utwory / premiery w sieci

Oddalenie (humoreska edukacyjna)

Michał Domagalski

Premierowa proza Michała Domagalskiego.

Kiedy wąż przemówił do Ewy, nie wydawało jej się to dziwne. Nie miała żadnego powodu, aby przypuszczać, że węże nie mówią. Co prawda dotychczas spotkała wyłącznie dwie istoty, które opanowały tę sztukę. Adama i Jego. Nie wierzyła jednak, że na nich kończy się zbiór potrafiących się w ten sposób komunikować. Właściwie nawet się nad tym nie zastanawiała. Kiedy więc wąż przemówił, nic jej nie zdziwiło. Nie zdziwiło by jej także, gdyby wąż zawarczał, zasyczał, zaskomlał lub wydał zupełnie nieznany jej dźwięk.
Ewa dopiero poznawała świat. Nikt jej nie uświadomił, jakie dźwięki wydają węże, bo przed nią nie było na świecie zupełnie nikogo. Nie licząc oczywiście Jego. I Adama. Chociaż ta sprawa z Adamem wydawała się nie do końca potwierdzona. Czy na pewno pojawił się prędzej?
Tej wersji trzymał się Adam i ciągle o tym mówił. Że jest wybrańcem, że to od niego wszystko się zaczyna… Czasami szukała potwierdzenia u Niego, ale On milczał. Ewie nie zależało na byciu pierwszą. Nie widziała w tym ani żadnej korzyści dla siebie, ani dla otaczającego – bardzo młodego, jak się zdawało – świata.
To, czy świat był młody, to też wyłącznie domysł. Przypuszczenie. Oparte jednak na obserwacji. I to już Ewę bardziej przekonywało. Nic nie miało swojej nazwy, dopiero ona z Adamem nadawała imiona otaczającym ich przedmiotom, zwierzętom, roślinom.
Ewa wiedziała, że nazwy jej samej nie są potrzebne, ale mogą się przydać do komunikacji. Łatwiej będzie coś wytłumaczyć Adamowi, łatwiej Adam będzie mógł jej o czymś opowiedzieć.
Na początku uznali, że wszystko, co porusza się samodzielnie, będzie nazywało się zwierzę. Dopiero później zaczęli dostrzegać głupotę swojego pomysłu. Wśród stworzeń poruszających się samodzielnie panowała zdecydowanie za duża różnorodność. Adam uparł się, żeby zwierzętami nazwać tylko te, które potrafią fruwać. Ewa się jednak nie zgodziła. Wydawało jej się o wiele rozsądniejszym wymyśloną nazwę pozostawić dla ogółu stworzeń samodzielnie się poruszających, zaś poszczególnym nadawać nowe imiona.
Musiała wysłuchać jednej z tyrad Adama o tym, że on był pierwszy, więc ma większe prawo do decydowania. I choć wielokrotnie wolała mu w podobnych sytuacjach ustępować, tym razem postanowiła być równie uparta jak on.
Poprosili o rozstrzygnięcie sporu Jego.
Przyznał rację Ewie. Może nie do końca Ewie. Gdy przyszli do Niego, a właściwie – precyzyjniej będzie powiedzieć – gdy Go spotkali, Adam przedstawił całość w następujący sposób:
– Zastanawiamy się, czy lepiej wymyśloną już nazwę dla stworzeń zostawić jako bardziej ogólną, zaś w tym zbiorze wprowadzać nowe, bardziej precyzyjne; czy może przesunąć ją dla tych, które potrafią latać. Co o tym myślisz?
– Jakaż to nazwa jest?
– Zwierzę – rzuciła Ewa.
Adam odwrócił się i skarcił ją spojrzeniem.
Tylko czekać dnia, kiedy będzie chciał wystąpić przeciwko Niemu – pomyślała Ewa.
Prawdopodobnie On nigdy nie dowiedział się, że pozostawienie nazwy zwierzę na swoim miejscu to pomysł Ewy. Prawdopodobnie! Chociaż z Nim nigdy nic nie wiadomo.
Brak nazw nie stanowił dla Ewy jedynego dowodu na to, że świat był młody. Wszystko wydawało się świeże. To słowo w jej mniemaniu świetnie oddawało wyczuwaną w otoczeniu nowość. Kiedyś jednak On powiedział Ewie, że niestety nie ma racji. Tu, gdzie znajdują się obecnie, nie o świeżość chodzi (On znał już to pojęcie?), ale o wieczność. Wszystko tutaj jest wiecznie takie samo.
– Przecież to oczywiste – powiedział Adam, który nie chciał być w jakiejkolwiek dyskusji pominięty, zajmował więc stanowisko nawet w tematach go nie interesujących.
– Wszystko jest wiecznie takie samo? – Ewie nie wydawało się to oczywiste.
Nie wiedziała, jakby wyglądał świat zmienny, ale coś podpowiadało jej, że to całkiem możliwe.
Ta rozmowa zasiała w Ewie pewne wątpliwości. Jeżeli ten świat jest wieczny, to oznaczałoby, że jest od zawsze? Skoro rozciąga się w nieskończoną przyszłość i nigdy nie ma ulec zmianie, to rozciąga się także w przeszłość. I nie miał początku.
– Po co ty to tak drążysz, Ewo? – Adam nie ukrywał zdziwienia.
Leżał akurat na łące w przepełnionym drzewami owocowymi ogrodzie. Twarz miał skierowaną do Słońca i wyrażającą taką samą bezmyślną obojętność jak wtedy, gdy Ewa zaczynała opowiadać mu o swoich wątpliwościach.
– Nie wystarczy ci to, co On mówi? – kontynuował. – Przyjmij na wiarę, że wszystko w tym świecie jest wieczne i już.
– W tym świecie? Sugerujesz, że istnieje jakikolwiek inny?
– Nic nie sugeruję, Ewo!
Podniósł się na łokciach, spojrzał na nią zdenerwowany.
– Nic nie sugeruję. Po prostu nie interesują mnie wymyślane przez ciebie problemy. Czy to komukolwiek da cokolwiek? Czy jak już znajdziesz odpowiedzi na swoje durnowate pytania, to stanie się coś? Świat się zmieni?
Ewa nie wiedziała. Ale czuła, że wiedza i poznanie mają siłę wprowadzania zmian. Jakich zmian? Takie pytanie zadałby Adam, a na nie na razie nie znała odpowiedzi. Na razie!
Nie podobało jej się, że miałaby stać się taka jak pozostałe stworzenia. Skupiona wyłącznie na jedzeniu oraz spaniu. Adam za to świetnie się wpasował w taki układ. Większość czasu spędzał w ogrodzie. Leżał na trawie i tylko czasami wstawał, aby zjeść to lub owo. Jadał głównie owoce. Uważał zbieranie warzyw za nazbyt czasochłonne. Chociaż z zaoszczędzonym czasem nic nie robił.
Adam przeważnie siedział w ogrodzie…
Ale właściwie Ewa też.
Próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zaszła gdzieś dalej. Czy cokolwiek dalej było? Jak tak naprawdę wyglądało to, co nazywali światem? Skąd w ogóle wzięła się nazwa świat? Pewnie On je wymyślił.

*

Czasami Ewa czuła, że On nie odpowiada na pytania bądź świadomie plącze, ukrywa odpowiedź pod językowymi gierkami.
– Skąd to się wzięło? Te zwierzęta, rośliny… wszystko.
Spotkali się przypadkiem wśród ogrodowych drzew. Nie widziała Go wyraźnie – zresztą zawsze ukrywał przed nimi swoje oblicze – ale miała wrażenie, że stoi do niej tyłem. Nie obrócił się. W ogóle znieruchomiał. Ewa chciała Go do czegoś porównać, ale w całym ogrodzie tylko On nie dawał się z niczym porównywać. Istota jedyna w swoim rodzaju. Cały czas zdawał się zmieniać, a jednocześnie wciąż był Sobą. Jakby przygotowywał się do przybrania kształtu, a jednocześnie już go właśnie miał.
– Dlaczego zakładasz, że rzeczy mają swój początek? Czy kiedykolwiek widziałaś powstawanie czegokolwiek? Czy udało ci się zaobserwować, że coś się przekształca?
Ewa już chciała przyznać mu rację. Miała wrażenie, że to koniec dyskusji. On zajął się czymś, a po chwili zaczął się oddalać. Wtedy nagle uświadomiła sobie…
– A jabłko? W ogóle owoce?
– Co z owocami jest?
– Kiedy je zjadamy, giną. Czyż nie?
– Owoce pokarmem są. I cały czas nim są. Nawet po zjedzeniu.
Ewa zamyśliła się znowu, a kiedy chciała zadać kolejne pytanie, kiedy chciała zwrócić uwagę, że przecież mimo wszystko jabłka pogryzione różnią się od tych wiszących na drzewie, już Go nie było. Pozostał tylko wiatr szumiący między listowiem drzew.
Szła powoli. Głowę miała spuszczoną, wokół ramion rozwiane włosy. Promienie słońca, przebijając się między nimi, rzucały delikatne światło na piersi, brzuch i owłosione łono Ewy. Choć miała pochyloną głowę, to nie interesowała się sobą. Nie zauważała siebie. Wcześniej zdarzało jej się zastanawiać nad sensem istnienia wielu elementów własnego ciała, teraz myśli Ewy zabrały ją w zupełnie inne miejsca. W abstrakcyjne rozmyślania. Adama one specjalnie nie zainteresują. Gdyby wspomniała mu o rozmowie z Nim, to zapewne kazałby się jej zamknąć i już więcej nie niepokoić nikogo swoimi dziwacznymi dylematami. Miała wrażenie, że Adam bał się Go.
Kim tak właściwie był On?
Skoro Adam się go bał, to może wiedział coś więcej od Ewy. Chociaż zdawało się to mało prawdopodobne. Chyba że istniał dłużej od Ewy, tak jak się chwalił. Wówczas mógł coś wiedzieć. Wiedzieć coś więcej.
Ewie rozmowa z Nim nie przyniosła odpowiedzi. Po dłuższym spacerze uznała, że pojawiły się za to nowe wątpliwości.
Skoro wszystko jest wieczne, to dlaczego cokolwiek miałoby istnieć wcześniej? Adam nie mógł się pojawić przed Ewą. Oboje byli od zawsze. Nie potrafiła sobie jednak przypomnieć…
Nie potrafiła określić, jak długo dzieje się cokolwiek.
Sam fakt, że zjawiska następują po sobie, czuła intuicyjnie. Nie znała czasu. Nie znała dni, bo nie było nocy. Nie znała godzin, nie znała minut… Nie pamiętała, od kiedy jest w ogrodzie.
Zamyślona nie zwróciła uwagi, że przebrnęła przez obszar owocowych drzew, rosnących równo kwiatów, zachęcających malinami krzewów…
Trafiła wreszcie… gdzieś, gdzie nic nie było uporządkowane. Drzewa rosły w dziwnych, nieprzemyślanych konfiguracjach, krzewy ukrywały swe malutkie owoce pod olbrzymimi liśćmi, gotowe dodatkowo kłuć kolcami, a kwiatów w ogóle zabrakło. Przez gąszcz ledwo przedostawały się promienie słoneczne. Chociaż to nie do końca tak. Ewie wydawało się, że ciemność zajęła tam miejsce światła. Ciemność była dla niej co prawda tylko zwielokrotnionym cieniem.
Wolała odwrócić się od ciemności.
Stawiała powoli kroki wśród soczystych traw przykrywających w tej części ogrodu szczelnie wilgotną ziemię. Zdawała się jednak zamyślona tak bardzo, że nie dostrzegała otaczającego ją świata. Zresztą nie wydawał się on jej niczym nadzwyczajnym.
– Ewo, zatrzymajmy się chwilę nad tym.
Głos, niski, syczący głos dobiegał zza jej pleców. Odwróciła się, ale nie dostrzegła nikogo. Nikogo ani niczego, co mogłaby podejrzewać o wypowiedzenie słów. Najwyraźniej musiała się przesłyszeć. Ruszyła.
– Ewo!
Odwróciła się gwałtownie, jakby coś ją szarpnęło za ramię. Włosy zakołysały się, przez chwilę zasłaniając twarz. Gdy wróciły na swoje miejsce, Ewa zobaczyła… To samo co wcześniej. Nikogo, kto mógłby…
Oprócz węża wślizgującego się na pobliskie drzewo. Jakieś owocowe. Nie ponazywali jeszcze wszystkich owoców, więc trudno jej było określić, z czym ma do czynienia. Urzekały ją jednak małe, silnie czerwone kuleczki na końcach cienkich i zielonych… gałązek? Nie, to chyba nie gałązki. To nie mogłaby być odpowiednia nazwa dla tych delikatnych elementów. Gałązki, pomimo zdrobnienia, wydawały się Ewie niewłaściwe.
– Myślę, że mamy ważniejsze kwestie do rozważenia niż nazywanie części drzewa.
Niewątpliwie wąż miał rację.
– Dobrze, że umiesz mówić. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz wykorzystywał swoich umiejętności tak samo jak Adam lub On.
– To znaczy? – pytanie węża nie brzmiało, jakby spodziewał się odpowiedzi. Raczej jakby chciał po prostu podtrzymać kontakt lub pozwolić rozgrzać się Ewie.
– Adam stara się właściwie nie mówić. A On… Ma coś do powiedzenia, ale nie zawsze…
Ewa zamyśliła się.
Zdała sobie sprawę, że ważne jest nie tylko nazywanie rzeczy oraz zwierząt, ale także własnych odczuć i emocji. To trudne.
– Widzisz – podjęła po chwili. – On sprawia wrażenie, jakby się starał. Nie potrafi jednak… Pewnie między Nim a mną jest taka sama różnica jak między mną a zwierzętami. Kiedyś próbowałam z niektórymi rozmawiać. Nie reagowały. To znaczy reagowały, ale raczej nie rozumiały tego, co do nich mówiłam. Jakieś tam wydawały głosy, ale znowu ja nie do końca mogłam pojąć, o co im chodzi.
– Yhy…
– Jesteś pierwszym zwierzęciem, które odpowiada.
Zapadła cisza. Ewa myślała intensywnie, a wąż po prostu milczał.
– A może nie jesteś zwierzęciem.
Ewa spojrzała przenikliwie na węża.
– Skoro mówisz, to powinniśmy zaliczyć cię do ludzi, nie?
– Nazwijmy mnie wężem. I na tym poprzestańmy. Szczegóły nie są takie istotne.
– Dobrze. Niech tak będzie. O czym, wężu, chciałeś rozmawiać?
Wśród malinowych krzaków coś zaszeleściło. Mogło to być jakieś zwierzę lub coś, co jeszcze nie doczekało się właściwej sobie nazwy. Ewa się nie przejęła tymi odgłosami, ponieważ zarejestrowała je wyłącznie mimochodem. Skupiła się teraz na rozmowie.
– Właściwie jestem tu po to, aby odpowiedzieć na twoje wątpliwości.
– Moje wątpliwości?
– Coś mnie jednak dziwi.
– Co?
– Kim jest On, o którym mi wspomniałaś?
– Jak to?
Ewie wydawało się, że skoro On stworzył wszystko, to wszystko powinno Go znać, ale najwyraźniej się myliła.
– On jest tym, który nas stworzył.
Kiedy słowa te wybrzmiały pośród owocowych drzew i krzewów, zdały się jej jakieś niewłaściwie. Może nawet nieprawdziwe.
– On?
– No… tak…
Ale pewność opuściła Ewę.
– Dlaczego uważasz, że to On?
– A któż inny?
Wąż zasyczał. Nie było to jednak złowrogie syczenie. Przypominało bardziej śmiech.
– Ewo – zaczął i znów zasyczał, w ten sam sposób jak poprzednio.
– Co?
Ewa poczuła się zupełnie zbita z tropu. Nie miała pojęcia, co wężowi chodzi po głowie. Przestawała mu ufać.
– O stwarzaniu pogadamy innym razem. Chodziło mi o to, dlaczego uważasz, że to On, a nie na przykład Ona albo Ono. Dlaczego nazywasz to coś Nim?
Skąd? Jak to skąd?
– Normalnie.
Jak to normalnie? Sama zadała sobie to pytanie w myślach. Zadała sobie to pytanie, bo zrozumiała, że to, co przyjmowała dotychczas za pewnik, okazało się prawdą, którą spokojnie można było podważyć.
– Nigdy nie protestował, więc…
Wąż tylko bezwiednie machał… ogonem? Nie miała teraz ochoty na analizowanie jego anatomii.
„On nigdy nie protestował, czy może po prostu nie rozumiałam tych protestów? Zresztą – czy fakt, że nie protestował, cokolwiek zmieniał?”
– Poza tym – kontynuowała – Adam tak mi powiedział.
To w sumie mogła być prawda, to Adam…

*

To Adam pojawił się niespodziewanie na polance, przez którą szła z wężem u boku. To Adam przebiegł wśród traw z uniesionym w prawej ręce kamieniem. To Adamowi w groteskowy sposób dyndał w trakcie dzikiego biegu penis. To Adam zabił węża kamieniem.
Ewa długo wpatrywała się w coś, co jeszcze niedawno tętniło życiem, a teraz leżało bez najmniejszego ruchu. Z kilku miejsc na ciele węża sączyła się czerwona substancja, która widniała także na kamieniu cały czas trzymanym przez Adama w ręce. Jakby wypływająca czerwień zabierała ze sobą możliwość ruchu, samodzielnego ruchu. Życia.
Adam też przyglądał się wężowi. Oczy miał szeroko otwarte i dyszał. Przebiegł w końcu spory kawał polanki. Stali tak, zamarli w zdziwieniu, aż przyszedł On (Ona? Ono?).

*

Od tamtego czasu Ewa woli o Nim myśleć Ono. To wydaje się jej najodpowiedniejsze. Ona przybliżałoby Go do niej, zaś On – do Adama. Byłoby to spore nadużycie, tak się zbliżyć. Tym bardziej, że od czasu, kiedy Adam zabił węża, bardzo się od niego oddalili. Samo oddalenie nie było tak przykre, jak świadomość, która wraz z oddaleniem nadeszła.
Oddalenie oznaczało opuszczenie ogrodu. Tego konkretnego Ogrodu. Ono w swej złości wyrzuciło Adama i Ewę. Dowiedzieli się, że za ścianą drzew, za granicą, do której kilka razy dobrnęła Ewa, świat wygląda inaczej niż ten znany. Spowijał go mrok. Musieli bardzo długo iść przez zarośnięty najróżniejszymi chaszczami las, aby wreszcie dotrzeć do otwartej przestrzeni.
– Łąka! – wykrzyczał euforycznie Adam.
Radość szybko przyćmił fakt, że dookoła panował nieład. Owoce były mniejsze i się psuły. Poza Ogrodem mija czas. To naprawdę trudno zrozumieć. Tutaj naprawdę mija czas. Nie oznacza to tylko, że gdy idziesz z jednego punktu do drugiego, potrzebujesz czasu, aby wyznaczoną sobie drogę przebyć, ale że wszystko się starzeje, znika, obumiera. Jabłka gniły.
Kiedy napotkali pierwsze martwe zwierzę, odżyły wspomnienia Ogrodu, odżyła w sercach idylla raju utraconego. Przypomniał im się wąż zabity przez Adama i gniew, który spadł na nich po tym wydarzeniu. Gniew nie do opanowania.
Wąż był Jego wysłannikiem. Adam zabił Jego wysłannika. Adam zabił. Adam wprowadził śmierć, zniszczenie do Ogrodu nieprzemijającego. Musiał odejść, a Ewa podążyła za nim. Mogła zostać, ale wtedy wydawało jej się, że Adam bliższy jej jest niż Ono. Potrafiła zrozumieć człowieka, nie potrafiła zrozumieć nad człowieka się wywyższającego. Ono w swoim gniewie i uniesieniu przypominało jej Adama, który w szale biegł przez polankę z uniesionym wysoko kamieniem. Adam już zrozumiał swój błąd. Ewa rozumiała Adama.
Ewa poszła z Adamem.
Ono zostało samo.

*

Kiedy po raz pierwszy napotkali martwe zwierzę, z którego unosił się odór zgnilizny, Ewa zapytała:
– Czy nas też to kiedyś spotka?
Adam chwycił ją za dłoń i przyciągnął do siebie. Długo stali tam jeszcze w zamyśleniu. Nie potrafili wyrazić tego, co czuli słowami. Ich myśli trawił smutek wywołany obrazem przemijania. Zaś ciepło własnych ciał tworzyło między nimi bliskość, której jeszcze nigdy nie doświadczyli, której nie dało im Ono, jakby bało się silnego uczucia z nim związanego. Kiedy w końcu wrócili na łąkę, na której się osiedlili, kochali się po raz pierwszy. Po raz pierwszy odkryli w pełni radość z bycia ludźmi, radość złączenia i pojednania… Radość, jakiej Ono nigdy nie mogło im dać. A o której może opowiedziałby im wąż.

*

Adam i Ewa przemijali. Tak jak owa napotkana przez nich padlina. Bali się upływu czasu, ale potrafili także czerpać z tego przyjemność. Czekanie na sen, czekanie na seks, czekanie na plony. Nadawali kształt panującemu chaosowi roślinności. Wprowadzić porządek, który pamiętali z Ogrodu. Porządek, który utracili. Porządek, za którym tęsknili. Każde kolejne próby oczywiście kończyły się niepowodzeniem, ale wspólne drobne sukcesy zbliżały Adama do Ewy i Ewę do Adama.
Przemijali, ale w przemijaniu tym odnajdywali siebie.
Paradoksalnie, to oddalenie, na które Ono ich skazało, spowodowało zbliżenie.
Im bliżej był człowiek człowieka, tym bardziej oddalał się od Niego.
A może:
Im dalej od Niego, tym bliżej człowiekowi do człowieka?

*

W tym niedoskonałym świecie pojawił się nowy człowiek. Ale to już inna opowieść.

O AUTORZE

Michal_Domagalski_300x300
Michał Domagalski

Urodził się w Ostrzeszowie w 1982. Publicysta i krytyk. Redaktor prowadzący portalu Wywrota  w latach 2015-2016. Debiutował w almanachu Połów. Poetyckie debiuty 2014-2015, w 2018 roku ukazała się jego pierwsza książka poetycka - Poza sezonem. Mieszka w Poznaniu.

powiązania

01_WYWIADY_Michał DOMAGALSKI__1

Poza sezonem i strefą komfortu

wywiady / O KSIĄŻCE Michał Domagalski Tomasz Bąk

Rozmowa Tomasza Bąka z Michałem Domagalskim towarzysząca wydaniu książki Poza sezonem, która ukazała się w Biurze Literackim 23 lipca 2018 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_swiat_jest

Świat jest ogromny

recenzje / ESEJE Michał Domagalski

Recenzja Michała Domagalskiego towarzysząca premierze książki Miljenko Jergovicia Drugi pocałunek Gity Danon, wydanej w przekładzie Miłosza Waligórskiego w Biurze Literackim 22 lutego 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Polow

Przechodzę lekkim tangiem do pytania…

wywiady / O KSIĄŻCE Adrian Tujek Bartosz Popadiak Dariusz Sośnicki Grzegorz Marcinkowski Justyna Charkiewicz Kacper Adamus Marta Podgórnik Michał Domagalski Paweł Kobylewski Sylwia Rząca

Rozmowa Marty Podgórnik i Dariusza Sośnickiego z laureatami 10. edycji projektu Połów, autorami e-booka Połów. Poetyckie debiuty 2014-2015, wydanego w Biurze Literackim 4 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Ona-jest-mna

Komenatrz do wiersza “Ona jest mną”

recenzje / KOMENTARZE Michał Domagalski

Autorski komentarz Michała Domagalskiego w ramach cyklu „Historia jednego wiersza”, towarzyszący premierze e-booka Połów. Poetyckie debiuty 2014-2015, wydanego w Biurze Literackim 4 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Zbigniew-Machej_1

Stare wiersze z czarnej dziury i nowa utopia

wywiady / O KSIĄŻCE Michał Domagalski Zbigniew Machej

Rozmowa Michała Domagalskiego ze Zbigniewem Machejem, towarzysząca premierze e-booka Telefon z antypodów. Wiersze z młodości w epoce minionej (1978-1990), wydanego w Biurze Literackim 8 marca 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Drugi-pocalunek-Gity-Danon_Domagalski

Świat jest ogromny

recenzje / IMPRESJE Michał Domagalski

Recenzja Michała Domagalskiego towarzysząca premierze książki Miljenka Jergovicia Drugi pocałunek Gity Danon, wydanej w przekładzie Miłosza Waligórskiego w Biurze Literackim 22 lutego 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Polow_2014-2015_Domogalski

Komenatrz do wiersza "Ona jest mną"

recenzje / KOMENTARZE Michał Domagalski

Komenatrz Michała Domagalskiego do wiersza „Ona jest mną” z alamanachu Połów. Poetyckie debiuty 2014-2015, który ukazał się nakładem Biura Literackiego 2 listopada 2015 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Byc-moze-nalezalo

Warto

recenzje / ESEJE Michał Domagalski

Recenzja wyboru wierszy Jacka Podsiadły Być może należało mówić (1984-2012), która ukazała się na stronie Wywrota.pl.

WIĘCEJ
RECENZJE_Farsz

Układając składniki Farszu (kilka przyczynków do analizy)

recenzje / IMPRESJE Michał Domagalski

Esej Michała Domagalskiego towarzyszący premierze książki Farsz Marcina Sendeckiego.

WIĘCEJ