książki / TEATR

Dzieła zebrane, tom 6

Tymoteusz Karpowicz

Premiera szóstego tomu Dzieł zebranych Tymoteusza Karpowicza, wydanej w Biurze Literackim 24 sierpnia 2015 roku.

Okladka__Dziela_zebrane_VI__rgb Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Jego Mała Dziewczynka (fragment)

 

1

Gabinet Dyrektora Fabryki Zabawek Dziecięcych. Dyrektor włącza monitor.

DYREKTOR Dzień dobry pani.
SEKRETARKA (niewidoczna) Dzień dobry, panie dyrektorze. Mamy dziś dwudziesty czwarty czerwca. Imieniny obchodzą Jan i Danuta. Są nowe zamówienia.
DYREKTOR Skąd i jakie?
SEKRETARKA Jak zawsze z całego świata. I różne. I coraz więcej.
DYREKTOR Konkretnie kto i co, jak mawiał mój przyjaciel śpiewak. (zamyśla się na sekundę)
SEKRETARKA Paryż zamawia dziesięć tysięcy lalek. Ottawa – piętnaście tysięcy złodziejaszków, Moskwa – dwadzieścia tysięcy koni, Oslo – dwadzieścia pięć tysięcy niedźwiedzi, Madryt – trzydzieści tysięcy mieczyków. Czy mam czytać podziękowanie?
DYREKTOR (rozpierając się dumnie) Oczywiście. Oczywiście.
SEKRETARKA „Nazywam się Yoshika. Mam lat siedem. Mieszkam u babci w mieście Hamamatsu, gdzie bywa często wielki wiatr i nierzadko z babcią zmieniamy mieszkanie. Zostawiam zawsze prawie wszystko, co posiadam, ale twoją lalkę zabieram. Jak tylko mam czas – zmieniam jej włosy i oczy rano, w południe, wieczorem i przed snem. Jak robiłeś tę lalkę, to pewno chciałeś mi powiedzieć: sprawiaj babci co najmniej cztery razy dziennie radość, (grymas uśmiechu na twarzy Dyrektora) zmieniając się to w złotowłosą, to w rudowłosą i zielonooką, to znów w czarnowłosą i czarnooką Yoshikę – prawda? Dziękujemy ci za to. Yoshika z Hamamatsu i babcia”.
DYREKTOR Słodka dziewczynka! (dumnie rozpiera się w fotelu) Dalej, dalej.
SEKRETARKA „Cześć, stary! Nazywam się Bill Krwawa Ręka. Mam lat dziewięć. Mieszkam na rancho u dziadka nad Potomakiem. Mam prawdziwego niedźwiedzia w lesie i twego sztucznego konia na biegunach. Trochę go spieprzyłeś przy pysku − ale tak ogólnie to okay! Pif, paf, cupu-łup, leży gęsto trup! To takie nasze hasło. Rozwaliłem tu z korkowca dziewięć chłopa, bo mi twego konia podsikiwali. To znaczy − szkalowali. Że nie wiadomo co. To im powiedziałem: ten facet dał takie mocne kopyta swojej szkapie i muzykę do kopyt, bo koń to przyjaźń − więc chciał powiedzieć, że przyjaźń musi mieć mocne nogi i wszystko musi grać wśród przyjaciół. Dziękuję ci za to, mój stary. (grymas na twarzy Dyrektora) Będę zawsze miał mocne nogi dla przyjaciół i wszystko będzie grało w moim życiu jak należy. A jeśli nie – niech mnie pożre wesz. Bill Krwawa Ręka”.
DYREKTOR (śmieje się) Wspaniały chłopak! Warto było zdobyć się na taką zabawkę. Chociażby tylko dla niego. Warto! Dalej!
SEKRETARKA „Mój synek bawi się w kata. Powywieszał już wszystkie lalki swoich siostrzyczek. Powiesił również kukłę moją i tatusia. Ćwiczy się w zabijaniu w sobie litości. »Nie chcę być człowiekiem – powiedział kiedyś, obierając jabłko − chcę być nożem«. Nic nie wzbudziło w nim jeszcze uczucia litości. Byłam przerażona. Szukałam czegoś, nad czym synek mógłby się ulitować. Rzeczy, zabawki. Kupiłam pańskiego złodzieja. I stał się cud. Zabawka żyje. »Nie mogę go powiesić. Cały drży i dzwoni« − powiedział Knut. Dziękuję panu! Ile musiało być w panu ludzkich uczuć dla złodziejaszków-włóczęgów, jeśli zbudował pan taką zabawkę! Jeszcze raz dziękuję. Sigrid Björnssön spod Hammerfestu”.
DYREKTOR (śmieje się głośno, jakby trochę sztucznie) Dalej, dalej.
SEKRETARKA „Ja nie jestem dzieckiem. Jestem stary Arab. Właściwie to ja jestem wielbłąd. A jeśli nie jestem dla innych Arabów wielbłądem, to jestem nim dla Allaha. Bo Allah nie odróżnia mnie od wielbłąda i każe mi jeść to, co je wielbłąd, a wielbłąd je to, co ja. I tak sobie jadę po moim podwójnym piaszczystym kraju i podwójnie, jako Arab i wielbłąd, śpiewam: »Niech wielki Allah da to, czego mnie nie dał, temu człowiekowi, co zrobił małą zabawkę na mrucząco, co się podobno nazywa niedźwiedziem, i przewiązał mu łapki czerwonymi wstążkami, mówiąc: jeśli ktoś pozwoli, by uszła z żył krew innemu człowiekowi – niech podwójnie nie ma jej w sobie, a poczwórnie jej potrzebuje«. (Dyrektor poprawia kołnierzyk; śmieje się jeszcze bardziej sztucznie) Tak z tą zabawką jadąc − ukradłem ją kiedyś białej dziewczynce, niech mi Allah wymierzy dwa klapsy w nagi tyłek, to znaczy po jednym dla mnie i dla mego wielbłąda − mam do kogo zagadać, zaśpiewać, zaśmiać się, mam kogo pocałować i ręce mam czyste, choć mi się już niejednego chciało udusić czy poderżnąć niejednemu gardło. Salam alejkum! Ibn Ben Armazuk i jego wielbłąd”.
DYREKTOR (śmieje się) Salam alejkum! Salam! Proszę przesłać drugiego misia – dla wielbłąda. Nie ma już więcej podziękowań?
SEKRETARKA Są:

„Mieczyku
słowiku
lilija
śpiewaj
śród ludzi
a nie zabijaj
ani dla chleba
ani dla sławy
papier nim przetnę
białego ptaka
na list do ciebie
Basia z Warszawy”.

DYREKTOR (zaśmiewa się) Poetka! A kupiła − mieczyk.
SEKRETARKA Jest wyjątkowo piękny. Atrakcyjna zabawka. Największe zamówienia.
DYREKTOR Wiele straciłem… czasu dla tej zabawki. Tak − musiała się udać. Kiedy się coś udaje, coś innego się unicestwia − mawiał mój przyjaciel śpiewak. (zamyśla się; w złości) Słynął z mówienia bzdur! Nie tylko mówienia! (krzyczy) On wszystko unicestwiał, co było sensowne! Musiałem bronić sensu! Przepraszam. Są jeszcze podziękowania?
SEKRETARKA Już nie ma. Ale jest list.
DYREKTOR List? Od kogo?
SEKRETARKA Od Osoby, Której Się Nie Podoba.
DYREKTOR Znów krytykuje moje zabawki?
SEKRETARKA Tak.
DYREKTOR Proszę przeczytać. (skupia się, poprawia na krześle)
SEKRETARKA „Nie podobają mi się twoje zabawki. Może nawet są ładne − nie znam ich do końca. I nie wiem, czy poznam. Ale nie podobają mi się. Dlaczego łączysz ciężkie końskie kopyta z wesołą muzyką, obdartusa z wesołymi dzwoneczkami? To mi się właśnie nie podoba. Wszystkie twoje zabawki wydają głos. Ale nie ten, na jaki się czeka. To też mi się nie podoba. Mają ciemny smak, ciemny zapach, jakąś nieprzyjazną powierzchnię − tym też nie zachwycam się”.
DYREKTOR Co to za bęcwał!
SEKRETARKA „Ale ty się tym nie przejmuj. Będę kupowała wszystkie twoje zabawki. Są ciekawe. Osoba, Której Się Nie Podoba”.
DYREKTOR To wszystko? (opanowuje się, uśmiecha)
SEKRETARKA Tym razem jest adres.
DYREKTOR O, to coś nowego! Słucham.
SEKRETARKA Ulica Jasna 48, mieszkania 17.
DYREKTOR (zapisuje) Dziękuję. Proszę mi jeszcze tylko powtórzyć to zdanie od słów „Dlaczego łączysz…”.
SEKRETARKA „Dlaczego łączysz ciężkie kopyta końskie z wesołą muzyką, obdartusa z wesołymi dzwoneczkami?”
DYREKTOR Dalej.
SEKRETARKA „To mi się właśnie nie podoba”.
DYREKTOR (huśtając się w fotelu) To mi się właśnie nie podoba.

2

Głowa Dyrektora na tle ruchomego, zdeformowanego krajobrazu miasta. Mogą też być rozwiązania czysto plastyczne, w ruchu. Twarz Dyrektora jest spokojna. Jest to człowiek zamyślony pogodnie. Sprawia wrażenie emeryta spacerującego w kwitnącym parku.

DYREKTOR A może jest tak, że nie mogą nam się podobać rzeczy prawdziwie piękne, prawdziwie cenne? O, jakie piękne drzewo. (przystaje) Czy ono jest naprawdę piękne? Czy nie jesteśmy niewolnikami zachwytu, który jest w nas i uzewnętrznia się z byle powodu? W tym drzewie mieszczą się tysiące zabawek – może dlatego jest ono dla mnie piękne i cenne? A gdybym teraz był praczką i prał piękną bieliznę – czym byłoby to drzewo? Rzeczą do przytwierdzenia sznurów. (kłania się) Moje uszanowanie. Moje uszanowanie. (klapanie podków)
DOROŻKARZ (niewidoczny) Zawsze to dwie nogi końskie przypadają na nogę człowieka, a jeden dorożkarz − na pana dyrektora.
DYREKTOR O, Maciej dziś w lepszej formie od konia! Brawo! Ale i koń − jak smok!
DOROŻKARZ Na owsiance bydlak się tak, za przeproszeniem, rozbuchał. Jedziemy?
DYREKTOR Niech Maciej sobie jeszcze popływa z tą arką Noego po mieście. Beze mnie. (rzuca pieniądz) Gratis. Za samo złapanie.
DOROŻKARZ Dziękuję, wiooo! (kopyta, dzwoneczki)
DYREKTOR Nie podobają ci się moje zabawki? Zgoda. Przede wszystkim − kim jesteś? Zanim się nie uzewnętrznisz, nie staniesz obok − nic nie znaczy twój gust. Przypuśćmy, że w Afryce spróbuje ktoś zupy jarzynowej i powie: obrzydliwa. Czy zupę jarzynową, którą jadłem przed chwilą pięć tysięcy kilometrów od degustatora afrykańskiego, dotknęła ta nazwa? Nic podobnego! Smacznego! Była znakomita! Przypuśćmy, że za chwilę będę nawet wiedział, kim jesteś. Małym chłopcem. Małą dziewczynką. Taki jawny − staniesz się jeszcze bardziej bezradny. Zbyt realni − są bezradni. Jak kamienie. Chcesz być realnym człowiekiem? Co za nonsens! Co za nieostrożność! Realnie cieszyć się, realnie cierpieć, realnie rodzić się i realnie umierać? Chcesz być realnie zabitym? Nieprawdopodobne! (warkot motoru, Dyrektor kłania się) Dzień dobry, dzień dobry!
SZOFER Kogo ja widzę! Pan dyrektor! Kłania się panu szofer-myśliciel, który doszedł do absolutnej świadomości, że grunt to rytm, spryt, esprit i narodowe poczucie czterech opon. Podrzucić?
DYREKTOR Dziękuję. Wolę rytm swoich kroków niż twoich czterdziestu koni mechanicznych. Masz tu, (rzuca pieniążek) dla nich na siano.
SZOFER Adieu! Już parskam! (warkot)
DYREKTOR Dlaczego łączę rzeczy sprzeczne? A co ci da, głuptasku, jeśli połączysz dwa identyczne dźwięki, but lewy z lewym butem, prawe skrzydło ptaka z prawym skrzydłem? Czy nie uważasz, że wszystko jest zaskoczeniem? Że wszystko jest zaskoczone? Kto nie ma możliwości wyboru, czy zostać teczką, czy rabarbarem, czy kameleonem, czy zabawką, czy człowiekiem, wybór dokonuje się poza jego świadomością, ten musi być wciąż zaskakiwany przez to, czym mógłby być, a nie jest: teczkę, rabarbar, kameleona, zabawkę. Twoje listy też mnie trochę zaskakują. I ty. Przyznaję. Ale ja ciebie również zaskoczę. Przyznasz. (kłania się) Kopa lat! Kopa lat! Przyjemnego spaceru!
ROWERZYSTA (chłopięcy głos) Dobry wieczór! Pan dyrektor pieszo? Mogę podwieźć na ramie. Mam mocny rower. I mocne nogi. I płuca. Podwiozę.
DYREKTOR Wiem. Jesteś najmocniejszym chłopcem na swojej ulicy.
ROWERZYSTA Bardzo lubię swoje zabawki, ale już mam rower. Mocny. I mocne nogi. I płuca. Podwiozę.
DYREKTOR Wyobraź sobie, (rzuca monetę) że to jestem ja. Wsadź mnie do kieszeni, podwieź do najbliższego sklepu i zamień mnie na lody. Czołem, mocny chłopcze!
ROWERZYSTA Dziękuję! Niech pan zobaczy, jak dam gazu… Ale mogłem podwieźć. Mam mocny rower, mocne no… (odjeżdża)
DYREKTOR Tak, to prawda − jestem niekonsekwentny. Jeśli odnajdę ciebie, powiem ci dzień dobry, urealnię cię. Wtedy już rzeczywiście będziesz. (przystaje) Zależysz ode mnie? (chce wrócić, wyciąga list; rusza) Chyba już nie. Jest twój list. Spoza mnie. (śmieje się) Co za heca! (wywija laseczką) Tak się dać wykołować myślom! (kłania się) Moje we dwoje! Co − na kobitki? A ja do jakiegoś smyka w połatanych portkach sztruksowych. Zaprosił mnie na dyskusję. Naukową. O zabawkach. Tak, tak! Takie mamy czerwone kapturki. Niosę mu chusteczkę do nosa. (wyciąga chusteczkę) Bo taki dyskutant, to się zawsze z przejęcia zasmarka. Moje uszanowanie! Moje uszanowanie!

3

Korytarz, drzwi, świecąca żarówka; wchodzi Dyrektor.

DYREKTOR Jasna 48, mieszkanie 17. Tak, to tutaj. (puka)
GŁOS (dziewczęcy) Kto tam?
DYREKTOR To ja. (nasłuchuje z uwagą głosu zza drzwi)
GŁOS Kto to − ja?
DYREKTOR Dyrektor Fabryki Zabawek Dziecięcych. Czy jest Osoba, Której Się Nie Podoba?
GŁOS Tak − jest. (głos łamie się, przeskakuje do innego brzmienia)
DYREKTOR (do siebie) Czyj to może być głos? (w stronę drzwi) Otrzymałem listy od… Pana? Pani? (w stronę drzwi) Pani.
GŁOS Pan jest bardzo miły. Traci czas dla takiej osoby.
DYREKTOR O, czas to drobnostka. Tracenie czasu – to jedna z przyjemności krótkiego życia. Czy mogę wejść?
GŁOS Tylko do przedpokoju.
DYREKTOR Tylko do przedpokoju? Ależ, Osobo…
GŁOS I proszę nie zapalać w nim światła.
DYREKTOR Nie zapalać światła? Ależ, Osobo − jest bardzo ciemno.
GŁOS Tak właśnie ma być. Nie żartuję. (głos się wciąż zmienia)
DYREKTOR Do licha, czyj to głos? (w stronę drzwi) Dlaczego, Osobo, mam nie zapalać światła? Kiedy jest ciemno − zapala się światło.
GŁOS Gdyby zapalił pan światło, mógłby mnie pan skrzywdzić bardziej, niż to można sobie wyobrazić.
DYREKTOR (do siebie) Hm, co to znaczy? Dobrze, nie zapalę. (wchodzi do przedpokoju, smuga światła z korytarza oświetla uważną twarz Dyrektora) Gdzie jesteś, Osobo?
GŁOS (znów zmienny) Za drugimi drzwiami. Ale tych nie otwieraj. Usiądź w przedpokoju na fotelu. Po lewej stronie masz fotel. Pomacaj ręką. Masz?
DYREKTOR (odnajduje fotel) Mam.
GŁOS Obok jest stolik. Leżą tam papierosy. Jak chcesz, możesz zapalić.
DYREKTOR (przeciera czoło) Dziękuję. (zapala papierosa) Osoba nie pali?
GŁOS (śmiech) Nie.
DYREKTOR Nigdy nie paliła?
GŁOS (śmiech) Nie.
DYREKTOR (ogląda pudełko od papierosów w smudze światła; do siebie) Dziwna historia. Kto to jest? Mężczyzna? Kobieta? Chyba kobieta?
GŁOS Mówisz zbyt cicho. Nie słyszę.
DYREKTOR Mówię: dobry wieczór Osobie, Której Się Nie Podoba.
GŁOS Dobry wieczór panu dyrektorowi Fabryki Zabawek Dziecięcych.
DYREKTOR (coraz bardziej zdenerwowany) Ten głos coś mi jednak przypomina… Czyżby? To niemożliwe!
GŁOS E, jak będziesz mówił tak cicho, to się nie dogadamy. A mam ci wiele do powiedzenia. Naprawdę. Przymknij jednak drzwi od korytarza. Czuję światło.
DYREKTOR (przymyka) Przymknąłem.
GŁOS Nie gniewaj się, że nie daję ci spokoju. Jestem przykra osoba. (zmienia głos) Jeżeli gniotą cię buty, to załóż papucie. Są pod fotelem. Sięgnij ręką w lewo. Masz?
DYREKTOR Mam. (zakłada papucie) Świetne papucie. (wyciera spocone czoło chusteczką)
GŁOS Jestem ciekawa, jak wyglądasz?
DYREKTOR Zgadnij.
GŁOS Jesteś starszym panem. Łysawym. Nosisz muszkę w groszki zielone.
DYREKTOR (coraz bardziej zdenerwowany) Zgadłaś!
GŁOS Zgadnij, jak ja wyglądam?
DYREKTOR Jesteś już starszą kobietą. Z przyzwyczajenia wciąż zmieniasz kolor włosów, wciąż majstrujesz coś przy oczach…
GŁOS (śmieje się bardzo młodo) Ale zabawa!
DYREKTOR (spocony) To ty, Anito? (śmiech) Nie jesteś sama? Jak tu się znalazłaś? Tyle lat. Chcesz mi robić wyrzuty? Nie zrozumiałbym tego. (prawie z oburzeniem) Ależ, Anito!
GŁOS (zupełnie inny, męski) Nie jestem Anitą. Masz zły słuch. Fe! Jak możesz. Robisz takie muzyczne zabawki − posłuchaj (dzwoneczki, wysoki, muzyczny, rytmiczny śmiech, trąbka, słowik, murmurando kołysanki) − a mylisz ludzkie głosy. Nigdy nie znałeś mężczyzn? Nie miałeś przyjaciół − mężczyzn?
DYREKTOR Miałem. Ale nie z mojej winy…
GŁOS O winie − potem. Nie śpiesz się. Poznajesz mnie?
DYREKTOR Piotrze. Tak, to chyba ty. Jakim cudem? Siedziałeś przecież w więzieniu.
GŁOS (śmiech, zmieniony głos) Jednego miałeś tylko przyjaciela? Wśród tylu mężczyzn? Nie wierzę ci. Czyż to jest głos Piotra? Miej odwagę!
DYREKTOR (przywstając) Nigdy mi jej nie brakowało! Jakakolwiek to była odwaga. Nie wyrzucaj mi tchórzostwa!
GŁOS O, to ładnie! Więc kim jestem?
DYREKTOR Nikim. Jakimś dowcipnisiem. Twój głos teraz tylko mi przypomniał głos jeszcze kogoś.
GŁOS A dlaczego tylko przypomniał? (śmiech)
DYREKTOR Bo tamten człowiek nie żyje. Zginął.
GŁOS O, to jeszcze ładniej! A może − ocalił się?
DYREKTOR (broniąc się przed tą myślą) Niemożliwe!
GŁOS Cudem?
DYREKTOR Cudów nie ma.
GŁOS A jednak jesteś ty – może być też cud.
DYREKTOR (załamany) Choćbyś żył, (rozkłada ręce) Józefie, naprawdę − nie uwierzę.
GŁOS (śmiech, zmiana głosu; głos wyraźnie kobiecy) Co ty wyprawiasz?! Wciąż się mylisz. Jakże mogę być Józefem, kiedy, no, posłuchaj − jestem kobietą. Ale nie Anitą. Jesteś mężczyzną. Nosisz muszkę w zielone groszki. Takie muszki noszą tylko zalotni mężczyźni. Nie mogłeś, nosząc taką muszkę, mieć tylko jednej kobiety. Nie poznajesz mego głosu? No, nie poznajesz?
DYREKTOR (gwałtownie wstaje) Gdzie ja jestem? Przecież nie jestem u Belzebuba? Miliony kobiet miało głos podobny do tego głosu − głosu Teresy.
GŁOS O, Teresy!
DYREKTOR Nikt mi nie wmówi jej istnienia, ani tu, ani w niebie, ani na ziemi, ani w czyśćcu, ani w piekle!
GŁOS Co ty wyprawiasz?! (głosem męskim) Dlaczego mówisz o Teresie? Posłuchaj. Czyż głos mój może przypominać głos kobiety?
DYREKTOR (półprzytomny) Zaraz, zaraz…
GŁOS Czyż obok Piotra i Józefa nie byłem ja…
DYREKTOR Adam! (śmiech, Dyrektor przewraca stół) Gdzie ja naprawdę jestem?! Lub kto tu ze mnie kpi?! (szuka kontaktu)
GŁOS (dziewczęcy, bardzo młody) Proszę pana, proszę pana! Niech pan nie zapala światła. Proszę pana. Proszę pana. Nie wolno się denerwować.
DYREKTOR (przytomnieje, idzie do drzwi wiodących do drugiego pokoju, z którego dochodziły głosy) Zapalić – nie zapalę. Ale wejść muszę.
GŁOS Proszę pana, proszę pana! Drogi panie dyrektorze! Niech pan nie wchodzi. Bardzo pana proszę. Nie wolno. To byłoby straszne. Na stole stoi woda z sokiem. Niech się pan napije. (Dyrektor pije wodę) Dziękuję. A poza tym (ziewanie) ja już bardzo chcę spać. Naprawdę. (ziewanie) Niech pan już idzie. Dziękuję, że mnie pan odwiedził. Dobranoc.

Dyrektor wycofuje się na korytarz, zamyka drzwi, stoi zdumiony.

O AUTORZE

autorzy_leksykon_300x300_Karpowicz
Tymoteusz Karpowicz

Urodzony 15 grudnia 1921 w Zielonej koło Wilna. Poeta, prozaik, dramaturg, tłumacz. Pracował jako asystent na Uniwersytecie Wrocławskim, a także redaktor w pismach: "Nowe Sygnały", "Odra", "Poezja". W 1973 roku wyjechał do USA, potem do RFN i Berlina Zachodniego, w 1978 roku osiadł w Chicago, obejmując katedrę literatury polskiej na uniwersytecie stanu Illinois. Za ostatni tom, Słoje zadrzewne (1999), otrzymał Nagrodę "Odry" oraz nominację do Nagrody Literackiej Nike. Zmarł w Oak Park 29 czerwca 2005.

powiązania

KSIAZKI_Mowi-Karpowicz

Apetyt na Karpowicza

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Mirosław Spychalski

Rozmowa Artura Burszty z Mirosławem Spychalskim, towarzysząca premierze książki Mówi Karpowicz, wydanej w Biurze Literackim 11 listopada 2005 roku.

WIĘCEJ