Jakub Pszoniak: Są książki, podczas lektur których zapominam o koncepcie podmiotu lirycznego. Czuję, że zostałem zaproszony przez autora do wspólnej wędrówki przez jego rzeczywisty, intymny świat. [H]istoria połączeń to jedna z tych książek. Powiedz, proszę, czy dla ciebie rozróżnienie między podmiotem – literackim bohaterem a podmiotem – Tobą jest ważne? Czy tak rozumiana szczerość jest dla Ciebie istotna?
Przemysław Krall: Cieszę się, że przyjąłeś to zaproszenie. Pracując nad historią połączeń, chciałem stworzyć przestrzeń dostępną na tyle, aby bez znajomości określonego języka czy kontekstu czytelnik mógł z łatwością wejść w ten świat. Jeśli udało mi się przy okazji zabrać go w podróż, tym lepiej.
Relacja między mną a podmiotem – literackim bohaterem – jest dość zawiła. Oddałem mu sporo z własnej pamięci, ale jednocześnie zależało mi, aby zachować między nami bezpieczny dystans. Nie zawsze tak było. Dopiero kiedy nadrzędny stał się temat, a do głosu dopuściłem problem, o którym chcę pisać, mimetyczna chęć utrwalenia przestała być celem, a podmiot zyskał autonomię. Dziś dostrzegam w tym literacki proces. Ostatecznie, bohater oderwał się ode mnie, a ja puściłem go wolno. Co ciekawe, choć nadal rozpoznaję w nim swój głos, to widzę już inną osobę. To dziwne uczucie. Zresztą ten dysonans wybrzmiewa w jednym z ostatnich wierszy tomu.
Szczerość od początku była dla mnie ważna, jeśli nie najważniejsza. Odnajdziesz ją oczywiście w scenografii i wielu literackich wątkach, ale co chyba najbardziej istotne, w głosie i konkretnym stanowisku. Myślę, że warto być dla swoich bohaterów filtrem, czerpać inspirację z własnych historii i doświadczeń, ale nie uważam za warunek konieczny zrośnięcie się podmiotu z autorem.
Wspomniałeś o bezpiecznym dystansie między podmiotem i autorem. Czy ich nierozerwalny splot, w który przy lekturze tak bardzo uwierzyłem, wydaje ci się emocjonalnie ryzykowny i kosztowny? Może jest przeciwnie i potrafi być też uwalniający?
Myślę, że jedno i drugie. Szczerość jest uwalniająca, ale ma też swoją cenę i niesie pewne ryzyko. Zwłaszcza dziś, w świecie precyzyjnie projektowanych avatarów, gdzie każdy gest może być natychmiast skomentowany. Tym bardziej to ryzykowny ruch, gdy podważa pewien zastany porządek, wtrąca się. Poezja w tym przypadku to być może najbardziej frontowa dziedzina sztuki i jednocześnie najsłabiej uzbrojona. Praca nad tekstem daje satysfakcję, ale potrafi też mnożyć wątpliwości. Podczas pisania książki często towarzyszyło mi pytanie: „Czy mi wolno?”. W jakim stopniu moja szczerość nie obciąża lub nie ingeruje we wrażliwość innych. To kwestia pewnej odpowiedzialności i empatii.
Odnajdywanie powidoków siebie, trudnego rozpoznawania siebie w głosie, który przecież był twoim głosem, o którym przed chwilą powiedziałeś, to jedna z osi książki. Przyjrzyjmy się, jeśli pozwolisz, tej kwestii. Myślisz, że istnieje przeszłość rozumiana tako autonomiczny, odseparowany okres, czy jest ona w istocie z teraźniejszością tym samym i nierozerwalnym czasem? A może istnieje tylko teraźniejszość, a przeszłość jest jedynie jedną z jej warstw? Już w otwierającym wierszu „cień” czas przeszły miesza się z teraźniejszym, bardzo subtelnie, ale jedocześnie widocznie to rozgrywasz.
Wiersz, który przywołujesz, od początku miał dla mnie konkretny cel – już na wstępie książki zerwać z linearnym postrzeganiem czasu. Wydaje mi się, że to symptomatyczne dla całego tomu. Mieszam w nim czasy i miejsca, nakładam na siebie różne perspektywy, oddaje głos żywym i martwym. Wektory połączeń nie biegną wyłącznie horyzontalnie, odbijają w górę, skręcają, lecą w dół, dochodzi do sprzężeń zwrotnych. To bardziej wielopoziomowy hologram niż prosta oś. Dlatego nie myślę o przeszłości jako o czymś całkowicie odseparowanym. Traktuję ją raczej jako integralny element rzeczywistości. Oczywiście, empirycznie jest czymś zamkniętym, ale skoro jej fragmenty potrafią rezonować nadal, czy na pewno skończonym?
W warstwie formalnej, gramatycznej, oddanie tych zależności było to dla mnie ciekawym wyzwaniem. Bywa, że jak w przytoczonym tekście, transferuje elementy z przyszłości do przeszłości, albo odwrotnie. Trochę jakbym w języku starał się połączyć wielopunktową perspektywę z onirycznym absurdem.
Interesuje mnie to również w kontekście budowanego przez ciebie napięcia między zakorzenieniem a wykorzenianiem, burzeniem i budowaniem – ten temat jest kolejnym rdzeniem książki. To chyba właśnie te dwie siły rozrywają bohatera na pół jak drzewo w odbiciu szyby w jednym z Twoich wierszy?
Tak, działa tu pewna dynamika oparta na utracie i próbie budowy nowego. To, co rozrywa podmiot chyba najbardziej, to brak przynależności, zawieszenie pomiędzy i narzucony wstyd. W tym kontekście pojawia się potrzeba stworzenia własnej przestrzeni, a ta wykuwa się w języku, który daje też azyl. Zresztą, język w tomiku staje się jednym z kluczowych wątków. Funkcjonuje w pełnym spektrum – jest narzędziem opresji, wyklucza, zawstydza, stanowi narzędzie odwetu, ale potrafi też być czuły, zapraszający i delikatny.
Czas zawsze zakotwiczony jest w miejscu, a miejsce w czasie – dopiero ten splot jest w stanie zbudować kontekst każdej opowieści. Widać to bardzo wyraźnie w historii połączeń. Opowiedz, proszę, nieco o kluczowych bohaterach książki – miejscach osadzonych w konkretnym czasie. Konstytuują one, niech będzie, podmiot.
W historii połączeń rzeczywiście przewija się spora liczba miejsc i bohaterów. Miałem ten komfort, że przyszli do mnie sami. Wystarczającym narzędziem okazała się pamięć. W wierszu „wiadomość” pada zdanie: „patrz na wargi czytaj z nich i pisz!”. Mimo że większość postaci w książce ma swój pierwowzór w rzeczywistości, nie chcę myśleć o ich obecności w tomie jak o posłannictwie, obowiązku utrwalenia, nie miałem takich ambicji. To, co interesowało mnie szczególnie, to wydobycie znaczenia, drobne impulsy na styku oddziaływań między poszczególnymi charakterami. To w opozycji do nich, w zależności lub symbiozie z nimi konstytuuje się podmiot. Są nie tyle tłem czy fragmentem scenki rodzajowej, ile integralnym elementem książki.
Pozornie nowa, wykluwająca się w tożsamość bohatera faktycznie jest pierwotna, ale w nowym kontekście uwolniona. Czy zmiana miejsca pociąga, twoim zdaniem, to uwolnienie, czy jest odwrotnie – to uwolnienie wymusza zmianę miejsca i chęć zautonomizowania się od przeszłości? Może nawet wykorzenienia.
Nie jestem pewien, czy „wykorzenienie”, jest tu właściwym słowem. W decyzji podmiotu oczywiście pojawia się radykalny ruch zmiany miejsca, ale czy odcina go całkowicie? Jest w tym jakiś rozkrok, niemożność określenia, a może asekuracja? W każdym razie powiększa to wyrwę. Pytasz o nowe miejsce jako katalizator zmian, lub odwrotnie, zmianę, za którą idzie nowe miejsce. Zastanawiam się jednak, czy między tym nie umyka nam coś ważniejszego, kluczowy element połączenia – droga. Gdyby historia połączeń doczekała się ekranizacji, sądzę, że byłoby to właśnie kino drogi [śmiech]. Uwolnienie rozumiem zatem jako proces, który odbywa się w ruchu. Ani punkt A, ani punkt B nie dają przecież pełnej wolności, każdy z nich jest opresyjny na swój sposób – kulturowo, symbolicznie czy klasowo. To w drodze dochodzi do inicjacji, tarć, zmiany, stąd powoli wyłania się pełna autonomia i tożsamość. Czasami w kontrze, odwecie, innym razem poprzez sarkazm, ironię, ale też czułość, bliskość, tęsknotę. Jeśli zatem coś tę tożsamość umocowało, dało przestrzeń do uwolnienia jej potencjału, to właśnie droga, nie zaś magiczny punkt na mapie.
Słusznie. Tego procesu chyba nie symbolizuje lepiej niż – niech to brzydkie słowo padnie – rzeka. Zmienna nie tylko w rozumieniu heraklitesowskim, ale również historyczno-politycznym. Czy Noteć i Netze to ta sama rzeka? To, wbrew pozorom, bardzo poważne pytanie o tożsamość. Czy zmiana języka, a więc i tożsamości miejsca, sprawia, że staje się ono innym miejscem? I – co chyba najważniejsze – czy tylko dotyczy to miejsc?
Trafna obserwacja, cieszę się, że o to pytasz. Zastanawiałem się, czy ktoś wyłapie tę subtelną grę znaczeń. Oczywiście, nie bez przyczyny użyłem tego kodu. „Noteć” i „Netze” to dwa słowa opisujące tę samą rzekę, a jednak niosą zupełnie inne napięcia. Noteć – rodzima, oswojona, fonetycznie miękka – i Netze – szorstka, twarda, narzucona. Wyraźnie widać to w wierszu „klucz”, w którym pojawia się wątek profetyczny. Orbitowanie nad brzegiem NETZE swój finał ma w przyszłości i kończy pojawieniem OBCEGO. Ale obcy okazuje się również ten, znad brzegu rzeki, mimo że przecież to wciąż ta sama osoba. Język zmienia paradygmat, staje się przekaźnikiem, akumuluje znaczenia. Ma władzę wykluczania i dopuszczania do wspólnoty. Wystarczy odpowiedni dobór słów, by to samo miejsce czy osoba znalazły się nagle w zupełnie innym porządku ontologicznym.
Jesteś w stanie zważyć, na ile przynależność wynikająca nie z wyboru, a urodzenia daje podstawę i oparcie, a na ile jest ciężarem i czynnikiem niszczącym pewność?
Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenie, myślę, że miejsce pochodzenia dało mi pewien rodzaj wrażliwości, trudny do nabycia, jeśli dorasta się wyłącznie w jednym kontekście. To trochę tak, jakbym mówił dwoma językami. Czy daje to przewagę? Nie wiem, na pewno poszerza perspektywę. To duży atut, który potrafi jednak być też ciężarem, szczególnie wtedy, gdy inni podobnej optyki nie mają. Łatwo wówczas o brak zrozumienia, poczucie wyobcowania czy nawet wrogość. Wtedy polecam napisać książkę [śmiech].
Ostatecznie jednak postrzegam to jako dar, wyjątkowy zasób, za który jestem wdzięczny. To, co natomiast może niszczyć pewność, to nieprzystawalność do niektórych dyskursywnych norm i rytuałów nowej, wybranej rzeczywistości, często absurdalnych i niezrozumiałych tam, skąd się pochodzi. Możliwość spojrzenia na to z boku daje dystans, pozwala dostrzec i demaskować niektóre mechanizmy.
W „do korpo przyszła wieś” widać świetnie, że bohater jest zaszczepiony na pewne niezauważalne dla innych rzeczy. Doświadczenie, które może osłabiać, tu stanowi broń, bo pozwala zobaczyć coś, czego ludzie bez podobnego doświadczenia nie widzą.
Tak, dokładnie. To bardzo krótki wiersz, ale wbrew pozorom dość pojemny. Jest tu sarkazm, ironia i żart, ale jest też pewna bezczelność i jasno nakreślone stanowisko. Warto zauważyć, że broń, o której mówisz, to w istocie lustro. Popularny mem staje się bowiem odbiciem tych, którzy używali go dotychczas jako żart, zabawny fortel mający usprawiedliwić lub uczynić znośną ich pozycję. Tymczasem przychodzi wieś i rozsypuje te klocki.
Miejsce i czas buduje jeszcze jedną, płynną i ważną dla książki kategorię, o której chwilę temu wspomniałeś: obcego. Chciałbym do niej wrócić. Najpierw spotyka się obcego, potem samemu staje się obcym. Cudze doświadczenie przejmuje się, by stało się swoim własnym doświadczeniem. Myślisz, że to doświadczenie w szczególny sposób uwrażliwia książkowego Ciebie na wojnę i uciekinierów, dla których otwierasz swoje wiersze? Sporo o tych spotkaniach piszesz.
Kategoria obcego to w książce jeden z kluczowych i najbardziej istotnych dla mnie konstruktów. Zależało mi na tym, aby wprowadzać go stopniowo, zachowując pewien narracyjny porządek. Słusznie zauważyłeś, że najpierw spotyka się obcego, potem samemu się nim staje. Wcześniej na pograniczu sacrum i profanum, pojawia się jeszcze jego zapowiedź. Na końcu książki zaś, wyłania się głos kogoś osadzonego jakby poza kadrem. W każdym razie obcy czai się już między pierwszymi wersami tomu. Ostatecznie, obcość staje się integralną częścią kondycji podmiotu. W tym kontekście chciałem przyjrzeć się temu zjawisku szerzej, uczynić je bardziej uniwersalnym, stąd zaproszenie do tomu innych „obcych”.
Szczególnie interesują mnie w tym kontekście relacje siły i bezsilności, dominacji i podporządkowania, tego, jak norma (często dla własnych, partykularnych celów) dyscyplinuje i zarządza obcym, choć w istocie sama traci bez niego legitymację. Wykluczający wyklucza, bo sam boi się wykluczenia. Jest w tym ciekawy paradoks, zmowa milczenia wspierana przez strach, aby samemu nie skazać się na społeczny ostracyzm. W świecie, w którym „przynależność wymaga wykluczeń”, hasła postulujące inkluzywność, stają się jedynie marketingowymi frazesami.
Zakładnikiem podobnych nastrojów stają się dziś przybysze ze Wschodu. Mam wśród znajomych Ukrainki i Ukraińców, z częścią z nich pracuję. To kompetentni, ciepli i otwarci ludzie. Doświadczenie wojny, której echa wybrzmiewają też w tomiku, to bez wątpienia wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii, w pewnym sensie pokoleniowe. Rzecz jasna, absolutnie nie sugeruję tu symetrii. To jednak, na co jestem szczególnie wyczulony i co jest mi bliskie, to decyzja drogi, trud zmiany miejsca, konieczność odnalezienia się w nowej przestrzeni wśród obcych ludzi. Wysiłek budowania czegoś od podstaw, nie zawsze w komfortowych warunkach, ekonomiczna niepewność, lęk, to wszystko stanowi pewien zbiór wspólnych doświadczeń.
[H]istoria połączeń jest książką silnie polityczną, choć jest ona daleka od wiecowej deklaratywności. Relacja prywatności i polityczności odbija się w książce i znajduje analogie w relacji miasto – prowincja, którym się też przyglądasz. Ma też swoje odzwierciedlenie w stosunkach zawodowych, kulturze korporacyjnej oraz samym kapitalizmie, którego ta kultura jest groteskową twarzą. Wszystko to przepuszczone jest przez cybernetyczny ersatz rzeczywistości. „Wszystko jest ekranem/ a każdy ekran jest dotykowy”. Ten świat symulakrów, gdzie wszystko to „stories nie opowieść” przeciwstawiasz pamięci. „[M]ięśnie mają pamięć/ a skoro język to mięsień to musi też”. Brzmi jak deklaracja wiary w literaturę. Wierzysz w jej misję?
Polityczność książki nigdy nie była moją intencją, wręcz przeciwnie, uparcie i jak widać naiwnie starałem się jej uniknąć. Tak czy inaczej, stała się efektem ubocznym dopuszczonych do głosu napięć. Wcześniej wspomniałem o moim zainteresowaniu relacją siły czy władzy z niemocą i posłuszeństwem. Tutaj wraca też kategoria wstydu jako narzędzia kontroli i dyscypliny, a przy tym maksymalizacji zysków, w czym kapitalizm nie ma sobie równych. Miasto, z racji swojego habitatu dla wszelkiej maści urzędów i korporacji, ma tu doklejoną gębę, staje się rezerwuarem tych strategii. Choć, prowincji z jej konformizmem i wybiórczym podejściem do obcego, gdzie jeden stanowi punkt aspiracji, drugi zaś jest celem pogardy, też się dostaje. Cyfrowość spina całość, obnaża pewien bezrefleksyjny, zmechanizowany zbiór powtarzalnych zachowań, jak w wierszu o Aldonie. Przeciwstawiam temu powrót do tego, co autentyczne, organiczne, lokalne. Ale pytałeś o moją wiarę w literaturę.
Tak, wierzę, choć jestem w tym być może idealistą. Często zarzuca się literaturze brak sprawczości, realnej zdolności wpływania na społeczeństwo, odklejenie od przeciętnego czytelnika. Wydaje mi się, że to kolejna pułapka myślenia, jakie narzuca rynek – wszystko musi być łatwe, dostępne, użyteczne i wyrabiać określone zasięgi, najlepiej natychmiast. Jeśli nie spełnia tych kryteriów, staje się zbędne, niewidzialne, mało atrakcyjne. Wierzę, że literatura, a poezja w szczególności, ma zdolność kontestowania, punktowania fałszu. Nie tyle chodzi o „ratowanie ludzi i narodów”, ile o odwagę wtrącania się, podważania utartych schematów, strącania z uprzywilejowanych pozycji.
Mówiąc o polityczności, mam na myśli nie o partykularyzmy, bieżączkę, a myślenie o tym, co społeczne i o kulturze wyrosłej na społecznych układach sił. A z drugiej strony wpływającej na to, jak to jej podglebie się zmiana. W swoim tomie w znakomity sposób splatasz przeciwstawne żywioły: delikatność i jakiś rodzaj niepewności ze złością. Siłę i bezsilność. Rozpacz, ale chyba też i nadzieję. Myślisz, że mogą one bez siebie funkcjonować? I który z tych żywiołów zwycięża?
Chciałbym, aby nie potrzebowały siebie nawzajem. Bywa jednak tak, że często jedno ściśle związane jest z drugim. W historii połączeń chciałem, aby te żywioły pulsowały, przenikały się, płynnie przechodziły jeden w drugi, jak w muzyce. Ten emocjonalny stroboskop miał dla mnie uzasadnienie w kontekście wewnętrznego rozedrgania podmiotu, jakie mu towarzyszy, reakcyjności, obrony pozycji. Ostatecznie, myślę jednak, że zwycięża łagodność, pewien rodzaj świadomości i pogodzenia, nie kapitulacji, ale odpuszczenia.
Twoje wiersze są bardzo plastyczne. To niemal gotowe kadry, precyzyjnie wyreżyserowane sceny. W książce odwołujesz się zresztą do historii fotografii. W zdjęciach równie ważne jak to, co jest w kadrze, jest to, co pozostaje tuż poza nim. Kadrowanie w końcu polega nie tylko na pokazaniu, ale może jeszcze bardziej na niepokazaniu. Podobnie widzę twój sposób pisania. Opowiedz na koniec, proszę, o swojej relacji ze sztukami wizualnymi i o tym jak związana z nimi praca, do której w tomie też się odnosisz, wpływa na twój sposób pisania.
Sposób kadrowania, o którym mówisz, odcinający, pozostawiający rodzaj napięcia, zawieszenia, bardzo mi odpowiada. Wprowadza czytelnika w pewien dyskomfort, niepewność, wymusza podjęcie wysiłku, aby wejść w tekst głębiej. Bywa też, że cięcie to ostra puenta, punch, który wytrącająca z utartych przyzwyczajeń. Lubię przyglądać się pewnym pęknięciom, detalom, które obnażają drugie dno obrazu, zmieniając jego kontekst. Dokładnie tak, jak w przywołanym przez Ciebie wierszu.
Moja relacja ze sztukami wizualnymi pracuje we mnie trochę podskórnie i automatycznie. Wynika to zapewne z tego, że na co dzień zajmuję się grafiką. Studiowałem na ASP w Warszawie, najpierw malarstwo, później przeniosłem się na Wydział Sztuki Mediów i Scenografii, gdzie obroniłem dyplom z projektowania graficznego i fotografii. Myślę, że te doświadczenia oraz sposób odbioru rzeczywistości siłą rzeczy odbiły się na moim pisaniu.