książki / TEATR

Dzieła zebrane, tom 5

Tymoteusz Karpowicz

Premiera piątego tomu Dzieł zebranych Tymoteusza Karpowicza, wydanej w Biurze Literackim 13 kwietnia 2015 roku.

Okladka__Dziela_zebrane_V__rgb Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Wracamy późno do domu (fragment)

 

Obraz 1

Dekoracje stylizowane, umowne. Nowoczesne meble. Na widocznym miejscu zegar. W lewym rogu salonu – fortepian, obok kredensu – radio. Kilka obrazów w stylu nowoczesnym. Parę półek z książkami. Telefon. Zbliża się godzina trzecia nad ranem. Przy stole siedzi pani Maria Reglicka, lat około 36, oryginalnej urody, nieco wschodniej. Jest ubrana w ciemnobrązową sukienkę i okryta zielonym szalem. Być może drzemie, być może nie. Zegar bije godzinę trzecią. Za drzwiami słychać niezdecydowane kroki. Ktoś majstruje kluczykiem przy zatrzasku. Reglicka zrywa się, podchodzi do drzwi.

REGLICKA Kto tam?
GŁOS DZIEWCZĘCY To ja.
REGLICKA Ada! (szybko otwiera drzwi. Wchodzi Ada. Matka dopiero po chwili spostrzega nieobecność drugiej córki) A Stefa?
ADA (po sekundzie wahania) Została u Ireny. Czekałaś do tej pory?
REGLICKA Nie, czytałam, a potem zdrzemnęłam się. Nie bałaś się sama wracać do domu?
ADA Czego miałam się bać. Wracałam taksówką. (Ada stoi w nieruchomej pozie przy drzwiach. Ma włosy w nieładzie. Wyraźnie jest zmęczona. Patrzy jednak hardo na matkę)
REGLICKA Strach patrzeć na ciebie. (bierze z jej ręki torebkę) Co ci jest? Jesteś chora?
ADA Nie.
REGLICKA Ado!
ADA No, czego mama się czepia. Nie jestem chora. Zawsze tylko po taksówce mnie mdli.
REGLICKA Rozbieraj się natychmiast i idź spać. Dam ci herbaty z cytryną. Co to? (spostrzega szramę na policzku) Gdzieś się podrapała? (dłuższa pauza) Słyszysz, co to wszystko znaczy?
ADA Mamo.
REGLICKA (z groźbą i niepokojem) Mów!
ADA (wybucha nagle płaczem i chwyta matkę za ręce. Reglicka cofa się zaskoczona) Ratuj nas!
REGLICKA (nadal cofając się. Ada idzie do niej z wyciągniętymi rękami) Co ty wygadujesz? (odtrąca ręce Ady) Bez głupich żartów. Kogo mam ratować?
ADA (rzuca się na kanapę) Mnie i Tadka.
REGLICKA Tadka? Jakiego Tadka?
ADA Nowotnego.
REGLICKA Ty z nim nadal?
ADA Z nim. Ratuj!
REGLICKA Przestań! Dość tych dowcipasów. Co znów takiego zrobiliście?
ADA Tadek… Tadek zabił Władka Osieckiego.
REGLICKA (przerażona) Co ty wygadujesz!
ADA Zabił go. Nożem.
REGLICKA (patrzy na Adę martwym wzrokiem, potem stara się uśmiechnąć pobłażliwie) Niewybredne masz żarty. Najwyższy czas z nimi skończyć.
ADA (z determinacją) Mówię prawdę. Uderzył go nożem. W szyję.
REGLICKA (czyniąc gwałtowny krok naprzód) Przestań! (zaciskając pięści) Przestań!
ADA Tak.
REGLICKA (prawie nieprzytomnie) Nie!
ADA Tak, tak…
REGLICKA Przestań! (przysuwając się groźnie do Ady) Ach ty…
ADA Zabij mnie. No, zabij.
REGLICKA (wolno osuwa się na fotel. Trzyma twarz w dłoniach, potem zrywa się nagle i ponownie siada. Siedzi chwilę i znów gwałtownie wstaje, by z pozycji wpółpodniesionej usiąść na powrót. Jej gwałtowne ruchy wolno ustają. Twarz się zmienia. Osłupiała patrzy przed siebie) Kiedy?
ADA Może przed kwadransem.
REGLICKA Gdzie? U Ireny?
ADA Nie, w parku.
REGLICKA Przecież byłaś u Ireny?
ADA Kłamałam.
REGLICKA To Stefa także?
ADA Nie, Stefa jest u Ireny.
REGLICKA Skąd wiesz, że go zabił?
ADA Leżał bez ruchu. Na wznak. I nie krzyczał. Może jeszcze żyje. Nie wiem. (płacze sucho, nieprzyjemnie) Uciekliśmy, kiedy ktoś nadchodził. Chwycił nas strach.
REGLICKA Strach? (źrenice Reglickiej rozszerzają się) Strach!
ADA Tak, strach! (krzyczy) Nie żałuję go, nie żałuję! Dobrze mu tak!
REGLICKA Opamiętaj się! Skąd te słowa u ciebie?
ADA (nagle uspokojona) Nie wiem. Ale są. Siedzą w gardle. Nie wiem.
REGLICKA (trąc nerwowo ręce, wstaje z fotela i zaczyna szybko chodzić po salonie) Jak to się stało?
ADA (skupia się) Przykleił się do nas i łaził za nami jak piesek. Nie można się było od niego odczepić. Nie dawał nam zostać sam na sam. Mówił obrzydliwości. Tadek dał mu po pysku. (z wyraźnym wysiłkiem w głosie) Wtedy on rzucił się na Tadka. I Tadek w obronie mego honoru zdzielił go nożem.
Dłuższa chwila milczenia. Ada jest zupełnie spokojna. Poprawia sukienkę. Reglicka cały czas patrzy bardzo intensywnie na córkę.
REGLICKA W obronie honoru… nożem. W obronie honoru Reglickiej.
ADA (niewzruszona) Mówisz nierozsądne rzeczy. Nie mam sobie nic do wyrzucenia.
Chwila ciszy.
REGLICKA Czy ty wiesz, co się we mnie dzieje? Zastanów się tylko: ty, moje oczko w głowie, dobre imię – i bandycka historia, w którą teraz będą wmieszani Regliccy, ostoja moralności, wzór dobrej rodziny. Ada Reglicka i nożownik. Ada Reglicka i zbrodniarz. Zupełnie nowy rozdział w kronice rodzinnej. Nie, nic gorszego nie mogło się stać. Przecież to wszystko się wykryje. Za parę godzin nie będę mogła bez wstydu wymówić swego nazwiska.
ADA (prawie wesoło patrzy na matkę) Słuchaj, nie jest tak źle. Przecież możemy nie wziąć tego wszystkiego na siebie. Ocalimy tę… kronikę rodzinną.
REGLICKA (zaskoczona) Nie rozumiem?
ADA (sondująco) Przecież nie było świadków.
REGLICKA (jeszcze bardziej zaskoczona) Czy tutaj o to chodzi? A gdyby nawet nie było – to co z sumieniem?
ADA Władek był winien. Dostał za swoje. Nie przesadzajmy z tym sumieniem. Zastanów się: nikt nic nie wie. Trzeba się tylko zdecydować, a nikt o niczym nie będzie wiedział. Tu nie o mnie chodzi, lecz o ciebie. Wiem, jak jesteś bardzo wrażliwa. A tu – gazety! Piszą – Reglicka… Mamo, błagam cię, uspokój swoje sumienie, a wszystko da się uratować. Trzeba tylko działać.
REGLICKA (chwiejnie) Przecież Władek jeszcze może żyć. Odzyska przytomność. Wszystko powie.
ADA (z maniackim uporem) Nie żyje! Nie ruszał się! Kamień w wodę. A gdyby nawet żył, to przecież można zaprzeczyć. Nikt mu nie uwierzy. Był pijany jak bydlę. Ledwo się trzymał na nogach. Powie się tylko: mówi tak przez zemstę, i koniec. Wszyscy wiedzą, że umizgał się do mnie bezskutecznie. No? W ubiegłym roku też dostał od kogoś cegłą po głowie i było dobrze. …W wypadku gdyby pytali, niech mama tylko powie…
REGLICKA (przerywa oburzona) Powiem prawdę! Powiem to wszystko, coś mi powiedziała!
ADA I co ci przyjdzie z tego? Nauczysz mnie wrażliwości sumienia, zniesławiając siebie? (zaczyna znów sucho płakać) Przecież już w tej chwili wszystko rozumiem. Już niczego mnie więcej nie nauczysz ani swoją dobrocią, ani gniewem. Dostałam za swoje. Myślisz, że mnie to nie wytrzęsło? Gdybyś ty wiedziała, jak się we mnie coś przewróciło, kiedy Władek upadł! (patrzy na przejętą twarz matki) Więc czego jeszcze mnie nauczysz? Wszystkiego się już nauczyłam. Nie powiesz?
REGLICKA (ujęta słowami córki, wyraźnie walczy z sobą) Nic nie wiem, nic nie wiem…
ADA Ktokolwiek spyta, gdzie byłam tej nocy – powiesz, że w domu. Każdy ci uwierzy. Jesteś chodzącą prawością. Wiem, że to dla ciebie jest straszne. Masz zasady. Ratując mnie, będziesz cierpiała. I to jest dostateczną karą dla mnie. (Ada płacze. Reglicka przytula ją do siebie)
REGLICKA Nie płacz. To okropna noc. Straszne rzeczy mogą się wam przytrafić, kiedy nie jesteście w domu. Dlaczego nigdy was w nim nie ma? Ado!
ADA Powiesz tak, mamo?
REGLICKA (po chwili walki z sobą) Powiem. (Ada całuje rękę matki) Nie trzeba! To straszne, co my robimy.
ADA To tylko rozsądne.
REGLICKA Nie ma nic okropniejszego od rozsądku, kiedy chciałoby się krzyczeć. Nie czujesz tego?
ADA Czuję dobrze, ale co nam to da? Co?
Pauza.
REGLICKA Czy już Władka ktoś zabrał z ulicy?
ADA (skwapliwie) Na pewno. Ludzie kręcą się całą noc. Mógł go nawet zauważyć ten ktoś, kto wtedy szedł obok, kogo tak się wystraszyliśmy. Nie martw się już o to.
REGLICKA (wstaje nagle) Nie, nie!
ADA Co, mateczko?
REGLICKA Przecież po północy był u nas brat Władka i czekał na ciebie. Wszystko się wyda! Kłamstwo jest niemożliwe!
Chwila konsternacji.
ADA (głaszcze matkę p
o ręce, a równocześnie z wściekłością
) Że też zawsze się tu przywlecze! Amant od siedmiu boleści. A niech go! (chwila ciszy) No to i co, że był? Już wiem! Już wiem! Gdyby mu się to przypomniało, to wtedy powiesz, że ja byłam w domu, spałam w następnym pokoju.
REGLICKA Mogłam przecież ciebie obudzić.
ADA Mogłaś, ale nie chciałaś. Powiesz, że go nie znosisz i dlatego skłamałaś. Aby się szybciej wyniósł. Że on nie dla mnie. Po prostu broniłaś mnie przed nim. Osieccy trochę się pozłoszczą, ale to nic. Zbyt wiele nam zawdzięczają.
REGLICKA Ado, nie przerażaj mnie…
ADA Co tu zważać na Osieckiego. Gdyby nie nasz tatuś, Liza nie miałaby pracy. Ach, to wstrętne bóstwo! Powiedz tak, mateczko. Powiesz? Ratujmy się. Tym już nikomu nie zrobimy krzywdy.
REGLICKA (złamana) Dobrze.
ADA (obejmuje ją za szyję i przytula do siebie. Reglicką wstrząsają krótkie dreszcze. Najwyraźniej płacze. Twarz Ady wyraża zadowolenie. Głaszcze matkę machinalnie po włosach) Jesteś dobra. Bardzo, bardzo dobra. Jesteś bohaterką nowych czasów. Bronisz nas przed zagładą za cenę najwyższą. No, no… nie płacz. (Reglicka podnosi głowę. Poprawia włosy. Patrzy długo na Adę)
REGLICKA Wierzę, że nie jesteście źli. Tylko dlatego. (telefon. Reglicka bezradnie spogląda na Adę)
ADA Podnieś słuchawkę. (Reglicka wstaje i bezwolnie podchodzi do aparatu)
REGLICKA Tak, Regliccy. Kto mówi? (blednie. Odwraca się do Ady, opuszcza słuchawkę i przykrywa dłonią mikrofon) Komenda Milicji!
ADA (wstaje i wpatruje się intensywnie, niedobrze w matkę) Pamiętaj, dałaś słowo.
REGLICKA Ado…
ADA (prawie rozkazująco) Nie możesz dłużej czekać. Jesteś połączona.
REGLICKA (ruchem pełnym rozpaczy podnosi słuchawkę do ucha) Tak, tak… (słucha chwilę, patrząc na Adę, która również nie spuszcza wzroku z matki) Moja córka była całą noc w domu. Tak, śpi. Tak. Proszę… (kładzie słuchawkę na widełki i spuszcza głowę. Stoi tak z zamkniętymi oczami. Ada podbiega z radością i rzuca się jej na szyję)
ADA Jesteś bohaterska mama! Wiedziałam, że mi pomożesz. O tak, ty nas kochasz. Ty nas bardzo kochasz! A teraz… uważaj… No… (palcem unosi do góry twarz matki bladą i zmęczoną) Coś ci ważnego powiem.
REGLICKA (cicho) Co?
ADA Trzymaj się mocno. (śmieje się beztrosko, figlarnie)
REGLICKA Mów.
ADA To wszystko było tak na niby…
REGLICKA Co na niby? Co ty wyprawiasz?
ADA Ano – ten telefon.
REGLICKA Ach, tylko telefon. (przygarbia się) Więc co z tym telefonem?
ADA To wcale nie dzwoniła milicja.
REGLICKA A kto?
ADA Nie poznałaś?
REGLICKA Nie, nie poznałam. Młody, energiczny głos.
ADA To Tadek.
REGLICKA Tadek?… Nic nie rozumiem.
ADA Zaraz, zaraz. Wszystko będzie jasne, to takie proste. Otóż, otóż myśmy się z Tadkiem bali, myśmy się bali…
REGLICKA Czego?
ADA Ciebie.
REGLICKA Mnie?
ADA Tak, ciebie. Nie mieliśmy pewności, czy zgodzisz się na fałszywe zeznanie. No wiesz, na to wszystko, co powiedziałaś. Więc umówiłam się, że Tadek zadzwoni do nas niby z milicji i… no, jakby to powiedzieć, poddamy ciebie generalnej próbie… Próba wypadła wspaniale. Jesteś niezawodną mateczką! Pocałuj mnie. (podstawia policzek. Reglicka, nie zmieniając postawy, patrzy ponad głową Ady, odsuwa ją lekko od siebie)
REGLICKA Idź już spać.
ADA Gniewasz się na mnie?
REGLICKA Nie. Idź już. Idź.
ADA (zabiera torebkę i odchodzi) Dobranoc.
Ada wychodzi trochę speszona. Reglicka stoi wciąż z wzrokiem utkwionym przed sobą.

 


Obraz 2

Ranek. Salon Reglickich. Reglicka stoi nieruchomo obok kanapy. Trwa w tej pozycji chwilę. Słychać kroki za drzwiami. Wchodzi Stefa. Ubrana jest bardzo elegancko. Ruchy ma pewne, ale trochę jakby sztuczne.

STEFA Dzień dobry, kochana Czaplo!
REGLICKA Dzień dobry!
STEFA (obserwuje bystro matkę) Oho, coś się Czapli nie podoba? Że tak długo? Mateczko! A fe! To z tęsknoty czy z braku zaufania? (traci pewność siebie) No, co ci jest?
REGLICKA Jak się bawiłyście?
STEFA (nadąsana) Nie przesadzajmy – nic nadzwyczajnego. Irena nie ma dobrego gustu, zadowala się byle czym. Ona idzie na ilość, sądzi, że zaimponuje komuś, jeżeli będzie u niej ciasno. Demoluje mieszkanie, byle było gdzie upchać jak najwięcej gości. Potem wszystko wygląda jak po rewolucji. Na przykład tapczan musieliśmy wnieść do ubikacji. (śmieje się w sposób bardzo podobny do śmiechu Ady, sucho i nieprzyjemnie, bez głębi) Mama nawet nie uwierzy, jakie z takich rzeczy wychodzą pikantne historie. (śmieje się) Bo taki tapczan w ubikacji to istny mur chiński.
REGLICKA (surowo) Co ty wygadujesz?
STEFA (spostrzega, że przeholowała. Staje się potulna, przepłoszona. Patrzy niespokojnie) Pewnie mi się coś głupiego powiedziało. (następuje moment ciszy. Stefa ukosem obserwuje zmęczoną twarz matki)
REGLICKA Miałyście powodzenie?
STEFA (znów swobodnie) Niewielkie. Większe szczęście, jak zawsze, miała Ada. Została królową balu. To był piękny moment. Dostała – mamusia nie uwierzy – koronę z tortu. Pycha, nie korona! Wręczyła ją królowi balu, który srebrnym nożem pociął tę koronę na tyle części, ile było nas, łakomczuchów.
REGLICKA (spokojnie) Któż to był ten król, który nożem…
STEFA Inżynier Milecki. Wspaniały mężczyzna. Zobowiązaliśmy go, aby Adę odprowadził do domu. Czy Ada śpi jeszcze?
REGLICKA Śpi.
STEFA (zmieniając ton) Miała przed ósmą zanieść książkę do Marty…
Tymczasem w drzwiach sypialni staje Ada.
REGLICKA Zabroniłam jej dziś wychodzić z domu.
STEFA Czy tak źle się czuje?
ADA Stefa! Dość tego. Nie kręć. To nie ma sensu. Wszystko się pokiełbasiło! (dzwonek. Reglicka otwiera drzwi. Ada i Stefa patrzą na siebie. Wchodzi Listonosz)
LISTONOSZ Liściki i gazety.
STEFA (ciszej, do Ady) Co się stało?
ADA Odczep się. Sama nie wiem.
Reglicka szybko przegląda gazetę. Jej ruchy śledzi z napięciem Ada, Listonosz kłania się w milczeniu, wychodzi.
REGLICKA (opuszczając gazetę) Nie ma.
STEFA Nic ciekawego, Czapelko?
ADA Daj mamie spokój!
REGLICKA A może się nam to wszystko przyśniło? (siada i splata ręce na kolanach. Kołysze się lekko i patrzy na sufit, tak jak to czynią ludzie raczej pogodnie zamyśleni) Może i ty (w stronę Stefy), i ty (w stronę Ady) byłyście całą noc w domu? (pauza) Nie, niestety. (znów pauza) Tyle razy, kiedy wracałyście późno do domu – opowiadałyście mi cudownie proste, przekonywające historie. I wierzyłam w nie. Pasowały do mojego systemu domowego. Ale co dziś mam zrobić z twoją, Stefa, bajeczką o nocy przepędzonej za domem? (Stefa przepłoszona błagalnie patrzy na Adę. Ada unika wzroku Stefy) O waszych triumfach i koronach tortowych? O królach balu posługujących się srebrnym nożem?
ADA (rozkazująco) Stefa! Przynieś mamie kropli! Są w sypialni, w apteczce. Kluczyk znajdziesz w szufladzie mojej szafki nocnej. (Stefa wychodzi. Ada szybko zbliża się do matki) Mamo, nie mów nic Stefie! To cielę, papla. Rozniesie wszystko na cztery strony świata. Ona z tchórzostwa nawet milczeć nie może.
REGLICKA (po raz pierwszy porywczo) Ale mnie zmuszasz do tego milczenia!
ADA Twoje milczenie jest bohaterstwem.
REGLICKA Czy podłością?
ADA Mateczko, ciszej. Mówię ci – to głupie cielę. Jesteś naprawdę bohaterką. Dlaczego miałabyś myśleć o sprawach niewłasnych, o sprawach wielkich, o społeczeństwie? Broń się przed tym. Ratujmy dom. Nic nikomu z tego nie przyjdzie, jeśli go zniszczymy.
REGLICKA (słucha uważnie słów Ady) Skąd ty masz te dwa języki, brutalny i tkliwy? (wstaje i podnosi gazetę ze stołu) Dlaczego nic nie ma w gazecie?
ADA Pewno zmarł. Nic na to nie poradzimy. Był winien. Sam wywołał awanturę.
REGLICKA (zrozpaczona) Ado, Ado… Co rządzi waszymi krokami? Kto pcha was na drogi bez wyjścia?
ADA Nie wiem. To pech. Przecież Tadek nie chciał go zabić.
REGLICKA Nie mów o jego śmierci. On na pewno żyje!
ADA (uradowana) To dlaczego tak się przejmujesz? Nic mu nie będzie. Wyliże się i już. A nauczka mu nie zaszkodzi.
REGLICKA (chwilę milczy) A więc będzie mówił? Wszystko… Za chwilę.
ADA Zaprzeczymy i nikt mu nie uwierzy. Kto uwierzy Osieckiemu? Przecież to chuligan. (nagle nieruchomieje, coś sobie kojarzy i w pewnej chwili zdecydowanie ożywia się) Nie! Nie! (stanowczo) On ani piśnie! Mówię ci. Niepotrzebnie cię tym wszystkim denerwowałam. Na wszelki wypadek miejmy jednak plan działania: ten ustalony w nocy. Ale nic nie powie. Będzie milczał!
REGLICKA Dlaczego ma milczeć?
ADA Już to jego sprawa. Ach, nie! (śmieje się) Nie powie ani słowa. Chociaż z nim… (popadając w zadumę) z nim nic nie wiadomo. Rzeczywiście może powiedzieć… Jak odzyska przytomność – może powiedzieć. Trzeba milczeć. Słyszysz, trzeba milczeć. (Reglicka patrzy na Adę przerażona) Może się zemścić. (nieruchomieje w fotelu i patrzy ponuro przed siebie) Nie chcę cię straszyć, mamo, ale w tej chwili zaczęłam to inaczej widzieć: jeśli on żyje – powie. Nasza cała nadzieja ocalenia jest w jego śmierci. Mamo… nie myśl o mnie źle, ale najlepiej by było, gdyby Władek umarł. Nie patrz tak na mnie. Ja nie jestem zła. A nawet i jego śmierć… Boże! Boże! (wydaje się być rzeczywiście załamana) Tak mi ciebie żal, mateczko! Wleźliśmy w kabałę. Wszyscy. Nasz dom (zakreśla krąg ręką) jest w niebezpieczeństwie. Broń tego domu.
REGLICKA Za jaką cenę?
ADA Za wszelką.
REGLICKA To straszne.
ADA Nic nie mów i nie sprzeciwiaj się… śmierci Władka.
REGLICKA Ado…
ADA Żebyś ty wiedziała…
REGLICKA Ado…
ADA Broń domu za wszelką cenę. Popatrz na te kąty, popatrz na mnie.
REGLICKA Będziemy podli. Przecież, jeśli on żyje, nie możemy go dobić.
ADA Broń siebie i nas.
REGLICKA Jakże bardzo chciałabym, żeby to był sen. (pukanie do drzwi. Wchodzi matka Władka, Paulina Osiecka. Cała jej postać mówi o przeżywanym zmartwieniu. Reglicka patrzy na nią i wypowiada szeptem) Niestety, to nie jest sen.
OSIECKA Dzień dobry.
ADA Dzień dobry pani.
Reglicka wita Osiecką skinieniem głowy. Osiecka wybucha płaczem.
OSIECKA Takie nieszczęście! Nie ma też ten Pan Bóg kogo innego karać. Mój biedny Władeczek, mój Władeczek.
REGLICKA Strasznie pani współczuję. Czy… czy Władek żyje?
OSIECKA (przez łzy) W szpitalu. Nieprzytomny. (nagle zastanawiają ją słowa Reglickiej) To pani… pani już wie? (patrzy przez łzy na Reglicką. Reglicka jest tym pytaniem zaskoczona. Szuka bezradnie odpowiedzi)
REGLICKA Wiem… z gazety.
Odruchy Ady zdradzają zdenerwowanie.
OSIECKA To już i w gazecie opisali? O Jezu najmilszy… w której gazecie?
Reglicka rozgląda się bezradnie.
ADA Mama słyszała o tym w kolejce. W gazetach tego jeszcze nie ma. Mamusi to się już wszystko pomieszało, bo się bardzo tym nieszczęściem przejęła.
OSIECKA (uspokojona) Kochana, droga pani Reglicka. (płacze)
REGLICKA Niech pani usiądzie. (sadza ją w fotelu. Ada pomaga)
ADA (do Stefy) Daj kr
opli na serce.
Stefa zdezorientowana spełnia życzenie Ady.
OSIECKA Już mi lepiej. Nie trzeba, nie trzeba.
REGLICKA Gdzie przewieziono pani syna?
OSIECKA Do szpitala na Brzeską.
REGLICKA Może dać pani herbaty?
OSIECKA Nie trzeba, nie trzeba. Pani zawsze dla nas taka dobra. To mnie… dlatego… (nie odważa się wymówić)
REGLICKA Ależ niech się pani nie krępuje.
OSIECKA (po pewnej chwili) Ośmielam się prosić o pomoc. Jak ginie niewinnie dziecko, to człowiek wszystkiego się chwyta. Nawet honoru pozbywa się i prosi. Do pani to lżej z tą prośbą, bo wiadomo, że współczuje.
REGLICKA Proszę. Proszę bardzo.
Ada czujnie przygląda się matce. Stefa odnosi flaszeczkę i wraca do pokoju.
OSIECKA Niech pani pomoże uratować Władka. Mnie w szpitalu powiedzieli, że jego życie jest na włosku. Jak operacja nie uda się – koniec. Ja nie znam lekarzy. Tam jest doktor Ranicki, cudotwórca. Tak mi mówili. Wtedy ja sobie przypomniałam, że pani zna doktora Ranickiego. Że pani go może poprosić, to on zajmie się Władkiem. Zrobi operację. A tak to będzie go krajał ktoś z dyżuru. Droga pani Reglicka, na wszystkie świętości proszę – niech pani zatelefonuje (pokazuje na aparat telefoniczny) do doktora Ranickiego i poprosi o tę przysługę. Boga będę prosiła o wszystko najlepsze dla pani i dla niego. Bo to taką ktoś krzywdę zrobił temu dziecku! Latać to on latał i późno przychodził do domu, ale żeby aż tak go skrzywdzić – to Boga w sercu trzeba nie mieć. Że też temu krzywdzicielowi ręka nie uschła. Nie, nie! (bije zaciśniętą pięścią w kolano. Twarz jej prosta wyraża niesłychaną zawziętość) Ta ręka musi uschnąć! Już ona nie będzie krzywdzić nikogo. Bóg to zrobi.
ADA (sucho) Nie trzeba tak przeklinać. Pan Bóg nie pozwala przeklinać. Nie można mieć zakamieniałego serca nawet dla zbrodniarza.
OSIECKA Co panienka wie! Panienka urodziła Władka? Panienka go wychowała? Źle czy dobrze, ale od ust sobie odejmowałam, aby on był syty. Teraz go jakaś kanalia – nożem! Błagam panią! (wstaje i bierze za rękę Reglicką, patrząc na telefon) Niech pani zadzwoni. (Ada staje obok matki. Scenę tę bacznie obserwuje Stefa) Władek też do śmierci będzie pani wdzięczny, jak wyzdrowieje.
ADA Niech pani Osiecka usiądzie. Moja mama też jest zmęczona.
OSIECKA (nie rezygnując) To przecież niewiele – tylko zadzwonić. (Reglicka czyni ruch, jakby miała podejść do aparatu, ale Ada staje przy stoliku, na którym znajduje się telefon. Ada patrzy intensywnie na matkę. Reglicka wyraźnie walczy ze sobą)
OSIECKA Numer pewno będzie w książce telefonicznej.
Reglicka milczy. Potem, pod spojrzeniem Ady, spuszcza wzrok.
REGLICKA (po długim milczeniu) Widzi pani… Jak by to powiedzieć… (Ada patrzy na nią zawzięcie) Myśmy się pokłócili z doktorem Ranickim i obawiam się, że mój telefon nic by tu nie pomógł. Nawet mógłby zaszkodzić. (Ada oddycha z ulgą, Stefa zmienia pozycję obserwacji) Żałuję bardzo, (prawie histerycznie) ale nie mogę pani pomóc. (patrzy martwym wzrokiem w stronę widowni)
OSIECKA (zaczyna przejmująco płakać) Nie może pani pomóc? Cóż zrobić, jak pani nic nie może pomóc… Taki wypadek… cóż zrobić.
REGLICKA (martwo) Nie mogę pani pomóc.
OSIECKA Wiem, wiem. Pani by przecież pomogła. Pani ma złote serce.
REGLICKA (maniacko) Nie mogę pani pomóc.
OSIECKA To trudno, to trudno. Poproszę go sama. (widać wyraźne zaniepokojenie Stefy. Ada stoi nieporuszona) Mój Boże, to kto nam teraz pomoże? Do pani jak do matki. Nie wiem już, gdzie mam iść, co robić. Widać sądzone mu zginąć. (płacze. Nagle z wściekłością) Ale oczy muszę jeszcze wydrapać bandycie. Tymi (pokazuje swe ręce) własnymi rękami. Dlaczego tylko mój Władek ma nie widzieć świata bożego? Był latawiec, ale żeby go nożem! Niedoczekanie! Niedoczekanie! Niech pani mi pomoże dostać do ręki tego bandytę. Tego niech mi pani nie odmówi. To pani może. Pani mąż dobrze żyje z komendantem. Niech pani poprosi męża o pomoc. Niech zadzwoni do komendanta. Niech złapią bandytę. Niech go pokarzą. Boże, jak ja go chcę widzieć! Jak anioła w godzinę skonania. Tak mi ta swołocz ludzka potrzebna. Zmiłuj się, Panie Boże, że ja tak bluźnię, ale Ty, który znasz mękę krzyża, znasz i ból matki. Niech pani poprosi męża. On z komendantem na ty.
Ada znów ściera się wzrokiem z matką. Pani Reglicka mówi już prawie jak lunatyczka.
REGLICKA Nie mogę pani pomóc. Mój mąż pogniewał się z komendantem. Nie mogę.
Osiecka jest wyraźnie wyczerpana ostatnim wybuchem. Jakby się go trochę wstydziła. Rozgląda się bezradnie po salonie.
OSIECKA (bez żalu do Reglickiej) Alem trafiła. Człowiek sobie myślał: pani Reglicka pomoże. A pani, biedactwo, też ma wiele nieprzyjemności, skoro się z ludźmi trzeba było pożreć. Z tymi wielkimi to nigdy nie wiadomo. (pocieszająco) Ale niech się pani nie przejmuje. Złość ludzka na krótkich nogach chodzi. Pójdę już sobie. (Reglicka zachowuje się tak, jakby chciała coś powiedzieć. Ada nie spuszcza z niej wzroku i podchodzi bliżej) Mieli go teraz operować.
REGLICKA (maniacko) Nie mogę pani pomóc…
ADA Strasznie pani współczujemy.
OSIECKA Muszę go uratować. Muszę.
ADA To wcale dobry był chłopak.
OSIECKA Taki tam znów dobry – to nie. Łez mnie już kosztował niemało. Ale nie pod nóż, (zawzięcie) nie pod nóż! Dziękuję za dobre słowa. Do widzenia. (wolno wychodzi)
ADA Do widzenia.
REGLICKA Nie mogę…
Po wyjściu Osieckiej wszyscy stoją jakąś chwilę w ciszy. Potem do matki podchodzi Stefa.
STEFA Co się tu dzieje? Co się stało z Władkiem? Ty… (zwraca się do Ady, ale spłoszona spojrzeniem siostry gryzie się w język. Zwraca się znów do Reglickiej) Kiedy pokłóciłaś się z Ranickim?
ADA Odczep się od mamy.
STEFA (mimo stchórzenia nie daje za wygraną) Ja się nie czepiam, tylko pytam. (z determinacją) Do komendanta Lipca ojciec mógłby zadzwonić. Jeszcze wczoraj…
ADA Mówię ci – odczep się od mamy.
Reglicka nagle podejmuje jakąś decyzję. Podchodzi do aparatu i nim Ada zdołała jej przeszkodzić – wykręca numer.
ADA Mamo!
REGLICKA Czy szpital numer trzy? Dzień dobry panu. Czy mogłabym mówić z dyżurnym lekarzem? Reglicka. Proszę bardzo… (chwila czekania) Pan doktor Klepper? Dzień dobry. Mówi Reglicka. Dziękuję. Dobrze. Proszę pana, chciałam się spytać, kiedy będzie operowany pacjent Władysław Osiecki? Tak, tak, to ten. Już jest po operacji? (głosem zmienionym) A kto go operował? Doktor Ranicki? (różne reakcje trzech kobiet. W głosie Reglickiej wyraźnie zadźwięczała radość) Nie, nie! Może tylko potem byliby państwo tak uprzejmi… albo ja sama… Nie chciałabym pana fatygować. Bardzo dziękuję. 7062. Tak, 62. Bardzo dziękuję.
Reglicka kładzie słuchawkę i bez słowa wychodzi z salonu, pozostawiając w nim Stefę i Adę, które patrzą za odchodzącą matką.
STEFA Powiedziałaś matce, gdzie byłaś?
ADA Tak, bez detali.
STEFA (tchórzliwie) Powiedziałaś, gdzie ja byłam?
ADA Nie. Powiedziałam, że byłaś u Ireny. Ale ci radzę – wyleź z tego towarzystwa. Już zdecydowałaś się być modelką – to wkrótce będziesz kochanką. Ich wszystkich.
STEFA Zawsze to lepsze niż cyniczne zwodzenie jakichś opryszków. Jesteś, widzę, zwolenniczką silniejszych wrażeń.
ADA Bardzo cię proszę – zamilcz.
STEFA Nie strasz mnie
. Ciągle mnie straszysz. Ciągle muszę tobie ulegać. Robisz ze mnie niewolnicę. Łamiesz mój charakter.
ADA Charakter tchórza.
STEFA (rozwścieczona) Przestań mi włazić w oczy z tym tchórzem! Nigdy nie wiadomo, która z nas jest większym tchórzem. Obserwowałam ciebie w czasie rozmowy z mamą. Masz nieczyste sumienie. Coś wiesz, ale się boisz. Brniesz. Musisz coś wiedzieć o Władku. (krzyczy) Musisz! Wszystko wylezie na wierzch, jak Władek odzyska przytomność.
ADA Zamknij się, bo pożałujesz.
STEFA (roztrzęsiona) Zachciało ci się koniecznie puścić z Tadkiem i pewno Władek przeszkadzał.
ADA (groźnie) Zamilcz… nudystko.
STEFA Ani mi się śni! (włażąc z nogami na kanapę) Jesteś świnia! Masz na pewno na sumieniu Wł… (Ada w tym momencie podbiega do Stefy i z całej siły uderza ją w twarz. Stefa, zdrętwiała z przerażenia, a zarazem z wściekłości, dotykając policzka) Masz… bandycką rękę!
ADA (blada z przejęcia) Powtórz to jeszcze raz…
STEFA Masz ban… (Ada uderza ją w twarz po raz drugi. Stefa kuli się ze strachu i próbuje się uśmiechnąć) Ależ Ada… daj spokój. Ja żartowałam. Ada…
Słychać pukanie do drzwi. Dziewczyny odwracają się, poprawiając włosy. Wchodzi Liza Osiecka, bardzo przystojna blondynka, wysoka, o zgrabnych nogach. Jest ubrana skromnie, lecz gustownie.
ADA Liza!
LIZA Dzień dobry! (patrzy na zagniewane dziewczyny) Przepraszam, może nie w porę.
ADA Nie szkodzi. Trzeba się przyzwyczajać.
STEFA (dołącza się do tonu Ady) Ale masz buty galluxowe! Dobrze ci się powodzi.
ADA Siadaj.
LIZA Dziękuję. Była u mnie w biurze moja mama. Strasznie płacze. Czy nie ma waszej mamy?
ADA W tej chwili nie ma.
STEFA A po co ci mama?
LIZA Chciałam jeszcze ją poprosić, aby zadzwoniła do dyrekcji szpitala. Do ordynatora.
ADA (podenerwowana) Mama nie ma tam już znajomości. Przecież wiesz o tym. Rozmawiałaś już z matką. Więc czego chcesz?
LIZA Wasza mama na pewno zna ordynatora.
ADA (wściekła) Zna, zna! Ale co z tego, że zna? Mama moja nie jest na posyłki.
LIZA (zaskoczona) Ada, co ty wygadujesz? Przecież nie chcę w najmniejszym stopniu dotknąć twojej mamy. Zrozum nas, stan Władka jest bardzo ciężki. Wszystko zależy od operacji i opieki. Czyż ubliżę twojej mamie, jeżeli ją o to poproszę?
ADA Szczerze ci mówię – nie proś!
LIZA Dlaczego?
ADA (długo się waha, a potem mówi szybko) Bo jesteś ostatnia, która ma do tego prawo.
Liza patrzy zaskoczona na Adę, a potem na Stefę. Stefa obojętnie przekłada korale z ręki do ręki.
STEFA Co tak patrzysz? Słuchaj, co mówi Ada.
LIZA Dlaczego? Co to znaczy: jesteś ostatnia, która ma do tego prawo?
ADA To wszystko przez ciebie! Ty… no, już nawet nie powiem.
LIZA (zbliżając się do Ady. Stefa podnosi się z kanapy) Musisz się z tego wytłumaczyć.
ADA (spostrzegając, że zabrnęła zbyt daleko) No… jesteś starsza i mogłabyś więcej dbać o Władka, skoro go tak kochałaś, a on ciebie! I w ogóle – czy cię kiedy interesowało towarzystwo Władka?
LIZA Wiedziałam, że chodzi z tobą.
ADA Ze mną! Ach ty, ty… Nie dla mnie twoje programowe naiwniactwo. To za tani numer.
LIZA Wytłumacz mi, co masz na myśli.
Dzwoni telefon, ale podniecone dziewczęta nie odbierają go. Rozmawiają na tle dzwonka telefonicznego.
ADA Nic nadzwyczajnego.
LIZA Wytłumacz!
W drzwiach pojawia się pani Reglicka. Szybkim spojrzeniem ogarnia dziewczęta. Liza zdenerwowana zapomina się ukłonić. Wszyscy milkną. Reglicka podchodzi do aparatu.
REGLICKA Słucham. Reglicka. Ach… I co? Panie doktorze… Straszny trzask w aparacie. Słucham. Co?! Nie żyje?
Liza cofa się do drzwi. Staje i wolno opuszcza głowę. Z jej rąk wypada jasna torebka. Dziewczyna garbi się, maleje. W odróżnieniu od Lizy – Ada jak gdyby urosła, wyprostowała się. Z ust jej wyrywa się ledwo dosłyszalny okrzyk zadowolenia. Stefa ma minę chytrą, nie zdradza się ze swymi uczuciami. Słychać głos ze słuchawki… „Hallo, hallo… hallo, pani Reglicka”.
STEFA (do Reglickiej, wskazując na słuchawkę) Rozmowa niezakończona. Słyszysz? Podnieś słuchawkę.
REGLICKA Ach tak… Słucham. Przepraszam. Słucham. Zaraz, zaraz… Przecież pan powiedział… Co?… Żyje?… Operacja się udała? (przy tych słowach Ada i Liza jakby wymieniają swe role. Rysy twarzy Ady wyraźnie ściąga strach, przygarbia się. Liza wyprostowuje się i wolno wyciąga ręce w stronę słuchawki) Słucham… słucham. (prawie radośnie) Tak… Bardzo się cieszę. I jak się czuje? Tak… Odzyskał przytomność. (chwila ciszy. W radosnej dotychczas postawie Reglickiej zachodzi zmiana. Reglicka opuszcza głowę) Więc… więc pan mówi, że odzyskał przytomność?
LIZA (radośnie) Odzyskał przytomność!
ADA (głucho) Odzyskał przytomność.
REGLICKA (kładąc słuchawkę na widełki) Odzyskał przytomność.
Patrzy w głąb widowni, światła przygasają.


Obraz 3

Miejsce akcji – jak w obrazie poprzednim. Godzina wieczorna. W oknach salonu – światła ulicy. Pokój rozwidnia tylko jedna lampa biurkowa. W głębokim fotelu siedzi Reglicka z gazetą na kolanach. Przegląda ją mechanicznie, po czym wstaje i próbuje połączyć się z kimś telefonicznie. Telefon nie odpowiada. Reglicka zmęczonym ruchem kładzie słuchawkę. Zamyśla się. Wtedy rozlega się pukanie do drzwi.

REGLICKA (głosem niepewnym i zaniepokojonym) Proszę.
Do na wpół oświetlonego pokoju wchodzi trzech Panów w średnim wieku w ciemnych garniturach. Są do siebie podobni nawet rysami twarzy. Wszyscy mają siwiejące skronie. Wygląd ich budzi sympatię. W rękach trzymają małe czerwone teczki.
WSZYSCY PANOWIE Dobry wieczór pani.
REGLICKA (nadal zdezorientowana) Dobry wieczór.
PAN I Czy mamy przyjemność rozmawiać z panią Reglicką?
REGLICKA Tak, to ja. Czym mogę służyć?
PAN III To trochę dłuższa historia i sprawa dość osobliwa. (Reglicka jest coraz bardziej zaniepokojona)
PAN II Być może jest pani w tej chwili bardzo zajęta lub zmęczona.
PAN I Jeśli tak, to…
REGLICKA (zdeterminowana) Nie, nie. Nie jestem zajęta. Ani też zmęczona. Proszę spocząć. Zapalę tylko światło. (Reglicka podchodzi do kontaktu i przekręca go. Jeden z Panów z zainteresowaniem wygląda przez okno)
PAN II Te okna jasne naprzeciwko to…
REGLICKA Gmach sądu.
PAN I (beztrosko) Temida przecież widzi w ciemności…
PAN III Nie świeci się dla ślepych…
REGLICKA Więc panowie?…
PAN I (z zakłopotaniem bardzo uroczym) Jesteśmy trochę zażenowani. Nasze przybycie może w oczach pani nie znaleźć dostatecznego usprawiedliwienia.
PAN II Jesteśmy maniakami.
REGLICKA (zdumiona) Maniakami?
PAN I Tak, maniakami.
REGLICKA (z niepewnym uśmiechem) To rzeczywiście…
PAN II Ale maniakami pewnej idei. Zwracamy się na razie do ludzi najwybitniejszych, do ludzi najbardziej inteligentnych, z propozycjami pewnych usług, które równocześnie są jakby testami naukowymi.
REGLICKA (znów zdezorientowana) Panowie wybaczą, ale… ale nie mogę się jakoś zorientować w tym wszystkim. O jakich usługach panowie mówią? Panowie są przedstawicielami jakiegoś przedsiębiorstwa?
PAN III (ożywiony) Można nawet zgodzić się na to określenie. Tak, przedsiębiorstwa. Chodzi o taką sprawę: na terenie naszego miasta zawiązało się usługowe Towarzystwo Psychologiczno-Filozoficzne. Z naszych usług może korzystać każdy, kto popada w życiu w jakieś ciężkie sytuacje, z których sam nie widzi wyjścia.
REGLICKA (porusza się bezradnie i niespokojnie) Skąd panowie wiedzą, że ja mogę być w takiej sytuacji?
PAN II (bardzo żywo) Broń Boże, my nic nie wiemy. Szukamy tylko w pani sojuszniczki naszej idei.
PAN III W tej chwili poruszamy się na ślepo.
REGLICKA Panowie wybaczą, ale wszystko to razem jest dość… (szuka słów na określenie)
PAN III Dziwne.
REGLICKA Zastanawiające. Nie słyszałam o waszym Towarzystwie.
PAN II Nie staraliśmy się o masową reklamę.
REGLICKA (po przerwie, z rezerwą) Żeby komuś dopomóc, trzeba znać najbardziej intymne sprawy jego życia.
PAN III Właśnie, właśnie.
REGLICKA Nie każdy zdecyduje się na takie obnażanie. Jest ono nawet w naszych czasach niebezpieczne.
PAN III Wszystko to wzięliśmy pod uwagę. Gwarantujemy całkowitą dyskrecję. Jesteśmy niejako bezosobowi, tak jak lekarz mężczyzna badający młode kobiety. I na odwrót.
REGLICKA (po dłuższej medytacji) Czym się panowie różnią od księży?
Panowie spoglądają na siebie, nie zdradzając się jednak żadnym osobliwszym wyrazem twarzy.
PAN I Czym się różnimy? Niemal wszystkim. Rzecz najważniejsza – jesteśmy przedstawicielami nauki ścisłej, nie abstrakcyjnej teologii. Większość członków naszego Towarzystwa to naukowcy. Postępowanie ludzkie nie jest dla nas tajemnicą, tylko jak gdyby skomplikowanym rachunkiem matematycznym. Możemy się jedynie pomylić w sposobach rozwiązywania zadań, ale poszczególne elementy składowe równań – aż nazbyt dla nas jasne. Są wśród nas psycholodzy, filolodzy, psychopatolodzy. Ich wieloletnie doświadczenie, ich wiedzę oddajemy na usługi tym osobom, które nam zaufają i zawezwą naszej pomocy w rozwiązywaniu własnych trudności życiowych. Nie uprawiamy żadnej szarlatanerii, bo opieramy się na doświadczeniach nauki. Nie proponujemy nikomu filantropii, bo za swoje usługi pobieramy wysokie opłaty. Gra jest czysta i otwarta. Nie ubliżamy też chyba nikomu, jeśli stwierdzamy, że jesteśmy w stanie wiedzieć więcej o czyimś czynie i konsekwencjach tego czynu od tego, kto go popełnia.
REGLICKA (po dłuższym zastanowieniu) Nie, nie ubliżacie.
PAN III Słowa pani są dla nas nagrodą i zachętą. (dzwoni telefon. Reglicka chce wstać)
REGLICKA Bardzo przepraszam, telefon.
PAN III Jedną chwileczkę. (dzwonek telefonu) Czy można panią prosić, aby pani w tej chwili nie odbierała telefonu?
REGLICKA Dlaczego? (telefon dzwoni ponownie)
PAN III Telefony bywają dobre, ale bywają i złe. Pani może na przykład zdenerwować się i wtedy nie doprowadzimy naszej rozmowy spokojnie do końca. To tylko oczywiście prośba. (telefon dzwoni)
REGLICKA Ależ to być może… (podbiega do telefonu. Podnosi słuchawkę) Halo! (kładzie ją na widełki) Już się wyłączono.
PAN III Najgoręcej panią przepraszamy. To z powodu naszego egoizmu.
PAN II Nie zawsze trafiają się nam tak interesujące rozmowy.
PAN I Wspaniale zareklamowaliśmy naszą metodę naukową!
REGLICKA Mimo wszystko metoda ta jest interesująca. Osobiście zaciekawia mnie. Można ją traktować poważnie i niepoważnie – w obu wypadkach będzie niepokojąca. To właśnie jest w niej rzecz godna uwagi. Czy panowie palą?
PAN III O, tak, bardzo chętnie. Nie chcielibyśmy tylko zbytnio nadymić. W salonie państwa (rozgląda się) są osobliwe rośliny, arcydzieła malarstwa. Ale jeśli pani pozwoli…
Wszyscy wydobywają złote papierośnice i podają je Reglickiej. Reglicka chwilę się waha, wreszcie bierze papierosa z papierośnicy Pana III
PAN I Jednakże można nas traktować indywidualnie.
REGLICKA To po prostu matematyka. Mogłam wziąć tylko jednego papierosa.
PAN II Proszę sobie wyobrazić, że nas dość często biorą za bliźnięta.
PAN III Wspólna idea upodabnia ludzi, tak jak wspólny klimat kształtuje rasę.
REGLICKA (dłuższy czas w zamyśleniu pali papierosa. Przemierza parokrotnie pokój. Przystaje) Żal mi trochę tej idei. Jest ona ciekawa, a skazana na zagładę.
PAN III Dlaczego?
REGLICKA Tutaj chodzi mi o sprawę niebezpieczeństwa.
PAN II Czy mogłaby to pani bliżej sprecyzować?
REGLICKA Spróbuję. Działalność państwa miałaby tylko wtedy sens, gdyby jakieś niebezpieczeństwo zagrażało stale waszym pacjentom.
PAN I Niebezpieczeństwo jest stałe.
PAN II Jak ziemia pod nogami.
PAN III Nie ma nic bardziej stałego od niebezpieczeństwa. Wystarczy żyć, żeby się czuć wciąż zagrożonym. Na przykład przez śmierć.
REGLICKA Zgoda. Ale niebezpieczeństwo jest poza nami. Przede wszystkim. Ktoś nas okłamuje, ktoś nas dręczy, ktoś nas zabija. Wojny są tego najlepszym dowodem. Jesteśmy stale wydani na pastwę zbrodniarza i kłamcy.
Wszyscy Panowie żywo reagują na słowa Reglickiej.
PAN III Nie możemy się zgodzić z panią. Nauka, teoria poparta doświadczeniem, mówi o czymś zupełnie innym. Człowiek sam dla siebie jest najwyższym niebezpieczeństwem. Nie inni ludzie. Zna przede wszystkim swoje słabości i potrafi lawirować między nimi. Zanim go inni oszukają – sto razy sam siebie oszuka.
REGLICKA Panowie chcą szukać tego niebezpieczeństwa, jak się zorientowałam, w samym pacjencie?
Panowie zastanawiają się chwilę.
PAN I Nie zawsze, ale w większości wypadków – tak. Gdybyśmy na przykład znali wszystkie myśli pacjenta, jego przyzwy
czajenia, jego pragnienia – moglibyśmy z łatwością ustalić pewien kierunek jego postępowania. Mówić mu o skutkach jego zamierzeń. Nasze sukcesy na tym polu są oczywiście uzależnione od liczby pacjentów. Pracowalibyśmy idealnie, gdyby wszyscy ludzie byli naszymi pacjentami.
REGLICKA Utopia.
PAN III Ma pani rację. Ludzie mają zbyt wiele powodów, by uciekać od nas. Tylko co śmielsi garną się do nas.
REGLICKA A wyrafinowani kłamcy?
PAN III Tych poznajemy. Mamy niezawodny, cudowny aparat. (czyni ruch w stronę teczki) Gdyby pani chciała…
REGLICKA Proszę się nie trudzić – wierzę panom. (po przerwie) Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie ogromnie interesuje w waszej utopii. (zastanawia się chwilę) Otóż warunkiem powodzenia waszej metody jest absolutna szczerość klienta? Czy tak?
PAN III Tak, to podstawowy warunek.
REGLICKA Czy nie przewidują panowie pewnych groźnych konfliktów, które mogą wynikać z tej szczerości? Pewnych skutków prawnych, skutków moralnych?
PAN I O jakich pani skutkach myśli?
PAN II Groźnych?
PAN III Które stanęłyby w kolizji z prawem i moralnością?
REGLICKA (chwilę się waha, skupia myśli) Na przykład – wasz klient zwierzyłby się wam ze swego zbrodniczego czynu, który dotychczas jest ukryty przed prawem, przypuśćmy – z morderstwa. To zwierzenie jest koniecznym warunkiem powodzenia waszej metody (trzej Panowie kiwają aprobująco głowami), a równocześnie stawia was w obliczu konieczności odkrycia tajemnicy zbrodni przed prawem. Jeśli tego nie zrobicie – staniecie się współodpowiedzialni za przestępstwo. Jeśli uczynicie tak, jak nakazuje prawo – naruszycie moralny układ między wami a pacjentem, który chciał zataić przestępstwo, nie wierząc, że jest za nie odpowiedzialny, lub licząc na bezkarność.
Trzej Panowie spokojnie wytrzymują przenikliwe spojrzenie pani Reglickiej. Znika napięcie z ich twarzy. Swobodnie opierają się o poręcze krzeseł.
PAN I Tak, przypadek ciekawy.
PAN II Ale przewidziany.
PAN III Powiedzieliśmy już pani, że działamy bezosobowo. Jesteśmy niczym, jesteśmy jakby niematerialni. Może to źle tłumaczę, ale coś w tym jest. Oddajemy tylko na usługi swoją myśl, swoje doświadczenie, które z chwilą podpisania umowy o współdziałaniu nawet przestaje być naszą myślą. Jeśli wypożyczamy jakiś sprzęt – to musimy go zwrócić. A tu nie. To nie my stanowimy podmiot poznawania prawdy – tylko nasz pacjent. My jesteśmy jakby okularami ślepnącego człowieka, trąbką akustyczną głuchnącego, wózkiem paralityka. W tych warunkach nie do nas należy odkrywanie przed prawem występków pacjenta zbrodniarza lub zdrad męża przed żoną czy okrucieństwa dzieci przed rodzicami. Jeśli nasz pacjent sam dojdzie do takich decyzji – nie mamy nic przeciwko temu. Przedyskutujemy z nim tylko ten krok i to wszystko. Pacjent wybiera najlepsze.
REGLICKA W wypadku udowodnienia wam, że wiedząc o przestępstwie, nie donieśliście o tym organom prawa − bylibyście sądzeni.
PAN III (spokojnie, z uśmiechem) Nam nie można by było tego udowodnić. Nie można dziś ukarać Woltera, nawet jeśli się stwierdzi, że jego myśli uczestniczyły w jakimś antyprawnym czynie.
PAN II My jesteśmy tylko myślami.
PAN I Tylko.
Wszyscy trzej kłaniają się i uśmiechają jednakowo pogodnie. Zalega długa chwila ciszy. Pani Reglicka znów zaczyna przechadzać się po pokoju. Panowie siedzą swobodnie, lecz bez ruchu. Zegar wybija godzinę dziesiątą.
REGLICKA Bardzo panów przepraszam. (siada) Nigdy nie miałam podobnej rozmowy.
PAN I Ani my. (znów wszyscy się kłaniają pełni szacunku)
REGLICKA Jaka jest jednak pewność, proszę mi wybaczyć śmiałość, że panowie nie są szarlatanami? Że tę dyskrecję rzeczywiście zapewniacie do ostatka?
Pauza.
PAN III Tak, to kwestia istotna. Sądzę, że tutaj powinno powiedzieć wiele nazwisko prezesa naszego klubu. Jest nim profesor doktor Janusz Ranicki.
REGLICKA (zaskoczona) Doktor Ranicki?
PAN I Tak, doktor Ranicki. Poza tym, być może, słyszała pani także nasze nazwiska. Oto (wskazuje na towarzysza z prawej strony) profesor doktor Jerzy Mirecki (Mirecki kłania się pani Reglickiej), profesor doktor Tadeusz Boruń. (ukłon)
PAN III (wskazuje na Pana I) Profesor doktor Andrzej Miaskowicz.
REGLICKA Być może… na pewno słyszałam.
Chwila ciszy.
PAN III Czy… czy po tym wszystkim, cośmy tu pani opowiedzieli, nie zamierza pani skorzystać z usług Towarzystwa Psychologiczno-Filozoficznego?
Znów zapada krótka chwila milczenia. Pani Reglicka siedzi jakiś czas nieporuszona, wreszcie zdecydowanie potrząsa głową.
REGLICKA Nie.
Po odmownej odpowiedzi trzej Panowie czekający w napięciu na słowa Reglickiej ożywiają się i spoglądają na siebie wesoło.
PAN III To nas bardzo ucieszyło. Powiedzmy sobie szczerze: niewielu ludzi zwraca się do nas o pomoc w wesołych sprawach. Ludzie zwierzają się nam przede wszystkim ze swoich cierpień. W takim razie pani nie cierpi?
REGLICKA Cierpienie to pojęcie dość względne.
PAN III Nie chcemy być niedyskretni.
REGLICKA Poza tym mogą być ludzie, dla których zwrócenie się o pomoc do kogoś obcego jest kapitulacją. Mogą być również różne granice wytrzymałości ludzkich doznań. Są tacy, że z byle pryszczem biegną do lekarza, i tacy, którzy unikają go nawet ze śmiertelną raną. Oczywiście nie dotyczy to mnie. U mnie sprawy układają się dość pomyślnie, a najważniejsze: jednoznacznie.
PAN III To świetne określenie: jednoznacznie. Ma pani rację – niepokój zaczyna się od chwili, kiedy życie przestaje być jednoznaczne. Czyżbyśmy sobie powiedzieli wszystko?
REGLICKA Było mi bardzo miło rozmawiać z panami, ale to chyba już wszystko.
Wszyscy wstają zadowoleni.
PAN I Bardzo przepraszam. Pani, jeśli się nie mylę, ma dwie dorosłe córki, pannę Stefę i Adę?
REGLICKA (zaskoczona) Tak. Mam dwie córki.
PAN I Czy pani nie sądzi, że one mogłyby mieć jakieś sprawy, które zechciałyby nam powierzyć?
REGLICKA (przestraszona i zdecydowana) Na pewno nie!
PAN III W pewnych chwilach życia młody człowiek jest wszystkim: glebą bezpańską. Każde nasiono na niej wzejdzie.
REGLICKA Czy panowie mają jakieś podstawy do zakwestionowania wystarczalności mojej opieki nad córkami?
PAN II Nic podobnego! Nic podobnego! Ludzie poszukujący klientów stają się czasem nietaktowni mimo woli. Przecież my w zasadzie jesteśmy przedsiębiorcami.
PAN I A czy pani nie mogłaby nam wskazać jakichś adresów, gdzie nasze usługi przyjęto by z zadowoleniem?
Reglicka traci spokój, jak gdyby w tych pytaniach wyczuwała jakiś podstęp. Dłuższą chwilę milczy. Trzej Panowie czekają cierpliwie.
REGLICKA Nie. Nikogo sobie nie przypominam.
Panowie znów się ożywiają, wyrażając zadowolenie.
PAN III Żyje pani w jakimś przyjemnym kręgu, w kraju ciszy i dobrego samopoczucia. No cóż, w takim razie żegnamy panią i przepraszamy, że tak dużo skradliśmy pani cennego czasu. Dobranoc pani! (wszyscy się kłaniają i zmierzają w stronę wyjścia. Pan III przystaje jeszcze przy oknie) A gdyby jednak kiedyś wydarzyło się pani coś trudniejszego, z czym pani sama nie mogłaby już sobie poradzić – to prosimy bardzo. (podaje małą błękitną kartkę) To nasz adres. Dobranoc pani.
REGLICKA (biorąc kartkę) Dobranoc.
PAN III (w drzwiach) My też późno wracamy do domu.
Reglicka odprowadza ich do drzwi. Przy ostatnich słowach Pana III przystaje zdumiona. Czyni ruch ręką, jakby go chciała zatrzyma
ć lub o coś zapytać, lecz Panowie odchodzą. Słychać ich kroki na schodach, zatrzaskiwanie furtki. Reglicka patrzy na błękitną kartkę. Nadsłuchuje. Jest cicho. Po chwili rozlega się znów trzask furtki i czyjeś szybkie kroki. Sądzi, że wraca któryś z Panów. Tymczasem w drzwiach staje Ada.

ADA Dobry wieczór.
Reglicka nie odpowiada. Stoi zamyślona. W pewnej chwili na twarzy jej wyraźnie uwidacznia się przestrach. Cofa się tyłem do kanapy, siada, patrząc w stronę widowni.
REGLICKA Słuchaj, wszystko, co robiłam, ratując dom, jest bezsensowne.
ADA Nie rozumiem. Co się stało?
REGLICKA Bezsensowne i niepozostawiające złudzeń.
ADA Co się stało? No? (Reglicka patrzy nieporuszona w stronę widowni. Ada postępuje krok naprzód) Słyszysz? Co się stało? Mów!
REGLICKA Doktor Ranicki wie o wszystkim.

O AUTORZE

autorzy_leksykon_300x300_Karpowicz
Tymoteusz Karpowicz

Urodzony 15 grudnia 1921 w Zielonej koło Wilna. Poeta, prozaik, dramaturg, tłumacz. Pracował jako asystent na Uniwersytecie Wrocławskim, a także redaktor w pismach: "Nowe Sygnały", "Odra", "Poezja". W 1973 roku wyjechał do USA, potem do RFN i Berlina Zachodniego, w 1978 roku osiadł w Chicago, obejmując katedrę literatury polskiej na uniwersytecie stanu Illinois. Za ostatni tom, Słoje zadrzewne (1999), otrzymał Nagrodę "Odry" oraz nominację do Nagrody Literackiej Nike. Zmarł w Oak Park 29 czerwca 2005.

powiązania

KSIAZKI_Dziela-zebrane-tom-5

Małe i duże dramaty Karpowicza

wywiady / O KSIĄŻCE Bogusław Kierc Joanna Roszak

Rozmowa Joanny Roszak z Bogusławem Kiercem towarzysząca premierze piatego tomu Dzieł zebranych Tymoteusza Karpowicza, który ukazał się nakładem Biura Literackiego 13 kwietnia 2015 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Mowi-Karpowicz

Apetyt na Karpowicza

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Mirosław Spychalski

Rozmowa Artura Burszty z Mirosławem Spychalskim, towarzysząca premierze książki Mówi Karpowicz, wydanej w Biurze Literackim 11 listopada 2005 roku.

WIĘCEJ