­sa­łom w życiu, nie wiem jed­nak, czy wystę­pu­ją tam jakie­kol­wiek trans­cen­den­tal­ne inspi­ra­cje, na pew­no żad­ne jogo­we. Pyta­nie, czy prze­kaz w poezji musi być czy­tel­ny, uchwyt­ny natych­miast. Łukasz Kra­jew­ski wspo­mi­nał o prze­pi­sa­niu De rerum natu­ra, o kłi­ro­wym gene­sis. Wero­ni­ka Stęp­kow­ska roz­po­zna­ła joni­za­cję słów i atmos­fe­ry. Mał­go­rza­ta Büth­ner-Zawadz­ka, pod­czas pane­lu Trans­pł­cio­wość i lite­ra­tu­ra, któ­ry odby­wał się w Pozna­niu 14 czerw­ca tego roku, zapy­ty­wa­ła o sprzę­że­nie natu­ry i nauki w ryt­mach nie­bi­nar­no­ści, w ramach uela­stycz­nia­nia języ­ka – i tutaj rze­czy­wi­ście moż­na widzieć meta­fo­rycz­ne poro­zu­mie­nie z roz­cią­ga­niem w jodze, któ­re­mu powin­na towa­rzy­szyć joga­su­tra „sthi­ra sukham asa­na”. Język roz­pa­try­wa­ny jako część cia­ła, usy­tu­owa­na prze­waż­nie w mózgu, może pod­le­gać takie­mu stret­chin­go­wi, któ­ry ćwi­czo­ny regu­lar­nie, pokor­nie i cier­pli­wie sta­je się sta­bil­ny i wygod­ny jak w jodze.

Pod­czas spo­tkań autor­skich wokół Ξένο- wspo­mi­na­łom też o żałob­nych halu­cy­na­cjach nauko­wych, doświad­cze­niu zmien­no­ści, obco­ści i obcych roz­ma­ito­ściach, neo­lo­gi­zmach, wymia­rze ducho­wym, lirycz­nych mecha­ni­zmach obron­nych, wię­ziach mię­dzy­ludz­kich i mię­dzy­czą­stecz­ko­wych, oga­ne­so­nie, eks­pe­ry­men­tach, kolap­sie funk­cji falo­wej, regu­le faz, duali­zmie kor­pu­sku­lar­no-falo­wym. Nie­któ­re oso­by, przy­kła­do­wo cór­ka Asi Muel­ler, odnaj­dy­wa­ły w tym cząst­kę sie­bie – i to chy­ba naj­cen­niej­sze w recep­cji poetyc­kiej.

Uwiel­biam rów­nież per­for­ma­tyw­ne czy­ta­nia wier­szy z Ξένο-, uwzględ­nia­ją­ce przy­kła­do­wo wspól­ne oddy­cha­nie pudeł­ko­we. Pre­zen­ta­cje te, jak choć­by pod­czas jed­ne­go ze spo­tkań z cyklu „Spo­so­by widze­nia” w ms2 w Łodzi, prze­ma­wia­ły do widow­ni być może bar­dziej niż same sło­wa. W stycz­niu Anna Kara­siń­ska, reży­ser­ka, opo­wia­da­ła o psy­cho­lo­gii pro­ce­su i może tu leży klucz do prze­ka­zu, a tak­że pod­sta­wo­wy most mię­dzy Ξένο- i K.Ł.M. Pierw­sze, jako pre­fiks, omnia­mo­rycz­ny i omni­flek­syj­ny, zapra­sza i ugasz­cza. Dru­gie, jako skró­to­wiec, sta­wia kro­py i szy­fry, choć wyda­wa­ło­by się, że jest zupeł­nie na odwrót. Oby­dwie książ­ki zaś mówią o miło­ści.

Z kolei prze­kaz zwią­za­ny z oddy­cha­niem i języ­kiem z pew­no­ścią w mistrzow­ski spo­sób odda­je Zofia Bał­dy­ga, choć­by w Kli­ma­cie kon­ty­nen­tal­nym czy Nauce oddy­cha­nia.

Do kogo piszesz te wier­sze? Oso­by boha­ter­skie poja­wia­ją się u Cie­bie dość często i gęsto z imion, pseu­do, pery­fraz – jako adre­sat­ki i punk­ty odnie­sie­nia do snu­tej – nie boję się tego sło­wa w przy­pad­ku K.Ł.M. – nar­ra­cji.

Pierw­sze wier­sze z K.Ł.M. powsta­wa­ły w 2018 roku i spo­rą inspi­ra­cją była dla mnie książ­ka Domi­ni­ki Dymiń­skiej Dan­ke, czy­li nigdy wię­cej. Autor­ka na koń­cu dzię­ku­je źró­dłom siły, zwie­rzę­tom, rodzi­com, nie­któ­rym ludziom, byłym chło­pa­kom, obcym języ­kom. To chy­ba dobre adre­sat­ki.

W jakim klu­czu chcesz być czy­ta­ne? Może­my rzu­cać się na teo­rie lite­ra­tu­ro­znaw­cze, reali­zo­wać pod­mio­cia filo­zo­ficz­ne, psy­cho­lo­gicz­ne, gen­de­ro­we i queero­we, ale prze­cież, w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku, pozo­sta­je­cie na mapie ty i czy­tel­nicz­ka. Jakie tery­to­rium zazna­czasz? 

Każ­de odczy­ta­nie jest dla mnie zaszczy­tem. To tery­to­rium pro­ce­su i wspól­ne­go sprzę­że­nia, błą­dze­nia i zasa­pa­nia. W osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku wybrzmie­wa­ją naj­czę­ściej poje­dyn­cze fra­zy, jak wiersz z pod­sta­wów­ki, któ­ry mi się śnił ostat­nio: „Aż tu nagle Heniek hul­taj swój wehi­kuł łapie i z zapa­łem pędzi, że aż sapie”. 

Zatem jak czy­tać wier­sze takie jak „kłam­stwo siu­sia­ka”?

Wiersz „kłam­stwo siu­sia­ka” moż­na odczy­ty­wać w odnie­sie­niu do pytań zada­wa­nych choć­by przez Judith Butler w Uwi­kła­nych w płeć. Femi­nizm i poli­ty­ka toż­sa­mo­ści. Sko­ro katha­oey pobu­dza ero­tycz­nie dekla­ra­tyw­nie hete­ro­sek­su­al­nych cispł­cio­wych męż­czyzn, to gdzie prze­bie­ga gra­ni­ca hete­ro­sek­su­al­no­ści i cispł­cio­wo­ści? Co sta­no­wi przed­sta­wie­nie ról i atry­bu­tów płcio­wych, a co rze­czy­wi­ste sprzę­że­nie emo­cjo­nal­ne? W jakich ramach two­rzo­na jest ilu­zja i cze­go ona doty­czy? A może pójść dalej, w femi­nizm anty­kon­trak­to­wy Caro­le Pate­man i zasta­no­wić się, co obej­mu­je kon­trakt płci? Albo wes­tchnąć wespół z Rebec­cą Sol­nit nad męż­czy­zna­mi, któ­rzy tłu­ma­czą nam świat? Czy Sara Ahmed zapro­si­ła­by katho­ey do gro­na psuj­za­baw i w jakim zakre­sie? Na ile w miło­st­ce może­my żądać uzna­nia wła­snej pod­mio­to­wo­ści, na ile ktoś się liczy z naszą podat­no­ścią na zra­nie­nie i jak prze­bie­ga dro­ga od roman­tycz­nej fan­ta­zji do roz­cza­ro­wa­nia – czy na te pyta­nia pomo­że nam odpo­wie­dzieć Eva Illo­uz? A może powin­ny­śmy iść za Moną Chol­let i wymy­ślić miłość na nowo, doko­nać wiel­kie­go wywłasz­cze­nia, stać się pod­mio­cia­mi ero­tycz­ny­mi, polu­zo­wać ima­dło spoj­rzeń? Zasta­no­wić się z bell hooks, czy męż­czyź­ni są goto­wi na zmia­nę?

Jaki rodzaj abre­wia­cji tudzież ini­cja­li­za­cji zasto­so­wa­łoś w tytu­le książ­ki? Nie licząc dość oczy­wi­ste­go sko­ja­rze­nia, bio­rąc pod uwa­gę poszczególne tytu­ły wier­szy, że K.Ł.M. ma jakiś – uprasz­cza­jąc i nie spoj­le­ru­jąc – istot­ny dla zbio­ru zwią­zek z kate­go­rią kłam­stwa.

Tak, w jed­nym z wier­szy poja­wia­ją się per­mu­ta­cje i sko­ja­rze­nia z kłm-kmł-łkm-łmk-młk-mkł. Oprócz odnie­sie­nia do kła­mu jest to połą­cze­nie róż­nych ini­cja­łów.

Czy nie jest tak, że w świe­cie zepsu­tej, skom­pro­mi­to­wa­nej albo co naj­mniej zre­kon­stru­owa­nej praw­dy to kate­go­ria kłam­stwa jest klu­czo­wa dla zro­zu­mie­nia rze­czy­wi­sto­ści, nie tyl­ko tej poza­bi­nar­nej?

Pomi­mo tak posta­wio­ne­go pyta­nia nie wyda­je mi się, żeby kate­go­ria kłam­stwa była klu­czo­wa w poznaw­czym sen­sie. Bar­dziej chy­ba odpo­wia­da­ła­by mi goto­wość do skon­fron­to­wa­nia się z fak­ta­mi i z ładun­kiem emo­cjo­nal­nym, któ­ry pocią­ga za sobą połą­cze­nie nowych infor­ma­cji z ist­nie­ją­cą struk­tu­rą praw­dy, któ­rej dana kwe­stia doty­czy.

Jak tutaj, i w kon­tek­ście tej książ­ki, zde­fi­niu­jesz „ist­nie­ją­cą struk­tu­rę praw­dy”?

Nawią­zu­jąc do pierw­sze­go pyta­nia – w jodze satya ozna­cza coś, co ist­nie­je poza złu­dze­nia­mi, praw­do­mów­ność w myślach, mowie i uczyn­kach. W kon­tek­ście K.Ł.M. ist­nie­ją­cą struk­tu­rą praw­dy wyda­je mi się szcze­rość wobec wła­snych uczuć, emo­cji, uświa­do­mie­nie sobie tych sta­nów czy mecha­ni­zmów wewnętrz­nych i ich zaak­cep­to­wa­nie.

Na czym może pole­gać akcep­ta­cja kłam­stwa, wyra­żo­na w for­mie życze­nia przez pod­mio­cie wier­sza „górna sta­ty­sty­ka M.Ł.”?

Może to doty­czyć ilu­zo­rycz­no­ści kry­ją­cej się za zako­cha­niem, nie­do­strze­ga­niem sygna­łów ostrze­gaw­czych, uru­cho­mie­niem ście­żek neu­ro­nal­nych odpo­wia­da­ją­cych za odu­rze­nie czy zadu­rze­nie, tym­cza­so­wym wyłą­cze­niem lęków i ich nagłym powro­tem w przy­pad­ku odcię­cia od źró­dła sty­mu­la­cji. Odpo­wia­da to róż­nym potrze­bom: tym krót­ko­trwa­łym, łatwiej­szym do zaspo­ko­je­nia, i tym dłu­go­fa­lo­wym, wyma­ga­ją­cym więk­sze­go zaan­ga­żo­wa­nia i kom­pro­mi­sów, rów­nież w odnie­sie­niu do kłamstw życia codzien­ne­go tak, by nie ranić dru­giej oso­by.

Poezja jako taka, czy kre­acyj­na, czy rekre­acyj­na, czy nawet kon­fe­syj­na, ule­ga rze­czy­wi­sto­ści i nie będzie jej odzwier­cie­dlać, choć­by ary­sto­te­lej­sko: bar­dziej bez­na­mięt­nie spra­woz­daw­czo-kon­fe­ren­cyj­nie, czy z pew­ną dozą lokal­ne­go i kosmicz­ne­go kolo­ry­tu – w kon­fet­ti. Kłam­stwo musi wygrać i nie ma inne­go wyjścia. Tak?

Nie prze­ma­wia do mnie przy­sta­wal­ność kate­go­rii wygra­nej czy prze­gra­nej z poezją jako języ­kiem, inwen­cją, rekre­acją czy kon­fe­syj­no­ścią. Poezja wedle mnie może jak naj­bar­dziej wier­nie odzwier­cie­dlać i nazy­wać zmien­ną rze­czy­wi­stość uczu­cio­wą.

Czy masz obmy­ślo­ną teo­rię kata­strof z puen­ty wier­sza „kłam­stwo bli­skie”?

W tym kon­tek­ście moż­na się­gnąć po kla­sy­kę: Rok 1984 albo Opo­wieść pod­ręcz­nej jako dys­to­pij­ne kształ­to­wa­nie teo­rii kata­stro­fy. Z kolei Piąty święty żywioł Star­hawk daje nadzie­ję na odro­dze­nie po kata­stro­fie. W tomi­ku prze­wi­ja się tak­że mikro­po­raż­ka, któ­rą wywo­ła­ło zachod­nie podej­ście do katho­ey, czy­li wedle kolo­nial­ne­go języ­ka – lady­boyów. Rdzen­na kate­go­ria trze­ciej płci lub ogól­nie ina­czej poj­mo­wa­na płcio­wość ugi­na się pod napo­rem medy­ka­li­za­cji, fety­szy­za­cji, kon­sump­cjo­ni­zmu, sek­su­al­nej tury­sty­ki, por­no­gra­fi­za­cji i trans­fo­bii.

Co więc może być bar­dziej nie­bez­piecz­ne dla świa­ta: wymy­śla­nie trze­ciej dro­gi, trze­ciej kate­go­rii, czy pod­kre­śla­nie binar­no­ści zja­wisk i pro­cesów, które prze­cież, w swej płyn­nej natu­rze, pozo­sta­ją nie­uchwyt­ne w ruchu? 

Nie do koń­ca rozu­miem kon­tekst nie­bez­pie­czeń­stwa w tym wzglę­dzie i topo­lo­gicz­ny wymiar, któ­re kry­je się za sło­wem „świat”. Wymy­śla­nie trze­ciej dro­gi czy kate­go­rii w odnie­sie­niu do płci nie sta­no­wi żad­ne­go novum – ani w sen­sie kul­tu­ro­wym, ani ści­śle bio­lo­gicz­nym. W krę­gu euro­pej­skim może­my wspo­mnieć o andro­gy­nii, bada­nej przez mię­dzy inny­mi San­drę Bem, Doro­thee Bier­hoff-Alfer­mann czy Ullę Bock. Naukow­czy­nie te wycho­dzi­ły z zało­że­nia, że nie ist­nie­je gene­tycz­ne uwa­run­ko­wa­nie, któ­re wymu­sza­ło­by wykształ­ce­nie w czło­wie­ku tyl­ko męskich bądź żeń­skich cech. Wska­zy­wa­ły one na współ­wy­stę­po­wa­nie wie­lu czyn­ni­ków, któ­re w zależ­no­ści od dal­sze­go roz­wo­ju bio­lo­gicz­no-spo­łecz­ne­go mia­ły­by decy­do­wać, jakie rysy oso­bo­wo­ścio­we będą domi­nu­ją­ce, przy czym andro­gy­nię postrze­ga­no pod­ów­czas jako opty­mal­ną mie­szan­kę. Andrea Dwor­kin, Moni­que Wit­tig czy Julia Kri­ste­va postu­lo­wa­ły cią­głość i wie­lo­po­sta­cio­wość płcio­wą albo wręcz uzna­wa­ły wszel­kie meta­fi­zycz­ne prze­ko­na­nia o ist­nie­niu usta­lo­nych toż­sa­mo­ści płcio­wych za destruk­cyj­ne. Vir­gi­nia Woolf widzia­ła andro­gy­nię jako kon­ti­nu­um, w obrę­bie któ­re­go moż­na sobie wybrać miej­sce – nie­za­leż­nie od wpły­wów tra­dy­cji czy dzie­jo­wo­ści. Sta­no­wi­sko to spo­tka­ło się rów­nież z kry­ty­ką ze stro­ny femi­ni­stek rady­kal­no-kul­tu­ro­wych, mię­dzy inny­mi Mary Daly i Adrien­ne Rich, któ­re ceni­ły wychwy­ty­wa­nie i nazy­wa­nie odręb­no­ści mię­dzy płcia­mi jako narzę­dzia poli­tycz­ne­go.

Para­doks andro­gy­nii (czy ogól­nie – trze­ciej kate­go­rii w nar­ra­cji ukształ­to­wa­nej dycho­to­micz­nie) pole­ga na tym, że roz­wa­ża­nia o andro­gy­nii skie­ro­wu­ją uwa­gę wciąż i na nowo na punkt wyj­ścia lub odnie­sie­nia, któ­re idea andro­gy­nii usi­łu­je roz­wi­kłać – czy­li na wyty­cza­nie gra­ni­cy mię­dzy kobie­co­ścią a męsko­ścią, na ich utrwa­la­nie i nor­ma­ty­wi­zo­wa­nie.

Tro­chę to przy­po­mi­na poję­cie kon­sty­tu­tyw­ne­go zewnę­trza Judith Butler, co odno­si się do zewnętrz­no­ści w obrę­bie języ­ka. Język, mia­no­wi­cie, miał­by zosta­wać zmu­szo­ny odpo­wia­dać owe­mu zewnę­trzu za pomo­cą powta­rzal­nych wysił­ków uchwy­ce­nia upo­rczy­wej utra­ty czy nie­obec­no­ści tego, co nie daje się uchwy­cić. Z kolei pra­gnie­nie, by poło­żyć kres pra­gnie­niu „uchwy­ca­nia”, jest wpraw­dzie ska­za­ne na poraż­kę, jed­nak otwie­ra tak­że prze­strzeń odmiennego/odmieńczego ozna­cza­nia – for­mę spraw­czo­ści – w ite­ra­cyj­nych kate­go­riach.

Ger­trud Leh­nert nato­miast zastę­pu­je andro­gy­nię poję­ciem per­ma­nent­ne­go ruchu, maska­ra­dy: zarów­no kobie­cej, jak i męskiej, a jed­no­cze­śnie ani kobie­cej, ani męskiej – bar­dziej krzy­żu­ją­cej się, w oby­dwoj­gu uczest­ni­czą­cej, będą­cej nie sta­le, a na poszu­ki­wa­niach cze­goś inne­go, tym samym nie­mo­gą­cej osią­gnąć sta­bil­nej pozy­cji, co może wprost odpo­wia­dać na intu­icje posta­wio­ne w Two­im pyta­niu.

Inspi­ru­jąc się zaś nie­in­do­eu­ro­pej­ski­mi tro­pa­mi, może­my wska­zać na cala­lai, cala­bai i bis­su, wystę­pu­ją­ce w spo­łe­czeń­stwie Bugisek_ów na Cele­be­sie. Trud­no powie­dzieć, na ile kate­go­rie trans­pł­cio­wych albo homo­sek­su­al­nych kobiet lub męż­czyzn przy­sta­ją do cala­lai i cala­bai. Na pew­no bis­su sta­no­wi „meta­płeć”, jak to okre­śli­ła antro­po­loż­ka Sha­ryn Gra­ham Davies. Zosta­nie bis­su nie zale­ży od płci przy­pi­sa­nej przy uro­dze­niu, nie pole­ga na prze­bie­ran­kach, przyj­mo­wa­niu okre­ślo­nych ról. Jeśli już, to bis­su łączy­łu­by mak­kun­rai, oro­ané, cala­lai i cala­bai, wpro­wa­dza­jąc pią­tą kate­go­rię płci. Do tej tran­zy­cji jed­nak nale­ży mieć odpo­wied­nie sny, a potem zna­leźć odpo­wied­niu ducho­wu prze­wod­ni­czu. Czyż­by post­pł­cio­wy rodzaj w pol­sz­czyź­nie i duka­izmy ide­al­nie opi­sy­wa­ły te oso­by? Dla kogo boga­te ima­gi­na­cyj­nie sny mia­ły­by być groź­ne i dla­cze­go?

Wra­ca­jąc do dys­kur­su bliż­sze­go euro­pej­skie­mu kon­ty­nen­to­wi, ocie­ra­my się o kse­no­pł­cio­we poli­ty­ki, budu­ją­ce porzą­dek poznaw­czy poza cishe­te­ro­nor­ma­tyw­nym porząd­kiem, któ­ry akcep­tu­je odmien­ność pod­ów­czas, gdy zbyt­nio się ona nie narzu­ca, uzna­je panu­ją­ce matry­ce nor­ma­tyw­ne i jeśli do zro­zu­mie­nia owej odmien­no­ści nie trze­ba zawie­szać wia­ry­god­no­ści czy uży­tecz­no­ści obo­wią­zu­ją­cych sys­te­mów myśle­nia, kla­sy­fi­ko­wa­nia i war­to­ścio­wa­nia. Źró­deł tych podejść może­my doszu­ki­wać się w roz­wo­ju les­bij­skich toż­sa­mo­ści „fem­me” i „butch” czy póź­niej – „queer” i „gen­de­rqu­eer”. Samo sło­wo „nie­bi­nar­ność” impli­ku­je pew­ną afir­ma­cję przez zaprze­cze­nie w obrę­bie kul­tu­ro­wych prak­tyk, eks­pre­sji i repre­zen­ta­cji.

Kse­no­pł­cio­wość może akcen­to­wać wie­lość, płyn­ność i nad­płyn­ność toż­sa­mo­ści albo zawie­sze­nie jakich­kol­wiek odnie­sień do płci; albo nawią­za­nie do rze­czy, istot, mecha­ni­zmów fizycz­nych, pier­wiast­ków che­micz­nych, pla­net, roślin, ciał nie­bie­skich, abs­trak­cyj­nych kon­cep­cji, doznań este­tycz­nych i syne­ste­tycz­nych. Ta języ­ko­wa pla­stycz­ność zda­je się dobrze rezo­no­wać z neu­ro­róż­no­rod­no­ścią i sta­no­wi mikro­sprze­ciw wzglę­dem epi­ste­micz­nej prze­mo­cy w sto­sun­ku do mar­gi­na­li­zo­wa­nych mniej­szo­ści. Prze­moc ta unie­waż­nia­ła­by war­tość jakich­kol­wiek aktów ksenopłciowej/queerowej samo­iden­ty­fi­ka­cji.

Pod­czas pisa­nia tek­stów i two­rze­nia kola­ży do Ξένο- z pew­no­ścią towa­rzy­szy­ła mi „pla­isir”, kie­dy otrzy­my­wa­łom zwrot­ną infor­ma­cję, jak loku­ję się na gen­de­ro­wym ukła­dzie okre­so­wym pier­wiast­ków; a tak­że „jouis­san­ce”, kie­dy czer­pa­łom radość z odnaj­dy­wa­nia wyra­zów i nad­cie­kłych, polii­zo­to­po­wych kon­cep­cji. Kse­no­pł­cie mogą posłu­żyć za „mora­to­rium” dla osób, któ­re przy­mie­rza­ją kse­no­iden­ty­fi­ka­cje jako war­stwy moż­li­wych samo­okre­śleń.

Sądzę jed­nak, że Two­je pyta­nie doty­ka inne­go sed­na – na ile moż­na uzna­wać i akcep­to­wać toż­sa­mo­ści płcio­we w ramach nie­ci­snor­ma­tyw­nej iden­ty­fi­ka­cji; jak wyglą­da prze­strzeń nego­cja­cji; jak dale­ce daje się roz­bu­do­wy­wać słow­ni­ki do komu­ni­ko­wa­nia owych toż­sa­mo­ści-na-mia­rę, suge­ro­wa­nia tro­pów eks­pre­sji, cech oso­bo­wo­ści, prą­dów este­tycz­nych; czy też czy nie nara­ża­my się tym samym na ryzy­ko dys­kre­dy­ta­cji i ośmie­sze­nia wyni­ków naszych poszu­ki­wań, rów­nież w kon­tek­ście tele­olo­gii tran­zy­cji i donio­sło­ści „pas­sin­gu”. Kse­no­pł­cio­wość jako „trze­cia dro­ga”, poza rama­mi męsko­ści i kobie­co­ści, może oczy­wi­ście nieść przy­jem­ność prze­kro­cze­nia, ale czę­sto zda­rza się rów­nież, że oka­zu­je się rze­czy­wi­sto­ścią wyklu­cze­nia.

Bar­dzo traf­nie, bole­śnie i empa­tycz­nie reje­stru­jesz te pro­ce­sy. Chcia­ło­byś, by Two­je wier­sze mogły mieć cha­rak­ter inter­wen­cyj­ny, a więc spraw­czy?

Ale że obok wiesz­czów i wiesz­czek ma zasiąść wiesz­cze, wiesz­czu – lub mno­gie wiesz­cza? Obec­ność mojej poezji na pane­lach takich jak Trans­pł­cio­wość w lite­ra­tu­rze w Pozna­niu albo Queere und trans* Zeitlich­ke­iten Kol­lek­ti­vitäten in Poesie w Ber­li­nie i spo­tka­nia z ludź­mi tam­że uwa­żam za ogrom­ny zaszczyt, wyróż­nie­nie i widzę jako spraw­czość sło­wa. Nie wiem, na ile opi­su­ję pro­ce­sy wspo­mnia­ne w pyta­niu w gene­rycz­ny spo­sób, ale przy­kła­do­wo cie­szy mnie, że któ­reś wier­sze z Hiob­by poru­szy­ły pew­ne stru­ny w środ­ku u mojej kole­żan­ki z pra­cy i że mogły­śmy szcze­rze poroz­ma­wiać o jej odczu­ciach.

Czy może cho­dzić o kathar­sis, swo­iste uko­lo­le­nie (bio­rę z „kłam­stwa snu”)? Poezja jesz­cze jest do tego zdol­na, potra­fi coś (sama) wyge­ne­ro­wać?

Opi­sa­ło­bym to sze­rzej, jako pew­ną intym­ną prze­strzeń, a w jej obrę­bie jak naj­bar­dziej może poja­wić się oczysz­cze­nie, uko­je­nie, utu­le­nie, uko­lo­le­nie albo dozna­nie mate­ma­tycz­ne. Uwiel­biam, gdy poezja pobu­dza mnie do roz­po­zna­nia tego typu struk­tur – jak choć­by czy­ta­nie wier­szy Sta­ni­sła­wa Kali­ny Jagla­rza, natknię­cie się na fra­zę „zamy­ka się cia­ło wody nad cia­łem zwie­rząt” i roz­my­śla­nie nad mate­ma­tycz­ną głę­bią w tym zawar­tą.

W obli­czu gene­ra­tyw­ne­go scrol­lo­wa­nia poezja czy dłuż­szy tekst „wyge­ne­ro­wu­je” i wydo­by­wa uwa­gę i sta­ny cen­ne już z pozio­mu neu­ro­che­micz­ne­go. Katie King opo­wia­da­ła o apa­ra­cie pro­duk­cji lite­rac­kiej, któ­ry pod­czas pro­duk­cji wier­sza czer­pie z odpo­wied­ni­ków żywe­go języ­ka, one zaś wytwa­rza­ją war­tość lite­rac­ką na punk­tach sty­ku sztu­ki, biz­ne­su i tech­no­lo­gii. Może to zatem pyta­nie nie o zdol­no­ści liry­ki, lecz o potrze­bę poszu­ki­wa­nia.

Na ile pro­wo­ku­jesz snu­ciem poten­cjal­nych teo­rii nauko­wych, wywo­du bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla eks­pe­ry­men­tu, a nie lite­ra­tu­ry, a na ile rze­czy­wi­ście podą­żasz ścież­ką wła­snych, nie­ko­niecz­nie poetyc­kich odkryć?

W K.Ł.M. nie ma raczej żad­nych odkryć, chy­ba że te w sfe­rze emo­cjo­nal­nej i języ­ko­wej, któ­re nie­odzow­nie towa­rzy­szą moje­mu pisa­niu. Poten­cjal­ne teo­rie nauko­we na temat nad­płyn­no­ści płcio­wej były snu­te roz­wle­klej w Ξένο-.

I odno­sisz się do nich w „para­lak­sie” czy to tyl­ko nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce nawią­za­nie?

W „para­lak­sie” kon­cept nad­cie­kło­ści nawią­zu­je do hera­kli­ty­zmu. Płyn­ność impli­ku­je pew­ną lep­kość, co ozna­cza tar­cie wewnętrz­ne. Nad­płyn­ność z kolei to stan makro­sko­po­wy, któ­ry zacho­wu­je wła­sno­ści kwan­to­we i wyka­zu­je zero­wą lep­kość. Nad­cie­kła sub­stan­cja może wspi­nać się po ścian­kach zlew­ki, a wyja­śnie­nia fizycz­ne mówią o gład­kim współ­ist­nie­niu dwóch rodza­jów fal – lub faz, gdzie te fale domi­nu­ją. Cho­dzi o fale kon­wek­cyj­ne, zwią­za­ne ze zmien­no­ścią ter­micz­ną, oraz o fale ciśnie­nio­we, odno­szą­ce się do gęsto­ści. Owo nie­omal bez­ko­li­zyj­ne nad­pły­nię­cie odno­szę meta­fo­rycz­nie, kse­no­pł­cio­wo do ukła­du spo­łecz­ne­go, gdzie indy­wi­du­al­na toż­sa­mość har­mo­nij­nie współ­gra z kolek­tyw­nym młyń­cem kul­tu­ro­wym – bez­kon­flik­to­wo, czy­li uto­pij­nie. Podob­nie moż­na by budo­wać para­le­le wzglę­dem prze­wod­nic­twa i nad­prze­wod­nic­twa, gdzie zani­ka rezy­stan­cja i prąd pły­nie bez opo­ru. Zresz­tą nie­któ­re fizycz­ne wyja­śnie­nia nad­cie­kło­ści bazu­ją na feno­me­no­lo­gicz­nym opi­sie nad­prze­wod­nic­twa.

Cho­ciaż Hera­klit z Efe­zu uzna­wał ogień za zasa­dę świa­ta, a nie izo­top helu o jed­nym neu­tro­nie (hel‑3), to jako praw­dę widział też zmien­ność, trwa­nie nazy­wał złu­dze­niem, a zamiast bytu pro­po­no­wał sta­wa­nie się. Waria­bi­lizm, czy­li skró­to­wo powszech­ne prze­obra­ża­nie, w połą­cze­niu z nad­cie­kło­ścią wpro­wa­dza ide­ali­stycz­ny model, w któ­rym cią­głe przej­ścia mię­dzy prze­ci­wień­stwa­mi, zacie­ra­nie się gra­nic, zacho­dzą nie­lep­ko, bez tar­cia. Sta­ły nato­miast pozo­sta­je porzą­dek, wedle któ­re­go doko­ny­wa się prze­mia­na.

Sam wiersz „para­lak­sa” nie opi­su­je tego kon­cep­tu, któ­ry dzi­ko­wał moc­no i prze­wi­jał się w Ξένο-. Wręcz prze­ciw­nie, mówi prę­dzej o błę­dzie wyni­kłym z nie­wła­ści­we­go kąta patrze­nia, o nie­po­kry­wa­niu się obra­zu jawio­ne­go z two­rzo­nym.

Jest tu coś z dol­ne­go Pułki? Co upłyn­niasz?

Pyta­nie, na ile Puł­kę mogę odczy­ty­wać też queero­wo albo nad­płyn­nie, kse­no­pł­cio­wo – czy to dozwo­lo­ne? Rze­czy­wi­ście, wstęp do Mixta­peu mówi, że „Trze­ba kła­mać i wró­cić do źró­deł­ka”. Dalej wystę­pu­ją fra­zy, na któ­re daje się rzu­cić nie­ci­snor­ma­tyw­ne świa­tło: „Gdzie koniec tęczy wszystkich/ zdro­wo męczy – pij­cie moi bra­cia, dręczy/ mnie brak cia­ła, a wyj­ście ze skó­ry nie/ wcho­dzi w rachu­bę (…)”. To cie­ka­we zesta­wie­nie, zwłasz­cza że ety­mo­lo­gia sło­wa „płeć” wska­zu­je na pra­sło­wiań­skie zna­cze­nie odno­szą­ce się do skó­ry ludz­kiej, bar­wy skó­ry i cery. Raewyn Con­nell wspo­mi­na­ła, że gen­de­ru doświad­cza się przez fizycz­ne cechy takie jak posta­wa, napię­cie mię­śni, spo­sób poru­sza­nia się, dosłow­ne odczu­wa­nie skó­ry.

Rozu­miem, że Two­je pyta­nie bar­dziej tyczy się języ­ka i tutaj rze­czy­wi­ście „Język cza­sa­mi nie daje sobie/ rady. Pozwa­la nato­miast się gła­skać. Mru­czy obok kaflowego/ piec, któ­ry sta­wia­ny przez pół roku, jest naj­więk­szą dumą/ wuj­ka (…)”.

Czy „taja­nie” z „kłam­stwa anty­do­pin­gu­ją­ce­go” ma coś z Micha­ła Dzie­dzi­ca?

Z Micha­ła Dzie­dzi­ca na pew­no pocho­dzi pew­na zbież­ność obiek­tów w snach, choć mój rowe­rek Apol­lo miał już odkrę­co­ne bocz­ne kółecz­ka i był zie­lo­ny – nawią­zu­ję tu do „mia­łem sen o t‑rexie”. Tego typu odczyt lite­ra­tu­ry Michał Wit­kow­ski nazwał pro­stac­kim pod­czas wykła­du mistrzow­skie­go na Uni­wer­sy­te­cie Łódz­kim. Nastę­pu­je pod­ów­czas pakt bio­gra­ficz­ny z oso­bą czy­ta­ją­cą i nie­wie­le ponad to. Tło oby­cza­jo­wo-spo­łecz­ne wska­zy­wa­ło­by na odkry­wa­nie czy odta­ja­nie nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nej toż­sa­mo­ści w kon­tek­ście socja­li­za­cji w Pol­sce – to dru­gi poziom wta­jem­ni­cze­nia wedle Michaś­ki i rze­czy­wi­ście „lądo­lód” Micha­ła prze­dzie­ra się przez psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne zaspy i podej­mu­je temat wycho­dze­nia z domu jako dobre­go wstę­pu do zna­jo­mo­ści, chy­ba że „świat tęże­je pod buta­mi”, a gwiaz­da „spa­da bez żad­ne­go życze­nia”. Trze­cie­go, polo­ni­stycz­ne­go odczy­tu w kla­sy­fi­ka­cji Wit­kowsz­czan­ki nie podej­mę się, jed­nak z pew­no­ścią samot­ność jesz­cze do nie­daw­na naj­więk­szej góry lodo­wej A23a, o któ­rej dry­fie dono­si­ło BBC, co zresz­tą oma­wia­ły­śmy z nauczy­ciel­ką na angiel­skim, dziw­nie współ­gra­ła z meta­fo­ra­mi, któ­re wybrzmie­wa­ły w środ­ku, zwłasz­cza w „kłam­stwie prze­szło trzy­dzie­stu”. Góra lodo­wa taje.

W tym wier­szu pada, a raczej powsta­je: „możesz mnie poru­szyć nie dotknąć”. Jakie to są sta­ny dla pod­mio­cia i dla­cze­go nie zjed­no­czo­ne?

Posłu­żę się meta­fo­rą góry lodo­wej – jej poru­sze­nie wypusz­cza mine­ra­ły, sub­stan­cje odżyw­cze dla plank­to­nu, sty­mu­lu­je two­rze­nie i roz­bu­do­wy­wa­nie łań­cu­chów pokar­mo­wych. Jej dotknię­cie nato­miast mro­zi i spra­wia, że osta­tecz­nie szyb­ciej się sto­pi, znik­nie. Fale cią­gle obmy­wa­ją ją, rzeź­bią łuki i szpar­ki w jej cie­le. Osta­tecz­nie góra lodo­wa wypły­wa na zbyt gorą­ce wody, roz­pa­da się, pęka i roz­pły­wa się w roz­twór, w nie­byt. Czy o takie zjed­no­cze­nie jej cho­dzi­ło?

Płyn­nie „tak”. Ale do meri­tum. Czy to jest tak napraw­dę książ­ka o roz-łęce, roz-łęku? Prze­ci­wień­stwem miło­ści jest kłam­stwo. Praw­da nie ist­nie­je, nawet w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych.

W poprzed­nim pyta­niu wspo­mi­na­łeś o pod­kre­śla­niu „binar­no­ści zja­wisk i pro­ce­sów, któ­re prze­cież, w swej płyn­nej natu­rze, pozo­sta­ją nie­uchwyt­ne w ruchu”. Tym­cza­sem stu­pro­cen­to­wa szcze­rość nie­ko­niecz­nie sprzy­ja budo­wa­niu miło­ści, kie­dy to nie­cen­zu­ro­wa­nie nicze­go prze­kra­cza czy­jeś gra­ni­ce. Czy to wła­śnie nie rodzaj kłam­stwa? Zno­wu moż­na się odwo­łać tu do jam jogo­wych – satya ozna­cza coś, co ist­nie­je poza złu­dze­nia­mi, ale wią­że się bez­po­śred­nio z ahim­są, czy­li nie­krzyw­dze­niem. Praw­da, któ­ra by zabi­ja­ła lub nisz­czy­ła bez potrze­by, nie odpo­wia­da­ła­by satyi.

Z kolei nie­ist­nie­nie praw­dy to dość moc­ne oznaj­mie­nie. Weź­my warun­ki labo­ra­to­ryj­ne, czy­li sys­tem for­mal­ny logi­ki mate­ma­tycz­nej. War­tość logicz­na okre­śla­na jako praw­da sta­no­wi pod­sta­wo­wą cechę zda­nia, któ­ra opi­su­je sto­su­nek wypo­wie­dzi do fak­tów. Praw­da ozna­cza pod­ów­czas zgod­ność ze zbio­rem fak­tów. Oczy­wi­ście nie zawsze uda­je się okre­ślić war­tość logicz­ną w ramach dane­go rozu­mo­wa­nia. Jed­nak nie­ist­nie­nie praw­dy impli­ko­wa­ło­by róż­ne sce­na­riu­sze: brak war­to­ści logicz­nych czy – ogól­nie – war­to­ścio­wa­nia, nie­wy­po­wia­da­nie zdań, nie­wy­stę­po­wa­nie zbio­ru fak­tów. Nie wyda­je mi się, żeby któ­ryś z tych sce­na­riu­szy zacho­dził.

Z dru­giej stro­ny nie żyje­my w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych i też rozu­miem ten pesy­mizm w odnie­sie­niu do K.Ł.M. i kwe­stii uczuć – że w obli­czu roz­ma­itych ładun­ków emo­cjo­nal­nych po wie­lu stro­nach trud­no mówić o jed­nej praw­dzie albo o jakiej­kol­wiek. Zwłasz­cza pod­czas roz-łęki, a jej spo­ro w tomi­ku.

Kate­go­ria wkur­wu odnie­sie się do „kłam­stwa psa (woof)”. Two­je pod­mio­cie tam war­czy i nie­wie­le rape­rek potra­fi użyć tyłu wul­ga­ryzmów funk­cjo­nal­nie i nośnie na prze­strze­ni jed­ne­go tek­stu.

Raper­ki roz­gry­wa­ją to dużo lepiej i uży­wa­ją znacz­nie wię­cej reje­strów, jak choć­by Big­Klit w „Liar”, Lady Bitch Ray (dok­tor­ka języ­ko­znaw­stwa) w „Ich has­se dich”, Bro­oke Can­dy w „Firey Dick” i „Das Me”, Jun­gle­pus­sy w „Cre­am Team”, Khia w „Been The Shit”, Shy­stie w „Scum­bag”, Megan Thee Stal­lion w „Hiss”, Kara w „Zawi­ro­wa­niach” czy Bel­la Ćwir w wie­lu swo­ich utwo­rach. Z „kłam­stwem psa (woof)” może jakoś współ­re­zo­nu­je Tom­my Gene­sis „Exe­cu­te”, od któ­rej pocho­dzi mot­to w Ξένο-. Na pew­no w war­stwie lirycz­no-emo­cjo­nal­nej moc­no inspi­ro­wa­ła mnie Justy­na Kuli­kow­ska. Z kolei pies, któ­ry wystę­pu­je w wier­szu, miesz­ka w Kolusz­kach na Osie­dlu War­szaw­skim, war­czy i uja­da za ogro­dze­niem, gdy się prze­cho­dzi obok chod­ni­kiem, a jego oczy z powo­du cho­ro­by nabrzmia­ły i napły­nę­ły krwią, sta­jąc się całe kar­mi­no­we. Obec­nie opu­chli­zna już nie­co zelża­ła, ale czer­wo­ne zabar­wie­nie pozo­sta­ło, co budzi jed­no­cze­śnie strach i współ­czu­cie, pod­sy­ca­ne czar­nym umasz­cze­niem sier­ści i wokal­ną agre­sją zza siat­ki. 

Jak odnieść ten wiersz do, sto­ją­ce­go na afek­tyw­nych i efek­tow­nych anty­po­dach, utwo­ru-dia­lo­gu „i po dymie”? Roz­pię­tość emo­cjo­nal­na wier­szy w tej książce to żagiel przy­go­to­wa­ny zarówno na trą­by powietrz­ne, jak i nie­znacz­ne, acz zna­czące, dmuch­nięcia i pierd­nięcia.

Moż­na by powie­dzieć, że w „i po dymie” daje się ugła­skać tego psa. 

Czym jest „pra­wo cyta­ty”? Opa­ten­tu­jesz taką zasa­dę orga­ni­za­cyj­ną poezji? Model wier­sza?

Od tego rodza­ju paten­to­wa­nia jest Piotr Bosac­ki. Pod­czas warsz­ta­tów Ose­si Kolek­tyw, two­rzo­ne­go przez Olę Wie­wior i Miko­ła­ja Bory­sa Brzo­zow­skie­go, czy­ta­ły­śmy wspól­nie roz­ma­ite, przy­pad­ko­we fra­zy ze wszyst­kich moich dotych­cza­so­wych tomi­ków. Coś, co z począt­ku wyda­wa­ło się nie współ­brz­mieć, zaczę­ło współ­grać, wza­jem­nie sobie odpo­wia­dać, dopo­wia­dać, zaprze­czać i zmie­niać temat. Nie­zwy­kle podo­ba­ło mi się to ćwi­cze­nie i „pra­wo cyta­ty” dosko­na­le nada­je się do tego typu per­for­ma­tyw­ne­go odczy­tu w więk­szej gru­pie. Zresz­tą pole­cam Poezję do wczu­wa­nia. Zbiór wier­szy i ćwi­czeń – pozy­cja ta zachę­ca do prze­nie­sie­nia poezji na żywo, na wybrzmie­wa­ją­cy język.

Na ile, gdy piszesz, modu­lu­jesz głos? Na ile to Twój język, na ile go stwa­rzasz, a na ile deter­mi­nu­ją zna­cze­nia i, w ogóle, brak języ­ka poza­bi­nar­ne­go w pol­skim archa­icz­nym sys­te­mie zero-jedyn­ko­wym?

Nie stwa­rzam języ­ka jako orga­nu, tyl­ko go wyćwi­czam. Sys­tem zero-jedyn­ko­wy, któ­ry wspo­mi­nasz, nie sta­no­wi według mnie sys­te­mu, a styl. Struk­tu­ra lin­gwi­stycz­na bez kło­po­tu wygi­na się do skor­pio­na lub vrści­ka­sa­ny, roz­po­ście­ra się do szpa­ga­tu w hanu­ma­na­sa­nie, spla­ta kłyk­cie w joga­ni­dra­sa­nie, śpiąc.

Czy poezja to bar­dziej pra­ca nad języ­kiem czy nad doświad­cze­niem? W przy­pad­ku tej książ­ki odpo­wiedź wyda­je się płyn­na.

Dla mnie to pra­ca nad pro­ce­sem, któ­ry obej­mu­je każ­de doświad­cze­nie, wie­dzę i wyda­rza się w ramach języ­ka, gło­su. 

Mając bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny idio­lekt, prak­tycz­nie przy każ­dej książ­ce poetyc­kiej wymy­ślasz nowy. Two­ja poezja, nie­za­leż­nie od prze­ka­zy­wa­nych tre­ści i emo­cji, cią­gle sta­je w obli­czu novum i upłyn­nia się w jego coraz szer­szym i mniej wyraź­nym cie­niu. Pod tym wzglę­dem, dla mnie, jesteś poeciem języ­ko­wym, które prze­ro­bi­ło bar­dzo skru­pu­lat­nie neo­lin­gwizm war­szaw­ski, ze szczególnym uwzględ­nie­niem cyber­lin­gwi­zmu Marii Cyra­no­wicz i arche­lin­gwi­zmu Joan­ny Muel­ler. Co masz na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie?

W K.Ł.M. te idio­lek­ty mie­sza­ją się ze wzglę­du na okres two­rze­nia, zresz­tą każ­dy mój tomik eklek­tycz­nie pod­cho­dzi do for­my. Maria Cyra­no­wicz roz­po­czę­ła nie­bi­nar­ną rewo­lu­cję już w neu­tra­li­za­cjach, a „rodzaj nie­ziem­sko­oso­bo­wy” z i magii nacji sta­no­wi wręcz kse­no­pł­cio­wy mani­fest. Raper­skie dzi­ko­wa­nie Joan­ny Muel­ler w ramach arche­lin­gwi­zmu to nie­sa­mo­wi­ta prze­strzeń inwen­cji i roz­dź­więcz­nie­nia, sam­pli i pun­chli­nów. Do tego fascy­nu­je nas hydro­lin­gwizm lub akwa­lin­gizm, upłyn­nia­ją­cy dzie­dzic­two akwa­tycz­nej mał­pi­cy, choć­by pod­czas femi­na­rium o Ella­ine Mor­gan i Ale­xis Pau­li­ne Gumbs. Wła­śnie ta femi­na­ryj­na, noma­dycz­na przy­stań „Wspól­ne­go poko­ju” wyda­je mi się klu­czem, spo­iwem, źró­dłem o boga­tej topo­lo­gii oraz ożyw­czym nur­tem. Inspi­ru­je mnie ona tak­że w pra­cach nad powie­ścią Trój­kąt w ramach sty­pen­dium arty­stycz­ne­go Urzę­du Mia­sta Łodzi. Na ile pły­nie w tym kse­no­lin­gwizm? Ty mi powiedz.

Niech to już roz­strzy­gną czy­tel­nicz­ki. Dzię­ku­ję za roz­mo­wę!

O autorach i autorkach

Łęko  Zygmuntówne

Autorze tomików Kokosty (2018), Agresty (2019), Orzechnia (2021), Hiobby (2023) i Ξένο- (2025). Publikowało w czasopismach (np. „Zadra”, „Silne”, „Czas Literatury”, „Notatnik Literacki”), zinach (m.in. „Poczytałosie”, „Queerowe ekologie”) i w antologiach (m.in. X-Philes archiwum queerowej poezji, Dezorientacje. Antologia polskiej literatury queer). Teksty poetyckie Łęka były tłumaczone na język angielski, bułgarski, niemiecki i słowacki. Wiersze i kolaże zamieszczono także w międzynarodowej antologii zeit · brechen Versatzstücke queerer /trans* Dichtung (2025). W 2026 roku otrzymało stypendium artystyczne Urzędu Miasta Łodzi.

Rafał Gawin

Ur. 1984. Redaktor, korektor, konferansjer, animator, recenzent, poeta i przyszły prozaik. Wydał pięć książek poetyckich, ostatnio Wiersze dla koleżanek (Justynów 2022). Tłumaczony na języki. Prowadzi „Wiersz wolny” i „Liberté!”. Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje (jako instruktor) w Domu Literatury i działa (jako skarbnik i wydawca) w oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Powiązania

Polska w bardzo długim i czułym obiektywie. Przewodnik dla świata, który się nie skończył

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Zoom Poland”.

Więcej

Połow 2010

dzwieki / WYDARZENIA Różni autorzy

Zapis całe­go spo­tka­nia autor­skie­go z udzia­łem Mar­ci­na Bie­sa, Mar­ty­ny Buli­żań­skiej, Krzysz­to­fa Dąbrow­skie­go, Rafa­ła Gawi­na, Mar­ty­ny Kul­bac­kiej, Mariu­sza Par­ty­ki, Bar­to­sza Sadul­skie­go, Krzysz­to­fa Sze­re­me­ty, Fili­pa Wyszyń­skie­go i Domi­ni­ka Żybur­to­wi­cza pod­czas festi­wa­lu Port Wro­cław 2010.

Więcej

Zasada nieoznaczoności

wywiady / o książce Grzegorz Wróblewski Rafał Gawin

Roz­mo­wa Rafa­ła Gawi­na z Grze­go­rzem Wró­blew­skim, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Ra Grze­go­rza Wró­blew­skie­go, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 23 paź­dzier­ni­ka 2023 roku.

Więcej

Transparentny raport z pola, z którego się mówi, czyli to nie świat się kończy, to kolejny wtórny wiersz puka od spodu, którego nikt nie zauważa

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Nowe języ­ki poezji”.

Więcej

Poetycka książka trzydziestolecia: nominacja nr 5

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Poetyc­ka książ­ka trzy­dzie­sto­le­cia”.

Więcej

Wieprze przed perły. Centrala nas nie ocali, czyli rok w Biurze

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Biu­ro­we książ­ki roku 2016”.

Więcej

Plując z lewej. Z wiatrem i pod wiatr

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recen­zja Rafa­ła Gawi­na, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze anto­lo­gii Zebra­ło się śli­ny. Nowe gło­sy z Pol­ski, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 20 wrze­śnia 2016 roku.

Więcej

pigułka gwałtu

dzwieki / RECYTACJE Rafał Gawin

Wiersz z tomu Połów. Poetyc­kie debiu­ty 2010, zare­je­stro­wa­ny pod­czas spo­tka­nia „Połów 2010” na festi­wa­lu Port Wro­cław 2010.

Więcej

Setka z okazji dwudziestki w dwudziestu czterech mgnieniach

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recen­zja Rafa­ła Gawi­na z książ­ki 100 wier­szy pol­skich sto­sow­nej dłu­go­ści w wybo­rze Artu­ra Bursz­ty.

Więcej

Idzie tylko o siłę odczuwania niedoskonałości własnej?

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recen­zja Rafa­ła Gawi­na z książ­ki zni­kam jestem Kry­sty­ny Miło­będz­kiej.

Więcej

Węzły chłonne. Historia choroby

recenzje / KOMENTARZE Rafał Gawin

Autor­ski komen­tarz Rafa­ła Gawi­na do wier­sza z książ­ki Przy­miar­ki.

Więcej

Antykwariat. Dom publiczny, W seksie szukasz formy czy treści?

recenzje / KOMENTARZE Rafał Gawin

Autor­ski komen­tarz Rafa­ła Gawi­na do wier­szy z alma­na­chu Połów. Poetyc­kie debiu­ty 2010.

Więcej

Język i szaleństwo

recenzje / ESEJE Mateusz Kotwica

Recen­zja Mate­usza Kotwi­cy z książ­ki Przy­miar­ki Rafa­ła Gawi­na.

Więcej

Nieprzewidziana obecność

recenzje / ESEJE Paweł Kaczmarski

Recen­zja Paw­ła Kacz­mar­skie­go z książ­ki Przy­miar­ki Rafa­ła Gawi­na.

Więcej