recenzje / IMPRESJE

Wymknąć się każdemu bogu

Kacper Bartczak

Recenzja Kacpra Bartczaka z książki Dowód z tożsamości Jerzego Jarniewicza.

Jarniewicz__Okladka_2003_Dowod_z_tozsamosci Biuro Literackie

W „Dowodzie z tożsamości” Jerzy Jarniewicz robi to, co dziś można w poezji zrobić najlepszego: używa ironii tak, by mrugnęła do nas i wskazała poza siebie. Tytuł nowego tomu Jarniewicza jest ironiczny, ale to ironia z drugim dnem, czy może z drugą – albo n-tą – powierzchnią, bo ironia w tych wierszach produkuje światło horyzontalne, łamiące się pod wieloma kątami, wydobywające wiele płaszczyzn. Oczywiście o tożsamości, o byciu „skądś” poeta taki, jak Jarniewicz może dziś mówić tylko z ironią, często gorzką. Wiersze w nowym tomie Jarniewicza poczynają się od słów, które mają nas postawić na twardym, zdawałoby się, gruncie, i stopniowo, każąc nam obracać w ustach znaki i nazwy pewności, ową domniemaną namacalność rozpuszczają w coraz bardziej przeźroczystej wodzie języka naszego powszedniego, zostawiając nas z frazesem wytartym na wylot, nieszczelnym jak skorodowane naczynie.

Ale nie do końca. W „Dowodzie z tożsamości” Jarniewicz wraca – mimo wszystko – do siebie. Oczywiście miejscem przeznaczenia tego powrotu nie jest Łódź, choć taka możliwość wydaje się być rozpatrywana, lecz własna poezja i konsekwencje wcześniej poczynionych poetyckich wyborów. „Dowód” Jarniewicza przekonuje, że na każdego czekają jemu przeznaczone formy i tematy, które wybierają nas sobie i żyją przez nas, a nam się zdaje, że to my je wybieramy i my je poruszamy. W swoim nowym zbiorze Jarniewicz cyzeluje coraz bardziej zamkniętą formę, doprowadzając do wrzenia rodzaj wypowiedzi, którą komunikuje się z czytelnikiem od kilku lat. Oczywiście mam na myśli wrzenie w temperaturach bardzo ujemnych, przy których oddech jest cieczą będącą w stanie kruszyć ciało, albo ciała stałe, w których zimno spala tak, jak ogień.

Wiele lat temu, jeszcze jako jego student, poszedłem posłuchać Jarniewicza, gdy czytał ze swojego drugiego tomu „Rozmowa będzie możliwa”. Jarniewicz powiedział wtedy, że pisał pod wpływem lektury Biblii, w szoku tą lekturą spowodowanym. Jarniewicz powadził się bowiem z Bogiem Starego Testamentu, Bogiem okrutnym, krwawym, mściwym, patriarchalnym. By odreagować szok, zażartował sobie i zaczął Boga-Ojca rozpuszczać w kobiecej nieoznaczoności żywego srebra języka przy pomocy zabaw gramatycznych i leksykalnych. Zwrócił przeciw Bogu jego własną strategię – nieobecność – i skazał Go na bycie w śladzie: w zaimku, który mamy „zamiast twojego imienia”, odwracając tym samym metaforykę Ewangelisty i topiąc namacalność, nawet cielesną, w żywiole nieoznaczoności: „a ciało słowem się stało/i mieszkało między nami”. Zaimek, jak każda inna część mowy, to tylko jedno puste oko w wielkiej sieci, w którą można uwikłać największe nawet imiona. Nieobecność Jednego Imienia może być przestrzenią swobody, w której snuje się i plecie sieć powiązań, a w jej splotach przekaz nieobecnego Boga okazuje się tylko jedną z wielu mitologii. W „Dowodzie z tożsamości”, w swoim jak dotąd najlepszym i najważniejszym tomie, Jarniewicz staje z powagą, która cechować może tylko zdeklarowanego ironistę, przed wyborem dokonanym wówczas. A wybór ten jest dla poety wiążący, i to coraz mocniej. Otóż Bóg też lubi żarty: objawił się ponownie w tym, co nieoznaczone. Jeśli Bóg jest tym, co stwarza, to dziś bogiem jest owa nienamacalna, niezmierzona sieć powiązań, która nas plecie – a nie odwrotnie – a później pruje. Bóg powraca jako idea tego co wiąże, co ogranicza, stwarza i niszczy.

Jarniewicz jako znawca literatury brytyjskiej, a szczególnie poezji z Wysp, zna imperatyw zdawania sobie sprawy, która jest godzina – w życiu własnym, ale przede wszystkim całej kultury. Podobno Pound uzasadnił swoje upodobanie do wierszy młodego Eliota, twierdząc, że autor „Prufrocka” jest jednym z niewielu, którym nie trzeba uprzytomniać, na jakiej kartce otwarty jest kalendarz. U Jarniewicza to spojrzenie w kalendarz odbywa się niemal bezwiednie. W „Niepoznakach”, poprzednim tomie wydanym w roku 2000, wyraźna jest świadomość zależności od arbitrażu liczb i dat. Zmiana w układzie kilku cyferek wystarczy, by cała połać kultury zwana „wiekiem dwudziestym” odłamała się i zaczęła od nas oddalać, a poeta wie, iż rozkojarzona współczesna świadomość nie jest zbyt selektywna i raczej woli odkładać wszystko do jednej szuflady z napisem „przeszłość” niż trudzić się nawet niezbyt subtelnymi rozróżnieniami. W „Niepoznakach” czytamy: „wiek dwudziesty staje się powoli/wiekiem dziewiętnastym//selavy, Marcelu”. Świadomość historyczna to zaniedbane i niezbyt dobrze posortowane repozytorium kulturowych odniesień.

W „Dowodzie z tożsamości” temat naszych ułomnych prób prawidłowego odnalezienia się w kulturowej „teraźniejszości” jest rozwijany. Dla Jarniewicza „być w czasie” to „być na czasie”, to wejść w system kulturowych odniesień, odebrać szum kodów i nazw, na które składają się imiona piosenkarzy i poetów z różnych stuleci, język mediów i tzw. „osobowości medialne” (jeden z wierszy wychwytuje z szumu nazwiska Pieńkowskiej, Jeneralskiego, Durczoka), wiadomości sportowe z różnych lat, popowe i filmowe szlagiery. Oczywiście Jarniewicz już wcześniej pokazał, że potrafi wykorzystać nici, którymi szyte jest akurat homogeniczne kulturowe wdzianko. Jednak „Dowód” wprowadza nowy motyw do zabaw w zgadywanie swojego „gdzie i kiedy”. Oto Jarniewicz zaczyna przyglądać się tym obszarom morza odniesień, po których dryfują informacje niemal urzędowe: takie jak miejsce zamieszkania, czy imię i nazwisko.

Zabawa w „Dowodzie” polega na naiwnym zaglądaniu sobie w dokumenty. Jarniewicz próbuje nas przekonać, że próba dotarcia do namacalnych danych o swojej „osobie”, o sobie jako podmiocie niekoniecznie „lirycznym”, stała się jego nową obsesją. Cała seria wierszy zaczyna się oświadczeniem „tu mieszkam” użytym w rozmaitych kombinacjach. Stwierdzenie to łączy się często z rozważaniami o imieniu; imię jest inną wersją miejsca na mapie, rodzajem przestrzennego przypisania. „Tu mieszkam,/stąd moje imię” dowiadujemy się z wiersza tytułowego. „Tu mieszkam i takim mnie widzisz” czytamy w „Biegu na orientację”. We wszystkich jednak przypadkach deklaracje tego rodzaju zostają prawie natychmiast obnażone jak rodzaj językowej gry i gestu. Wstępne stwierdzenia są, jak wiemy z wiersza otwierającego tom, „grą naskórkową”, która jednak „z zasady nie ma końca”, trwa wciąż, i, miast ustępować głębi, zamknięciu i pewności, angażuje coraz rozleglejsze powierzchnie, rozpuszczając jednoznaczne komunikaty w roztworze innych gier językowych, których wytarta frazeologia zamazuje obraz. Weźmy na przykład wyrażenie „umówmy się”, które robiło ostatnio karierę w narzeczach codzienności. Ma ono prawdopodobnie nakreślić chociaż zarys pewniejszego gruntu dla rozmowy. Efekt bywa odwrotny; umowy są często zrywane. Tak więc, gdy Jarniewicz otwiera „Pokój” oznajmieniem „Tu, umówmy się, mieszkam”, takie „mieszkanie” od progu wiersza zaczyna rozpuszczać się wśród wielu skojarzeń i odniesień. Jego „pokój” staje się echem przygodności takich, jak historia kraju i języka:

Mogę oprzeć się o ścianę,
gdy „opór” budzi śmiech,

albo przebić głową szybę,
mur zostawiając czwórkom

z marmuru
lub z Mariensztatu

Ostatecznie „pokój” jest fantasmagorycznym majakiem pijanego czasu, który nie obiecuje żadnej przyszłości, a więc żadnej pewności:

pokój [jest] miejscem na przyszłość
wczorajszym

Kolejne wiersze w tomie, z coraz większą naiwnością, ale i uporem, kontynuują próby przedostania się pod spód „gry naskórkowej”, cierpliwie nicując frazeologię dnia codziennego. „Lokatorzy” przedstawiają się powtórzoną z wcześniejszego wiersza frazą, ustawioną w nieco innym, choć równie znajomym, kolokwialnym towarzystwie: „Tu mieszkam, powiedzmy/A reszta pójdzie jak z płatka”. Dokąd prowadzi ta naiwność? Mimo iż Jarniewicz przyznaje w „Pokoju”, że jego upór, lub „opór”, może budzić śmiech, to jednak śmiech powinien ustąpić zastanowieniu. Zaczynamy rozumieć, że mówi się tak, jak się żyje, a żyje się w automatyce językowej gry. Rzecz w tym jednak, iż jeśli nie ma nic prócz gry, jeśli całość bycia oplata ciasna sieć syntagmatycznych powiązań, to gra, jako jedyna rzeczywistość, staje się zajęciem dość poważnym i stąd patos tej poezji. Morze frazesu, z którego czerpiemy nasze umowy staje się podstawowym i jedynym rezerwuarem sensów: źródłem historii zbiorowej i osobistej. Zbiornik wytartych i wyświechtanych znaczeń nas prze-znacza i tylko w nim i poprzez niego odkrywamy swoje przeznaczenie. Oto w poezji Jarniewicza widzimy się objęci przez żywioł językowej przygodności, który poprzez nieustanną ewolucję stara się nas umniejszyć, pominąć, zetrzeć, jak gumka ściera ołówkowy zapis. Prawdziwą obsesją i prawdziwym brzemieniem jest nie identyfikacja miejsca i nie imię, jak Jarniewicz sugeruje w motcie wiersza tytułowego, lecz nasze zapominanie imion i, w efekcie, nasze znikanie. Rzeczy giną w nieobjętym procesie ścierania się znaczeń, który dotyka spraw zdawałoby się tak twardych i odpornych na zmianę jak geologia planety.

Sieć, która nas oplata to sieć niepewności i pomyłek, a naszym przeznaczeniem jest być zapisywanym przez ewoluującą machinę ślepych przeinaczeń. Czy pamiętamy, jak naprawdę ma na imię Madonna? I o którą Madonnę chodzi? Czy pamiętamy, kto naprawdę wszedł jako pierwszy na Everest i czy poradzimy sobie z wierszem „W kolejce” bez wiedzy o tym, kim był Tenzing? A nawet jeśli poszperamy w Sieci i dowiemy się, że chodzi o Tenzinga Norgaya (Norkaya?) – Szerpę, który pomógł Hillary’emu zdobyć Everest w (kiedy to było?), to czy jesteśmy nadal pewni, ze Everest pozostaje najwyższym szczytem, szczególnie po lekturze „Ostatniego miotu”, wiersza pomyłek, w którym Jarniewicz nawiązuje do kłopotów z K-2: „na naszych oczach K-2/powoli zamienia się w fikcję/nie do zdobycia”? A co jeśli to właśnie imiona tworzą historię, narodową i osobistą. W świecie przeinaczeń historia łatwo zlewa się z elementami dziecięcych mitologii i strachów, w których wrogowie ludowej ojczyzny, jak Hupka i Czaja, koegzystują na jednym planie z mówiącym po niemiecku Winnetou.

Mity, przeinaczenia, literówki dyktują zapis świadomości. Poetyka bycia w czasie i na czasie: ścieralność – językowa i geologiczna, niepewność – jak najbardziej egzystencjalna, a nad tym wszystkim nimb przygodności, która każe pamiętać, że wiedza dnia dzisiejszego to błąd jutra. Język jest żywiołem nieobjętym, który rośnie wraz z liczbą mówiących. Już Gombrowicz ostrzegał w „Dzienniku”, że podstawowym problemem współczesności jest ilość: ilość mediów, spikerów, słuchaczy, czy po prostu ilość ludzi, z których każdy coś mówi i jest zarówno podmiotem jak i przedmiotem wiedzy ogólnej. Dlatego zainteresowanie wielością, nie jest dziś kwestią wyboru, jak zdawał się sugerować Adam Zagajewski w wywiadzie dla „Przekroju”, przestrzegając piewców wielości przed karą „rozpadu”. Wielość, na dobre czy na złe, jest dzisiaj sytuacją daną poecie nieodwołalnie – wielość poprzedza poetę. Sam Zagajewski wydaje się ignorować fakt, iż gdy wypowiada swoje zdanie na łamach czasopisma wyraźnie znoszącego podział na kulturę „głosu wysokiego” i kulturę popularną, wpisuje się w wielość – w szum – automatycznie. Zagajewski broni jednogłosowości, samemu będąc jednym z wielu głosów. Każda wypowiedź ma niezliczoną ilość możliwych kontekstów i Jarniewicz wykorzystuje to, gdy przestrogą Zagajewskiego karmi jeden ze swoich wierszy. Tęsknota za Jednią, która pobrzmiewa w utylizowanym przez Jarniewicza cytacie, to tylko wycinek nieobjętej gamy ludzkich tęsknot i rzecz w tym, by to, co w wielości nas nicestwi nie Jednią zwyciężać, a wielością. Metodą może być inna tęsknota, ta, za którą opowiada się Jarniewicz, czyli zainteresowanie bogactwem szczegółów. Wielości nie da się usunąć, ale można się nią delektować. Jarniewicz nie wymieni bogactwa doświadczenia – które w „Wierszu z cytatem z Przekroju” reprezentuje jednym ze swoich ulubionych obrazów: różnorodnością warzyw i owoców – na hipotezę sterylnej Całości.

Nie tylko jednak estetyczne upodobania nakazują rzetelne zmierzenie się z wielością. Żeby unieważnić wielość, trzeba by odwrócić wektor biologii: „Dziś w nocy na szczęście czas nas zwielokrotni”. Tylko czy „na szczęście”? Wielość ma wiele aspektów i miłość do niej to uczucie trudne, a sytuacja dana nie musi być zawsze sytuacją lubianą. U Jarniewicza, prócz bogactwa doświadczenia, wielość to przede wszystkim przygodność, która wpisuje błąd i przemijanie w każdą chwilę mówienia i bycia. I tu kończą się żarty. Poecie, któremu ironia nicuje każdą pewność, żywioł niepewnych gier podsuwa nagle motyw jak najbardziej realistyczny, wiążący wielu z nas do naszych miejsc, właśnie dlatego, że są to miejsca utkane z niepewności. W wierszu „Lokatorzy”, Jarniewicz kreśli przygnębiający portret jakże realistycznie polskiej zbiorowości:

W czterech jak co dzień ścianach
dwuwymiarowej przestrzeni

niektórzy studiują mapy a innym
w pięty ucieka

dusza, lub sypie się dom, o którym mówią,
że jest lokatą na życie

Nasze domy, tak jak nasze przekonania, są czymś innym niż myśleliśmy: makietą, kruchą atrapą fałszywych zapewnień, symulacją, taką jak historia, którą próbuje się dla nas klecić przy pomocy powtórzeń, coraz bardziej nieporadnych i żałosnych w obliczu żywiołu zmiany. Próby nadania stałości, narzucenia nam konkretnego poglądu na historię są śmieszne, jak horoskop w brukowcu:

Ostatni dzień sierpnia. Wieczorem spodziewaj się
Człowieka z żelaza. Historia składa się z powtórek.

A jednak w tej śmieszności toczy się nasze życie i z niej bierze się nasza śmierć. W cytowanych powyżej „Lokatorach”, nieoznaczoność i egzema blokowisk są naskórkową wersją śmierci wszechobecnej. Tropy wiersza wiodą ze smutkiem przez nazwy znajomych ulic zawsze w jednym kierunku:

Niektórzy umrą, a inni
będą im deptać po piętach,

odwracając zły wzrok od siebie
jak bieg finałowy zdarzeń

Nasze gry zamykają nas w sobie. Nasz „Bieg na orientację” „można rozegrać na planszy”, wzdłuż kartograficznie rozrysowanych, z góry dla nas przepisanych ścieżek zwykłości. I choć to tylko makieta, to domyślamy się, iż jest kompletna, jak owa mapa z Borgesa, która dokładnie odwzorowała i pokryła cały ląd. A więc grając z makietą, gramy o wszystko. Jarniewicz gra o siebie, o czytelnika, o znalezienie sposobu na bycie w świecie niepewności, rozpadu i śmierci. Jego strategią jest wniknięcie w niepewność i dlatego jego gra jest grą z obecnością, z nazwami. „Tu mieszkam” Jarniewicza odsyła nas do Łodzi, która staje się niezwykle nośną metaforą ścieralności. Łódź to model polskich transformacji, punkt ogniskowy zmian, preparat doświadczalny. To miasto, którego jeszcze nie tak dawno, przyjmując skalę pamięci nieselektywnej, nie było. Później urosło nagle, a teraz wydaje się rozmywać. To miasto pubów i techno, bo ekstatyczny odlot przesłania niewygodną świadomość znikania. Ponieważ jednak zanik jest przypadłością uniwersalną, czemu nie miałby się z Łodzią identyfikować nawet człowiek, który często bywa w innych miastach.

W „Wietrznym mieście Łódź”, dumnej wieczności niektórych miast przeciwstawiona jest ulotność Łodzi:

Wiatr przewiewa na wylot
nieruchome miasto.

Nigdy nie umiało się kolebać
a rości sobie pretensje.

W powietrzu stoi
niezamieszkany wieżowiec

W takich wersach poeta przezwycięża frazes i przenosi nas ku niesamowitości naszej sytuacji. Znamy te gmachy, ich korporacyjne pretensje, z których później zostaje tylko surrealizm. Ich smutek łączy nas z przemijaniem, ze światem, który za moment będzie już istniał tak, jak w kulturowej sieci istnieją szepty umarłych. Dopiero poprzez doświadczenie naszego znikania wagę nabiera frazes „tu mieszkam”. Płynący w ruchomym powietrzu pusty wieżowiec to fantasmagoryczne widmo znikania naszego wspólnego, to obraz świata odrealnionego, który uzyskuje się przez dogłębne doświadczenie śmiertelności. W takich wersach Jarniewicz wykracza poza ironię i kreuje głos, który mówi z przestrzeni odwrotnej do naszej.

Pomimo oczywistej ewolucji warsztatowej i formalnej, u Jarniewicza gra toczy się, tak jak kilka tomów wstecz, o możliwość wypowiedzi, o to, czy rozmowa będzie możliwa. Gra to zmaganie z żywiołem, który nas naznacza. Sieć odniesień kulturowych obnaża nas jako tymczasowe punkty przecinania się związków frazeologicznych, które nas ze sobą krzyżują, by nas ukrzyżować. Wyobraźnia językowa autora „Dowodu” jest wyobraźnią horyzontalnego morza powiązań i przylegań, czyli wyobraźnią syntagmatyczną, ale jego syntagmaty to nasze stygmaty: przybijają nas one do drewna frazesu. Jarniewicz obrał drogę przez językowy czyściec: swojej szansy na „znaczenie”, albo na „mówienie”, doszukuje się w podróży przez obszar językowej nicości, w zanurzeniu się po usta w morzu martwej metafory, którego owoce są tylko żartem, krzykliwym zapisem w karcie dań:

Pizza w Ustce z owocami morza,
a za oknem morze, ale bez owoców.

Martwe?

Przed laty Jarniewicz pisał w „Wierszu ostatnim”, utworze, który zamykał tom „Rozmowa będzie możliwa”: „gorący czajnik/z zimną jak śmierć wodą/która wypełni ci usta”. Mówić z wodą nabraną w usta, to milczeć, czyli mówić do siebie: „w milczeniu/z sobą samym/rozmowa będzie możliwe”. Tak kończył się tom, w którym szansa na mówienie znaczące była jeszcze upatrywana w poszukiwaniu ciszy, a Jarniewiczowi zdarzały się medytacyjne miniatury: „ziarno/opatulone bielmem słów/odnaleźć/i przesadzić/w ciszę”. Od „Wiersza ostatniego” minęło trochę czasu i sporo wierszy, i cisza nie jest już opcją – ciszy nie ma. Martwa woda rozlewa się wszędzie wokół i wydaje szum. Ów szum jest nieusuwalny, a wzięcie wody w usta oznacza nie milczenie, a nakaz mówienia. Unik i ucieczka w milczenie są bezużyteczne. Żeby mówić, choćby tylko do tych „paru ludzi, licz[ąc] na niewiele”, jak pisał Bohdan Zadura w „Starych znajomych”, do garstki, którą Jarniewicz identyfikuje w „Dowodzie” jako tych, „co umieją czytać”, trzeba zanurzyć się w letnią wodę nieobjętego morza zużytego języka. I trzeba to zrobić bez uników: woda musi napełnić nie tylko usta, ale także nos i tchawicę. Trzeba się zacząć dusić, by coś z siebie wyksztusić.

Jarniewicz stosuje dwie podstawowe strategie, by osiągnąć takie radykalne zanurzenie. O pierwszej już wspominałem: jest to strategia „nicowania” słów i związków frazeologicznych i ujawniania ich niesubstancjalnej lekkości. Zwrotki Jarniewicza często rozpływają się nam w ustach. Weźmy na przykład początek omawianego już „Biegu na orientację”:

Tu mieszkam i takim mnie widzisz,
przybrany akcent rozpoznając z miejsca.

Z miejsca też wyprowadzasz moje imię na ludzi

Drugi dwuwiersz złożony jest w całości z frazeologii tak gruntownie startej, iż mamy wrażenie, że ktoś podnosi kliszę języka do światła, które ją prześwietla i ściera zapis. Jarniewicz osiąga maksymalną wieloznaczność przy minimum słów i sprawia, że sens wymyka nam się, gdy tylko próbujemy go uchwycić. „Z miejsca” czyli z miejsca zamieszkania, ale również „od razu” lub „automatycznie”. „Wyprowadzasz” odsyła nas do tytułowej wieloznaczności słowa „dowód” – do „tożsamości” której należy dowieść, a dowód „wyprowadza się” z przesłanek. Ową przesłanką ma być fakt posiadania imienia. Imienia, które nie jest tabu, lecz uczestniczy w syntagmatycznej sieci imion i skojarzeń. „Imię” wrzuca poetę nieodwracalnie w bycie człowiekiem, ale dzieje się to – znów – automatycznie, jakby ktoś prowadził go na sznurku na spacer, żeby tak zwane „ja” mogło „wyjść na ludzi”. Człowiek – to brzmi dumnie – chociaż tak niewiele, zdawałoby się, potrzeba do „wyjścia na ludzi”. Czarodziejska różdżka słów – nazywania nas po imieniu – czyni z nas ludzi czyli istoty tak przeźroczyste, jak język, który jest materią ścieralną. Każde słowo w tym dwuwierszu ciągnie w inną stronę, w strony innych miejsc i słów. Człowiekiem można być tylko przez posiadanie imienia, ale imię zamazuje nas automatycznie, skazuje na istnienie w pomyłce, rozmyciu, a ostatecznie na zapomnienie. Podwójny nelson.

Zanurzenie się w morzu ścieralnej potoczności jest dziś postawą wielu poetów, jednak w przypadku Jarniewicza wyczyn ten przebiega w bardzo specyficznym stylu. Jego drugą strategią jest konsekwentne odchudzanie formy wypowiedzi. Jarniewicz nie otwiera się na ocean języka, jak czynią to niektórzy poeci. Wystarczy mu kilka słów, z których każde chce ulecieć w inną stronę, by nieobjętość zasugerować poprzez zwięzłość. Dwuwiersz Jarniewicza eksponuje biel papieru – nieobjęty biały szum, z którego wszystkie te wiersze zdają się powstawać. Jednocześnie oszczędność formy imituje gest zaciskającej się dłoni, próbę zatrzymania sensu, wyciśnięcia go z gąbki banału. Jarniewicz nabiera w usta niewiele słów, ale ponieważ gardło jego poezji jest ściśnięte, a zwarta forma wywiera ciśnienie na składnię i leksykę, słowa rosną poecie (czytelnikowi?) w przełyku i w nim więzną. Jarniewiczowski dwuwiersz ma być dobrowolnym zamknięciem i ograniczeniem. Tak właśnie wyłożyłbym sens snu Bohdana Zadury, którego fragment opisany jest na tylnej okładce „Niepoznak”. We śnie Zadury Jarniewicz zamyka się w bagażowym schowku, a Zadura – czytelnik Jarniewicza – ma do niej klucz. Jarniewicz przychodzi na brzeg martwego morza języka z nieufnością i sceptycyzmem, którego efektem jest niemalże matematyczna asceza wypowiedzi. Tropienie pustki odbywa się poprzez radykalne samo-ograniczenie – dobrowolne zamknięcie się w klatce składniowo zdyscyplinowanego dwuwiersza – i jest ono zajęciem wysoce precyzyjnym. Oszczędny dystych to mówienie przerywane, zdławione, eksponujące brzeg frazy, utrzymujące wiersz jakby z wysiłkiem na słyszalnej granicy szumu. To również mówienie mocne, dobitne, nieomal drapieżne, w którym wyizolowany banał narowi się i skacze do gardła. Oczywiście, Jarniewicz mówi językiem powszednim, ale typowe cechy codziennych wypowiedzi – niespójność i alogiczność – zostają poddane rafinacji. Mowa wiązana Jarniewicza to zwykłość wyostrzona i wysublimowana.

U Jarniewicza językowy żywioł jest jednocześnie ośrodkiem twórczym i ciasnym więzieniem. Człowiek według Jarniewicza rodzi się nie w miejscu lecz w języku, który czeka na niego jak zastawiona sieć ścieralnych imion i znaków, w którą człowiek wpada – rodzi się – w całości: ciało i duch są wersjami sieci i sieć definiuje – poprzez opis – obydwie te sfery. Ciało „słowem się stało” i proces ten przebiega tyko w jednym kierunku: ku coraz ściślejszej zależności namacalnej formy człowieczeństwa od materii opisu. A zatem produkowanie sensów – mówienie – bezpośrednio dotyka ciał tych, którzy mówią. Czym więcej sensów i znaczeń człowiek wyprodukuje w życiu, próbując kształtować swoje przeznaczenie, tym silniejsze więzy go oplotą. Słowa i formy wiążą nas, więznąc nam w gardle, a ciało które „słowem się stało” podlega tym samym pomyłkom, przeinaczeniom i frazeologicznym zwapnieniom, które dotykają innych językowych tworów. Jako wytwór opisu, ciało ulega ścieraniu i rozpadowi. Bohdan Zadura powiedział kiedyś: „im więcej mamy słów wokół siebie, tym bardziej nam słów brakuje. Im częściej ich używamy tym szybciej się zużywają.” Jarniewicz parafrazuje Zadurę mniej więcej tak: im więcej wokół nas języka, tym bardziej nam nas samych brakuje, tym bardziej my się zużywamy. Precyzja obrazowania, „radykalny słowizm” poety z miasta oblężonego własnym znikaniem, skazują ciało na klinikę białej kartki, szpital wzniesiony przez formalny rytm mowy niezwykle ciasno i oszczędnie wiązanej. Ciało jest spięte i odchudzone, jak język, który trafia do czytelnika pocięty przez formalny skalpel frazeologicznych ironii. Precyzja, po którą Jarniewicz sięga, działa właśnie jak chirurgiczne narzędzie. W „Skalpelu” czytamy:

z każdym słowem ubywa lat
coraz mniej rzeczy do dotknięcia

z każdą chwilą przybywa słów
coraz mniej rzeczy do nazwania

na wysokości krtani
słowa się wiążą

To jest moment, w którym zanurzenie się w morzu frazesu osiąga w tomie punkt przesycenia, w którym szum zaczyna dławić. Jednak jeśli ktoś żywiłby jeszcze nadzieję na ucieczkę w ciszę lub milczenie, pozostała część wiersza nadzieję tę niweczy. Rozcięcie węzła prowadzi do agonii bezwyrazu:

odpowiedzią
tracheotomia

nie żeby mówić

żeby jak się da oddychać

Próba rozcięcia wiążącej sieci i wyjścia poza nią kończy się nie medytacyjną ciszą, ale zadyszką. Wyjściem jest więc konfrontacja z językiem poprzez mówienie. U Jarniewicza jest to konfrontacja radykalna. Chodzi o ruch przeciwko bezwładowi językowej martwoty, czyli o intymny kontakt z każdym słowem z osobna, o zapis słów przeciwko ścieralności, zapis „dla tych, co umieją czytać”. Taka jest współczesna podniosłość: w sekretnym porozumieniu z wyselekcjonowanym czytelnikiem, poeta konspirator szuka sobie jedynie możliwego imienia i jedynie dostępnego domostwa: siedziby w nieoznaczoności. Inni, nieświadomi tego, w jaki sposób sieć wytycza ścieżki ich życia, są prawdziwie bezdomni. Tych, jak dowiadujemy się w wierszu „Sierpień”, „przygarnie ulica”. Aby jednak mieć dom w nieoznaczoności, trzeba odczuć śmierć języka na własnym ciele i zamienić język w stygmat, który znaczy ciało. Głos obecny w tych wierszach jest głosem „spoza” tego świata, głosem „nieludzkim”, który wydaje z siebie poeta ukrzyżowany przez język. Głos ten zostaje wzmocniony w elegijnym cyklu, który zamyka tom. W „Evviva (wiersz drugi)” czytamy:

Dokonało się
Można zdjąć i pogrzebać.

Kondukt miarowy
jak wiersz,

dół głęboki
jak metafora,

śmiertelna precyzja
obrazu.

„Evviva” – jak w „Evviva l’arte”? Jeśli tak, to Jarniewicz zwraca ironię przeciwko własnemu pisaniu, które dzieje się kosztem życia. Z drugiej jednak strony, wiersz jest przecież koniecznym dla poety ruchem w grze przeciwko śmierci, która gnieździ się w naturalnej inercji języka. Dlatego poeta, który godzi się na wejście do zgotowanego samemu sobie czyśćca poezji czyni to świadomie, upatrując szansy na życie, które może przyjść po językowym samo-ukrzyżowaniu, czy samospaleniu. Wiersz spala, lub zamraża, i kruszy ciało, jest ciśnieniowym piecem, w którym sublimacja sensów mających szansę trwać oznacza jednocześnie uśmiercenie ciała. Precyzyjne zmagania ze słowami wydzierają słowa z nas, i takie mówienie oznacza powolne tlenie się lub gwałtowne spalanie. Efekty tego procesu widoczne są najpierw w „Opowieści wigilijnej”: „Na dnie wiersza, jak w popielniczce,/gromadzi się popiół”, a później w „Elegii na temat”, której tematem, wbrew przykazaniu Czesława Miłosza, jest śmierć, w tym wypadku śmierć przez mówienie: „Z ust ulatuje/swąd spalonego ciała”. „Evviva (wiersz trzeci)” dopowiada rzecz do końca:

W wierszu
jak w krematorium

nic co ludzkie,
kochanie.

Sztuka jest sztuką
Spopielania

Robi się niewesoło. Niegdyś Bóg mówił do ludzi, przyjmując postać ognistą. Dziś poeta, który wplótł Boga w język, by móc uprawiać sztukę nieskrępowaną dyktatem Jednego Imienia, zostaje przez język spalony. Sposób, w jaki Jarniewicz podchodzi do języka zmienia język w siłę twórczo-niszczącą tak samo „nieludzką”, jak patriarchalny Demiurg. Tak więc rezygnacja z Jednego Imienia i wplecenie go w ścieralną sieć wszechogarniających globalnych powiązań, nie jest u Jarniewicza wydarzeniem radosnym i Jarniewicz nie jest ekstatycznym Nietzscheańsko-Derridowskim tancerzem nieoznaczoności. Przygodność językowa, która jest jedyną przestrzenią dostępną po rezygnacji z jakichkolwiek „drugich przestrzeni”, jest dla Jarniewicza przede wszystkim radykalnie wzmożoną świadomością śmierci. Sam fakt uczestnictwa w nieustannym procesie powstawania i ginięcia kodów kultury jest zanurzeniem się we wszechobecnym, nieustającym zapomnieniu, a ostatecznie w umieraniu. Tajemnicą „Grudnia” nie jest ograniczenie Nieskończonego, ale nasza nieustanna koegzystencja ze światem umarłych:

A wiesz, powiedziałem, ten gość od Don Kichota
nie żyje od kilku stuleci
i Szekspir też już niczego nie napisze.

I właśnie taka rozmowa z umarłymi, mówienie z odwrotnej przestrzeni, zdaje się być tym fortelem, który ma nam wygrać życie w grze z umieraniem. Wiersz spala, ale dzieje się tak po to, by poeta mógł z kulturowego szumu wyłowić głosy umarłych i pokazać, jak umarli są żywi wśród nas. „Grudzień” kończy się bardzo wieloznacznie. Na pytanie rozmówcy, czy partycypacja w życiu kultury jest tylko lekturą nekrologów, poeta zamyka cały tom odpowiedzią, która sugeruje wachlarz możliwości: „nie mów, mówię, nie mów.” „Nie mów” czyli nie dopowiadaj i lepiej milcz, czy może nie „przesądzaj sprawy” i mów inaczej, by inaczej słyszeć?

To jest pytanie do każdego czytelnika z osobna. Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że Jarniewicz wygrywa swoją grę tam, gdzie udaje mu się przejść w rodzaj „innej” przestrzeni, przestrzeni która anuluje zarówno potrzebę metafizycznego „poza” jak i angst z powodu nieobecności takiego miejsca przeznaczenia. Owa inna przestrzeń otwiera się, według mnie, tam, gdzie syntaktyczno-frazeologiczna precyzja katapultuje nas nagle w jakość, którą nazwałbym po prostu „niesamowitością”. Dzieje się tak, gdy rafinacje Jarniewicza spalą już logikę obrazowania i przemienią język w narzędzie magicznego zadziwienia. W takich momentach poetyckie mówienie po samo-spaleniu uwalnia nas z więzów i ożywia, inaczej już jednak niż czyni to ironia. Fraza Jarniewicza pozwala sobie wtedy na luźniejszą naiwność, niemalże tautologię, w której doświadczenie świata wraca pomimo faktu, iż jest to powrót przez banał. To tak, jakby Jarniewicz ożywiał banał w sposób łagodny, jakby go obłaskawiał. Monotonia zwykłych codziennych przedmiotów zostaje zaakceptowana i poetycko przetworzona tak, byśmy dostrzegli ich niesamowitość. Weźmy na przykład epizod w „Jasnej pogodzie”:

Pod Kopernikiem
ktoś sprzedawał lody.

Ciekawe, czy zimne w tym słońcu
spytałaś.

Wiersz przywraca żywotność najpospolitszych sytuacji, sublimuje frazes, ale tak, by za moment frazes oddał się niesamowitości:

A mnie ni stąd ni zowąd
zaczęły obchodzić

niemożliwe mrówki
na moich niewidzialnych plecach

Jutro też tu przyjdziemy

Ostatnie zdanie, łamiące rytm dystychu, o cudownie nieustalonych konsekwencjach, przezwycięża automatyzm powtórzenia, który zdaje się być jego treścią. „Jutro też tu przyjdziemy” i fakt, iż nie ma to najmniejszego znaczenia – że nic, ani nikt, nas tym „przyjściem” nie prze-znacza – uwalnia nas: jutro też tu przyjdziemy, być może znów po niesamowitość. Dlatego gdy Jarniewicz kończy „Evviva (wiersz drugi)” dwuwierszem: „Bliżej życia są tylko/słowa niepoukładane” odbieram to jako konflikt w jego poetyce, konflikt między impulsem do frazeologicznych zaciśnięć i „śmiertelnej precyzji obrazu”, a możliwością otwarcia na przestrzeń, która wymknie się każdemu bogu, tam gdzie oszukujemy ścieralność języka, przenosząc go w sferę niewiedzy, gdzie mówi się tak, by mówienie, nie cisza, oddały nam świat niesamowity.

O AUTORZE

Kacper_Bartczak
Kacper Bartczak

Urodzony w 1972 roku. Poeta, krytyk, tłumacz poezji, amerykanista. Wydał kilka tomów poezji, ostatnio: Wiersze organiczne (2015). Autor monografii o Johnie Ashberym (2006) oraz zbioru esejów o poezji i teorii, Świat nie scalony (2009), za który otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie”. Tłumaczył wiersze Johna Ashbery’ego, Rae Armantrout i Petera Gizziego. Stypendysta Fundacji Fulbrighta (dwukrotny) i Fundacji im. T. Kościuszki. Uczy literatury amerykańskiej na Uniwersytecie Łódzkim.

powiązania

07_UTWORY__Kacper Bartczak__Naworadiowa

Naworadiowa

utwory / zapowiedzi książek Kacper Bartczak

Fragment zapowiadający książkę Naworadiowa Kacpra Bartczaka, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 26 sierpnia 2019 roku.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Rae ARMANTROUT__

Poza granicą czasu i przestrzeni

wywiady / O KSIĄŻCE Kacper Bartczak Rae Armantrout

Rozmowa z Rae Armantrout, towarzysząca premierze książki Ciemna materia Rae Armantrout w tłumaczeniu Kacpra Bartczaka, wydanej w Biurze Literackim 3 września 2018 roku.

WIĘCEJ
03_RECENZJE__Kacper BARTCZAK__Ciemna materia i błona wiersza

Ciemna materia i błona wiersza

recenzje / ESEJE Kacper Bartczak

Esej Kacpra Bartczaka dotyczący książki Ciemna materia Rae Armantrout, wydanej w Biurze Literackim 3 września 2018 roku.

WIĘCEJ
20_NAGRANIA__Różni AUTORZY__Intymność w wierszu

Intymność w wierszu

nagrania / Stacja Literatura Asja Bakić Charlotte Van den Broeck Kacper Bartczak Llŷr Gwyn Lewis

Spotkanie autorskie w ramach festiwalu Stacja Literatura 22, w którym udział wzięli Asja Bakić, Charlotte Van den Broeck, Llŷr Gwyn Lewis i Kacper Bartczak.

WIĘCEJ
20_NAGRANIA__Kacper BARTCZAK, Martyna BULIŻAŃSKA, Roman HONET, Szymon SŁOMCZYŃSKI, Maciej JAKUBOWIAK_Symulacja świata

Symulacja świata

nagrania / Stacja Literatura Kacper Bartczak Maciej Jakubowiak Martyna Buliżańska Roman Honet Szymon Słomczyński

Spotkanie autorskie w ramach festiwalu Stacja Literatura 22, w którym udział wzięli Kacper Bartczak, Martyna Buliżańska, Roman Honet, Szymon Słomczyński i Maciej Jakubowiak.

WIĘCEJ
20_NAGRANIA__John ASHBERY__Tribute to John Ashbery

Tribute to John Ashbery

nagrania / Stacja Literatura Asja Bakić Bagio Guerra Bogusław Kierc Dawid Mateusz Joanna Mueller John Ashbery Kacper Bartczak Llŷr Gwyn Lewis Lynn Suh Marcin Sendecki Radosław Jurczak Roman Honet Ryan van Winkle Szymon Słomczyński Tomasz Bąk

Spotkanie autorskie „Tribute to John Ashbery” w ramach festiwalu Stacja Literatura 22.

WIĘCEJ
02_WYWIADY__ Llŷr Gwyn LEWIS__Nowe głosy z Europy Llŷr Gwyn LEWIS

Nowe głosy z Europy: Llŷr Gwyn LEWIS

wywiady / O PISANIU Kacper Bartczak Llŷr Gwyn Lewis

Rozmowa Kacpra Bartczaka z Llŷr Gwyn Lewis. Prezentacja w ramach cyklu „Nowe głosy z Europy”.

WIĘCEJ
02_WYWIADY__ Charlotte VAN DEN BROECK__Nowe_głosy_z_Europy

Nowe głosy z Europy: Charlotte VAN DEN BROECK

wywiady / O PISANIU Charlotte Van den Broeck Kacper Bartczak

Rozmowa Kacpra Bartczaka z Charlotte Van den Broeck. Prezentacja w ramach cyklu „Nowe głosy z Europy”.

WIĘCEJ
WYWIADY____Asja_BAKIC__

Nowe głosy z Europy: Asja BAKIĆ

wywiady / O PISANIU Asja Bakić Kacper Bartczak

Rozmowa Kacpra Bartczaka z Asją Bakić. Prezentacja w ramach cyklu Nowe głosy z Europy.

WIĘCEJ
WYWIADY_bartczak

Echo-sfera wiersza

wywiady / O KSIĄŻCE Kacper Bartczak Paweł Kaczmarski

Rozmowa Pawła Kaczmarskiego z Kacprem Bartczakiem, towarzysząca premierze książki Pokarm suweren, wydanej w Biurze Literackim 12 czerwca 2017 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Historia-jednego-wiersza,-czyli-pamiec-wielu-rzeczy (1)

Historia jednego wiersza, czyli pamięć wielu rzeczy

recenzje / KOMENTARZE Kacper Bartczak

Autorski komentarz Kacpra Bartczaka do książki Pokarm suweren, wydanej w Biurze Literackim 12 czerwca 2017 roku.

WIĘCEJ
Bartczak__Fotorelacja__Festiwal__2006-04-09__01

Nieistniejąca pocztówka

dzwieki / RECYTACJE Kacper Bartczak

Wiersz zarejestrowany podczas spotkania „Odsiecz” z festiwalu Port Wrocław 2006.

WIĘCEJ
nagrnia_nowe

Nowe głosy z Europy 2016: Poezja

nagrania / Stacja Literatura Anja Golob Árpád Kollár Juana Adcock Kacper Bartczak

Zapis ze spotkania autorskiego „Nowe głosy z Europy 2016: Poezja i Proza”, w którym udział wzięli Kacper Bartczak, Anja Golob, Juana Adcock oraz Árpád Kollár. Spotkanie odbyło się w ramach festiwalu literackiego Stacja Literatura 21.

WIĘCEJ
RECENZJE_dom_wad

Dom wad

recenzje / ESEJE Kacper Bartczak

Komentarz Kacpra Bartczaka do zestawu wierszy Julii Miki „Wiersze czyszczące”. Prezentacja w ramach cyklu tekstów zapowiadających almanach Połów. Poetyckie debiuty 2016, który ukaże się w Biurze Literackim.

WIĘCEJ
UTWORY_bartczak

Wiersz na święta: Konsubstancje

utwory / zapowiedzi książek Kacper Bartczak

Wiersz pochodzi z książki Pokarm suweren Kacpra Bartczaka, która ukaże się w przyszłym roku w Biurze Literackim.

WIĘCEJ
RECENZJE_pszoniak

Przekład wewnętrzny – uwaga wstępna do wierszy Kuby Pszoniaka

recenzje / ESEJE Kacper Bartczak

Komentarz Kacpra Bartczaka do zestawu wierszy Kuby Pszoniaka „Chyba na pewno”. Prezentacja w ramach cyklu tekstów zapowiadających almanach Połów. Poetyckie debiuty 2016, który ukaże się w Biurze Literackim.

WIĘCEJ
RECENZJE_zduneki

Bartek Zdunek i jego melodyjne geodezje

recenzje / ESEJE Kacper Bartczak

Komentarz Kacpra Bartczaka do zestawu wierszy Bartka Zdunka „Sól z ziemi”. Prezentacja w ramach cyklu tekstów zapowiadających almanach Połów. Poetyckie debiuty 2016, który ukaże się w Biurze Literackim.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Bumerang

Sprawa szerszego programu

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Kałuża Kacper Bartczak

Z Anną Kałużą o książce Bumerang rozmawia Kacper Bartczak.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Swiat-nie-scalony

Poezja nie jest już liryką

wywiady / O KSIĄŻCE Jakub Skurtys Kacper Bartczak Paweł Kaczmarski

Z Kacprem Bartczakiem o książce Świat nie scalony. Estetyka, poetyka, pragmatyzm rozmawiają Paweł Kaczmarski i Jakub Skurtys.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Swiat-nie-scalony

Przeciw scaleniu. Krytyczne tropy

recenzje / ESEJE Paweł Kaczmarski

Recenzja Pawła Kaczmarskiego z książki Świat nie scalony Kacpra Bartczaka.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Swiat-nie-scalony_1

"I to jest jakieś otwarcie na przyszłość" – Kacpra Bartczaka wstęp do poetyki pragmatystycznej

recenzje / ESEJE Jakub Skurtys

Recenzja Jakuba Skurtysa z książki Świat nie scalony Kacpra Bartczaka.

WIĘCEJ