Sum
W mroku klatki schodowej ktoś powiesił roślinę
Rdzawy bluszcz już nie wżera się pod uszczelkę okna
To przejście graniczne było szczelnie zamknięte Przyssane
do zakurzonej szyby liście odpadają zostawiając ślady
swoich żyłek napęczniałych martwym pulsem
Tutaj na półpiętrze w połowie kolejnego miesiąca
w drodze do mieszkania zawsze przystaję
na parę znanych możliwości działania: wejść do pokoju i
drepcząc w bezdechu wtapiać się w tłum ciszy
albo ze starego przywiązania do pewnych rytuałów
praktykować swoje ciało ciut sprawniej niż ostatnio
albo starać się wytrzymać bez mrugnięcia powiekami
spojrzenie śniętego w akwarium suma Tak
Tutaj na półpiętrze w połowie kolejnego tygodnia
w drodze do mieszkania zawsze powtarzam
parę dobrze znanych intencji: żeby wreszcie zaczęły grzać
kaloryfery żeby jakiś Bóg przeżarł się jak rdza
na moją stronę nieba i żeby do tego czasu
starczyło mi jeszcze moich cieni do wieszania
na ścianach ciemniejącej klatki schodowej
Tytuł mógłby sugerować, że wiersz ten jest manifestem obecności, dowodem na „bycie”. Wydaje się być infantylnym wyznaniem wiary we własne możliwości istnienia, którego poszczególne przejawy dokumentuje w opisie czynności potwierdzających występowanie zjawiska „życia”. Bohater wiersza znajduje się w fazie przejścia, próbuje pokonać kolejny etap inicjacji, której stawką jest zdobycie wiedzy dotyczącej paru zasadniczych mitów: Boga, śmierci czy bezpieczeństwa socjalnego. Niestety wrażenie ogólne z jakim pozostaje czytelnik nie pozostawia wątpliwości, że bohater wiersza nie spełnił własnych marzeń o znalezieniu kamienia filozoficznego i położeniu fundamentów pod solidne iluzje, z którymi mógłby zawędrować w dorosłość.
Ortalion
Kroki za drzwiami mieszkania Szybkie ukłucia
szpilek zostawiają wyraźne ślady
echa w ciszy klatki schodowej
Już chyba nadszedł czas zorientować wskazówki
zegarka na jakąś konkretną godzinę od której
mógłbym zacząć wszystko od nowa Nie
Nie staram się już nie rozpoznawać w lustrze
swojej twarzy która się coraz głębiej zapada
w pamięć i nie przypomina o niczym istotnym
Na dworze szarzeje Wychodzę ubrany w ortalion
który przyparty przez wiatr do mojej skóry koloru muru
szamocze się i tłamsi ciało Trudno się uwolnić
W parku jesień zaczyna śmierdzieć podobnie
jak czarne worki foliowe zalegające na zapleczu
punktu krwiodawstwa Może tu się powiedzie
Oddać krew ulubione sztruksy maszynopisy
wierszy nerkę oszczędności i inne przysługi
nie żądając niczego w zamian Jak najszybciej
wyzbyć się oddać się pozbyć się
Zobaczyć wszystko czarno na białym
W wierszu tym ponownie czytelnik spotyka znajomego bohatera, który tym razem postanawia zostawić swoje dotychczasowe „życie”. Pragnie coś zmienić, w sobie właściwy sposób dokonuje szeregu operacji, które mają na celu oddzielenie go od rzeczy tego świata. I tak wyzbywa się cennych atrybutów „bycia”: krwi, odzienia wierzchniego, własnych literackich prób. Przy tej okazji orientuje się, że jego kondycję określają warunki pogodowe i fizyczne, natura i ciało. To zasadnicze odkrycie staje się dla bohatera wiersza przyczynkiem do stworzenia fantastycznej wizji dwubiegunowej rzeczywistości, w której czarne jest czarne, a białe jest białe.
Nadzieja – bez zaskoczeń
Maćkowi Meleckiemu
Po tej stronie bloku blade jak kalafior słońce
świeci na zimno Wieczny cień Szarą matę nieba
nakłuwają strzykawki anten Żadnych pisków Tylko
czasami jęk hamulców przed skrzyżowaniem
Dostawczy żuk z piekarni stoi na czerwonym
Zapach ciepłych chlebów i rogali na chwilę zapalił
pożądanie w ustach siedzących na przystanku
którzy jednak szybko bez zbędnych gestów zawodu
opuścili głowy Podjechał autobus z maseczką
pary na szybach Ruch na przystanku Nikt
nie wysiadał To jest pierwszy ranny postój Wchodzę
do środka z nadzieją odnalezienia na siedzeniach
resztek ciepła pasażerów ostatniego wczorajszego
kursu Siadam Kładę ręce pod uda
Pod dłońmi zimny skaj
Po raz kolejny czytelnik natrafia na ślad bohatera. Wiersz ten jest opisem jednego z ciężkich poranków jakich doznał bohater. Poranek jest porą dnia, w której zwykle okazuje się, że świat obojętnieje na wszelkie próby jego sakralizacji. Na szczęście bohater wiersza nie jest postawiony przed tym problem sam. Uświadamia sobie, że jego roszczenia wobec rzeczywistości są wspólne dla wszystkich bohaterów, którzy tym razem znaleźli swoje miejsce w tym wierszu.