Polska w bardzo długim i czułym obiektywie. Przewodnik dla świata, który się nie skończył
debaty / ankiety i podsumowania Rafał GawinGłos Rafała Gawina w debacie „Zoom Poland”.
WięcejRecenzja Rafała Gawina, towarzysząca premierze książki tajanie Michała Dziedzica, wydanej w Biurze Literackim 10 marca 2026 roku.
Biuro Literackie
kup książkę na poezjem.pl
Poezja to łowienie spod lodu.
Robert Rutkowski
Po latach prób i wypaczeń, pokut i zadośćuczynień, służąc do mszy Bierezina i Burszty, debiutuje poetycko Michał Dziedzic, złowiony w sieć talentu wylewającego się poza proste dychotomie. Bardzo dobra książka podkrakowskiegoo autora ostatecznie nosi krzyż tytułu tajanie i z rdzennej prowincjonalności zostaje jej piekło, w wielu kręgach rozumiane podobnie, acz zamiatane pod dywan tudzież palone w piecu. Rzecz się toczy o wyższe stawki, podbijane na poziomach meta- i post-.
To nie będzie recenzja na kolanach, choć mógłbym się dzięki tej książce nawrócić. Zresztą próbowałem ją ugryźć z wielu pozycji, napotykając opór czarnej i białej materii. Ta przecież misternie skomponowana całość nie ma początku ani końca: płynie, zapętlając się, sączy, jątrzy, kapie, cieknie, choćby pojawiały się chwilowe tamy tudzież strupy – ostatni wiersz, pod takim właśnie tytułem, to niezła zmyła; przedostatni, stanowiący hymn-pochwałę nieprzemijania zimna, również. Tak! [T]ajanie to proces, żywa konstrukcja niepapierowego piekła-nieba, wykorzystująca do swoich celów również martwe tkanki: ciała, które mogą straszyć, i duchy, które zdają się dawać pocieszenie. Tautologiczne antynomie? To swoisty czyściec, przedsionek serca, co bije regularnie, aczkolwiek – podczas kolejnych odczytań wyników – wpadając w arytmię.
Zatem proponuję sytuacyjną jazdę po litaniach interpretacji, na różnych biegach i biegunach, tego i tamtego świata. Tyle mogę, stawiając pytania bez odpowiedzi i balansując na krawędzi, jak autor tych wierszy, na pograniczu wypadku, po bandzie nicości, w której zawsze odbija się jakieś światło.
Sacrum i profanum. Odwieczne zmagania kłów z hostią. Dzikości ciała z dzikością duszy, gdy serce pompuje. Spadek w postaci dziedzictwa i długów: tytuły własności ludzkiej i boskiej oraz listy zobowiązań wobec piekła, niekiedy boleśnie wyryte w skórze (tak, tak, również dupy, tej ostatecznej kategorii), nie jedynie butów charakterystycznych dla proboszczów i masterów BDSM. „Zawodzenie to też zawód” („bojcorz”) – muzyka, która rozczarowuje, gdy kry się mylą z głosami, a nie można jej wyłączyć niczym sygnału ostrzegawczego w głowie, tej głowie.
Nie bez przyczyny „poddanie” zaczyna się od deklaracji: „miał w sobie wiele pieśni”. One w tomie wręcz wybuchają, nawet jeśli obiekt ich uwielbienia nie do końca istnieje. Dziedzic konfrontuje różne tradycje pisania pieśni religijnych, obficie cytując materiał źródłowy, gdzie tylko potrzebny jest kontrapunkt lub soundtrack. Od klasyków liturgii dowolnego, choć raczej żałobnego czasu, z hitem „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana” (unplugged zawiera najwięcej szlagierów) na czele, po Florence & The Machine („dog days are over”). Nie stroni też od trawestacji modlitw, litanii.
Ale najpierw pojawia się dedykacja, „temu, który opowiedział mi o żelaznym wilku po raz pierwszy”. Nie powstanie tu miasto na miarę (dawnego) Wilna, w tej postaci psokształtnej chodzi raczej o mit założycielski jako taki. (Nie)pewnej wykreowanej całości? Tej konkretnej książki? Samego aktu pisania?
Wilk, w wierszach, pojawi się wprost jeszcze dwa razy. Motywy psie – co najmniej kilkanaście, licząc dawanie głosu i gwiazdozbiory: Canis major świeci nad tą książką jasno, aż można do niego wyć. Pies jako potencjalnie wierny, a więc jakoś skutecznie powiązany z wiarą, towarzysz? Jako bohater pejoratywnie wybrzmiewających idiomów? Jako ten, który musi służyć, do i po mszy? Nic tu nie jest takie, jak się wydaje, dopóki ujada. A raczej: nie było, jak się wydawało, dopóki ujadało. Przecież już pierwszy wiersz, „plusquamperfectum”, siłą rzeczy, wprowadza w zaprzeszłość. To sprytny zabieg maskujący. Ale to już było, choć wraca i jest tego więcej. Trzy minuty – czas, który może doprowadzić do narodzin, śmierci lub orgazmu – potrafią zrobić różnicę. Inne było niebo, inne okazałoby się piekło na ziemi, tej ziemi. Inni brodaci zostawiliby w bohaterze wierszy, tych wierszy, inne nieodśnieżone drogi („kyrie eleison”). Inne pieśni, inne litanie do dziur: w drogach, które wymagają przejścia, albo w przejściach, które wymagają wybrania dróg; ale też w ludziach, bliskich i obcych, wreszcie w sobie, dzięki którym można grać na ciele – samemu lub przy mniej lub bardziej nieżyczliwej pomocy – niczym na fletni Pana.
Wzniecając kolejne ogniska zapalne w sobie? Robiąc dym? „Ale para znad lodu/ to nie dym” („bojcorz”). Jednakże tajanie nie musi mieć nic wspólnego z krainą lodu. Dotyczy też przecież wracania do swojej normalnej temperatury, czyli – w pewnym porządku – zdrowienia, przynajmniej jeśli chodzi o ciało. Jak również oznacza łagodnienie, rozczulanie się, co znowu otwiera perspektywę afektywnie pozytywną, nawet gdy wyłącznie w procesie, a raczej procesji, w którą wyruszył bohater tych wierszy. Przemieszcza się niekoniecznie od stacji do stacji, pracując również na dłuższych odcinkach, kopiąc się z czasem i przeszłością definiowaną nie tylko przez paradoksalne dzieciństwo: jednocześnie źródło traum i wspomnianego tajania.
Ta swoista droga krzyżowa wpisuje się w koło, jakby bezustannie była odtwarzana. Refrenizowana inicjacjami, będącymi jednocześnie przepracowaniem wstydu i tabu, w związku z którymi to człowiek może stać się bogiem, żeby móc kolekcjonować rozczarowania wyłącznie na swoje konto. „Mrożone boli mniej” („tajanie”), a jednak spala się na cudzych i własnych stosach, karmiąc bólem niczym męczennik za wiarę we własne słabości, zbierający jabłka z trawy pełnej os („genesis”). Własność bywa tutaj kluczowa, ale w rozumieniu „własnej woli” („łańcuchy”) i „własnej pieśni” („bojcorz”).
Dziedzic tu dużo wygina, na poziomie materii (słowa, które były na początku) i komunikatu (czyny, które niemalże doprowadziły do końca). Zresztą jak inaczej mierzyć się z dogmatami i prawdami (braku) wiary? Autor nie jest bojcorzem, a jednak głęboko wchodzi w sferę intymną, dzieląc na czworo włos na plecach metafizyki. Wiersze cały czas zmieniają znaki, zachowując jeden język. Jeden jest rytm, jeden tlen; praca, post i bezsenność. Czterdzieści wierszy pisanych na pustyni nocy, a jakby jedna msza życia. Oczywiście, bez podobnych kiczowatych metafor; to tylko, wlany dla lepszego uwypuklenia jakości dzieła Dziedzica, kontrast.
Metafizyka zostaje tu również zmotoryzowana, buffo i serio, więc dzięki podstępowi technologii jeszcze szybciej ucieka przez poranki bezdroży, polerujące karoserię świata („litania do dziur”, obok tytułowego utwór centralny, który niezależnie zasługuje na osobne wnikliwe omówienie). Zima znowu zaskoczyła drogowców, choć to drogowcy chcieli zaskoczyć zimę. Ale jak mogli, nawet gdy niektórzy podróżowali konno? Dyskretna erotyka, nie licząc fapowania do Azjatek („pyski”), także przegrywa z lodem. Te glacies laudamus stanowi tu niejedyny punkt podparcia (skoku przed progiem): „tobie lodzie wiecznie pałam”. I lód jest ciepły, nie tylko w tym hymnie. Niewiele pojawia się tej czy innej miłości: raptem trzy rekordy odskoczni. Dziedzic raczej wykonuje czarną robotę przedskoczka nieskończonego. W ekstazie? W innym porządku afektywnym. Jeśli już, można tu dostać więcej sportu: „człowiek to boże boisko” („tajanie”). Rozgrywka toczy się na obu połowach, co już dawno nie są równe: ale która, w ramach prawidłowego rozwoju ośrodka do rozpoznawania kategorii prawdy, powinna się kurczyć?
Kto tutaj pokazuje palcem? Kto nazywa rzeczy po imieniu? Jakie imiona mają rzeczy w tych wierszach i na ile są istotne? Czy w ogóle konieczne jest szukanie odpowiedzi na pytania zasadnicze, gdy logika śpi, a budzą się demony wiary?
Dziedzic nie wsiada do byle jakiego pociągu. To pociąg na konkretnej trasie: do tajemnicy. Tajemnica dostępna żywym może być ulokowana tylko w jednym miejscu: w dzieciństwie. A w dzieciństwie trzeba wynaleźć dla siebie koło. Choćby łapiąc pokemony i bawiąc się dinozaurami. To bardzo nośna metafora sięgania do najgłębszych korzeni. I zataczania koła, poprzez wieczne powroty do nich.
Tymczasem ojciec bohatera wierszy – prawdziwy i niebieski? – dawno umarł, rozwarstwił się, choć czasem woła z przeszłości. Matka była prawie nieobecna. Babcia wykonywała wiele czynności, dopóki nie spojrzała na wszystko z dołu, a dziadek? Robił mięso („pieśń”), kazał oddać plastikowy pierścionek kuzynce („rytuał”) i sprezentował kasę na komputer („dziedzictwo”). W ogóle najprawdziwszy ogień, jaki tu się pojawia, występuje w grach. W realu jest jedynie piec, do którego trzeba dokładać.
„Nauka chodzenia” nieprzypadkowo igra z Różewiczem, choć w pierwszej kolejności realizuje temat przemocy. W ogóle życie w narzuconym systemie wartości niemierzalnych poprzez ich religijny rodowód to obsesyjne funkcjonowanie w opresji. I w tych wierszach opresja z obsesją się miesza. Bohater, w kleszczach i kłączach, walczy o przestrzeń i oddech. Istotny jest tu motyw mięsa, jego smak od dziecka („transformers”): w końcu bohater prowadzony jest na rzeź, paradoksalnie by ocaleć. Realne musi wygrać z wyobrażonym, nawet jeśli boli i wymaga regularnego zamrażania. W końcu prawdziwe życie zostało poczęte przez smugę meteorytu („inkluzja”), to jedyna możliwa interwencja nieba, kosmosu (abstrahuję od tego, że zdania osób naukowych w tej kwestii są podzielone).
Gdzieś w tle może majaczyć podwójne wahadło kiedyś modnego poety w dredach, choć te wiersze zdecydowanie radzą sobie bez niego, nawet boso i we mgle (jak na przykład „sen o t‑rexie”). Poetycka realizacja traumatycznych doświadczeń związanych z posługą ministranta czy harcerza nie potrzebuje podobnych wzorców. Nawet jeśli jedyny ksiądz, który nie molestuje, to ten, którym możesz zostać. A w kościele ulgę przynosi jedynie zimna posadzka („tkacz”). Bohater tych wierszy, ponad swoją miarę, spojrzy jeszcze w niebo, by łapać klucz, kim wypada być („kalibracja”). Klucz gęsi odleci. Zostaną zadane pytania „kim jestem?” i „dokąd zmierzam?”. Ale to nie pospolita tożsamościówka, padną bez różnicowania klas. Chodzi o odkrycie nieuniknionego, a nie o podjęcie świeżej decyzji.
Figura Kronosa potrzebna jest do ustanowienia hierarchii w nowym świecie po coming oucie. Wbrew normatywnym układom, gdzie „chłop może tylko z babą i to jedną”, poza tym łóżka są osobne, a różańce różne („układ”). Co ciekawe, śpiewność, skryta i intymna rytmiczność, a nawet rymy tych wierszy mogą wynikać z pewnej seminaryjnej konwencji: głośno rozmawiamy o bogach i herosach, reszta zostaje w fazie analnej i oralnej, nawet jeśli kiedyś zdominuje plebanię. I w tak wykreowanym uniwersum musi się pojawić wiersz o minionej tęsknocie do potęgi papieża Polaka, całego na rzułto, a niesprawiedliwie wyśmiewanego.
Język to tutaj żywe mięso, ale nie zabrakło miejsca dla sugestywnych obrazów i malarzy, Pollocka i Riepina, jako kreatorów. I jeszcze Muncha jako monstera, tak, chrupka – od czasu bierezinowskiego debiutu Łukasza Krajewskiego z personifikacją czipsa podobne przysmaki pełnią w poezji coraz ważniejszą rolę. I nie brakuje tu podobnych efektów. Karma syci fizycznie, metafizycznie i w ramach sieciowego feedu („karma”). „Lało jak z cerbera”. „Danzig macabre”. „Sin-i-co”. Proste, nośne i chwytliwe. Ta ostatnia gra otwiera słuszną i zbawienną konkluzję: no właśnie, ile jeszcze mamy się przejmować grzechem, przecież najczęściej (już) nie wierząc?
Przesłań jest wiele, ale nie przesłaniają się wzajemnie. Rytuałów nie odjaniepawla się na pałę. Ani na dwie. „Trzeba swoje odtajać” („tajanie”) – to na pewno, ze szczególnym uwzględnieniem „swojego”, wewnętrznego, wsobnego; pod tym względem Dziedzic napisał książkę niemalże terapeutyczną. Świat, natomiast, taje niezależnie („pradolina”), to zewnętrzny proces, nie ma w nim źródeł inspiracji, przepływów o dodatnim znaku.
Twoja iskra to przedwiośnie popiołu („inkluzja”) – wszystko, prędzej czy później, się wypali. Również lód, tutaj nad wyraz ciepły, nawet gdy niezmiennie twardy. Wszystko, prędzej czy później, znajdzie równowagę. Tylko to nie będzie stały poziom afektów, a sinusoida: wypadkowa niebezpiecznych fal i bezpiecznego brzegu. Dlatego nawet gdy bohater tych wierszach wywołuje pożary, choćby we śnie („podpalanka”), nie gasi ich. Za to, naprawdę rzadko, zostawia zgliszcza. Paradoks? Raczej żarliwa premedytacja w samoregulacji. „Proszę daj wyjść/ nie chcę wchodzić / dalej”.
Co można uznać za dziedzictwo tych wierszy? Czy to nie zbyt podstarzała gra, bliska Heroesom trzy? Nie, to rozgrywka na miarę zmagań człowieka po przejściach i przeistoczeniach z niewyjaśnionym, niemającym początku ani końca, prawdopodobnie nieistniejącym, lecz bolącym jak pierwszy raz, u spowiedzi. Ącym, ącym, ącym. Jak mawiał inny twórca z pobliskiego autorowi małopolskiego miasteczka: „hej, kolęda, kolęda!”. Jaki kraj, taka boskość; jaki kraj, taki płacz. Taki skraj.
Od początku, ukrytego w dzieciństwie, więc całe życie odkrywanego, chodzi o łatanie światów, łatanie przestrzeni między nimi, by powstała niekoniecznie nowa i oryginalna, ale względnie zintegrowana całość. Realne zespolone z wyobrażonym, uwierzonym, w zdrowych proporcjach po tej stronie, której można dotknąć i doświadczyć (co znamienne, słowo „dotyk” nie pada w tomie ani razu). Transgraniczność, transgresja, transforma, transsubstancja. Amuse-bouche („pasja”) dla niewierzących, którzy przeszli przez wszystkie etapy wtajemniczenia w metafizykę.
Całość, pozostającą w ciągłym ruchu niczym nośne powieści – jak wspominałem, ale przecież będę powtarzał, ponieważ ta książka to ciąg oddaleni i powrotów – wieńczy „strup”. Czyli rana się zabliźnia, ale czy się zrośnie? Jedno jest pewne: Michał Dziedzic debiutuje we właściwym czasie i miejscu, z pompą, która działa, jak należy, nie zamarzając. A co się nie zagoi w wierszu, znajdzie ukojenie w dalszej, bardziej usystematyzowanej recepcji krytycznoliterackiej, czego autorowi życzę.
Ur. 1984. Redaktor, korektor, konferansjer, animator, recenzent, poeta i przyszły prozaik. Wydał pięć książek poetyckich, ostatnio Wiersze dla koleżanek (Justynów 2022). Tłumaczony na języki. Prowadzi „Wiersz wolny” i „Liberté!”. Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje (jako instruktor) w Domu Literatury i działa (jako skarbnik i wydawca) w oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Głos Rafała Gawina w debacie „Zoom Poland”.
Więcej
Zapis całego spotkania autorskiego z udziałem Marcina Biesa, Martyny Buliżańskiej, Krzysztofa Dąbrowskiego, Rafała Gawina, Martyny Kulbackiej, Mariusza Partyki, Bartosza Sadulskiego, Krzysztofa Szeremety, Filipa Wyszyńskiego i Dominika Żyburtowicza podczas festiwalu Port Wrocław 2010.
Więcej
Rozmowa Rafała Gawina z Grzegorzem Wróblewskim, towarzysząca premierze książki Ra Grzegorza Wróblewskiego, wydanej w Biurze Literackim 23 października 2023 roku.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Nowe języki poezji”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Poetycka książka trzydziestolecia”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Na scenie czy w polu”.
Więcej
Premierowy zestaw wierszy Rafała Gawina.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Biurowe książki roku 2016”.
Więcej
Recenzja Rafała Gawina, towarzysząca premierze antologii Zebrało się śliny. Nowe głosy z Polski, wydanej w Biurze Literackim 20 września 2016 roku.
Więcej
Premierowy zestaw wierszy Rafała Gawina.
Więcej
Karol Maliszewski o poezji Rafała Gawina.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Biurowe książki 2015 roku”.
Więcej
Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania „Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.
Więcej
Recenzja Rafała Gawina z książki 100 wierszy polskich stosownej długości w wyborze Artura Burszty.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Biurowe książki roku 2013”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „10 lat Portu i Biura we Wrocławiu”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Kogo tłumaczyć”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Co dał mi Połów?”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Biurowe książki 2010 roku”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „44. Poezja polska od nowa”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Dobry wieczór”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Jak rozmawiać o poezji”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Poezja na nowy wiek”.
Więcej
Recenzja Rafała Gawina z książki znikam jestem Krystyny Miłobędzkiej.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Być poetą dzisiaj”.
Więcej
Głos Rafała Gawina w debacie „Poeci na nowy wiek”.
Więcej
Autorski komentarz Rafała Gawina do wiersza z książki Przymiarki.
Więcej
Komentarze Agnieszki Mirahiny i Rafała Gawina.
Więcej
Autorski komentarz Rafała Gawina do wierszy z almanachu Połów. Poetyckie debiuty 2010.
Więcej
Rozmowa Patrycji Sikory-Tarnowskiej z Michałem Dziedzicem, towarzysząca premierze książki Michała Dziedzica tajanie, wydanej w Biurze Literackim 10 marca 2026 roku.
Więcej
Nota Karola Maliszewskiego o wierszach Rafała Gawina.
Więcej
Recenzja Mateusza Kotwicy z książki Przymiarki Rafała Gawina.
Więcej
Recenzja Pawła Kaczmarskiego z książki Przymiarki Rafała Gawina.
Więcej