Joanna Roszak: Skąd wziął się impuls do stworzenia świata bylinek? Czy był to obraz, zapach, emocja, czy raczej koncept intelektualny, który stopniowo obrastał w fabułę?
Aleksandra Weksej: Bylinki żyją w mojej głowie od tak dawna, że trudno mi teraz odszukać w pamięci pierwotny impuls. Mam wrażenie, że nigdy nie było jednego wyraźnego momentu inspiracji. Ta historia raczej narastała z wielu różnych stron, aż wreszcie połączyła się w całość.
Z jednej strony na pewno była moja fascynacja roślinami i ich innością, trudną do wyrażenia w języku, który jest przecież głęboko zakorzeniony w ludzkim doświadczeniu. A przy tym, kiedy czytam opisy botaniczne albo nawet same nazwy roślin, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tkwi w nich jakiś ogromny potencjał baśniowo-poetycki, który domaga się dopisania do nich opowieści.
Z drugiej strony była moja potrzeba tłumaczki, żeby wyrwać się na wolność językową i poużywać wreszcie tych słów, których sama chcę i które najbardziej lubię, zamiast podążać cudzymi ścieżkami. Uwielbiam tłumaczyć książki, ale bywa to też frustrujące i właśnie w tych momentach frustracji, odkąd pamiętam, próbowałam dłubać coś własnego.
Pamiętam też, że gdzieś u źródeł świata bylinek była podsłuchana zabawa moich córek, wtedy jeszcze bardzo małych, które jedną ze swoich szmacianych lalek nazwały Kwiatunką. Zaczęłam się zastanawiać, kim mogłaby być taka kwiatunka, gdzie by mieszkała, jak wyglądałoby jej życie, i chyba właśnie tak narodziły się moje postacie. Powoli zmieniały się i dojrzewały w mojej głowie, aż wreszcie z ulotnych kwiatunek stały się bylinkami i dopiero wtedy wrosły w ziemię. Stopniowo też rozrastał się ich świat, ale przez bardzo długi czas nie miałam dla nich żadnej opowieści.
I wtedy najpierw przyszła pandemia, a potem za naszą wschodnią granicą wybuchła wojna, a ja poczułam się jak ta mała istotka, która nie ma żadnego wpływu na targające nią podmuchy historii. Właśnie wtedy do świata bylinek przyszła burza i już wiedziałam, co chcę opowiedzieć.
Wspomniałaś, że ta książka zrodziła się z Twojego doświadczenia pracy przekładowej. Tłumaczysz literaturę z angielskiego i francuskiego. Jak myślisz, w którym z nich tłumacz lub tłumaczka mieliby więcej wyzwań, gdyby zdecydowali się przełożyć Twoją książkę, Twój debiut o świecie roślin?
Trudno mi powiedzieć, bo nie tłumaczę na te języki, zawsze tylko na polski. Ale widzę w swoim tekście kilka potencjalnych wyzwań translatorskich, niezależnych od języka docelowego.
Przede wszystkim byłaby to kwestia imion moich postaci. Z jednej strony te imiona pochodzą od nazw konkretnych gatunków roślin, które występują w konkretnym środowisku, a z drugiej strony przynajmniej częściowo wiążą się z cechami bohaterek. I jakby tego było mało, rodzaj gramatyczny tej nazwy-imienia decyduje o tym, w jakim rodzaju mówi się o danej postaci, czyli można powiedzieć, że bylinki mają płeć wyłącznie gramatyczną. Wyobrażam sobie, że to byłaby niezła łamigłówka do rozwiązania przy tłumaczeniu.
Trudniejsze do przełożenia byłyby też pewnie te fragmenty, w których trochę się bawiłam językiem i brzmieniem słów, a czasem nawet tworzyłam własne. Jest takie jedno miejsce w książce, w którym utworzyłam czasowniki od nazw chrząszczy żywiących się butwiejącym drewnem drzew liściastych. Same te nazwy mają po polsku fantastyczne brzmienie, które niesamowicie działa na wyobraźnię. Problem w tym, że te nazwy w różnych językach mogą brzmieć bardzo różnie albo w ogóle nie istnieć, więc osoba tłumacząca musiałaby się trochę nagimnastykować, gdyby chciała zachować to w przekładzie.
W Bylinkach natura nie jest tłem, lecz podmiotem: oddycha, czuje. Czy od początku miałaś intencję odejścia od antropocentrycznej narracji na rzecz „roślinnego punktu widzenia”?
Bardzo pociąga mnie ten roślinny punkt widzenia, a jednocześnie mam świadomość, że jest dla mnie nieosiągalny, bo tkwię po uszy w ludzkim postrzeganiu świata. Właśnie dlatego w żadnym momencie książki nie zdecydowałam się na narrację pierwszoosobową. Mogę próbować wczuć się w mech albo w kroplę wody, mogę sobie wyobrażać, jak to jest być światłem albo kamieniem, ale tak naprawdę nigdy nie dotrę do tego doświadczenia. Dlatego w tekście zawsze staję lekko z boku, przyjmuję perspektywę blisko środka, ale jednak z zewnątrz.
Mimo wszystko zależało mi na tym, żeby bylinki – niby roślinne, ale przecież bardzo ludzkie – były tylko jedną z wielu form życia w mojej opowieści. Chciałam rozszczepić tę historię na wiele głosów i punktów widzenia, umieścić ją na różnych płaszczyznach przestrzennych i czasowych, które tylko czasem się przecinają i z których żadna nie jest centralna.
Język opowiadania jest bardzo sensualny. Opisy zapachu, dotyku, światła, wilgoci wymagają włączenia intuicji, ale też świadomości stylistycznej. Przychodziło Ci to z łatwością?
To była dla mnie jedna z największych przyjemności w trakcie pisania. Zanurzyć się na chwilę w świetle, poczuć zapach, dotknąć wody i spróbować przełożyć to na słowa. Myślę, że właśnie dlatego ciągle wracałam do swojego tekstu, nawet kiedy wydawał mi się tylko zabawą w porównaniu z tłumaczeniem cudzych, całkiem gotowych i wydanych książek, na które się z kimś umówiłam.
Ale podjęłam też świadomy wybór stylistyczny – chciałam, żeby język tekstu i wszystkie metafory były jak najbardziej organiczne, roślinne, powiązane z ziemią, wodą, światłem. Dlatego starałam się uciekać od obrazów wyrastających z ludzkiego doświadczenia, nawet kiedy same się narzucały, a wybierać te osadzone w świecie łąk, lasów i gór.
Szarotka doświadcza świata niemal jak nowo narodzona istota, bez pojęć, za to z nadmiarem doznań. To perspektywa kogoś, kto dopiero uczy się istnienia? Najbliżej Ci do tej postaci?
Myślę, że jest to raczej perspektywa kogoś, kto bardzo dużo czuje, niezależnie od etapu swojego istnienia. Kogoś, kto intensywnie doświadcza świata i uczy się siebie w tym świecie. A wydaje mi się, że wszyscy ciągle na nowo uczymy się siebie w świecie, który nieustannie się zmienia.
Nie powiedziałabym, że najbliżej mi do Szarotki, bo tak naprawdę każda z postaci występujących w tej książce jest jakimś odpryskiem mnie. Bywam Szarotką, której jest niewygodnie z samą sobą i przez to się odsuwa, ale bywam też Lilijką, którą wszystko cieszy i zachwyca. Bywam opiekuńczą Przytulią, ale bywam też Wierzbówką, która ma ochotę wszystkich porzucić i uciec w las.
W tekście wyraźnie obecne są procesy przemiany: linienie, swędzenie, zrzucanie osłon, parowanie, rozpad i odradzanie. To metafora dojrzewania, inicjacji, cielesnej zmiany?
Na pewno można tak to odczytywać, chociaż nie było to z mojej strony świadome założenie. Chciałam raczej opisać drogę odkrywania siebie w zmaganiu ze sobą, z innymi i z wydarzeniami, które pozostają poza naszą kontrolą. Można to nazwać dojrzewaniem, ale takim, które dzieje się przez całe życie.
Gdybyś miała wybrać tylko jedną grupę czytelników/czytelniczek – do kogo skierowałabyś swoją książkę?
Trudno mi wybrać jakąś grupę, do której skierowałabym tę książkę. Pisałam ją chyba najbardziej dla siebie – żeby przez opowiadanie historii, która wyrastała ze mnie i rozwijała się czasem na obrzeżach mojej świadomości, dowiedzieć się czegoś o sobie. Ale cały czas miałam też z tyłu głowy swoje córki i pewnie na jakimś poziomie pisałam właśnie dla nich. Czyli dla wrażliwych istot, szukających swojej ścieżki w świecie, który czasem jest zachwycający, a czasem przeraża.
Skąd czerpałaś wiedzę o etologii roślin? Masz ogród? Jaka jest Twoja relacja z roślinami?
Przede wszystkim uwielbiam czytać o roślinach. Zaczęło się od Patyków, badyli Urszuli Zajączkowskiej, a potem było wiele innych esejów, powieści, książek popularnonaukowych, a nawet podręcznik do botaniki. Sporo się też nauczyłam na kursie zielarskim, szczególnie podczas spacerów botanicznych. Niestety moja wiedza jest ulotna, zostają mi w głowie tylko te rzeczy, które wyjątkowo mnie poruszą albo zagrają na mojej wyobraźni. Dlatego napisałam baśń, w której nie musiałam trzymać się zbyt dokładnie faktów.
Poza tym mam swój skrawek ziemi – łąkę na wschodnich zboczach Gorców, otoczoną ze wszystkich stron lasem. Kawałek tej łąki próbuję okiełznać, żeby oprócz traw, kwiatów i ziół, rosły na niej też warzywa, ale nie nazwałabym jej ogrodem. Jest na to zdecydowanie zbyt dzika i chcę, żeby taka pozostała. Chodzę też po sąsiednich łąkach i lasach, czasem po to, żeby nazbierać ziół do suszenia, a czasem tylko po to, żeby pobyć między roślinami. To mi daje spokój i przestrzeń w głowie.
Czytając Bylinki, trudno nie zauważyć braku tradycyjnego konfliktu fabularnego, zamiast tego mamy proces, rytm, cykl. Czy była to świadoma decyzja, by oprzeć narrację bardziej na biologii niż na dramaturgii?
To było jak najbardziej świadome. Nie lubię schematów fabularnych, są dla mnie po prostu mało interesujące, dlatego postanowiłam pisać trochę na przekór i sprawdzić, czy tak się da, czy to będzie w ogóle ciekawe dla kogokolwiek poza mną.
Od początku chciałam, żeby fabuła Bylinek rozwijała się powoli, w jakimś sensie organicznie. Dlatego w tej historii przez długi czas nie dzieje się nic wielkiego. Daję sobie, swoim bohaterkom i czytelniczkom czas, żeby po prostu pobyć w tym baśniowo-roślinnym świecie. Przyglądam mu się trochę jak przez lupę.
Świadomie też zrezygnowałam z wprowadzania czarnych charakterów. Zagrożenie się pojawia, ale przychodzi z zewnątrz. Co nie znaczy, że społeczność, którą opisuję, jest idealna i sielankowa. Nie jest i nigdy nie miała taka być.
Wiele fragmentów Twojej książki ma niemal poetycką, autonomiczną strukturę. Czy myślałaś o Bylinkach jako o formie pogranicznej między prozą a poezją?
Wymyśliłam sobie strukturę, w której główna linia fabularna przeplata się z bardziej poetyckimi fragmentami. Chciałam sprawdzić, jak to zadziała w formie opowieści dla dzieci. Poza tym, pewna poetyckość jest dla mnie sposobem na zbliżenie się do tej perspektywy roślinnej, o której mówiłyśmy wcześniej. Zresztą nie tylko roślinnej, ale też owadziej, wodnej, mszystej czy kamiennej. To była dla mnie próba wyjścia ze swojej ludzkiej głowy, nawet jeśli z góry skazana na porażkę.
Jak wyglądał Twój proces pisarski: czy pisałaś liniowo, czy raczej budowałaś tekst z oddzielnych obrazów i scen, które później splatałaś?
Na początku miałam tylko postacie, świat i różne obrazy w głowie, ale trudno było to przełożyć na tekst. Dopiero kiedy pojawiła się ścieżka fabuły, to ten proces pisarski naprawdę ruszył. Musiałam zobaczyć koniec, żeby wiedzieć, którędy do niego dojść.
Wyglądało to tak, że miałam przed sobą mniej więcej wyznaczoną drogę, a przy tej drodze przystanki w postaci obrazów, scen, słów, koncepcji. Kiedy siadałam do pisania, ruszałam tą drogą i na bieżąco wypełniałam przestrzeń między kolejnymi obrazami, wymyślałam przejścia, dokładałam detale, a z nich czasem wyrastały rzeczy, których wcześniej nie planowałam. Tak było na przykład, kiedy wprowadziłam swoje bohaterki do wnętrza drzewa i nagle zorientowałam się, że potrzebuję tam dla nich jakiegoś światła. Zaczęłam się zastanawiać, co by to mogło być, i wtedy odkryłam, że istnieją ryzomorfy i że ryzomorfy opieńki miodowej mają zdolność bioluminescencji.
Miałaś jakieś obawy związane z debiutem? To chyba dwa różne doświadczenia: widzieć na stronie tytułowej swoje nazwisko jako autorki i jako tłumaczki…
To dwa zupełnie różne doświadczenia. Jako tłumaczka zawsze mam się za kim schować, mogę wzruszyć ramionami i powiedzieć: „To nie ja. Ja tu tylko tłumaczę”. Jako autorka zostaję na scenie sama i nie za bardzo mam się kogo złapać. To dla mnie dość przerażające. Może właśnie dlatego próbowałam się trochę schować za formą opowieści dla dzieci. Ale kiedy to przerażenie mija, zostaje poczucie, że wreszcie mogę się w pełni pod czymś podpisać. I jest to bardzo satysfakcjonujące.