Jakub Pszoniak: No i, słuchaj, idę z rana do tego paczkomatu, bo od świtu SMS‑y, że oczekuje do określonej godziny, wpisuje kody, skanuję QR‑y, otwieram kolejne drzwiczki, a tu, słuchaj, w każdej z przegródek inny świat! Niby lato, ale otwieram te drzwiczki, a tu zamieć. Śnieg mi w twarz wywiewa! W drugiej siedzi fryzjer i się kłania, choć z włosami u mnie nie tak dobrze jak u podmiotu lirycznego. W trzecim to, słuchaj, sam nie uwierzysz. A może to nie było dziś rano, tylko pół roku temu. Czytałem wówczas nieoszlifowaną jeszcze wersję Twojej książki. Lada moment ukaże się ona, już w ostatecznym kształcie, na rynku. Wysłałeś już w świat SMS‑y z kodami odbioru?
Michał Janik: Myślę, że tak, a może bardziej: spisałem je w miarę możliwości i podałem dalej. Bardziej w ten sposób. Dalszy ich los nie zależy już ode mnie (ile z nich zostanie odczytanych i w jaki sposób). Są różnorodne i dobrze, to jest rzecz, o której myślałem w „koncepcie na książkę poetycką”. W końcu mają za zadanie otwierać skrytki, a więc też choć ciut zmieniać cyrkulację powietrza w rozmowie o czasie, w którym zostały napisane te wiersze. Zresztą poezja bardziej (mimo wszystko) kojarzy mi się z otwieraniem niż z zamykaniem.
Zdecydowanie! Tracking przesyłek poleconych to tom, który z różnorodności uczyniłeś zasadę, przez co jest – paradoksalnie – bardzo spójny. Opowiedz, proszę, nieco o swojej metodzie twórczej i konstrukcji tomu.
Zacznijmy od tego, że pisania wierszy się przecież nie wybiera. I skoro z czasem pojawia się ich coraz więcej, to należałoby coś z tym zrobić. Należę do osób, których spojrzenie na literaturę jest bardzo książkowe. Mało mnie obchodzi, kto i co opublikował w jakimś czasopiśmie. Oczywiście śledzę działalność młodoliteracką i nie jestem jej wrogi. Po prostu to nie dla mnie. Inaczej: nie czułem parcia, by moje wiersze się tam znalazły. Zdarzało się coś wysyłać, ale to miało praktycznie zawsze znamiona żartu, gdy donikąd nie odsyłało. Jednocześnie nie miałem myśli „pisania do szuflady”. No więc książka.
Tracking przesyłek poleconych (TPP) – zwrot, który przeczytałem w internecie gdzieś przypadkiem. Już samo słowo track, jego wieloznaczność, pasowało mi do pewnej części moich istniejących wierszy. Potem należało luźno określić ramy całości. Nie chciałem np. zadebiutować rodzinną książką – w myśl zdania „Nie pisz o tym zbyt często, lecz pisz raz na zawsze, a będzie tak jak delfin łagodny i mocny”. Na taką książkę dziś nie jest dobra pora. Podobnie na książkę powiązaną z własnym zawodem, bo to nie byłoby raczej nic przychylnego. Po co sobie utrudniać coś, co tak ładnie nazwano karierą zawodową
Od TPP był tylko krok do paczkomatu. Potrzebowałem czegoś z otoczenia, co jest związane z aktualnym czasem. Nie mam poczucia, że paczkomaty za kilka dekad nie skończą jak kioski Ruchu. Może tak, może nie.
Po pierwotnym ułożeniu wierszy czuć było, że w niektórych miejscach są przestrzenie do wypełnienia. Należało czekać, aż wiersz zechce wyjść. W pewnym momencie też język zaczął mówić o sobie samym. Widocznie tego potrzebował.
Przystałem na to.
To ciekawe, że wspomniałeś o swoim zawodzie. Bo, mimo, że – jak deklarujesz w jednym z wierszy – to nie rzeczywistość pcha Cię do pisania, to w swojej twórczości przyglądasz jej się z badawczą ciekawością. Dookreślasz ją, aż chciałoby się powiedzieć, przykładając do niej szkiełko i oko. Mierzysz wysokość traw, śniegu, opadu. Nawet uosobiona agresja przywdziewa u ciebie fartuch, by badać i mierzyć szczelność mózgu. Czuję, że twoje wykształcenie, praca i idąca za nim precyzja nie jest tu bez znaczenia. Na ile świadomie korzystasz pisarsko ze swoich farmaceutycznych umiejętności, a na ile to kwestia nawyków?
Nie zgodzę się z tym wpływem wykształcenia. Dookreślanie rzeczywistości pozwoli wyzwolić z przyzwyczajeń? Sam temat jest ogólnie ciekawy, wspominasz tu o precyzji – nie wiem, czy określenie o szkiełku i oku mi odpowiada. W TPP bierze się to bardziej ze mnie i trochę z chemicznych kwestii. Mimo że od lat z chemią mam mniej wspólnego, to nadal się w niej odnajduję. W jednym z wierszy pojawia się pierwiastek – bizmut. Dostałem kiedyś zapytanie, czy to ma związek z kwestią wykształcenia. Dopiero po chwili pomyślałem: „Aaa… bo tego się używa na rany”. Bizmut, jeśli mnie jakkolwiek interesuje, to pod względem chemii. Ciekawostka: ponoć na samym początku zapisywało się bismut. Śniadecki miał wprowadzić obecny zapis przez „z” w Początkach chemii. Wspominam o tym, bo w kontekście tej książki (biogramu) istnieją zapisy: Kansas i Kanzas. Opowiadam się za Kanzas.
Masz mnie, przez to szkiełko chciałem nieco złośliwie przepuścić trochę światła, żeby zrobić w naszej rozmowie malutki pożar. Wspomniałeś w kontekście chemii o językowej archeologii. Ciekawie się splatają Twoje fascynacje, które widać wyraźnie w książce. Często w niej „skaczesz w przeszłość”. Czasem dalej – w czas, „kiedy niebo nie było nazwane, ziemia nie miała imienia.”, czasem ten skok jest krótszy. Nawet gdy piszesz o przyszłości, to jest ona przyszłością obracającą się w przeszłość, „spokojnie zmierza do czasów ruinnych”. Już w okładkowej notce biograficznej wisi niepokojąco przyszłe, nieuchronne obrócenie się w przeszłość. Skąd u Ciebie tak zdecydowana koncentracja na tym, co było?
Mam udawać, że nie jestem świadomy tego obrócenia? To dostarcza sporo dziwnego luzu. Mówię tutaj o skoku, bo w przeszłość można jedynie skakać. To nie jest droga, którą da się przejść. Stąd głosy ludzi, że historia niczego nas nie nauczyła, są niewłaściwe. Jak ma nauczyć? W skoku najciekawszy jest sam jego moment. Mało pamięta się, czuje w trakcie jego trwania. Dopiero pozycja końcowa daje się określić.
Owszem, zdarza mi się skakać w przeszłość, ale nie po to, by coś w niej zmieniać albo szukać oczyszczenia.
Wiązanie ze światem jest czymś, co znacząco ogranicza pamięć. Język potrzebuje luzu. Lubię, gdy jakaś część życzliwych mi osób mówi, że mam bardzo dobrą pamięć, bo w zasadzie mówią o czymś zupełnie innym, nieświadomi tego.
Z kolei co do przyszłości, to mam przekonanie, że każdy skok w przeszłość ma swój odpowiednik o tym samym kierunku, ale innym zwrocie. Przekonania budują i nakręcają tę książkę. Fraza, którą przytoczyłeś, odnośnie zmierzania do czasów ruinnych, odnosi się do parku, który pamiętam jako totalnie zaniedbany. Potem go odnowiono ze środków UE. Obecnie nosi w sobie ślady eksploatacji. Miałem myśl, że kiedy ostatnia osoba z mojego rocznika będzie umierać, to ten park będzie wyglądał tak samo jak w moim pierwszym wspomnieniu. Od tego zaczął się wiersz. A śmierć – nie wiem, co, gdzie, kiedy, jak i z kim. Wiem, że przyjdzie z przyszłości skokiem.
Trochę zagmatwana, ale mam nadzieję, że satysfakcjonująca odpowiedź na zadane pytanie.
Choć sporo w książce jest Ciebie – bohatera występującego również pod Twoim własnym nazwiskiem – to w wielu wierszach odnajduję potrzebę wspólnoty, być może nawet jakiś rodzaj tęsknoty do wspólnego przeżywania rzeczywistości. Czasem ma to wymiar większy, społeczny, czasem mniejszy – koleżeński – czasem najmniejszy, ale zarazem najbardziej istotny, dwuosobowy, romantyczny. Na ile to napięcie między tym, co jednostkowe i wspólne stanowi dla Ciebie jako autora istotną kwestię?
Jest mnie dużo i jednocześnie nie jest. Jest, bo nie bawię się przesadnie podmiotem. Nazwisko pada, bo tak dzisiaj trzeba. Tak obudował się świat. Obrywa się przez to osobom o podobnych nazwiskach, ale komuś przecież musi. Napięcie, o którym wspominasz, jest istotne, bo to właśnie w zawieszeniu między indywidualnym a wspólnym rodzą się wiersze. Tam zmienia się jedynie grot i to, jak patrzymy na wiersz.
Pytam również w kontekście wiersza „W Ukrainie i nie tylko”. Z naszych rozmów, ale i z samej książki wynika, że literatura ma dla Ciebie pierwszorzędne znaczenie. Myślisz, że ciąży na niej, ale i na jej twórcy jakiś szczególny rodzaj odpowiedzialności i obowiązku?
Na pewno, ale to nie tak, że myślę o tym podczas pisania. To utrudniałoby bardziej niż pomagało. W język wpisana jest pewna odpowiedzialność, ale jest on na tyle rozległy, że daje sobie radę rozłożyć ten ciężar. Inaczej nie potrafilibyśmy mówić, a co dopiero pisać. Pisząc, staram się odsuwać papier maksymalnie, ale tak, by wciąż znajdował się w możliwości chwytu. W literaturze ta odległość wydaje się większa niż w innych dziedzinach sztuki. Nie zajmuję się nimi na tyle, bym mógł to jednoznacznie stwierdzić. Mówiąc „w literaturze”, mam na myśli „w poezji”, a nie „prozie”.
Jedną z form przeżywania wspólnotowości jest religia. I ten motyw przeplata się u Ciebie dosyć często. Na ile religia stanowi dla ciebie ważny element życia, również – za chwilę do tego przejdziemy – rozumianego jako pisanie?
Przywołam tutaj pewną historię. Jakiś czas temu siedziałem z kolegą w środku nocy i rozmawialiśmy. W pewnym momencie temat przeszedł na poważniejsze, egzystencjalne rejony. Taka rozmowa, której nie zaplanujesz, taka, do piątej rano, taka, którą zapamiętasz. Taka – w kuchni na imprezie. I ja w pewnym momencie użyłem w niej słowa „dusza”, na co zostałem zapytany, co przez to rozumiem? Skąd wiem i tak dalej?
Mówię o tym, dlatego że w tej książce pojawia się na przykład słowo „Bóg” i ja nie mógłbym go użyć, gdybym wcześniej nie przepracował sobie, co to dla mnie znaczy. Tego typu słowa wymagają takiego wysiłku. Nazwałbym to też religijnością, bo te starania nie mają jedynie naukowego charakteru. Pisanie nie jest dla mnie hobby. Staję się bardziej religijny, kiedy mniej słyszę ich sługi.
„Od swego naziemnego personelu Boże chroń”. Pełna zgoda, widać w Twoich wierszach poważne, choć nieoczywiste, podejście do tych kontekstów.
W „Pułapce” deklarujesz to, co jako czytelnik czułem od początku lektury. Wiersz jest dla Ciebie najdoskonalszym sposobem wyjścia do ludzi, spotkania się ze światem, staje się sposobem bycie w świecie. To gra o wysoką stawkę. Gdzie indziej piszesz, że „nikomu tak nie ufasz jak językowi”. Deklarujesz, że inspiracje do swoich wierszy „bierzesz z książek, dziwnie nie chcąc powiedzieć, że z życia”. Dawno nie czytałem książki, szczególnie debiutanckiej, tak odważnie i pewnie sięgającej po namysł nad samym pisaniem. Zechciałbyś opowiedzieć o swojej relacji z literaturą i pisaniem?
Wiersz jest najdoskonalszym sposobem wyjścia do ludzi. Gorzej, że niekiedy trudnym i jedynym. Język jest najbardziej rozpięty, zna miejsca, których nie znam. Jest za duży na indywidualny interes, stąd zaufanie. Wiersz balansuje pomiędzy. W tym kontekście igranie z wierszem to gorsze niż igranie z drugim człowiekiem. Gra jest o wysoką stawkę, taką lubię. Taka mnie kręci. Pobudza. Mając takie komponenty wokół, gra nie może toczyć się o niską stawkę.
Czytana książka może być z kolei swego rodzaju pryzmatem. Rozszczepia to, z czym do niej przychodzisz. Tę rzeczywistość. Taki język jest wtedy bardziej podatny na nowy wiersz.
Prócz samych deklaracji w książce pojawia się Miłosz, Trakl, Rilke. Będę więc usprawiedliwiony, pytając o to, o co pytać zazwyczaj nie wypada. Jakie są Twoje inspiracje? Gdzie są źródła Twoich wierszy?
Z wymienionych to najbardziej Miłosz. Z tych mniej oczywistych raczej cenię Naborowskiego i Ośniałowskiego. Dużo współczesnych. Z zagranicznych – najbardziej poetów anglojęzycznych. Jest w nich jakaś lekkość czerpania, ale ta książka nie ma jednego patrona. Kogoś, kogo bym wyróżnił. Nie ma potrzeby, by ktoś taki był.