książki / PROZA

Obce stany

Katarzyna Jakubiak

Fragmenty książki Obce stany Katarzyny Jakubiak, która ukaże się w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Postpartum

Zawsze lubiłam owocowe galaretki, ale po urodzeniu córki zaczęłam mieć do nich szczególny sentyment. Na początku zajadałam się nimi kilka razy w tygodniu, wspominając pierwszy po cesarce posiłek, który przyniesiono mi w szpitalu. Mogłam wtedy przyjmować tylko płyny, więc galaretki podano mi na tacy tak, by sprawiały wrażenie wielodaniowej uczty. Pierwsze danie: czerwona galaretka w małej, okrągłej salaterce. Drugie danie: żółta galaretka w większej, kwadratowej. Trzecie danie: zielona galaretka w pucharku na wysmukłej nóżce. Do popicia chłodny sok pomarańczowy. To nic, że, niezależnie od koloru, galaretki smakowały prawie identycznie. W czerwonej nie czułam truskawek, w żółtej owoców mango, kwaskowość zielonej była tylko mglistym przypomnieniem limonki. I tak, wzruszona tym luksusem, jadłam z przyjemnością, podparta na łóżku w pokoju amerykańskiego szpitala, który od pokoju w pięciogwiazdkowym hotelu różnił się tylko obecnością sprzętu medycznego.

Nie wiem, co po moich narodzinach ponad trzydzieści lat wcześniej podano mojej mamie. Cokolwiek to było, wszystkie potrawy przestały jej smakować. Jeszcze z podstawówki pamiętam jej wychudzone ramiona, zakryte na szczęście przez modne akurat poduszki. I cienie pod oczami – starannie zamaskowane korektorem – które brałam za oznakę starzenia, chociaż mama była wtedy ledwie w połowie trzydziestki. Trudno ustalić, kiedy po raz pierwszy zaczęła mi opowiadać historię tamtego porodu w komunistycznej Polsce, ale potem powtarzała ją już obsesyjnie co roku w dniu moich urodzin, aż po latach znudzenia i rozdrażnienia – „Mamo! Już to słyszałam!” – opowieść znów zaczęła mnie interesować. Jak padał śnieg. Jak długo sikała – nie zorientowała się, że to wody odchodzą, bo do terminu został jeszcze miesiąc. Jak w szpitalu akurat nie było lekarza, który opiekował się jej ciążą, a mojemu tacie nie przyszło do głowy, żeby dać komuś łapówkę. Więc prawie się udusiłam, pchając się na świat bez pomocy pielęgniarek i położnych, z głową już na zewnątrz, a resztą ciała nadal zakleszczoną w niej. Jak wreszcie przyszedł na dyżur jakiś ludzki lekarz – do tej pory mama zapala znicze na jego grobie – i oburzony obojętnością personelu przywołał go do porządku, i uratował mnie oraz ją. Tylko że mnie i tak zaraz gdzieś zabrano, a ona została sama na wąskim łóżku w szpitalnym korytarzu. I było jej bardzo zimno, i bardzo płakała. I znów jakaś bardziej ludzka pielęgniarka zlitowała się nad nią, zdjęła z wieszaka obok stertę cudzych palt i jak kocem przykryła ją po samą głowę – aż mama zasnęła wtulona w obce zapachy: mokrej wełny, naftaliny, lawendowych perfum.

Jeszcze nie wiem, co mam opowiadać córce corocznie na urodziny. W końcu moja historia nie jest tak dramatyczna jak historia jej babci. To prawda, że mój mąż nie dostał amerykańskiej wizy, ale przynajmniej ten przejaw bezdusznej biurokracji oburzył amerykańskich lekarzy i pielęgniarki. Dlatego pozwolili, aby podczas cesarki towarzyszyła mi przyjaciółka. I nie powiem, najadłam się strachu, kiedy dostałam rachunek za pobyt w szpitalnym luksusie. Leżałam dwa dni ponad standard, więc skasowano mnie na prawie jedną trzecią mojej rocznej pensji. Na szczęście okazało się, że pakiet ubezpieczeniowy, który wybrał mój pracodawca, pokrywa wszystko. Nie miałam głowy zastanawiać się, co robią matki, które pracują u mniej hojnych pracodawców. I tak, przyznam, płakałam, kiedy wróciłam z dzieckiem do domu. W końcu byłam sama, tylko z iPhonem do pomocy. Ale kiedy skończył się czas galaretek, zaraz zaczęli odwiedzać mnie znajomi z posiłkami, a nawet nieznajomi z lokalnego kościoła, którzy znaleźli we mnie okazję do spełnienia dobrego uczynku. Drugi raz płakałam, kiedy po sześciu tygodniach musiałam wrócić do pracy. We wspaniałej Ameryce nie istnieje powszechny urlop macierzyński i na opiekę nad córką przyznano mi tylko tyle dni, ile przez lata pracy nazbierałam urlopu zdrowotnego. Na szczęście zanim wróciłam do pracy, do Ameryki zdążyła dolecieć moja mama. Z wielką ochotą zajęła się wnuczką. I bez problemu woziłam ją na kampus z niemowlakiem, żeby w przerwach między zajęciami wyskakiwać do nich na karmienie. Kiedy przerwa była zbyt krótka, żeby do nich dotrzeć, pozwolono mi ściągać mleko laktatorem w pokoju dla woźnych. Laktator, za który też zapłaciło ubezpieczenie, grał rytmiczne „umpa-umpa” jak jakiś instrument dęty na paradzie, przynosząc mi nieoczekiwane poczucie wspólnoty. Jakbym maszerowała w szeregu z milionem dzielnych Amerykanek pompujących mleko z piersi ku chwale systemu. Szczęśliwa, że w przeciwieństwie do nich nie musiałam oddawać dziecka do jednego z szokująco drogich żłobków.

Wszystko jest więc w porządku. Bez wątpienia, między światem mojej mamy a moim widać wyraźny postęp? Czyż nie wystarczy jedna warstwa korektora, żeby zamaskować moje cienie? A kiedy jednak dopadnie mnie smutek, wspomnienie galaretek działa jak słoneczne lekarstwo. Co z tego, że ta żółta smakuje identycznie jak czerwona? Liczy się wizja mango, intensywność koloru, zapach, który nastraja do snów. Obracam w ustach obiecujące grudki. Mam marzenie, że przyszłe pokolenia poczują na języku miąższ.


Macierzyństwo kontra Trump

 Jak co lato przyjechaliśmy do Polski i od początku naszego pobytu mój trzyletni synek nie chce jeść śniadania. Domaga się gotowych pancakes z pudełka, do których jest przyzwyczajony w Ameryce, i nie chce nawet spojrzeć na jakiekolwiek zamienniki. Nie przekonują go naleśniki ani placki, nic smażonego na patelni. Pragnie tylko tych pulchnych zamrożonych krążków z ciasta, które wkłada się do mikrofali na trzydzieści sekund, na gorąco smaruje się masłem i polewa syropem klonowym, a potem kroi na osiem trójkątów, które synek zjada z talerza rękami. Ponieważ nigdzie nie mogę znaleźć dokładnie takich pancakes, po dwóch dniach śniadaniowej głodówki udaje mi się namówić synka na zjedzenie jogurtu – i to tylko dlatego, że zapakowany jest w pudełko w jego ulubionym kolorze, pomarańczowym. Niestety następnego dnia zawierusza nam się gdzieś jego ulubiona łyżeczka i mimo że synek na widok pudełka wykrzykuje z entuzjazmem: Orange!, jogurt stoi nienaruszony na stole aż do południa.

Walcząc z moim trzylatkiem o jedzenie, nie mogę przestać myśleć o innych dzieciach, których sylwetki prawie przez miesiąc nie schodziły z komputerowych i telewizyjnych ekranów w USA przed naszym wyjazdem. Dzieci – ofiary polityki „zera tolerancji” Trumpa, odbierane rodzicom na granicy USA/Meksyk; dzieci nielegalnych imigrantów uciekających z rodzimych piekieł Ameryki Środkowej, lecz także imigrantów legalnie występujących o azyl; te właśnie dzieci przetrzymywane w schroniskach przerobionych z hal byłych hipermarketów; te dzieci wrzeszczące lub tępo wpatrzone w podłogę albo dzieci zdezorientowane, bo oddzielono je od rodziców podstępem, żeby „nie sprawiały trudności”. Wiem, że są wśród nich także dzieci poniżej piątego roku życia; w znacznej mniejszości, ale jednak. Kiedy więc szukam ulubionej łyżeczki synka, w głowie mam jedno dręczące – być może trochę dziwaczne – pytanie: „Co te dzieci jedzą?”. Jeśli mój synek nie chce jeść na nowym miejscu, mimo że otaczają go kochający dorośli, to jak jedzą dzieci w tych koszmarnych schroniskach pod okiem strażników, którym zabroniono nawet je pocieszać?

Zdaję sobie sprawę, że mój synek jest rozpieszczony. Przypuszczam, że gdyby naprawdę był głodny, miałby lepszy apetyt. Jednak nie jestem tego pewna w stu procentach. Wątpliwości podsuwa mi lektura zapisków, którymi podzielił się ze mną niedawno mój znajomy Omar, uchodźca z Somalii. Z jego wspomnień z obozu dla uchodźców dowiedziałam się czegoś na temat jedzenia, na co sama chyba bym nie wpadła. Omar pamięta przypadki, kiedy nowo przybyli do obozu ludzie umierali tylko dlatego, że nie wiedzieli, jak jeść obcą kulturowo żywność dostarczaną im przez organizacje pozarządowe. Na przykład próbowali rozpuszczać w wodzie mąkę pszenną, żeby zrobić z niej napój. Przez to dostawali biegunki i odwadniali się. Przypomina mi się też wątek „obcego” jedzenia w powieści Połówka żółtego słońcanigeryjskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adichie. Jako matka mocno przeżywałam przy tej lekturze zmartwienia głównej bohaterki Olanny, która na początku wojny biafrańskiej próbuje nakarmić kilkuletnią córeczkę. Olanna pochodzi z wpływowej rodziny, więc ma dostęp do jedzenia, ale nie takiego, do jakiego dziewczynka była przyzwyczajona w czasie pokoju. Dziecko odmawia przyjmowania pokarmów, chudnie w oczach i o mało co nie umiera. Na szczęście po wielu staraniach Olannie udaje się zdobyć dla niej jajka w proszku, których „plastikowy” smak napawa obrzydzeniem większość dorosłych, ale za to przepadają za nim dzieci.

Kiedy w piątym dniu pobytu w Polsce mój synek zjada wreszcie na śniadanie kawałek bułki z dżemem truskawkowym, przypominam sobie radość, jaką czuła powieściowa Olanna nad talerzem pełnym jajecznej papki. Traf chce, że w tym samym dniu Trump podpisuje dekret zakazujący rozdzielania rodzin. Sytuacja poprawia się więc – ale tylko trochę. Około dwóch tysięcy trzystu zatrzymanych dzieci nadal pozostaje w schroniskach, chociaż według rządowego raportu „tylko” trzydzieścioro sześcioro spośród nich ma mniej niż pięć lat i „tylko” troje mniej niż rok życia. Dla każdego rodzica z odrobiną wyobraźni liczba „trzy” jest w tym rachunku chyba równie przerażająca co „dwa tysiące trzysta”.

*

W dniu, w którym wylatywałam z USA, mieszkańcy mojego okręgu Lancaster w stanie Pensylwania właśnie szykowali się do protestu przed siedzibą republikańskiego senatora. Trump w tym czasie zapewniał, że nie może nic poradzić w kwestii rozdzielania rodzin, a prokurator generalny Jeff Sessions uzasadniał konieczność takiego postępowania, powołując się na list świętego Pawła do Rzymian. Niektóre media zastanawiały się, czy Sessions zdaje sobie sprawę, że dokładnie ten sam fragment Biblii cytowano kiedyś dla usprawiedliwienia niewolnictwa.

Podejrzewam, że Sessions był tego świadomy; pochodzi przecież z Południa USA. Dzięki wspomnieniom niewolników, które co roku omawiam ze studentami na zajęciach z literatury afroamerykańskiej, wiem, jak głębokie korzenie ma na Południu „tradycja” wykorzystywania religii chrześcijańskiej do obrony praktyk całkowicie sprzecznych z duchem chrześcijaństwa. Najsłynniejszy autor z naszej listy lektur, Frederick Douglass, w swoich wspomnieniach poświęcił cały osobny rozdział fałszywej odmianie chrześcijaństwa, za jaką uznał „religię posiadaczy niewolników” (slaveholding religion). W 1845 roku Douglass postawił religii Południa takie – jak się zdaje nadal aktualne – oskarżenie:

pomiędzy chrześcijaństwem tej ziemi a chrześcijaństwem Chrystusa dostrzegam największą z możliwych różnic – tak wielką, że jeśli ktoś uzna jedną z tych religii za dobrą, czystą i świętą, musi z konieczności odrzucić drugą jako złą, niemoralną i podłą. Aby być przyjacielem jednej, trzeba z konieczności stać się wrogiem drugiej. Kocham czyste, pokojowe i sprawiedliwe chrześcijaństwo Chrystusa; dlatego właśnie nienawidzę chrześcijaństwa tej ziemi, którego domeną są korupcja, niewolnictwo, biczowanie kobiet, porywanie dzieci, uprzedzenia i obłuda. Naprawdę, nie widzę powodu – chyba że jest nim oszustwo – aby nazywać religię tej ziemi „chrześcijaństwem”. Uważam to za szczyt matactwa, najzuchwalsze z kłamstw, najobrzydliwsze z oszczerstw. (…) Napełnia mnie niewysłowiony wstręt, kiedy widzę, jak afiszowanie się religijnością idzie w parze ze straszliwymi sprzecznościami, które zewsząd mnie otaczają. Mamy złodziei mężczyzn wśród pastorów, biczujących kobiety wśród misjonarzy, porywaczy dzieci wśród członków kościoła. (…) Ci, którzy bronią świętości rodzinnych więzi, rozbijają całe rodziny – rozłączają mężów i żony, rodziców i dzieci, siostry i braci – zostawiając puste chaty i opuszczone ogniska[1].

W innych wspomnieniach niewolniczych, autorstwa Harriet Jacobs, można znaleźć opis kazania, które brzmi jak pierwowzór wypowiedzi Sessionsa o świętym Pawle. Kazanie, które opisuje Jacobs, miało miejsce podczas specjalnego nabożeństwa tuż po powstaniu Nata Turnera, kiedy to właściciele plantacji postanowili dać niewolnikom „tyle nauki o religii, ile by ich powstrzymało od wymordowania swoich panów”[2]. Trudno się dziwić, że w takich okolicznościach całe kazanie opierało się na jednym fragmencie zdania z… listów świętego Pawła właśnie: „Niewolnicy, z czcią i bojaźnią w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym panom, jak Chrystusowi”. Plantacyjny pastor zignorował oczywiście dalszą część tego samego listu, w której święty Paweł nakazuje panom dobroć wobec niewolników i przypomina, że „Bóg nie ma względu na osoby”. Jacobs była jedną z niewielu niewolnic, które tę pominiętą część mogły przeczytać; nauka czytania była zakazana wśród niewolników, czasem pod groźbą śmierci.

Wspomnienia Jacobs warto sobie przypomnieć akurat teraz (niestety nie istnieje ich polskie tłumaczenie), bo opisują amerykański system niewolnictwa z perspektywy matki, która, jak współcześni nielegalni imigranci, żyje w nieustannym poczuciu zagrożenia rozłąką z dziećmi. Jacobs postanawia uciec z plantacji, bo nie potrafi dłużej znieść molestowania seksualnego ze strony swojego pana (oczywiście, zgodnie z dziewiętnastowiecznymi konwencjami literackimi, nie pisze o tym wprost), ale żeby nie stracić dzieci, chwyta się różnych podstępów. W końcu spędza siedem lat ukryta w komórce na strychu u swojej babki, wolnej Afroamerykanki. Pomieszczenie ma mniej więcej po trzy metry na długość i na szerokość oraz zaledwie dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości w najwyższym punkcie. Jednak Jacobs woli takie życie niż koszmar plantacji i cieszy się, że jest blisko dzieci; mimo że nie może się z nimi kontaktować, słyszy ich głosy i obserwuje ich zabawy przez szparę w desce.

Wspomnienia Jacobs, wydane w 1861 roku, dwa lata przed zniesieniem niewolnictwa, spisywane były, jak wiele wspomnień niewolników, z myślą o wsparciu dla ruchu abolicjonistów. Miały przekonać czytelników, głównie białych mieszkańców Północy, o okrucieństwie systemu niewolnictwa i zainspirować ich do zaangażowania się w walkę o jego zniesienie. Jacobs wielokrotnie zwraca się w swojej książce wprost do białych kobiet i próbuje wzbudzić ich empatię przez odniesienia do wspólnego doświadczenia macierzyństwa. W oparciu o rolę matki Jacobs buduje również swój moralny autorytet; wszystkie swoje działania przedstawia jako wyraz troski o szczęście i bezpieczeństwo dzieci, podważając w ten sposób stereotyp niedbałej oraz rozwiązłej niewolnicy. Krytyczka Stephanie Li twierdzi, że dzięki tym retorycznym zabiegom macierzyństwo funkcjonuje w książce Jacobs jako „forma oporu” (motherhood as resistance)[3].

Podobną formę oporu wykorzystała do walki z niewolnictwem Harriet Beecher Stowe w słynnej Chacie wuja Toma. Stowe – matka sześciorga dzieci, z których jedno zmarło na cholerę w wieku osiemnastu miesięcy – stworzyła w swojej głośnej powieści jedną z najbardziej ikonicznych postaci matek w kulturze amerykańskiej. Jest nią niewolnica Eliza, desperacko ratująca swojego synka Harry’ego przed handlarzami niewolników. Scena ucieczki Elizy i Harry’ego przed psami gończymi przez zamarzniętą rzekę Ohio, jakkolwiek melodramatycznie przerysowana, poruszyła czytelników na całym świecie i została rozpowszechniona w milionach kopii na rysunkach, w przedstawieniach teatralnych, a później także w filmach. Jeśli wierzyć legendzie, która głosi, że Chata wuja Toma wywołała wojnę secesyjną, można pokusić się o stwierdzenie, że macierzyństwo uosobione w postaci Elizy było jedną z sił, które popchnęły Północ do odrzucenia niewolnictwa.

Przyznam, że czytając artykuły prasowe o dramatach rodzin rozdzielanych siłą na granicy USA/Meksyk, często miałam przed oczami ujęcia Elizy i Harry’ego z filmowej wersji Chaty w reżyserii Harry’ego A. Pollarda[4]. Zastanawiałam się nawet, czy jakaś scena z tego filmu nie pojawi się w mediach społecznościowych; być może ta, w której handlarze niewolników odciągają Harry’ego od matki na przynętę z cukierków. (Z tą właśnie sceną skojarzyły mi się opisy niektórych współczesnych metod rządowej agencji ICE – U.S. Immigration and Custom Enforcement). Ale sentymentalizm Chaty wuja Toma, słusznie od lat krytykowany, nie jest już odpowiednim nośnikiem społecznego protestu. Zamiast kadrów z Elizą, kilkakrotnie na Facebooku pojawiła się więc poniższa surowa rycina, przedstawiająca aukcję niewolników:

Na facebookowej stronie afroamerykańskiej grupy Woke Folks rysunek opatrzono następującym komentarzem: „Kiedy ludzie mówią, że polityka oddzielania rodziców od dzieci, którą stosuje Trump na granicy z Meksykiem, jest «nieamerykańska», zapominają, że te praktyki są właśnie bardzo amerykańskie i mają swoją historię”. Napis nad rysunkiem przypomina: „To nasza historia”.

Za trzy tygodnie wrócę z dziećmi z wakacji w Polsce do naszego domu w Ameryce i do wytęsknionych pancakes z syropem klonowym. Wrócimy w wyjątkowe miejsce. Nasze hrabstwo Lancaster w zeszłym roku na moment stało się sławne, kiedy BBC podało, że z całych Stanów Zjednoczonych to właśnie u nas mieszka statystycznie najwięcej uchodźców przypadających na jednego rezydenta. BBC tłumaczy ten układ tradycyjną przychylnością lokalsów wobec obcych, która wywodzi się podobno z tradycji religijnych – duchowemu życiu w tej okolicy nadają ton pokojowo nastawieni amisze, menonici i kwakrzy. W nadrzecznym miasteczku Columbia, osiemnaście kilometrów od mojego domu, według miejscowych opowieści kwakrzy we współpracy z wolnymi Afroamerykanami stworzyli pierwsze stacje słynnej kolei podziemnej (underground railroad): systemu bezpiecznych domów i pomocników, dzięki którym zbiegli niewolnicy mogli zacząć budować nowe życie lub przedostać się dalej na Północ i do Kanady. Bardzo chcę wierzyć, że właśnie w naszym hrabstwie można zobaczyć prawdziwe chrześcijaństwo; doświadczyłam go bezpośrednio sześć lat temu, kiedy wierni z obcego kościoła zorganizowali dla mnie pomoc, gdy jako tymczasowa samotna matka rodziłam córkę.

Niestety moja wiara waha się trochę, odkąd w 2016 roku wybory w moim hrabstwie wygrał Trump. Mimo to, kiedy przez Amerykę przetacza się fala oburzenia wobec praktyki rozdzielania rodzin, mam nadzieję, że moi sąsiedzi oprzytomnieją, że koło historii zakręci się jeszcze mocniej i że w moje bliższe oraz dalsze amerykańskie okolice powróci ta lepsza część historii USA – ta, w której macierzyństwo jako forma oporu wygrało z niesprawiedliwymi i okrutnymi prawami. Mam oczywiście na myśli macierzyństwo jako figurę – oznaczającą troskę nie tylko o własne dzieci, ale też dzieci cudze i w ogóle wszystkich słabszych i dyskryminowanych. Takie właśnie macierzyństwo praktykowali kiedyś osiemnaście kilometrów od mojego domu twórcy underground railroad, niezależnie od tego, czy byli matkami, ojcami czy osobami bezdzietnymi.

2018

Przypisy:
[1] F. Douglass, Narrative of the Life of Frederick Douglass, 1845. Fragment w przekładzie K. Jakubiak.
[2] H. Jacobs, Incidents in the Life of a Slave Girl, 1861. Fragment w przekładzie K. Jakubiak.
[3] Zob. S. Li, „Motherhood as Resistance in Harriet Jacobs’s Incidents in the Life of a Slave Girl”, w: „Legacy: A Journal of American Women Writers”, tom 23, 2006, nr 1, s. 14–29.
[4] Sceny z tego filmu można zobaczyć w internetowym archiwum Uncle Tom’s Cabin & American Culture, http://utc.iath.virginia.edu/onstage/films/mv27hp.html. Film Pollarda, wyemitowany w 1927 roku, był popularny także w Polsce.

Nagrobek dla skautki

 – Okej, mamo, jestem gotowa – oświadcza N. bezbarwnym głosem. A właściwie: Okay, mommy, I’m ready. Po trzech latach amerykańskiej szkoły mówi do mnie i męża prawie wyłącznie po angielsku, mimo że z uporem odpowiadamy jej po polsku.

Szybko wrzucam do torby długopis, folder z papierami i cmokam Piotra w policzek. Poganiam N. do wyjścia. Boję się, że jeśli w tej chwili nie wyjdziemy na zbiórkę, to za pięć minut się rozmyśli. Girl scouts to pierwsze zajęcia pozalekcyjne, jakimi się zainteresowała. Na wszystkie inne propozycje – balet, piłka nożna, hokej na trawie – wykrzywiała usta.

For girls. By girls. Girl scouts is a world where girls can do, and be, whatever they dream of – zachęca ulotka, którą N. dostała w szkole. Nad tekstem zdjęcie dziewczynki w niebieskim kasku, która wyłania się spomiędzy szczeliny w skale i wyciąga drobną rękę przed siebie, żeby wspiąć się wyżej. Nie mam pojęcia, czy to zdjęcie i obietnica świata, w którym dziewczynki mogą robić, cokolwiek sobie wymarzą, wpłynęły na to, że N. wybrała girl scouts. Być może zadecydowały po prostu miętowe i karmelowe ciasteczka, które kupujemy od skautek przed supermarketem podczas dorocznej zbiórki pieniędzy. No i powiedziałam jej, że będą mieć ogniska z pieczeniem marshmallows.

Mniejsza o to, co ją przekonało. Cieszę się z jej wyboru. Chcę, żeby oprócz szkoły miała jeszcze jakiś inny świat. To zabezpieczenie na wypadek, gdyby dzieci z jej klasy okazały się potworami. Od niepamiętnych czasów, jeszcze przed moim wyjazdem do Ameryki, noszę w sobie niejasne przeczucie, że amerykańskie dzieci mają skłonność do metamorfozy w potwory. Skąd to przeczucie? Z amerykańskich filmów i seriali? A może z rozmów z amerykańskimi znajomymi, w których często łapię aluzje do jakichś niewypowiedzianych okropności znaczących ich szkolną przeszłość?

Przed domem pomagam N. wsiąść do naszego nowego volvo. Według internetowego researchu Piotra to najbezpieczniejszy model samochodu na świecie. Na początku z dystansem podchodziłam do jego obsesji na punkcie bezpieczeństwa i zachęcałam, żeby rozszerzył poszukiwania także na inne marki. Ale szybko dałam się przekonać. Tym samochodem mamy przecież wozić naszą ukochaną siedmiolatkę. Niech już będzie obsesja.

Zapinając córce pasy na tylnym siedzeniu, dotykam ręką jej szyi pod długimi włosami w kolorze ciemny blond. Jest trochę spocona. Pomimo połowy października na zewnątrz wciąż jest ciepło i parno jak w sierpniu. Tylko światło o tej porze dnia świadczy o jesieni. Niebo zasnuwa rozmyta szarość jak cienka warstwa kurzu na szybie.

Wstukuję w telefon adres z ulotki Brethren in Christ Church i nazwę naszej miejscowości. Przypis na dole strony zapewnia, że chociaż spotkania skautek odbywają się w salach lokalnych kościołów, to nie są powiązane z żadną religijną denominacją. Dla pewności sprawdziłam w internecie. Zawahałam się, kiedy przeczytałam początek skautowskiej przysięgi: On my honor, I will try to serve God…, ale uspokoił mnie kolejny przypis: „Można zastąpić słowo Bóg innym, zgodnie z własną duchowością”. A więc Bóg w dowolnej interpretacji. Może to przyciągnie różne rodziny.

Mapa w telefonie rozszerza się i przesuwa, potem fokusuje na punkcie zaznaczonym czerwoną łezką. Próbuję dopasować nazwy ulic na mapie do zapamiętanych krajobrazów miasteczka, które przemierzam dość regularnie. Odległość: trzy i pół mili. Czas: osiem minut. Trochę ponad milę za skrzyżowaniem, przy którym zwykle skręcam w prawo, jadąc do jednego z pobliskich supermarketów. Head north towards Wabank Road – mówi telefon rozkazującym kobiecym głosem, a ja posłusznie wykonuję jego polecenie, chociaż większą część trasy – tę do zakrętu –znam na pamięć.

W przednim lusterku widzę spokojną twarz N. Uśmiecha się do swoich myśli. Może to dobry moment, żeby zapytać ją o ten papier ze szkoły?

– Bawiliście się w szkole w goryla i śmierdzące banany? – przez ściśnięte gardło powtarzam nazwę zabawy ze szkolnego listu do rodziców.

N. rozpromienia się i opowiada ożywiona:

– Tak, udawaliśmy, że po szkole grasuje goryl, który przyszedł ukraść banany. Był niebezpieczny, więc musieliśmy się przed nim ukrywać. Policja nam pomagała.

– Gdzie się ukrywaliście?

– W klasie. Musieliśmy siedzieć bardzo cicho. Ale potem te banany, które chciał ukraść, się zaśmierdziały i musieliśmy wszyscy wyjść ze szkoły.

– Fajna zabawa.

– Policjant mówił, że to ćwiczenie. Żebyśmy wiedzieli, co robić, gdyby kiedyś tak naprawdę się stało – zamyśla się, a potem chichocze. – Ale tak się raczej nigdy nie stanie. W zeszłym roku bawiliśmy się, że do szkoły włamał się złodziej pizzy. I to już jest bardziej możliwe.

– Masz rację – przytakuję zaskoczona. Nie wiedziałam, że mieli takie ćwiczenia już w zeszłym roku. Nie przysłano nam do domu żadnego listu. Czyżby ktoś z rodziców interweniował i dlatego powiadomiono nas teraz?

Daleko w dole przed nami widać już niekończące się pola kukurydzy, ale na razie jeszcze jedziemy wzdłuż domów. Od święta Halloween dzieli nas niewiele ponad dwa tygodnie, więc prawie wszystkie domy „przystrojone są” mniej lub bardziej makabrycznymi dekoracjami. Olbrzymia pajęczyna oplata werandę z szarą balustradą, na której przysiadł kościotrup. Dalej opuszczona gilotyna, z której zwisa odcięta głowa; od szyi po drewnie ciągnie się czerwona plama. Potem minicmentarzyk plastikowych nagrobków, przed którymi z ziemi wyłaniają się kościste ręce. Gdzieniegdzie dekoracje są bardziej niewinne: uśmiechnięty biały duszek na patyku, płaska sylwetka czarnego kota wbita w belę siana. Przypominam sobie o mailu, który dostałam wczoraj od drużynowej:

– Twoje skautki biorą udział w paradzie. Chcesz iść z nimi? Muszę powiedzieć pani.

– W paradzie? – ożywia się córka. Lubi tę doroczną paradę w miasteczku tak samo, jak ja w jej wieku lubiłam pochody pierwszomajowe. Zasada jest podobna: w triumfalnym marszu prezentują się wszystkie okoliczne szkoły, organizacje, biznesy, placówki. Tylko sceneria jest jesienna i pojawia się mniej flag. Są za to dekoracje, platformy i kostiumy dobrane zgodnie z tematem, który co roku ogłasza burmistrz. Widzieliśmy już „Gwiazdy Hollywood”, „Podmorskie światy” i „Hawajskie lato”. W tym roku parada nie wiadomo dlaczego odbywa się później niż zwykle, tuż przed Halloween, i taki właśnie ma temat.

– W tym roku tematem jest Halloween.

– Halloween? – entuzjazm N. gaśnie. Trzy lata szkoły nie wystarczyły, żeby oprócz języka rozwinęła w sobie amerykańskie zamiłowanie do makabry. – Będą straszne rzeczy?

– Pewnie tak. Ale nie wszystkie. Mogą być śmieszne potwory albo wiedźmy.

– O nie… – Mój optymizm jej nie przekonuje. Wydobywa z siebie przeciągły, marudny jęk.

– Spokojnie. Nie musisz iść, jeśli nie chcesz.

– Ale dlaczego taki temat…? – Widzę w lusterku, że zbiera jej się na płacz.

– Nie wiem – tak wybrali. Ale przecież nie musisz iść. Pojedziemy sobie w tym dniu do labiryntu kukurydzianego.

Ta obietnica ją uspokaja. Labirynty wycięte w wysokim gąszczu kukurydzy to jeszcze jedna ulubiona dziecięca rozrywka sezonu w tej okolicy.

Your destination is on your left – obwieszcza telefon, więc wrzucam kierunkowskaz i skręcam na przykościelny parking. Kościół przypomina dwie połączone ze sobą stodoły, które ktoś pomalował na biało i ustawił na ich dachach wieże, wąskie jak nadajniki radiowe. Przy wejściu uderza mnie zapach starej wykładziny. Główne drzwi prowadzą prosto do sali gimnastycznej i nie bardzo potrafię się zorientować, gdzie właściwie jest część „kościelna”. To nie ma znaczenia. Dziewczynki siedzą na wytartym parkiecie według klas i kiedy prowadzę tam córkę, przez chwilę nie chce puścić mojej ręki.

– Mamo, będziesz czekać za drzwiami? – szepce.

– Będę – przytulam ją. – Zobaczysz, będziesz mieć fun. Widzisz? Te dziewczynki już mają sprawności. – Pokazuję jej skautki ubrane w szare filcowe kamizelki z naszywkami, na których dostrzegam obrazki drzew, słońca i jakieś inne, nieznane mi oznakowania.

– Córka nie będzie brać udziału w paradzie – mówię, podając pani drużynowej papiery do rejestracji.

– W porządku – odpowiada głosem jakby stworzonym do wydawania komend. Przez chwilę wpatruję się w jej masywne ramiona wylewające się spod krótkich rękawów podkoszulka. Spodziewałam się bardziej wysportowanej drużynowej, takiej, która mogłaby jak skautka na ulotce wspinać się po skałach. Ale z drugiej strony ta kobieta emanuje taką pewnością siebie, że prawdopodobnie nawet bez idealnie wyrzeźbionych muskułów jest w stanie zrobić „wszystko, co tylko sobie zamarzy”.

Mommy! – bose, na oko roczne dziecko czepia się nogi drużynowej, ale natychmiast porywa je nastoletnia babysitterka i zabiera na korytarz. Ja też wychodzę. Oprócz mnie, dziecka i babysitterki na korytarzu siedzą jeszcze jakieś dwie mamy, obie wpatrzone w telefony. Nawet nie muszę mieć wyrzutów sumienia, że się do nich nie odzywam. Nie wiem, czy w ogóle zauważyły, że tam jestem.

Wyciągam plik kartek z wydrukowaną z internetu listą pytań na egzamin na obywatelstwo USA. Przerzucam szybko te oczywiste. „Jaki był cel Deklaracji Niepodległości? Ogłosić niepodległość”. Czytam uważniej te, nad którymi trzeba się zastanowić. „Wymień dwa prawa, które posiada każda osoba mieszkająca w Stanach Zjednoczonych. Wolność wyrażania poglądów. Wolność słowa. Wolność zgromadzeń. Wolność religii. Prawo noszenia broni”. „Prawo noszenia broni” – powtarzam szeptem i czuję mrowienie w żołądku.

Drzwi do sali gimnastycznej są uchylone i mojej lekturze cały czas towarzyszy szmer dziewczęcych głosów, od czasu do czasu też szuranie, dźwięki wstawania, przechodzenia w inne miejsce. Jestem już prawie przy końcu listy, kiedy zza drzwi dobiega mnie nagle wyraźny dowodzący głos drużynowej:

We’re making a headstone. It has to be for a dead girl scout!

Wiem, że się nie przesłyszałam. „Robimy nagrobek. Dla martwej skautki”. Jednak przez chwilę mam jeszcze nadzieję, że głos drużynowej uzupełni czymś to polecenie. Na przykład doda, że ta martwa skautka jest jakimś słynnym dzieckiem poległym, powiedzmy, w czasie drugiej wojny światowej, duchem przywołanym z rzeczywistości tak odległej, że jakoś da się ją strawić. Tak jak te wszystkie Zośki, Rude i Alki z mojego dzieciństwa. Ale na próżno czekam na ciąg dalszy opisu projektu. Padają już tylko polecenia do działania:

Take your markers and scissors. Watch out with the glue.

Po każdej komendzie słyszę szuranie i szelest papieru. Wiem, że chodzi o tę nieszczęsną paradę. Nagrobek ma pewnie przyozdobić pakę ciężarówki, na której skautki pojadą ulicami miasteczka, a każda z dziewczynek w makijażu wampira i czarnej peruce będzie uosabiać potencjalną mieszkankę grobu. Z założenia abstrakcyjną. Ale nie dla mnie. Dziewczynkę z epoki strzelanin w szkołach, kościołach i galeriach handlowych. Wpatruję się w uchylone drzwi w napięciu, oczekując, że lada chwila pojawi się w nich zapłakana N.

Nagle kątem oka zauważam ruch przy moich kolanach. To dziecko drużynowej złapało garść moich papierów i ucieka z nimi w głąb kościelnego korytarza:

– Oddawaj – syczę pod nosem po polsku i rzucam się w pościg, rozglądając się za babysitterką. Dziecko kołysze się niezgrabnie na bosych nogach. W jarzeniowym świetle kościoła jego skóra jest przeraźliwie biała, jak u lalek z horrorów.

Kiedy godzinę później skautki wychodzą wreszcie z sali, N. od progu rzuca mi wściekłe spojrzenie:

– Mówiłaś, że będzie fun, a mi się nie podobało – mówi, tym razem wybierając język polski: nie wiem, czy świadomie, czy nie. – Czy możesz im, proszę, powiedzieć, że mi się nie podobało?

– A może sama im powiesz?

– Nie – wyciąga krakersy z mojego plecaka i odwraca się tyłem.

– Co ci się nie podobało?

– Nie powiem – wpycha do buzi krakersa i patrzy na mnie tak żałośnie, że rezygnuję z dalszych dociekań.

Przy pustym wieszaku na kurtki i płaszcze dziewczynka w wieku mojej córki pochlipuje głośno:

– Ale ja chcę się przebrać za potwora.

Jej mama, w nieokreślonym wieku, ubrana w biały t-shirt i dresowe spodnie, tłumaczy jej cierpliwie, dlaczego nie zezwoliła jej na udział w paradzie. Chlipanie zagłusza jej wywody i nie wiem, czy jej obiekcje mają coś wspólnego z moimi.

Zaglądam do sali gimnastycznej przez otwarte na oścież drzwi i widzę zawieszoną wysoko obręcz kosza do koszykówki z białą siatką postrzępioną na końcach. Na parkiecie pod koszem stoi imponujący, wysoki mniej więcej na metr nagrobek z szarego kartonu. Jego górną owalną część ozdabiają rysunki splecionych na różne sposoby czarnych lilii i róż, a pod nimi duże, starannie wycięte i pomalowane farbą litery życzą wyimaginowanej martwej skautce „R.I.P.” – „spoczywaj w pokoju”. Drużynowa i jej pomocnice krzątają się, pakując kleje, nożyczki, pędzle i farby do plastikowych skrzyń. Żadna z nich nie zabiera się do wynoszenia nagrobka z sali. Zakładam więc, że zostanie w tym samym miejscu aż do dnia parady. Kiedy wszyscy już wyjdą i pogasną jarzeniówki, cienie powiększą go jeszcze bardziej.

 

O AUTORZE

Katarzyna Jakubiak

Pisarka, tłumaczka, naukowczyni i pedagożka. Wykłada literaturę i pisanie na Millersville University w Pensylwanii. Naukowo zajmuje się głównie literaturą diaspory afrykańskiej i jej międzynarodową recepcją oraz zagadnieniami przekładu. Laureatka nagrody „Literatury na Świecie” (2006) za przekład tomu wierszy Yusefa Komunyaki Pochwała miejsc ciemnych. Autorka zbioru opowiadań Nieostre widzenia (Biuro Literackie, 2012) nominowanego do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus oraz Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia. Od ponad 20 lat mieszka w USA, w tym przez ostatnie 15 lat w hrabstwie Lancaster w Pensylwanii.

powiązania

Pomiędzy dźwiękami

recenzje / KOMENTARZE Katarzyna Jakubiak

Autorski komentarz Katarzyny Jakubiak, towarzyszący premierze książki Obce stany, wydanej w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

WIĘCEJ

Wychodzić poza wąską perspektywę własnego doświadczenia

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Katarzyna Jakubiak

Odpowiedzi Katarzyny Jakubiak na pytania Tadeusza Sławka w „Kwestionariuszu 2022”.

WIĘCEJ

Poczucie wiecznego nieprzyzwyczajenia

wywiady / O KSIĄŻCE Izabela Poniatowska Katarzyna Jakubiak

Rozmowa Izabeli Poniatowskiej z Katarzyną Jakubiak, towarzyszący premierze książki Obce stany, która ukaże się w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

WIĘCEJ

Matka patrzy na amerykańskie obozy Straży Granicznej

felietony / cykle PISARZY Katarzyna Jakubiak

10. odcinek cyklu „Obce stany” autorstwa Katarzyny Jakubiak.

WIĘCEJ

Skupienie światów (czytając Ahdaf Soueif w Ameryce)

felietony / cykle PISARZY Katarzyna Jakubiak

8. odcinek cyklu „Obce stany” autorstwa Katarzyny Jakubiak.

WIĘCEJ

Nadzieja po Pittsburghu

felietony / Katarzyna Jakubiak

7. odcinek cyklu „Obce stany” autorstwa Katarzyny Jakubiak.

WIĘCEJ

Moje widzenie rzeczywistości jest nieostre

wywiady / O KSIĄŻCE Justyna Sobolewska Katarzyna Jakubiak Sławomir Iwasiów

Rozmowa Sławomira Iwasiowa i Justyny Sobolewskiej z Katarzyną Jakubiak, towarzysząca premierze e-booka Nieostre widzenia, wydanego w Biurze Literackim 23 lutego 2016 roku.

WIĘCEJ

W złudzeniu

recenzje / KOMENTARZE Katarzyna Jakubiak

Autorski komentarz Katarzyny Jakubiak towarzyszący premierze e-booka Nieostre widzenia, wydanego w Biurze Literackim 23 lutego 2016 roku.

WIĘCEJ

Ustanawianie umiejscowienia

recenzje / ESEJE Aleksandra Grzemska

Recenzja Aleksandry Grzemskiej, towarzysząca premierze książki Obce stany Katarzyny Jakubiak, wydanej w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

WIĘCEJ

Pomiędzy dźwiękami

recenzje / KOMENTARZE Katarzyna Jakubiak

Autorski komentarz Katarzyny Jakubiak, towarzyszący premierze książki Obce stany, wydanej w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

WIĘCEJ

Poczucie wiecznego nieprzyzwyczajenia

wywiady / O KSIĄŻCE Izabela Poniatowska Katarzyna Jakubiak

Rozmowa Izabeli Poniatowskiej z Katarzyną Jakubiak, towarzyszący premierze książki Obce stany, która ukaże się w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

WIĘCEJ

Ustanawianie umiejscowienia

recenzje / ESEJE Aleksandra Grzemska

Recenzja Aleksandry Grzemskiej, towarzysząca premierze książki Obce stany Katarzyny Jakubiak, wydanej w Biurze Literackim 13 czerwca 2022 roku.

WIĘCEJ

Znaczenia i trzewia

recenzje / IMPRESJE Aleksandra Grzemska

Recenzja Aleksandry Grzemskiej towarzysząca premierze e-booka Katarzyny Jakubiak Nieostre widzenia, wydanego w Biurze Literackim 23 lutego 2016 roku.

WIĘCEJ

Obcy w mieście Cracow, czyli Ameryka!

recenzje / ESEJE Katarzyna Northeast

Recenzja Katarzyny Northeast towarzysząca premierze e-booka Nieostre widzenia Katarzyny Jakubiak, wydanego w Biurze Literackim 23 lutego 2016 roku.

WIĘCEJ

Dojrzewanie do Ameryki

recenzje / ESEJE Tymoteusz Milas

Recenzja Tymoteusza Milasa z książki Nieostre widzenia Katarzyna Jakubiak, która ukazała się w sierpniu 2013 roku w miesięczniku „Lampa”.

WIĘCEJ