teksty / Esej

Odtajałem, prowadzony na jaz(z), czyli kto się zachwyca książką Dziedzica

Rafał Gawin

Recenzja Rafała Gawina, towarzysząca premierze książki tajanie Michała Dziedzica, wydanej w Biurze Literackim 10 marca 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Poezja to łowie­nie spod lodu.

Robert Rut­kow­ski

Po latach prób i wypa­czeń, pokut i zadość­uczy­nień, słu­żąc do mszy Bie­re­zi­na i Bursz­ty, debiu­tu­je poetyc­ko Michał Dzie­dzic, zło­wio­ny w sieć talen­tu wyle­wa­ją­ce­go się poza pro­ste dycho­to­mie. Bar­dzo dobra książ­ka pod­kra­kow­skie­goo auto­ra osta­tecz­nie nosi krzyż tytu­łu taja­nie i z rdzen­nej pro­win­cjo­nal­no­ści zosta­je jej pie­kło, w wie­lu krę­gach rozu­mia­ne podob­nie, acz zamia­ta­ne pod dywan tudzież palo­ne w pie­cu. Rzecz się toczy o wyż­sze staw­ki, pod­bi­ja­ne na pozio­mach meta- i post-.

To nie będzie recen­zja na kola­nach, choć mógł­bym się dzię­ki tej książ­ce nawró­cić. Zresz­tą pró­bo­wa­łem ją ugryźć z wie­lu pozy­cji, napo­ty­ka­jąc opór czar­nej i bia­łej mate­rii. Ta prze­cież mister­nie skom­po­no­wa­na całość nie ma począt­ku ani koń­ca: pły­nie, zapę­tla­jąc się, sączy, jątrzy, kapie, ciek­nie, choć­by poja­wia­ły się chwi­lo­we tamy tudzież stru­py – ostat­ni wiersz, pod takim wła­śnie tytu­łem, to nie­zła zmy­ła; przed­ostat­ni, sta­no­wią­cy hymn-pochwa­łę nie­prze­mi­ja­nia zim­na, rów­nież. Tak! [T]aja­nie to pro­ces, żywa kon­struk­cja nie­pa­pie­ro­we­go pie­kła-nie­ba, wyko­rzy­stu­ją­ca do swo­ich celów rów­nież mar­twe tkan­ki: cia­ła, któ­re mogą stra­szyć, i duchy, któ­re zda­ją się dawać pocie­sze­nie. Tau­to­lo­gicz­ne anty­no­mie? To swo­isty czy­ściec, przed­sio­nek ser­ca, co bije regu­lar­nie, acz­kol­wiek – pod­czas kolej­nych odczy­tań wyni­ków – wpa­da­jąc w aryt­mię.

Zatem pro­po­nu­ję sytu­acyj­ną jaz­dę po lita­niach inter­pre­ta­cji, na róż­nych bie­gach i bie­gu­nach, tego i tam­te­go świa­ta. Tyle mogę, sta­wia­jąc pyta­nia bez odpo­wie­dzi i balan­su­jąc na kra­wę­dzi, jak autor tych wier­szy, na pogra­ni­czu wypad­ku, po ban­dzie nico­ści, w któ­rej zawsze odbi­ja się jakieś świa­tło.

Sacrum i pro­fa­num. Odwiecz­ne zma­ga­nia kłów z hostią. Dzi­ko­ści cia­ła z dzi­ko­ścią duszy, gdy ser­ce pom­pu­je. Spa­dek w posta­ci dzie­dzic­twa i dłu­gów: tytu­ły wła­sno­ści ludz­kiej i boskiej oraz listy zobo­wią­zań wobec pie­kła, nie­kie­dy bole­śnie wyry­te w skó­rze (tak, tak, rów­nież dupy, tej osta­tecz­nej kate­go­rii), nie jedy­nie butów cha­rak­te­ry­stycz­nych dla pro­bosz­czów i maste­rów BDSM. „Zawo­dze­nie to też zawód” („boj­corz”) – muzy­ka, któ­ra roz­cza­ro­wu­je, gdy kry się mylą z gło­sa­mi, a nie moż­na jej wyłą­czyć niczym sygna­łu ostrze­gaw­cze­go w gło­wie, tej gło­wie.

Nie bez przy­czy­ny „pod­da­nie” zaczy­na się od dekla­ra­cji: „miał w sobie wie­le pie­śni”. One w tomie wręcz wybu­cha­ją, nawet jeśli obiekt ich uwiel­bie­nia nie do koń­ca ist­nie­je. Dzie­dzic kon­fron­tu­je róż­ne tra­dy­cje pisa­nia pie­śni reli­gij­nych, obfi­cie cytu­jąc mate­riał źró­dło­wy, gdzie tyl­ko potrzeb­ny jest kon­tra­punkt lub sound­track. Od kla­sy­ków litur­gii dowol­ne­go, choć raczej żałob­ne­go cza­su, z hitem „Zwy­cięz­ca śmier­ci, pie­kła i sza­ta­na” (unplug­ged zawie­ra naj­wię­cej szla­gie­rów) na cze­le, po Flo­ren­ce & The Machi­ne („dog days are over”). Nie stro­ni też od tra­we­sta­cji modlitw, lita­nii.

Ale naj­pierw poja­wia się dedy­ka­cja, „temu, któ­ry opo­wie­dział mi o żela­znym wil­ku po raz pierw­szy”. Nie powsta­nie tu mia­sto na mia­rę (daw­ne­go) Wil­na, w tej posta­ci pso­kształt­nej cho­dzi raczej o mit zało­ży­ciel­ski jako taki. (Nie)pewnej wykre­owa­nej cało­ści? Tej kon­kret­nej książ­ki? Same­go aktu pisa­nia?

Wilk, w wier­szach, poja­wi się wprost jesz­cze dwa razy. Moty­wy psie – co naj­mniej kil­ka­na­ście, licząc dawa­nie gło­su i gwiaz­do­zbio­ry: Canis major świe­ci nad tą książ­ką jasno, aż moż­na do nie­go wyć. Pies jako poten­cjal­nie wier­ny, a więc jakoś sku­tecz­nie powią­za­ny z wia­rą, towa­rzysz? Jako boha­ter pejo­ra­tyw­nie wybrzmie­wa­ją­cych idio­mów? Jako ten, któ­ry musi słu­żyć, do i po mszy? Nic tu nie jest takie, jak się wyda­je, dopó­ki uja­da. A raczej: nie było, jak się wyda­wa­ło, dopó­ki uja­da­ło. Prze­cież już pierw­szy wiersz, „plu­squ­am­per­fec­tum”, siłą rze­czy, wpro­wa­dza w zaprze­szłość. To spryt­ny zabieg masku­ją­cy. Ale to już było, choć wra­ca i jest tego wię­cej. Trzy minu­ty – czas, któ­ry może dopro­wa­dzić do naro­dzin, śmier­ci lub orga­zmu – potra­fią zro­bić róż­ni­cę. Inne było nie­bo, inne oka­za­ło­by się pie­kło na zie­mi, tej zie­mi. Inni bro­da­ci zosta­wi­li­by w boha­te­rze wier­szy, tych wier­szy, inne nie­od­śnie­żo­ne dro­gi („kyrie ele­ison”). Inne pie­śni, inne lita­nie do dziur: w dro­gach, któ­re wyma­ga­ją przej­ścia, albo w przej­ściach, któ­re wyma­ga­ją wybra­nia dróg; ale też w ludziach, bli­skich i obcych, wresz­cie w sobie, dzię­ki któ­rym moż­na grać na cie­le – same­mu lub przy mniej lub bar­dziej nie­życz­li­wej pomo­cy – niczym na flet­ni Pana.

Wznie­ca­jąc kolej­ne ogni­ska zapal­ne w sobie? Robiąc dym? „Ale para znad lodu/ to nie dym” („boj­corz”). Jed­nak­że taja­nie nie musi mieć nic wspól­ne­go z kra­iną lodu. Doty­czy też prze­cież wra­ca­nia do swo­jej nor­mal­nej tem­pe­ra­tu­ry, czy­li – w pew­nym porząd­ku – zdro­wie­nia, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o cia­ło. Jak rów­nież ozna­cza łagod­nie­nie, roz­czu­la­nie się, co zno­wu otwie­ra per­spek­ty­wę afek­tyw­nie pozy­tyw­ną, nawet gdy wyłącz­nie w pro­ce­sie, a raczej pro­ce­sji, w któ­rą wyru­szył boha­ter tych wier­szy. Prze­miesz­cza się nie­ko­niecz­nie od sta­cji do sta­cji, pra­cu­jąc rów­nież na dłuż­szych odcin­kach, kopiąc się z cza­sem i prze­szło­ścią defi­nio­wa­ną nie tyl­ko przez para­dok­sal­ne dzie­ciń­stwo: jed­no­cze­śnie źró­dło traum i wspo­mnia­ne­go taja­nia.

Ta swo­ista dro­ga krzy­żo­wa wpi­su­je się w koło, jak­by bez­u­stan­nie była odtwa­rza­na. Refre­ni­zo­wa­na ini­cja­cja­mi, będą­cy­mi jed­no­cze­śnie prze­pra­co­wa­niem wsty­du i tabu, w związ­ku z któ­ry­mi to czło­wiek może stać się bogiem, żeby móc kolek­cjo­no­wać roz­cza­ro­wa­nia wyłącz­nie na swo­je kon­to. „Mro­żo­ne boli mniej” („taja­nie”), a jed­nak spa­la się na cudzych i wła­snych sto­sach, kar­miąc bólem niczym męczen­nik za wia­rę we wła­sne sła­bo­ści, zbie­ra­ją­cy jabł­ka z tra­wy peł­nej os („gene­sis”). Wła­sność bywa tutaj klu­czo­wa, ale w rozu­mie­niu „wła­snej woli” („łań­cu­chy”) i „wła­snej pie­śni” („boj­corz”).

Dzie­dzic tu dużo wygi­na, na pozio­mie mate­rii (sło­wa, któ­re były na począt­ku) i komu­ni­ka­tu (czy­ny, któ­re nie­mal­że dopro­wa­dzi­ły do koń­ca). Zresz­tą jak ina­czej mie­rzyć się z dogma­ta­mi i praw­da­mi (bra­ku) wia­ry? Autor nie jest boj­co­rzem, a jed­nak głę­bo­ko wcho­dzi w sfe­rę intym­ną, dzie­ląc na czwo­ro włos na ple­cach meta­fi­zy­ki. Wier­sze cały czas zmie­nia­ją zna­ki, zacho­wu­jąc jeden język. Jeden jest rytm, jeden tlen; pra­ca, post i bez­sen­ność. Czter­dzie­ści wier­szy pisa­nych na pusty­ni nocy, a jak­by jed­na msza życia. Oczy­wi­ście, bez podob­nych kiczo­wa­tych meta­for; to tyl­ko, wla­ny dla lep­sze­go uwy­pu­kle­nia jako­ści dzie­ła Dzie­dzi­ca, kon­trast.

Meta­fi­zy­ka zosta­je tu rów­nież zmo­to­ry­zo­wa­na, buf­fo i serio, więc dzię­ki pod­stę­po­wi tech­no­lo­gii jesz­cze szyb­ciej ucie­ka przez poran­ki bez­dro­ży, pole­ru­ją­ce karo­se­rię świa­ta („lita­nia do dziur”, obok tytu­ło­we­go utwór cen­tral­ny, któ­ry nie­za­leż­nie zasłu­gu­je na osob­ne wni­kli­we omó­wie­nie). Zima zno­wu zasko­czy­ła dro­go­wców, choć to dro­go­wcy chcie­li zasko­czyć zimę. Ale jak mogli, nawet gdy nie­któ­rzy podró­żo­wa­li kon­no? Dys­kret­na ero­ty­ka, nie licząc fapo­wa­nia do Azja­tek („pyski”), tak­że prze­gry­wa z lodem. Te gla­cies lau­da­mus sta­no­wi tu nie­je­dy­ny punkt pod­par­cia (sko­ku przed pro­giem): „tobie lodzie wiecz­nie pałam”. I lód jest cie­pły, nie tyl­ko w tym hym­nie. Nie­wie­le poja­wia się tej czy innej miło­ści: rap­tem trzy rekor­dy odskocz­ni. Dzie­dzic raczej wyko­nu­je czar­ną robo­tę przed­skocz­ka nie­skoń­czo­ne­go. W eks­ta­zie? W innym porząd­ku afek­tyw­nym. Jeśli już, moż­na tu dostać wię­cej spor­tu: „czło­wiek to boże boisko” („taja­nie”). Roz­gryw­ka toczy się na obu poło­wach, co już daw­no nie są rów­ne: ale któ­ra, w ramach pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju ośrod­ka do roz­po­zna­wa­nia kate­go­rii praw­dy, powin­na się kur­czyć?

Kto tutaj poka­zu­je pal­cem? Kto nazy­wa rze­czy po imie­niu? Jakie imio­na mają rze­czy w tych wier­szach i na ile są istot­ne? Czy w ogó­le koniecz­ne jest szu­ka­nie odpo­wie­dzi na pyta­nia zasad­ni­cze, gdy logi­ka śpi, a budzą się demo­ny wia­ry?

Dzie­dzic nie wsia­da do byle jakie­go pocią­gu. To pociąg na kon­kret­nej tra­sie: do tajem­ni­cy. Tajem­ni­ca dostęp­na żywym może być ulo­ko­wa­na tyl­ko w jed­nym miej­scu: w dzie­ciń­stwie. A w dzie­ciń­stwie trze­ba wyna­leźć dla sie­bie koło. Choć­by łapiąc poke­mo­ny i bawiąc się dino­zau­ra­mi. To bar­dzo nośna meta­fo­ra się­ga­nia do naj­głęb­szych korze­ni. I zata­cza­nia koła, poprzez wiecz­ne powro­ty do nich.

Tym­cza­sem ojciec boha­te­ra wier­szy – praw­dzi­wy i nie­bie­ski? – daw­no umarł, roz­war­stwił się, choć cza­sem woła z prze­szło­ści. Mat­ka była pra­wie nie­obec­na. Bab­cia wyko­ny­wa­ła wie­le czyn­no­ści, dopó­ki nie spoj­rza­ła na wszyst­ko z dołu, a dzia­dek? Robił mię­so („pieśń”), kazał oddać pla­sti­ko­wy pier­ścio­nek kuzyn­ce („rytu­ał”) i spre­zen­to­wał kasę na kom­pu­ter („dzie­dzic­two”). W ogó­le naj­praw­dziw­szy ogień, jaki tu się poja­wia, wystę­pu­je w grach. W realu jest jedy­nie piec, do któ­re­go trze­ba dokła­dać.

„Nauka cho­dze­nia” nie­przy­pad­ko­wo igra z Róże­wi­czem, choć w pierw­szej kolej­no­ści reali­zu­je temat prze­mo­cy. W ogó­le życie w narzu­co­nym sys­te­mie war­to­ści nie­mie­rzal­nych poprzez ich reli­gij­ny rodo­wód to obse­syj­ne funk­cjo­no­wa­nie w opre­sji. I w tych wier­szach opre­sja z obse­sją się mie­sza. Boha­ter, w klesz­czach i kłą­czach, wal­czy o prze­strzeń i oddech. Istot­ny jest tu motyw mię­sa, jego smak od dziec­ka („trans­for­mers”): w koń­cu boha­ter pro­wa­dzo­ny jest na rzeź, para­dok­sal­nie by oca­leć. Real­ne musi wygrać z wyobra­żo­nym, nawet jeśli boli i wyma­ga regu­lar­ne­go zamra­ża­nia. W koń­cu praw­dzi­we życie zosta­ło poczę­te przez smu­gę mete­ory­tu („inklu­zja”), to jedy­na moż­li­wa inter­wen­cja nie­ba, kosmo­su (abs­tra­hu­ję od tego, że zda­nia osób nauko­wych w tej kwe­stii są podzie­lo­ne).

Gdzieś w tle może maja­czyć podwój­ne waha­dło kie­dyś mod­ne­go poety w dre­dach, choć te wier­sze zde­cy­do­wa­nie radzą sobie bez nie­go, nawet boso i we mgle (jak na przy­kład „sen o t‑rexie”). Poetyc­ka reali­za­cja trau­ma­tycz­nych doświad­czeń zwią­za­nych z posłu­gą mini­stran­ta czy har­ce­rza nie potrze­bu­je podob­nych wzor­ców. Nawet jeśli jedy­ny ksiądz, któ­ry nie mole­stu­je, to ten, któ­rym możesz zostać. A w koście­le ulgę przy­no­si jedy­nie zim­na posadz­ka („tkacz”). Boha­ter tych wier­szy, ponad swo­ją mia­rę, spoj­rzy jesz­cze w nie­bo, by łapać klucz, kim wypa­da być („kali­bra­cja”). Klucz gęsi odle­ci. Zosta­ną zada­ne pyta­nia „kim jestem?” i „dokąd zmie­rzam?”. Ale to nie pospo­li­ta toż­sa­mo­ściów­ka, pad­ną bez róż­ni­co­wa­nia klas. Cho­dzi o odkry­cie nie­unik­nio­ne­go, a nie o pod­ję­cie świe­żej decy­zji.

Figu­ra Kro­no­sa potrzeb­na jest do usta­no­wie­nia hie­rar­chii w nowym świe­cie po coming oucie. Wbrew nor­ma­tyw­nym ukła­dom, gdzie „chłop może tyl­ko z babą i to jed­ną”, poza tym łóż­ka są osob­ne, a różań­ce róż­ne („układ”). Co cie­ka­we, śpiew­ność, skry­ta i intym­na ryt­micz­ność, a nawet rymy tych wier­szy mogą wyni­kać z pew­nej semi­na­ryj­nej kon­wen­cji: gło­śno roz­ma­wia­my o bogach i hero­sach, resz­ta zosta­je w fazie anal­nej i oral­nej, nawet jeśli kie­dyś zdo­mi­nu­je ple­ba­nię. I w tak wykre­owa­nym uni­wer­sum musi się poja­wić wiersz o minio­nej tęsk­no­cie do potę­gi papie­ża Pola­ka, całe­go na rzuł­to, a nie­spra­wie­dli­wie wyśmie­wa­ne­go.

Język to tutaj żywe mię­so, ale nie zabra­kło miej­sca dla suge­styw­nych obra­zów i mala­rzy, Pol­loc­ka i Rie­pi­na, jako kre­ato­rów. I jesz­cze Mun­cha jako mon­ste­ra, tak, chrup­ka – od cza­su bie­re­zi­now­skie­go debiu­tu Łuka­sza Kra­jew­skie­go z per­so­ni­fi­ka­cją czip­sa podob­ne przy­sma­ki peł­nią w poezji coraz waż­niej­szą rolę. I nie bra­ku­je tu podob­nych efek­tów. Kar­ma syci fizycz­nie, meta­fi­zycz­nie i w ramach sie­cio­we­go feedu („kar­ma”). „Lało jak z cer­be­ra”. „Dan­zig maca­bre”. „Sin-i-co”. Pro­ste, nośne i chwy­tli­we. Ta ostat­nia gra otwie­ra słusz­ną i zba­wien­ną kon­klu­zję: no wła­śnie, ile jesz­cze mamy się przej­mo­wać grze­chem, prze­cież naj­czę­ściej (już) nie wie­rząc?

Prze­słań jest wie­le, ale nie prze­sła­nia­ją się wza­jem­nie. Rytu­ałów nie odja­nie­paw­la się na pałę. Ani na dwie. „Trze­ba swo­je odta­jać” („taja­nie”) – to na pew­no, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem „swo­je­go”, wewnętrz­ne­go, wsob­ne­go; pod tym wzglę­dem Dzie­dzic napi­sał książ­kę nie­mal­że tera­peu­tycz­ną. Świat, nato­miast, taje nie­za­leż­nie („pra­do­li­na”), to zewnętrz­ny pro­ces, nie ma w nim źró­deł inspi­ra­cji, prze­pły­wów o dodat­nim zna­ku.

Two­ja iskra to przed­wio­śnie popio­łu („inklu­zja”) – wszyst­ko, prę­dzej czy póź­niej, się wypa­li. Rów­nież lód, tutaj nad wyraz cie­pły, nawet gdy nie­zmien­nie twar­dy. Wszyst­ko, prę­dzej czy póź­niej, znaj­dzie rów­no­wa­gę. Tyl­ko to nie będzie sta­ły poziom afek­tów, a sinu­so­ida: wypad­ko­wa nie­bez­piecz­nych fal i bez­piecz­ne­go brze­gu. Dla­te­go nawet gdy boha­ter tych wier­szach wywo­łu­je poża­ry, choć­by we śnie („pod­pa­lan­ka”), nie gasi ich. Za to, napraw­dę rzad­ko, zosta­wia zglisz­cza. Para­doks? Raczej żar­li­wa pre­me­dy­ta­cja w samo­re­gu­la­cji. „Pro­szę daj wyjść/ nie chcę wcho­dzić / dalej”.

Co moż­na uznać za dzie­dzic­two tych wier­szy? Czy to nie zbyt pod­sta­rza­ła gra, bli­ska Hero­esom trzy? Nie, to roz­gryw­ka na mia­rę zma­gań czło­wie­ka po przej­ściach i prze­isto­cze­niach z nie­wy­ja­śnio­nym, nie­ma­ją­cym począt­ku ani koń­ca, praw­do­po­dob­nie nie­ist­nie­ją­cym, lecz bolą­cym jak pierw­szy raz, u spo­wie­dzi. Ącym, ącym, ącym. Jak mawiał inny twór­ca z pobli­skie­go auto­ro­wi mało­pol­skie­go mia­stecz­ka: „hej, kolę­da, kolę­da!”. Jaki kraj, taka boskość; jaki kraj, taki płacz. Taki skraj.

Od począt­ku, ukry­te­go w dzie­ciń­stwie, więc całe życie odkry­wa­ne­go, cho­dzi o łata­nie świa­tów, łata­nie prze­strze­ni mię­dzy nimi, by powsta­ła nie­ko­niecz­nie nowa i ory­gi­nal­na, ale względ­nie zin­te­gro­wa­na całość. Real­ne zespo­lo­ne z wyobra­żo­nym, uwie­rzo­nym, w zdro­wych pro­por­cjach po tej stro­nie, któ­rej moż­na dotknąć i doświad­czyć (co zna­mien­ne, sło­wo „dotyk” nie pada w tomie ani razu). Trans­gra­nicz­ność, trans­gre­sja, trans­for­ma, trans­sub­stan­cja. Amu­se-bouche („pasja”) dla nie­wie­rzą­cych, któ­rzy prze­szli przez wszyst­kie eta­py wta­jem­ni­cze­nia w meta­fi­zy­kę.

Całość, pozo­sta­ją­cą w cią­głym ruchu niczym nośne powie­ści – jak wspo­mi­na­łem, ale prze­cież będę powta­rzał, ponie­waż ta książ­ka to ciąg odda­le­ni i powro­tów – wień­czy „strup”. Czy­li rana się zabliź­nia, ale czy się zro­śnie? Jed­no jest pew­ne: Michał Dzie­dzic debiu­tu­je we wła­ści­wym cza­sie i miej­scu, z pom­pą, któ­ra dzia­ła, jak nale­ży, nie zama­rza­jąc. A co się nie zagoi w wier­szu, znaj­dzie uko­je­nie w dal­szej, bar­dziej usys­te­ma­ty­zo­wa­nej recep­cji kry­tycz­no­li­te­rac­kiej, cze­go auto­ro­wi życzę.

O autorze

Rafał Gawin

Ur. 1984. Redaktor, korektor, konferansjer, animator, recenzent, poeta i przyszły prozaik. Wydał pięć książek poetyckich, ostatnio Wiersze dla koleżanek (Justynów 2022). Tłumaczony na języki. Prowadzi „Wiersz wolny” i „Liberté!”. Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje (jako instruktor) w Domu Literatury i działa (jako skarbnik i wydawca) w oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Powiązania

Polska w bardzo długim i czułym obiektywie. Przewodnik dla świata, który się nie skończył

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Zoom Poland”.

Więcej

Połow 2010

dzwieki / WYDARZENIA Różni autorzy

Zapis całe­go spo­tka­nia autor­skie­go z udzia­łem Mar­ci­na Bie­sa, Mar­ty­ny Buli­żań­skiej, Krzysz­to­fa Dąbrow­skie­go, Rafa­ła Gawi­na, Mar­ty­ny Kul­bac­kiej, Mariu­sza Par­ty­ki, Bar­to­sza Sadul­skie­go, Krzysz­to­fa Sze­re­me­ty, Fili­pa Wyszyń­skie­go i Domi­ni­ka Żybur­to­wi­cza pod­czas festi­wa­lu Port Wro­cław 2010.

Więcej

Zasada nieoznaczoności

wywiady / o książce Grzegorz Wróblewski Rafał Gawin

Roz­mo­wa Rafa­ła Gawi­na z Grze­go­rzem Wró­blew­skim, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Ra Grze­go­rza Wró­blew­skie­go, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 23 paź­dzier­ni­ka 2023 roku.

Więcej

Transparentny raport z pola, z którego się mówi, czyli to nie świat się kończy, to kolejny wtórny wiersz puka od spodu, którego nikt nie zauważa

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Nowe języ­ki poezji”.

Więcej

Poetycka książka trzydziestolecia: nominacja nr 5

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Poetyc­ka książ­ka trzy­dzie­sto­le­cia”.

Więcej

Wieprze przed perły. Centrala nas nie ocali, czyli rok w Biurze

debaty / ankiety i podsumowania Rafał Gawin

Głos Rafa­ła Gawi­na w deba­cie „Biu­ro­we książ­ki roku 2016”.

Więcej

Plując z lewej. Z wiatrem i pod wiatr

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recen­zja Rafa­ła Gawi­na, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze anto­lo­gii Zebra­ło się śli­ny. Nowe gło­sy z Pol­ski, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 20 wrze­śnia 2016 roku.

Więcej

pigułka gwałtu

dzwieki / RECYTACJE Rafał Gawin

Wiersz z tomu Połów. Poetyc­kie debiu­ty 2010, zare­je­stro­wa­ny pod­czas spo­tka­nia „Połów 2010” na festi­wa­lu Port Wro­cław 2010.

Więcej

Setka z okazji dwudziestki w dwudziestu czterech mgnieniach

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recen­zja Rafa­ła Gawi­na z książ­ki 100 wier­szy pol­skich sto­sow­nej dłu­go­ści w wybo­rze Artu­ra Bursz­ty.

Więcej

Idzie tylko o siłę odczuwania niedoskonałości własnej?

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recen­zja Rafa­ła Gawi­na z książ­ki zni­kam jestem Kry­sty­ny Miło­będz­kiej.

Więcej

Węzły chłonne. Historia choroby

recenzje / KOMENTARZE Rafał Gawin

Autor­ski komen­tarz Rafa­ła Gawi­na do wier­sza z książ­ki Przy­miar­ki.

Więcej

Antykwariat. Dom publiczny, W seksie szukasz formy czy treści?

recenzje / KOMENTARZE Rafał Gawin

Autor­ski komen­tarz Rafa­ła Gawi­na do wier­szy z alma­na­chu Połów. Poetyc­kie debiu­ty 2010.

Więcej

Ryzyko poślizgu, raj utracony i pieśń o queerze

wywiady / o książce Michał Dziedzic Patrycja Sikora-Tarnowska

Roz­mo­wa Patry­cji Siko­ry-Tar­now­skiej z Micha­łem Dzie­dzi­cem, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Micha­ła Dzie­dzi­ca taja­nie, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 10 mar­ca 2026 roku.

Więcej

Język i szaleństwo

recenzje / ESEJE Mateusz Kotwica

Recen­zja Mate­usza Kotwi­cy z książ­ki Przy­miar­ki Rafa­ła Gawi­na.

Więcej

Nieprzewidziana obecność

recenzje / ESEJE Paweł Kaczmarski

Recen­zja Paw­ła Kacz­mar­skie­go z książ­ki Przy­miar­ki Rafa­ła Gawi­na.

Więcej