utwory / zapowiedzi książek

Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021 (proza)

Alicja Sawicka

Barbara Frączyk

Iwona Bassa

Marta Lipowicz

Mirek Kulisz

Patryk Kulpa

Fragmenty zapowiadające książkę Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021, która ukaże się w Biurze Literackim 3 października 2022 roku.

Biuro Literackie

Iwona Bassa

Głodni (fragment)

Kiedyś zakochiwałam się tak łatwo, jak mydło wyślizguje się z wilgotnej dłoni i spada na płytki w łazience. Wystarczyło, że komuś udało się zetknąć ze mną oczami, przebić przez dzikość i narowistość, przełamać twardą rogówkę, wemknąć do źrenicy, odcisnąć na siatkówce i wystrzelić impulsem nerwowym w górę głowy, a już zieleń soczystniała, czerwień nabierała rumieńców.

– Dzień dobry, poproszę kawę Fort. – Grzechotałam paczuszką, by dwa metry za sklepem runąć w miłość, niczym do studzienki odkrytej na środku chodnika, gdzie robotnicy w drelichach ciągną światłowody.

Gdyby zwołać moich wybranków w jedno miejsce, powiedzmy: pod pretekstem ćwiczeń przeciwpożarowych, zaludniłoby się całkiem tłuściutkie miasteczko, taki Inowrocław na przykład, Aleksandrów albo Zgierz. Zbiegliby się tam chłopcy z Kujaw, którzy widłami rozrzucali obornik pod rzepak i majeranek. Praktykanci z mechanika wystawiający przez okno pekaesu fakju ze smarem za paznokciami. Aj fil stjupid end kontejdżes – śpiewaliby kolesie grunge, ci z teledysków, włosy zarzuciwszy na twarz, by zasłonić heroinowe źrenice wielkości łebka od szpilki; koszule im się pruły przy nadgarstkach, w tym, heloł hał loł, nie Seattle, lecz Wierzbinku miłości.

I jeszcze poeci z dyplomami za udział w konkursie literackim imienia Franciszka Becińskiego, wstrząsającym co roku posadami domu kultury Radziejów city. Krusi bardziej niż czipsy ser-cebula, co drżeli, bo „straszna, straszniejsza jest ziemia, skąd korzeń słowa wyrasta”, a potem wychodzili na ludzi i obejmowali w urzędzie gminy stanowiska do spraw gospodarowania odpadami komunalnymi.

To była tylko próba, chciałoby się ogłosić przez megafon, nie wybuchł jeszcze prawdziwy pożar, co lasy tropików równa z ziemią, pozostawiając popioły i zgliszcza. Wracajcie do domów. Rozejść się.

Wydobywałam się z tych uczuciowych zapaści po kilku tygodniach zazwyczaj, w najgorszych wypadkach płaciłam kwartałem albo rokiem, czasem pękało mi żebro lub wypadał ząb, najczęściej nie ponosiłam innych obrażeń, poza utratą głowy, która jednak wracała na kark.

U góry świat toczył się po staremu – hooligansi sprejowali na przystankach „Bóg wybacza, Wiślanka nigdy” oraz „CHWDP”, rozgorzała wojna masła z margaryną, a z jeziora wyłowiono niebieskie zwłoki Laury Palmer – w zgoła odmiennym porządku, w trybie „normalność”.

Teraz już nie, teraz już mi przeszło. Ochłonęłam. Potrafię się wlepić w czyjeś oczy i nie ponieść większego uszczerbku na ciele i umyśle. Ale co ja się nachorowałam, by przełamać, gorączką i maligną, tych wszystkich Romeów wyobrażonych, pojętych, teoretycznych i a priori, którzy szeptali moje imię przed snem – gdzie jesteś, Różo, Stokrotko, Justynko? – żeby się na nich uodpornić, żeby wytworzyć przeciwciała, móc się przed nimi obronić.

Ech, chłopcy, chłopcy, chłopcy.


Barbara Frączyk

Lidka

– …dobra, no… tak… odbiorę go… zaraz powiem… w domu – Anka odłożyła na biurko telefon komórkowy i westchnęła. – Muszę wcześniej wyjść, odebrać młodego z przedszkola.

– Jasne. Nie ma problemu, ja dopiszę tych kilka pomysłów do jutrzejszej prezentacji i też spadam. Może pójdę do kina… – trzydziestosześcioletnia kobieta zapatrzyła się na stary plakat filmowy wiszący na wprost niej. Ona nic nie musi. Jest swoją panią i swoim sługą, swoim bogiem. Więc ona, Lidka, może iść do kina. A może musi? Tak. Musi, żeby przez chwilę nie myśleć o sobie, nie zasysać tak patologicznie, perwersyjnie samej siebie.

– A jak Michaś? Polubił w końcu przedszkole? – zapytała.

– Twierdzi, że nie, chociaż już nie płacze. Bezczelny trzylatek. Ty wiesz, że dwa dni temu podszedł do nowej wychowawczyni, to był jej pierwszy dzień, i powiedział: „Ty się mną opiekuj, a nie tu sobie kawę pijesz” – Anka się uśmiechnęła szeroko. Lidka z zazdrością patrzyła, jak oczy młodej matki zachodzą delikatną mgiełką uwielbienia, wręcz samouwielbienia, skoro tak wielbi coś, co wyszło z niej samej. Taka miłość jest jak adoracja własnej ręki czy nogi. Narcyzm do kwadratu. Klęczenie przed sobą samym wyniesionym na ołtarze i przyjmowanie komunii z własnego ciała.

– Niezły typek. Pozdrów go od ciotki – rzuciła na odchodne koleżance i wróciła do składania prezentacji. Jeszcze jeden slajd i jeszcze jeden. Byle mieć zajęcie, wypełnić czas. Jak chciała, potrafiła być mistrzynią lania korporacyjnej wody.

Nie wychodziła ostatnia. Jeszcze paru singli niedobitków siedziało wpatrzonych w błękitne światło monitorów. Niech siedzą. Głupi i biedni. Nie mają dokąd iść. Jak ona. Ale ona, Lidka, pójdzie dzisiaj do kina. Sprawdziła: w „Lunie” grają nowego Jarmuscha, może zdąży.

Na przystanku autobusowym czekali jacyś ludzie. Wypięła pierś, przeczesała grzywkę i nadęła swoją kobiecość, żeby ktoś ją wreszcie zauważył i oniemiał. Była naprawdę atrakcyjną kobietą, potrafiła bujnąć biodrami i zatrzepać rzęsami. Ale tu? Na przystanku? Kto miał ją zobaczyć? Rozejrzała się i skapitulowała. Piersi i głowa opadły z westchnieniem. Tak wyglądają zrezygnowane piersi, gotowe i smutne, bezsilne. Piersi wywieszające białą flagę.

Kiedy przyjechał autobus, chwilę zamarudziła, zanim wsiadła. Upatrzyła sobie miejsce przy oknie i rozejrzała się, czy nie powinna ustąpić komuś starszemu, chociaż coraz częściej to jej ustępowano. Przymknęła oczy i na kilka minut zniknęła. Ocknęła się tuż przy kinie. Nie pójdzie dzisiaj do kina. Wysiadła.

– Co dla pani? – znudzonym głosem zapytała sprzedawczyni.

– Cztery kajzerki, poproszę. I pączka z różą – odpowiedziała Lidka i położyła na ladzie odliczoną sumę. Miała nie jeść słodyczy, ale jeden pączek nic nie zmieni. Przecież nie przytyje od niego. Zresztą należy jej się trochę przyjemności. Coś więcej od życia niż drink, film i masturbacja. Pączek, który pęczniał w ustach, lepił wargi, był jak lekarstwo na samotność. Lepszy od seksu i drinka razem wziętych.

Nie chciało jej się wracać do domu. Powietrze pachniało już październikiem, ale słońce grzało jeszcze wrześniowo. Postanowiła się dotlenić. Ruszyć ciało i krew.

Park o tej godzinie był już raczej pusty. Matki z dziećmi jadły w domach kolację, a biegacze czekali aż zapadnie zmrok. Studenci, którzy grali tu zawsze w siatkówkę, zbierali się już do wyjścia. Robiło się szaro, ale latarnie nie były jeszcze włączone. Tam, gdzie krzyżowały się alejki, trzeba było uważać na nieoświetlonych pędzących rowerzystów. Było spokojnie i ciszej niż latem, kiedy o tej porze trele ptaków zagłuszały nawet najgłośniejsze i najbardziej bezczelne myśli. Byle do weekendu – myślała. W piątek miało być pożegnanie koleżanki, która po czterech latach zmieniała pracę, w sobotę koncert jazzowy i impreza u znajomych z liceum. Na chwilę się zatrzymała, w jej głowę wszedł dźwięk, którego nie potrafiła zidentyfikować. Ale był na tyle niepokojący, by kazać jej wypatrywać. Jak na polowaniu. Coś ją wołało. Pies? Kot? Delikatne chrypienie dobiegało zza ławki po prawej stronie oczka wodnego. Podeszła z ciekawością, ale też obawą. W wysokiej, niekoszonej trawie leżała reklamówka jednego z dyskontów, a w niej dziecko. Maleńkie dziecko, noworodek. Cały we krwi i szarej mazi, ale ubrany w białe śpiochy. Wciąż żywy. Czerwony, wyczerpany płaczem. Lidka rozejrzała się dokoła, ale nikt akurat nie przechodził, była z nim sama. Bezbronna i bezradna ona kontra kwilący noworodek w reklamówce. Schyliła się. Ostrożnie podniosła dziecko, które okazało się lekkie jak puch. Nie ważyło nic. Przytuliła do piersi, przykryła połami płaszcza i szybkim krokiem zaczęła iść w stronę domu. Już na ulicy mijała ludzi, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Mimo całego zaaferowania była przezroczysta. Wklepała kod do domofonu i pospiesznie zaczęła szukać kluczy w torebce. Gdzieś na górze trzasnęły drzwi od mieszkania i poniosły za sobą odgłosy czyichś kroków na schodach. „Żebym zdążyła, żebym zdążyła…” – myślała. W jednej sekundzie zalały ją litry potu. Weszła do mieszkania i dopiero teraz… Dziecko. Dziecko! Aaaa…

Żyło. Spało. Ukołysane wstrząsami po prostu zasnęło.

– Co teraz? Co ja mam robić? – przestraszona mówiła do siebie.

Położyła dziecko na łóżku i zaczęła mu się przyglądać. Maleństwo. Jakie maleństwo. Laleczka. Dziewczynka? Chłopiec? Drobne rączki, i te paluszki jak nieprawdziwe. Jak można być tak małym okruszkiem? Co się wtedy myśli?

– Moje maleństwo. Co ja mam z tobą zrobić? – zaczęła się trząść. Po omacku biegać, szukać czegoś, ale czego? – Co robić? Co robić? – jej głos niósł się po pustym mieszkaniu.

Przyniosła z łazienki podpaski i kilka ręczników. Wzięła jeden z nich i wróciła, żeby go zmoczyć. Pochyliła się nad dzieckiem i drżącymi rękoma rozebrała to małe czerwone stworzonko. Przestraszył ją kikut pępka, który widziała pierwszy raz w życiu z tak bliska. Zdjęła pieluszkę pełną ciemnej mazi. Mokrym ciepłym ręcznikiem zaczęła delikatnie trzeć ciałko chłopca, żeby obmyć je z pozasychanych śladów niedawnego porodu, co było trudne. Zadzwonił telefon, ale nawet nie spojrzała w stronę torebki. Dziecko obudziło się i cicho rozpłakało.

– Leee, leee, le…

– Nie płacz, maleńki. Mamusia zaraz cię przytuli, już, no już, już – Obmyła pupę wielkości kajzerki, wyciągnęła z opakowania podpaskę i przykleiła plastrem do skóry dziecka. – Już, nie płacz, wszystko będzie dobrze. Ubiorę Cię, dam jeść, będzie dobrze. – Założyła dziecku z powrotem brudne, za duże ubranko, podciągnęła bluzkę i przyłożyła do piersi. – Jedz, syneczku, jedz.

Dziecko łapczywie chwyciło pierś, zaczęło ssać. Lidka poczuła przypływ szczęścia. Nie myślała o tym, co będzie jutro czy za tydzień. Teraz, w tej chwili znalazła się na planecie błogostan i nie zamierzała z niej uciekać. Stało się. Nie była sama. Pojawił się drugi człowiek, który jej potrzebował. Mogła istnieć już tylko dla niego. Dać mu coś. Oddać. I dostać. Wymieniać się najprawdziwszą miłością. Trzeć skórą o skórę i uzależnić jego i siebie. Stopić się z nim w związku chemiczno-fizycznym. Nareszcie.

– Synku, synku – nigdy wcześniej jej głos nie brzmiał tak czule i łagodnie. Nigdy wcześniej nie miała w sobie tyle miłości. Będzie musiała przypomnieć sobie wszystkie zdrobnienia i pieszczoty, żeby z jej ust sypały się już tylko cukierki i całuski. Głaskała cienką skórę policzków i główki. Czy istniało na świecie coś milszego w dotyku? Mistyka. Ktoś ją zaczarował. Ciekawe, czy jej matka, która potrafiła uderzyć ją mokrą szmatą w gołe nogi, albo wykręcić rękę, czy ona też to czuła? Czy kiedykolwiek kochała ją tak mocno, jak ona kocha teraz swojego synka? Czy głaskała z czułością muszelki uszu i liczyła paluszki? A może już od początku wiedziała, że jest do niczego. Że jej córka powinna mieć na imię „Pomyłka”. Czy śpiewała jej kołysanki? Bujała czy potrząsała?

Zniecierpliwiony i rozczarowany pustą piersią noworodek znowu się rozpłakał. Mała czerwona główka marszczyła się i wykrzywiała z bólu, głodu i zapewne strachu. Wszystko było nie tak, jak powinno być. Pierś pachniała perfumami, a nie mlekiem.

– No, no, maleńki, ssij – Lidka wkładała mu do buzi swój sutek, ale chłopiec go wypluwał i wracał do swojego „lee, le, le”. – Ciiii, maleńki, ciiii, ciiiii, nie płacz, zaraz coś wymyślimy – wstała i zaczęła delikatnie potrząsać dzieckiem. – Aaaaaa, aaaaaa, były sobie kotki dwa… – zanuciła wysoko, ale młode nie uspokajało się przy kołysance, tylko jeszcze głośniej śpiewało swoją. Włączyła telewizor, żeby zagłuszyć krzyk dziecka i sama się rozpłakała.

– Synku, nie płacz, synku, zaraz coś wymyślę – charczała. Grube łzy ściekały jej z policzków, rozmazując misterny makijaż. Przytulała dziecko coraz mocniej, bujając się w przód i w tył, ale chłopiec, już bordowy od tego ogromnego wysiłku, nie przestawał. W wiadomościach pokazywali zabiedzonych uchodźców z Syrii, przełączyła na inny kanał, gdzie były reklamy. Wyła bezgłośnie, próbując zmusić się do racjonalnego myślenia. Na pewno jest jakiś sposób. Na pewno ktoś wie, co zrobić. Ktoś mógłby pomóc. Tylko kto? Przecież to ona jest matką. Nosi, tuli, lula, buja i kocha jak nigdy nikogo. Bliskość, dotyk, skóra do skóry – ona to wszystko wie, nasłuchała się, naczytała. Dziecko najbardziej potrzebuje miłości i ona daje mu tę miłość, tę całą miłość, którą kumulowała latami, którą chowała w policzkach i pod paznokciami już od przedszkola. – Ciiiii, maleńki, mamusia cię kocha, królu mój, ty śpij, ty śpij, a ja… – Ale dziecko wyło coraz głośniej, a im głośniej on, tym ona mocniej nim potrząsała. Buju, buju, luli, luli synkiem w górę, w dół i na boki.

Kręciła się. Chaotycznie przebiegała z jednego pokoju do drugiego, od kaloryfera do okna, jakby w którymś z pomieszczeń leżało rozwiązanie tej sytuacji, a ona nie pamiętała, gdzie je zostawiła. Mocno zaciskała ramiona na małym ciałku, starając się nie wypuścić dziecka i nie uderzyć przypadkiem jego główką o framugę. – Moje maleństwo, moje, moje…

Pobiegła do przedpokoju, lewą ręką chwyciła klucze z komody i wyszła z mieszkania. Pośpiesznie zamknęła drzwi tylko na jeden zamek, wrzuciła klucze do kieszeni płaszcza i razem z łkającym dzieckiem zbiegła na dół, wyszła na ulicę. Było już ciemno i chłodno. Jeszcze mocniej przycisnęła do siebie dziecko i opatuliła chustą.

– Ciiii, nie płacz, nie płacz, wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze – nie przestawała powtarzać. Nie miała siły, ale biegła, a dziecko mocno wstrząsane przez te kilka minut, uspokoiło się. Ona też zgubiła gdzieś po drodze dygot. Zimny wiatr studził jej rozgrzaną głowę i suszył łzy. W pustej głowie zamiast myśli słychać było co chwilę szum przejeżdżającego samochodu. Co chwilę ktoś oślepiał ją ksenonowymi reflektorami, prześwietlając ją na wylot. Zwolniła. Nie musiała biec. Bała się, że kogoś spotka, ale nikt tędy nie chodził. Po tej stronie ulicy mieściły się same biurowce, puste i wygaszone o tej porze. Ich metaliczno-szklane ściany odbijały odgłosy ciężkich kroków i ciężkich westchnień. Samo dziecko zaczynało ciążyć, jakby przez ten półtoragodzinny lot nabrało masy, widać, że chłopak. Przejście nad torami, otoczone nieuporządkowanymi chaszczami, budziło w niej jeszcze większe przerażenie niż zwykle. Bała się. Strach jak plecak uderzał ją, popychał przy każdym kroku. Mocniej przycisnęła do piersi dziecko. – Syneczek, mój syneczek – szeptała. Co chwilę poprawiała płaszcz i szal, by dziecko nie marzło. Chowała małe rączki w zaplątany materiał.

W parku nikogo nie było, nawet biegaczy czy całujących się nastolatków. Latarnie świeciły tylko gdzieniegdzie i raczej oszczędnie. Rozejrzała się, czy nikt jej nie widzi i podeszła do ławki, przy której znalazła dziecko. Wciąż leżała tam ta reklamówka. Rozchyliła ją i delikatnie włożyła do niej chłopca.


Mirek Kulisz

Pierwszy raz (fragment)

***

Plac zabaw świecił pustkami. Zupełnie jak nigdy.

– Chodźcie na bujki!

Pobiegli w stronę huśtawek. Oliwka pierwsza, bo na rowerze. Za nią truchtali kuzyni – Darek i Agata. Lubić ich nie lubiła, ale żadne inne dzieciaki nie przyszły.

Oliwka – na wyraźne, dwukrotne żądanie mamy – zdjęła z ociąganiem białą komunijną suknię i przebrała się w inną, prawie białą, choć tak naprawdę był to brudny róż. No, trudno już. Niech będzie. Za to uparła się, że wianek ma zostać. Jechała więc na żółtym rowerze, z białym sercem na głowie.

Wyskoczyła prosto z siodełka i już raz, i dwa. Buja się! Sandałki już prawie nad głową. Buj i buj.

Z otwartych okien dookoła dźwięczał rytmiczny stukot sztućców. Powiał lekki wiaterek. Nadłamany krzak bzu sypnął białym kwieciem. „Może jednak zostanę bielanką?” – rozmarzyła się Oliwia.

Darek dopadł huśtawki jako drugi, ale Agata się poryczała.

– Powiem mamie, że mnie bijecie!

Darek sapnął. Kopnął piasek, po czym ustąpił młodszej siostrze miejsca na huśtawce. Agata z godnością wciągnęła gila i zaczęła powoli, z mozołem gramolić się na siedzenie.

– Robimy kto pierwszy sto bujków od teraz? – zaproponowała jej Oliwka.

– Kto się ściga, ten wiesz co – ucięła krótko Agatka.

Oliwka wyobraziła sobie, że huśtawka unosi ją wysoko w górę, aż pod gruby konar starej topoli, aż prawie pod niebo. Wreszcie dolatuje do tego najwyższego punktu, gdzie rozpęd naraz się urywa. Staje tam na moment. Białe serce na ułamek sekundy przestaje bić. Ale już rusza z powrotem. W dół. Ciągle w dół. I zaraz potem z jej lekko rozchylonych ust chlusta na cały świat olbrzymi, wielobarwny paw. Niczym tęczowa fontanna prosto z Disneylandu. A ona jest Myszką Miki, co nawet jej rzygi pełne są ulubionych piosenek, mydlanych baniek wielkości tramwaju i kolorowego ptactwa, które z radosnym piskiem siada przechodniom na ramionach.

– A czemu nie ma twojego tatusia? – zapytała naraz Agata, machając błękitnymi kokardkami na głowie. Oliwka popatrzyła na nią przeciągle.

– Musiał zostać w pracy. W Norwegii. Ma bardzo ważne zadanie. Przenoszą platformę wiertniczą z jednego miejsca na drugie.

– Platformę?

– Takich rzeczy nie można przerywać. To zbyt niebezpieczne. Przysłał mi rower.

– A ja słyszałem, że twój stary znalazł sobie nową córunię! – włączył się Darek.

Korzystając z okazji, dorwał żółtego górala Oliwki. Stał na pedałach i z zaciętą miną starał się zmienić przerzutkę. Zgrzytnęło. Kolebiąc się na siodełku, pocisnął wokół placu.

– Złaź! – wrzasnęła Oliwka.

– Matka mówiła, że ją przeleciał i właśnie za to go zamknęli.

– Morda!

Darek z wolna nabierał rozpędu. Krążył wokół nich, zakreślając kolejne kółka. Niczym po torze przeszkód – omijał karuzelę, chybotliwe koniki, zakręcał za zjeżdżalnią.

– Ty? To prawda, że on się z nią ukrywał w jakimś domku na działkach?

Oliwka zeskoczyła z huśtawki. Jedną ręką przytrzymała białe serce na głowie.

– Na działkach?! – skrzywiła się Agatka – Błe. Tam są przecież żaby.

– I ogóry! – zachrumkał Darek. – Za-ki-sił o-gó-ra!

Grube koła górala dzielnie pokonywały złączenia płyt chodnikowych, trawę, nawet piasek. Twarde opony miażdżyły z trzaskiem suche patyki.

– Za-ki-sił o…

Nie wiadomo, jak to się stało. Ręce Oliwki same odłamały gałąź bzu i cisnęły ją prosto w szprychy. Rower stanął dęba. Darek wyleciał z siodełka. Nawet nie zdążył pisnąć.

– No to teraz masz grzech śmiertelny i całkowicie przejebane! – zawyrokowała bezlitośnie Agatka.


Patryk Kulpa

Święta w domu

Widziałam go z okna. Wyszedł z autobusu i szedł z siatką w stronę bloku. Powiedziałam matce, że już idzie, żeby się szykowała. Poprawiła garsonkę, musnęła włosy. Trochę się denerwowała chyba. Zaraz przyjdzie i się zacznie. Usiadłyśmy do stołu. Po chwili z przedpokoju dobiegł nas dźwięk otwieranego zamku i trzask drzwi, potem szelest kurtki i kroki w naszą stronę. Położył na stół martwą rybę i powiedział:

– To nasz świąteczny obiad. Ryba to symbol, mówią.

Matka złapała się za głowę, skuliła się i zaczęła cicho szlochać. Jezu, rok w rok to samo. Ona ryczy, a ojciec swoje. I taka iskierka zapala mi się w głowie, może w tym roku coś mu do rozsądku przemówię.

– Surowe – zaczęłam.

– Słucham? – odpowiedział.

– Surowe jest. Ryba.

– E tam – skontrował i dotknął jej delikatnie, jakby się bał, że go ugryzie czy coś.

Po chwili głaskał już rybę z czułością. Bolało nas to z matką, bo wyglądało, jakby więcej uczuć miał wobec tej martwej ryby na stole niż do swojej, bądź co bądź, rodziny. Zielony pokój zdał mi się wówczas jeszcze bardziej zielony, niby morski. Spojrzałam w kominek. Ogień dogasał. I poczułam nagłą chęć, coś jak wołanie, żeby wejść do tego kominka. Stać się popiołem i wylecieć. Wylecieć przez komin w czarną grudniową noc, zatańczyć nad ciemnymi dachami, popatrzeć z góry na światła innych, obcych mieszkań. I przestać żyć życiem, którego nie potrafię przeżyć.

Ale tak nie stało się nigdy.


Marta Lipowicz

O Hance

Kiedy go zabierali, wgapiał się w nią przez szybę radiowozu. Wgapiali się też sąsiedzi. Były krzyki, było kurwienie, była ślina i błagalne jęki. Cała orkiestra wyrzutów, symfonia oszczerstw, litania szmat, suk i dziwek. Nie było gróźb, bo na to akurat był już za sprytny. Hanka toczyła powoli wzrokiem po sytuacji, na twarzach nie było co się skupiać. Czuła mimo wszystko dziwny spokój, bo wreszcie coś się zmieniło.

Wzięła głęboki oddech, chyba pierwszy tak głęboki od kilku miesięcy, i ten wreszcie był pusty. Zamknęła oczy i trzymała go chwilę w sobie. Pustka i lekkość były nowe. Wszystko dookoła zaczęło znikać. Zniknął radiowóz na horyzoncie, zniknęli sąsiedzi, domy i płoty, zniknęły drzwi i okna, stół, fotele i łóżko. Oni zniknęli.

Ale wtedy Hanka usłyszała trzask. Wypuściła powietrze. Drugi trzask. Ktoś cmoknął pod nosem. Płot u Paszoła zachrzęścił, kiedy oparli się o niego z żoną, nasłuchując. Dzieciaki Krzeszowskich stały na środku ulicy z rozdziawionymi gębami. Bożeńska sterczała w oknie, bez pardonu paląc resztkę peta. Wszyscy wrócili, jeszcze bardziej natarczywie. Czekali. Na cokolwiek.

Trzeci trzask napiął atmosferę nie do wytrzymania. Hanka obróciła się na pięcie i szybkim krokiem, w starym, znajomym napięciu całego ciała, wracała do domu. Tam gdzie jej, tfu, miejsce. Słyszała, jak wnętrzności wsi wydają pomruk satysfakcji. Przetoczył się ulicami i zagonił ją pod same drzwi. Niech włazi, szmata.

Do korytarza doturlała się filiżanka. Uszko zostało dwa kroki dalej.

– Gówno, kurwa… – usłyszała Hanka, wymamrotane z pokoju obok, a zaraz po tym przytłumione beknięcie. Podniosła filiżankę i uszko, otarła je odruchowo rękawem i położyła delikatnie na szafce. Się sklei.

– Niewdzięczna pizda – sapnęła Stara zza rogu i mlasnęła głośno. Zakotłowała się w pościeli, jakby chciała wstać, ale po chwili się uspokoiła. Hanka odetchnęła i postanowiła, że może to jest dobry moment na ciche przejście do kuchni. Kiedy jednak tylko przekroczyła próg, dogoniło ją zadziwiająco donośne:

– Świnio ty niewdzięczna, ty szmato ty, podła, skundlona, żeby tak dobrego człowieka…

Ale tu Hanka zamknęła drzwi i głos się rozmył. Włączyła radio i zniknął zupełnie, choć muzyka leciała cichutko. Hanka dawno już nauczyła się wycinać to, co zbędne. Znowu coś trzasnęło, przebijając się przez hit lat siedemdziesiątych, ale postanowiła to zignorować. Kiedy czajnik pstryknął, zalała tanią melisę z marketu. Opadła na krzesło w kąciku i wreszcie spróbowała zastanowić się, co teraz. Niewiele jednak przychodziło jej do głowy. A jako że dochodziła trzynasta, należało przygotować obiad. Zatopiła się w ścieraniu ogórka na mizerię.

Paszoł zawsze mówił, że Hanka to kurwa. Chyba że Mietek akurat słyszał, to wtedy nie, Paszoł przecież nie był głupi. Ale była od początku podejrzana. Tak to jest, jak się zwoziło szmulę, co liznęła miasta. Wtedy się takiej za dużo wydaje i robi widowisko. A Mietek był swój chłop, znaczy się dobry. Do ślubu nikt jej nie zmuszał, ale umowa jest umowa. A jak się okazało, że z niej jałówa, niezbyt żyzna, że po prostu pusta jest w środku, to zamiast spuścić oczy i prosić na klęczkach o cud, ona jego z własnego domu wyrzuciła. A taka kurewka to wiadomo, bezczelna i świńska – z takimi trzeba porządek robić. Ale Mietek był dobry człowiek, wręcz za dobry, i Paszoł pomyślał, że utemperuje babę dla kolegi. I jak wróci, to będzie miał przynajmniej porządek. Bo z takimi to nie można za łagodnie.

Hanka poznała Paszoła dużo lepiej, niżby chciała. Często musiała wietrzyć zimą smród, jaki po sobie zostawiał, a latem słuchać jego zbereźnych piosenek pod oknem. Najczęściej gdzieś szli całą bandą, ale zdarzało się, że siadali z Mietkiem na schodkach i popijali do samego rana, drąc ryja czasem niemiłosiernie. Z jakiegoś powodu jednak to nie on, ale właśnie Hanka siała w okolicy zgorszenie i była obgadywana; częściej zresztą po kątach niż prosto w twarz. A Paszoł jaki jest, każdy widzi – swój. To nie było co języka strzępić.

Hanka z całego serca go nie cierpiała i szczerze współczuła jego żonie. Niestety nie było to obopólne, bo Maria Lorek nie wiedziała, co ma o Hance myśleć ani co wobec niej czuć. Tkwiła w jakimś takim impasie i nie miała pojęcia, którą nogą z niego wyjść. Z jednej strony rękę by sobie mogły podać nad zachlanymi mężami niejednego poranka, z drugiej jednak mąż jest mąż i tyle, każdy ma swoje małżeństwo i należy się nie wychylać, za to męża szanować. I kiedy darła się na swojego „A paszoł won!”, wcale nie z bezsilności, tylko w ramach swoistego układu, to była ich prywatna sprawa i rozgrywała się w ich prywatnym progu, toteż nikt nie komentował. Ale żeby wezwać policję, to trzeba nie mieć szacunku przede wszystkim do siebie. Dlatego też Maria uczucia do Hanki miała mieszane, a w wyniku ostatecznie dawało to coś koło „obojętne”. Objawiało się to głównie odwracaniem wzroku na ulicy i zmilczaniem każdego „dzień dobry”. Ktoś by powiedział, że różnice między nimi niewielkie, ale według Marii zdecydowanie fundamentalne, zatem bratanie się nie wchodziło w grę. Czuła przed nim po prostu opór w ciele, a wzrok sam ślizgał się po twarzy Hanki, jakby nie miał się o co zaczepić. I choć był moment, że ta próbowała jakoś się z Paszołową dogadać i coś razem poradzić, to teraz nie miała siły kopać się z koniem. Nie to nie, łasić się nie chciała.

Chono tutaj, chodź, no weź, taś, taś, cipeczko, chono, chodź – tak Paszoł chciał jej mówić i miał to ciągle na końcu języka, kiedy wstawał rano i kładł się wieczorem, kiedy wychodził przez zieloną bramkę i żwir mu chrzęścił pod nogami, kiedy zapalniczką otwierał kapsle i kiedy ssał kciuk pocięty od puszki. Przetykał zlew i o niej myślał, grzebał przy niejeżdżącej od lat motorynce i też o niej myślał, nawet wtedy, gdy w kościele po raz tysięczny liczył cherubinki o lekko pijanych oczkach. Czekał na swój moment.

Powiedziała jej kiedyś Beata, że a weź wyjedź, co ty tu będziesz siedzieć? A Hanka popatrzyła na nią tylko smutno i nawet się Beata trochę zawstydziła tego pytania. No bo tam, gdziekolwiek, to co ona będzie siedzieć? Na co i po co? Tu Hanka miała przynajmniej wysiedziane miejsca, oswojone metry sześcienne i wycinki dni, w których wiedziała, co ze sobą począć. Było jak było, jest jak jest, to też są przecież poważne argumenty. A jak nie poważne, to jednak chociaż z jakąś wagą. Można ich nie lubić, ale nic się nie da na nie poradzić. Zasiedzenie jest częścią natury człowieka i nie tak łatwo się poderwać i powiedzieć, że to już, teraz, do niezobaczenia.

Dostała ostatecznie Hanka z tego wszystkiego miecz obosieczny, ostateczny argument dla obu stron, na za i na przeciw. Nic to nie pomogło, tylko pogorszyło sprawę.

Chciało jej się rzygać, po prostu. Jak tylko wyczuwała zapach Starej o poranku, to opadała ją pewna forma rozpaczy. Kompletna niemoc. Albo, jak to nazywała Stara, lenistwo. Lenistwo, bo zniknął syn, co to jej pilnował przynajmniej, a jak jej chłopa zabrakło, to wyszło szydło z worka. I pewnie z tego lenistwa ten grzech popełniła, że na dobrego chłopaka nakłamała. Bo Stara słuch miała dobry, tylko wybiórczy, takie prawo wieku, że jak stuka blaszka wyciągu z pieca, to się wie od razu, ale jak tłucze syn, to co też pan mówi, ja to nigdy nic nie słyszałam, a mieszkam tu z nimi cały czas, ja nawet nie wstaję już przecież, to jestem ciągle. A widzi pan, domek mały, to się nie ma gdzie schować, więc niemożliwe jest, żeby nie widzieć i nie słyszeć, jak się coś dzieje. No wniosek prosty jest, proszę pana, po prostu ewidentny. Przecież widać od razu, kalumnie i tyle.

I tak jak miała Stara też ciche dni, obrażone jakieś, tak zapach jej rozlewał się po całym domku, po tym małym domku, i Hanka miała wrażenie, że już się nie mieści, że wsiąkł w fundamenty i przecieka do gruntu, i ona musiała tak lubić znaczyć teren. Może coś chciała po sobie zostawić, bo nie pozwalała wietrzyć, bo jak jej się okno uchyliło, to od razu, że a co kogo obchodzi co u niej w domu słychać, co ona ogląda i jak kaszle, a kiedy mówi, że pieluchę?

Wszystko nasiąkło: małżeńskie pościele, herbata zamknięta w puszkach, nawet woda jakby dawała Starą. Hanka bała się, że i w niej Stara się zalęgnie na zawsze, że przejdzie jej skóra, każda rzęsa, nabłonek w nosie, że już nigdy się jej nie pozbędzie, zamieni się w końcu w Starą, bo już niewiele komórek w jej ciele pozostało, które nie narodziły się w tym domu. A przecież co tu narodzone, to wyjść nie może.

Pomimo tego wszystkiego Hanka wstawała i zmieniała te pieluchy, wyciągała kromki krojonego chleba i parzyła herbatę, i miała wrażenie, że ten napar tworzy zamknięty obieg, że wlewa Starą w Starą, i to jest odwieczny cykl, którego już nie przerwie. I sama wiedziała, że w siebie też to wlewa, że ta jej melisa, że biszkopt i wiśnie, to wszystko działa na jej niekorzyść. Ale jak podnosiła pościel, żeby się do ciała Starej dostać, to przestawała się martwić, bo to było tak dojmujące, że wszystko inne blakło. Mogła tylko kontrolować postępowanie zajmowania przez Starą wód gruntowych, a im częściej ją wietrzyła, tym mniej z niej ulatywało, mniej osiadało, przeciekało. Było jak było, jest jak jest, nie ma korzyści i niekorzyści, jest tylko kolejny dzień, w którym trzeba być człowiekiem.


Alicja Sawicka

Zasady poruszania się po ringu

dla Łukasza z Bałut

Powiedziała, że to głupie, kiedy wjechawszy fiatem na podwórko, wyskoczył na zewnątrz, nawet nie otwierając drzwi. W masce czerwonego cadillaca odbijały się czubki jabłoni. A co zrobisz zimą? – zapytała, więc zaprezentował, jak działa mechanizm zasuwanego dachu. Nie masz co robić z pieniędzmi? – próbowała narzekać. Stali znowu w dwóch narożnikach. Zaszurał po żołniersku butami, zostawiając w wyschłej ziemi ślad przypominający skrzydła motyla. Musiała się uśmiechnąć. Uśmiech czasem wygrywał z nawykami twarzy. Krążąca osa kreśliła pętle przeciągającego się oczekiwania. Kiedy odleciała, by wkomponować się w klomb wysokich gerber, wyciągnął w stronę matki kartonowe pudełko. Ona zapytała, z jakiej okazji, a on odpowiedział, że bez okazji. Otworzył pudełko, nadal stała bez ruchu, i potrząsnął nim, jakby chciał obudzić znajdujące się w środku zwierzątko. Otarła spocone dłonie w spódnicę i sięgnęła po apaszkę. Niebieski materiał zatrzepotał, rozpostarł się na wietrze. Ładna – przyznała. Trzymała rogi kciukiem i palcem wskazującym, dwa rogi apaszki, trzymała delikatnie, samymi końcówkami palców, pozwalając miękkiej tkaninie unosić się, powiewać. Zapatrzyła się. Stanął przed matką i zbliżył dłonie do jej dłoni. Napiął krawędź materiału, okrył nim włosy, równo nad czołem, a ona chwyciła brzegi pod brodą i zawiązała podwójny supeł. Uderzenie w gong lub nerwowy klakson od ulicy. To jak? – skinął. – Możemy jechać?

W ostrym świetle trzeba mrużyć oczy, ale nawet nie od spoglądania w samo słońce, które wznosi się, osiągając właśnie apogeum możliwości. Promienie przepalają wszystko, co spotykają na drodze, przez co barwa piasku, wody, otaczających rzekę drzew i traw zaczyna fosforyzować, migotać, pulsować. Kontury zacierają się i trudno przywrócić porządek – plaży, rzece i otoczeniu. Dopiero pod przymkniętymi powiekami rzeczy stają się na powrót rzeczami, do jakich przywykliśmy.

Samochód zaparkował na mostku, w pobliżu. Nie ze strachu, tylko w nadziei, że przechodzące małżeństwa i ich dzieci, że trzymające się za ręce pary i pokrzykujące grupy małolatów będą przystawać, rzucać zazdrosne spojrzenia. Nie mógł czytać, bo raz, że upał, dwa, że samochód, trzy, że mistrzostwa. Słowa zdawały się przypadkowe, zdania uciekały przed sensem. Nadal miał najlepsze noty w okręgu, więc dlaczego jeszcze go nie wystawili? Co czytasz? – zapytała, siadając. Piętami wykopała w piasku wgłębienia, w których umieściła szklanki z sokiem. Czerwony czy żółty? – zapytała znowu. Sięgnął po czerwony, był ledwo słodki, lekko gazowany. Schowajmy się w cień – on, prosząco, marudnie. Nie, trzeba się nagrzać przed jesienią – ona, rzeczowo, głosem dźwięczącym, jakby metalową kulkę toczyć po szkle. Mamo… – on. Idę – ona. Cios i kontra. Przystanęła tuż przy linii rzeki, zbliżyła się o krok, stopy zniknęły w wodzie. Kolejne dwa kroki i uniosła spódnicę na wysokość kolan. Kawałek dalej i beztrosko uwolniła brzegi. Spódnica uformowała kielich tulipana, jednak materiał szybko nasiąknął, napiął się, przyklejając się do kolan i łydek. Odwróciła się i pomachała. Ale nie jakby chciała go przywołać do siebie i nie w zabawnym pozdrowieniu. Jej postać rozmyła się w upalnym powietrzu, a wraz z nią znaczenie tego gestu.

Teraz ona siedziała na ręczniku, kiedy on raz za razem zanurzał się w wodzie. Nurkował, a po wynurzeniu potrząsał głową i przecierał twarz dłońmi. Zauważyła książkę rzuconą niedbale w piasek, nie sięgnęła jednak po nią. Przeczytała tylko tytuł – Ujarzmienie piorunów. Nie było potrzeby, żeby musiała wiedzieć cokolwiek na ten temat. Tym bardziej, że sam tytuł wydał jej się mało poważny, a książka zbyt cienka jak na tak skomplikowane zagadnienie. Dlaczego nie pływa? – zastanawiała się, obserwując jak zawisa w rzece, poruszając ramionami, mącąc wodę, by po chwili znowu zniknąć pod powierzchnią. Stop. Odliczała sekundy. Raz, dwa trzy. Bez strachu, o co miała do siebie pretensję. Sześć, siedem, osiem. Chciała nawet przywołać w wyobraźni makabryczne obrazy, żeby serce uderzyło o żebra. To byłoby właściwe, myślała, każda matka powinna tak czuć, to należy do jej obowiązków. Ale przecież przyrzekała. Nie będzie się bać, powiedziała, nie będzie. Obiecaj, że nie będziesz się bała – naciskał wtedy, przed pierwszym pojedynkiem – musisz obiecać, o nic więcej już nigdy cię nie poproszę. Przytaknęła, czego teraz bardzo żałowała. Trzeba było dopytać, jaki zasięg ma mieć obietnica. Postanowiła, że musi to w końcu wyjaśnić, a w ostateczności, jeżeli będzie uparty, złamać raz dane słowo. Bardzo potrzebowała tego lęku. Lęk przywróciłby porządek sprawom. Bałaby się, ale mogłaby z tym żyć. Wychodził właśnie na brzeg, więc udała, że ciekawi ją bawiący się nieopodal malec. Tarzał się w piasku, choć jeżeli lepiej się przyjrzeć, to chyba chodziło mu o zrobienie fikołka. Próbował w skupieniu, z powagą, ignorując grupkę innych smarkaczy, grzebiących bez sensu łopatkami. Jeszcze będzie z niego sportowiec – usłyszała nad głową. Czas iść – wstała. Podniosła ręcznik i wytrzepała go kilkoma szybkimi ruchami. Tuż przy twarzy syna, ale nawet nie drgnął.

Najbardziej lubił lipiec i sierpień, miesiące środkowe, które dodano do rocznego kalendarza, aby zatrzymać czas. Przez pierwsze sześć miesięcy dzień wydłuża się na linii wznoszącej godzin, a przez ostatnie cztery skraca, opadając coraz krótszymi dniami. Tak, wiedział, że to nie do końca jest prawda, że rzecz ma się nieco inaczej, lecz wolał swoją teorię od faktów. Są dwa letnie miesiące, kiedy czas tężeje w bezruchu. Zatrzymuje się, przystaje w pół kroku. Wzrok czasu jest zamglony. Całe to tak wyczekiwane lato jest po prostu stanem rezygnacji, odrętwienia, smutku. Najbardziej lubił lipiec i sierpień. Trochę przez ten smutek, kiedy fantazjował, jak by to było, gdyby jednak się poddał, a trochę dlatego, bo ona je lubiła. Zobacz, jaki pachnący koperek – powiedziała i podetknęła wilgotny pęczek, który łaskotał w nos. Koperkowej nagotuję, na zimno też smakuje, idź po śmietanę, w pierwszej szufladzie są drobne – nóż już uderzał o deskę. Mówiła bardziej do szatkowanego koperku, niż do niego, jakby on był bez większego znaczenia, jakby był tylko kolejnym przyrządem kuchennym potrzebnym, żeby obiad był na czas. Porozumiewali się, patrząc na przedmioty, a przedmioty przekazywały między sobą informacje w głuchym telefonie. Ile tej śmietany? – zapytał monet rozsypanych na dnie szuflady, a ona odpowiedziała ile.

Opony są niezbędne do treningu. Źdźbła trawy właziły w oczy, słońce ciągle było wysoko. Leżąc, zastanawiał się, czy dzisiaj zadzwonią z klubu i gdzie schowała opony. Do treningu muszą być dwie. Jedna jest pewnie pod schodami, przykryta kocem, zastawiona skrzynią z cebulą. Ale druga? Druga zawsze była wyzwaniem. Przyciągnął ramiona, przewrócił się na brzuch. Zaczął liczyć, unosząc się raz na prawej, raz na lewej ręce. Z każdym ruchem w dół wdychał zapach suchej ziemi. Z każdym ruchem w górę serce gubiło rytm. Nikt się nie dowie. Jeżeli się dowiedzą, nigdy nie zadzwonią. Co prawda mówią, że jest za wolny, ale przecież nadrabia taktyką. Póki co, się maskuje. Matka stanęła w otwartych drzwiach. Ring wolny, pierwsze starcie. Opona! – krzyknął. Zniknęła w korytarzu. Próbował odtworzyć w wyobraźni jej trasę i miejsce potencjalnej skrytki. Grali w to od dawna, w kółko odtwarzali te same figury napiętego rytuału. Znowu pokazała się w drzwiach. Kiedy wstał, w jego kierunku toczyła się pierwsza, którą pchnęła mocno, dbając o precyzję toru. Zablokował oponę stopą. Po chwili druga, wyrzucona jeszcze silniejszym ruchem. Minęła go o kilka metrów i zakreśliła łuk, zatrzymana przez pień jabłoni. Odwrócił się w stronę domu, ale zobaczył tylko zatrzaskujące się drzwi wejściowe. Skuteczna kontra. Oddech już się wyrównał. Jeżeli dziś nie, to pojutrze, bo w niedzielę nie dzwonią – powiedział na głos, tak bardzo chciał uwierzyć. Młot wisiał na haku, koło okna kuchennego. Sięgnął i zajrzał do środka. Otwarte okno przesłaniała szara firanka o gęstym splocie. Zarys matki przesuwał się za tą kurtyną, postukiwał talerzami i sztućcami. Daj mi jeszcze dziesięć minut – on, łagodnie. I tak za gorąca, żeby od razu – ona, wychodząc, znikając za progiem. Remis. Po chwili pojawiła się na werandzie, przeszła przez podwórko. Nawet butów nie włożyła, tylko tak w kapciach – pomyślał. Zatrzymała się przy pierwszej oponie, trąciła ją czubkiem burego laczka. Spojrzała na drugą, westchnęła. Lewą dłonią chwyciła się w pasie, prawą otarła pot, co spływał po brzuchu. Schyliła się po rzuconą w trawie skakankę. Trzeba jedną na drugą położyć! – krzyknął. Ale chyba lepiej jak w cieniu – twierdząco, kiedy już stanął obok.

Od ponad kwadransa okładał opony młotem. Przymierzał, unosił, krok w tył, krok do przodu, uderzał. Odchyliła firankę. Teraz już poruszał się na ugiętych kolanach, krótkimi ruchami wyrzucał pięści przed siebie lub skrywał twarz przed wyimaginowanym przeciwnikiem. Walka z cieniem. W półmroku starych drzew jego sylwetka wtapiała się w tło, traciła barwy, sama stając się kształtem niewyraźnym, o miękkich konturach. Trochę nierealnym, a trochę komicznym, bo kiedy mrugała szybko powiekami, widziała podskakującą postać, której ruchy nie łączyły się płynnie. Chciała zamknąć oczy na dłużej, żeby nie dowiedzieć się, co będzie później i jak się to wszystko skończy. Zadrżała na dźwięk telefonu. A jednak – pomyślała. Pierwszy sygnał, długa, długa cisza. Drugi. Trzeci. Przy trzecim powrócił lęk, silny i nieomal zwierzęcy. Podeszła do stojącego w sieni telefonu. Czwarty sygnał.

O AUTORACH

Alicja Sawicka

Urodziła się w 1981 roku w Szczecinie. Obroniła doktorat w Instytucie Filozofii UW. Autorka publikacji z zakresu teorii sztuki w pismach i antologiach. Pracuje w sektorach non-profit i prywatnym w zakresie sztuki i kultury. Przez kilkanaście lat pełniła funkcję dyrektor programowej Festiwalu Fama w Świnoujściu. Menadżer programowa m.in. Festiwalu im. Zygmunta Haupta w Gorlicach oraz Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Współpracuje z warszawską Szkołą Impro, której jest absolwentką. Brała udział w warsztatach prozatorskich Wydawnictwa Czarne. Zrealizowała kilka odcinków podcastu dla Tok FM, w których czytała autorskie opowiadania („Gdy pytasz, co u mnie słychać”). Mieszka na Grochowie w Warszawie.  

Barbara  Frączyk

Urodzona w 1981 r. Z wykształcenia nauczycielka plastyki, ale od lat pracuje w reklamie jako art directorka. Interesuje się typografią i kaligrafią, tworzy kartki i plakaty z brzydkimi wyrazami. W internecie publikowała rysunkowe perypetie antybohatera Człowieka Rany. Mieszka w Żyrardowie.

Iwona Bassa

Urodziła się i wychowała na Kujawach, zamieszkała w Krakowie z powodu fascynacji młodopolską cyganerią. Pisze prozę, raczej w ukryciu. Robi doktorat z psychologii. Układa słownik gwary kujawskiej.

Marta Lipowicz

Urodzona w 1992 roku w Poznaniu. Ukończyła sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim oraz kurs scenariuszowy w Szkole Wajdy. Laureatka konkursu na koncepcję serialu w ramach festiwalu Script Fiesta. Aktualnie pracuje w branży filmowej oraz zajmuje się narracją w grach wideo.

Mirek Kulisz

Urodzony w 1974 roku w Pruszkowie. Scenarzysta, copywriter, tancerz. Autor opowiadań, tekstów piosenek zespołu Kinky Lobster. Publikował m.in. w „Akcencie”, „Przekroju”, „Kontencie”. Laureat pracowni „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”. Mieszka na warszawskiej Pradze.

Patryk Kulpa

Urodził się w 1993 roku w Krakowie, gdzie potem studiował filologię rosyjską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze wiersze i krótkie opowiadania. Szuka inspiracji w postpunku (zwłaszcza ze Wschodu) i prozie Artura Bolaño. Niedawno przeprowadził się do Warszawy i odkrywa uroki mieszkania w bloku z wielkiej płyty.

powiązania

Rozmowy na koniec: odcinek 2 Nowe głosy z Polski: proza

nagrania / TransPort Literacki Alicja Sawicka Antonina Tosiek Barbara Frączyk Iwona Bassa Jakub Skurtys Marta Lipowicz Mirek Kulisz Patryk Kulpa

Drugi odcinek z cyklu “Rozmowy na koniec” w ramach festiwalu TransPort Literacki 27.

WIĘCEJ

Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021

nagrania / TransPort Literacki Aleksandra Byrska Alicja Sawicka Barbara Frączyk Bartosz Horyza Iwona Bassa Marta Lipowicz Mirek Kulisz Ola Lewandowska Patrick Leftwich Patryk Kulpa Szymon Kowalski Zofia Kiljańska

Czytanie z książki Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021 z udziałem Iwony Bassy, Aleksandry Byrskiej, Barbary Frączyk, Bartosza Horyzy, Zofii Kiljańskiej, Szymona Kowalskiego, Mirka Kulisza, Patryka Kulpy, Patricka Leftwicha, Oli Lewandowskiej, Marty Lipowicz i Alicji Sawickiej w ramach festiwalu TransPort Literacki 27. Muzyka Hubert Zelmer.

WIĘCEJ

Zasady poruszania się po ringu

utwory / premiera w sieci z Połowu Alicja Sawicka

Premierowa proza Alicji Sawickiej Zasady poruszania się po ringu. Prezentacja w ramach projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Manifestowi wystarczy dziesięć punktów

recenzje / KOMENTARZE Alicja Sawicka

Autorski komentarz Alicji Sawickiej, laureatki projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Spróbuj opisać to inaczej

wywiady / O PISANIU Alicja Sawicka Barbara Frączyk

Rozmowa Barbary Frączyk z Alicją Sawicką, laureatką projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Małe kuku

recenzje / KOMENTARZE Barbara Frączyk

Autorski komentarz Barbary Frączyk, laureatki projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Szczęśliwe historie są nudne

wywiady / O PISANIU Barbara Frączyk Mirek Kulisz

Rozmowa Mirka Kuliszaz Barbarą Frączyk laureatką projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Liść na wodzie

wywiady / O PISANIU Marta Lipowicz Patryk Kulpa

Rozmowa Patryka Kulpy z Martą Lipowicz, laureatką projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Wycieczki i małe opętania

wywiady / O PISANIU Alicja Sawicka Mirek Kulisz

Rozmowa Alicji Sawickiej z Mirkiem Kuliszem, laureatem projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Groteska podszyta lękiem

recenzje / KOMENTARZE Patryk Kulpa

Autorski komentarz Patryka Kulpy, laureata pierwszej edycji Połowu prozatorskiego.

WIĘCEJ

Występy w teatrze ról społecznych

wywiady / O PISANIU Iwona Bassa Patryk Kulpa

Rozmowa Iwony Bassy z Patrykiem Kulpą, laureatem projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Igraszki słowne, które sprawiają wielką frajdę

wywiady / O PISANIU Iwona Bassa Marta Lipowicz

Rozmowa Marty Lipowicz z Iwoną Bassą, laureatką pierwszej edycji Połowu prozatorskiego.

WIĘCEJ

Opowiadanie o starych kobietach

utwory / premiery w sieci Alicja Sawicka

Opowiadanie Alicji Sawickiej Opowiadanie o starych kobietach nagrodzone w konkursie „Wiersze i opowiadania doraźne 2021”.

WIĘCEJ

Przeciwstawienie kobiety i mężczyzny

wywiady / O PISANIU Alicja Sawicka Olivia Panufnik

Rozmowa Olivii Panufnik z Alicją Sawicką, laureatką konkursu „Wiersze i opowiadania doraźne 2021”.

WIĘCEJ

Rozmowy na koniec: odcinek 2 Nowe głosy z Polski: proza

nagrania / TransPort Literacki Alicja Sawicka Antonina Tosiek Barbara Frączyk Iwona Bassa Jakub Skurtys Marta Lipowicz Mirek Kulisz Patryk Kulpa

Drugi odcinek z cyklu “Rozmowy na koniec” w ramach festiwalu TransPort Literacki 27.

WIĘCEJ

Rozmowy na koniec: odcinek 1 Nowe głosy z Polski: poezja

nagrania / TransPort Literacki Aleksandra Byrska Antonina Tosiek Bartosz Horyza Jakub Skurtys Ola Lewandowska-Ferenc Patrick Leftwich Szymon Kowalski Zofia Kiljańska

Pierwszy odcinek z cyklu “Rozmowy na koniec” w ramach festiwalu TransPort Literacki 27.

WIĘCEJ

Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021

nagrania / TransPort Literacki Aleksandra Byrska Alicja Sawicka Barbara Frączyk Bartosz Horyza Iwona Bassa Marta Lipowicz Mirek Kulisz Ola Lewandowska Patrick Leftwich Patryk Kulpa Szymon Kowalski Zofia Kiljańska

Czytanie z książki Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021 z udziałem Iwony Bassy, Aleksandry Byrskiej, Barbary Frączyk, Bartosza Horyzy, Zofii Kiljańskiej, Szymona Kowalskiego, Mirka Kulisza, Patryka Kulpy, Patricka Leftwicha, Oli Lewandowskiej, Marty Lipowicz i Alicji Sawickiej w ramach festiwalu TransPort Literacki 27. Muzyka Hubert Zelmer.

WIĘCEJ

Popłyniemy na łów, na łów, towarzyszu mój

recenzje / ESEJE Anna Mochalska

Recenzja Anny Mochalskiej, towarzysząca premierze książki Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021, która ukaże się w Biurze Literackim 3 października 2022 roku.

WIĘCEJ

Czy można się o nich pokłócić?

wywiady / O KSIĄŻCE Antonina Tosiek Maria Krzywda

Rozmowa Marii Krzywdy i Antoniny Tosiek, towarzysząca premierze książki Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021, wydanej w Biurze Literackim 3 października 2022 roku.

WIĘCEJ

Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021 (poezja)

utwory / zapowiedzi książek Aleksandra Byrska Bartosz Horyza Ola Lewandowska-Ferenc Patrick Leftwich Szymon Kowalski Zofia Kiljańska

Fragmenty zapowiadające książkę Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2021, która ukaże się w Biurze Literackim 3 października 2022 roku.

WIĘCEJ

Długo po zakończeniu

recenzje / IMPRESJE Adam Kaczanowski

Impresja Adama Kaczanowskiego na temat prozy Alicji Sawickiej, laureatki projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Smutny i zachwycony

recenzje / ESEJE Adam Kaczanowski

Impresja Adama Kaczanowskiego na temat prozy Barbary Frączyk, laureatki projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2021”.

WIĘCEJ

Lipowicz armatohaubica

recenzje / ESEJE Jakub Kornhauser

Impresja Jakuba Kornhausera na temat prozy Marty Lipowicz, laureatki pierwszej edycji Połowu prozatorskiego.

WIĘCEJ

Zupełnie jak nigdy

recenzje / ESEJE Adam Kaczanowski

Impresja Adama Kaczanowskiego na temat prozy Mirka Kulisza, laureata pierwszej edycji Połowu prozatorskiego.

WIĘCEJ

Kulpa szybowiec

recenzje / ESEJE Jakub Kornhauser

Impresja Jakuba Kornhausera na temat prozy Patryka Kulpy, laureata pierwszej edycji Połowu prozatorskiego.

WIĘCEJ

Bassa torpeda

recenzje / ESEJE Jakub Kornhauser

Impresja Jakuba Kornhausera na temat prozy Iwony Bassy, laureatki pierwszej edycji Połowu prozatorskiego.

WIĘCEJ