Ta opowieść rozgrywa się głównie podczas trymestru jesiennego 1940 roku na Uniwersytecie Oxfordzkim. Czas i miejsce są przeważnie prawdziwe, ale postacie – fikcyjne. Jako że historia, choć długa, pozostaje w istocie skromnym opowiadaniem, zrezygnowano z wyodrębniania rozdziałów, gdzieniegdzie wprowadzając jedynie światło.
* * *
John Kemp siedział w kącie pustego przedziału pociągu pokonującego ostatni odcinek trasy do Oxfordu. Dochodziła czwarta, w czwartkowe popołudnie w połowie października, i powietrze zaczęło już gęstnieć – jak zwykle jesienią, nim zapadnie zmrok. Niebo stężało od nieprzeniknionych chmur. Gdy pozostawili za sobą gazometry, wagony towarowe i osmalone wiadukty Banbury, wyjrzał na pola i zwrócił uwagę na przesuwające się błyskawicznie kępy drzew. Każdy więdnący liść miał swój własny odcień, od najbledszej ochry niemal po fiolet. Dzięki temu każde drzewo wyróżniało się spośród innych, jak na wiosnę. Żywopłoty wciąż były zielone, ale listki wplecionych w nie powojów nabrały niezdrowej żółtej barwy i z daleka wyglądały jak późne kwiaty. Niewielkie odnogi rzek wiły się wśród porosłych wierzbami łąk, tak że ich powierzchnia zasypana była liśćmi. Brzegi były spięte pustymi kładkami.
Wszystko wyglądało na zimne i opuszczone. Na szybach wagonów wciąż widniały niebieskawe zawijasy – ślady irchowych myjek – więc zajął się oglądaniem przedziału. Z pąsowych siedzeń wagonu trzeciej klasy unosiły się zapachy kurzu, lokomotywy i tytoniu, ale powietrze było ciepłe. Z przeciwległej ściany spoglądały na niego fotografie Portmadoc1 i zamku w Dartmouth2. Był drobnym osiemnastoletnim chłopcem o bladej twarzy i miękkich jasnych włosach, dziecinnie zaczesanych z lewej strony na prawą. Oparł się o siedzenie, wyprostował nogi, a dłonie wcisnął głęboko w kieszenie taniego niebieskiego płaszcza. Klapy wywinęły się na zewnątrz, a od guzików ciągnęły się zagniecenia. Jego szczupła twarz robiła wrażenie ściągniętej, wokół ust czaiło się napięcie, a na czole utrzymywała niewielka zmarszczka. Całej jego powierzchowności brakowało blasku i bujności. Tylko jedwabiste włosy, miękkie jak puch ostu, mogły stwarzać wrażenie, że jest ładny.
Cały dzień spędził w podróży i był głodny, gdyż właściwie nie jadł lunchu. Kiedy tego ranka wyruszał z domu w Lancashire, miał w kieszeniach dwie paczuszki z kanapkami, które matka przygotowała poprzedniego wieczora. Kanapki z jajkiem były zawinięte w biały papier, a kanapki z szynką w brązowy – każda przewiązana sznurkiem, porządnie, ale nie za mocno. Jednak za kwadrans pierwsza siedział w wypełnionym przedziale, bez perspektywy przesiadki przez najbliższe pięćdziesiąt minut – a ponieważ bał się jeść przy obcych, z niepokojem spoglądał na współpasażerów, chcąc się przekonać, czy oni także wyjmą jedzenie. Nic na to nie wskazywało. Jeden z mężczyzn przepchnął się do wyjścia i poszedł zjeść lunch w wagonie restauracyjnym, ale pozostali – dwie starsze panie, piękna dziewczyna oraz duchowny, który czytał książkę i robił w niej zapiski – spokojnie siedzieli na miejscach. John nie podróżował dotąd zbyt często i z tego, co wiedział, jedzenie w przedziale to przejaw złych manier. Próbował czytać. Ale o pierwszej, zdesperowany, przemknął do łazienki, zaryglował drzwi i zdążył połknąć kilka kanapek, zanim wściekłe łomotanie do drzwi sprawiło, że wypchnął resztę przez wywietrznik, hałaśliwie i bez potrzeby spuścił wodę w klozecie, po czym wrócił na swoje miejsce. Zupełnie jakby jego powrót był umówionym sygnałem, niższa i grubsza ze starszych pań rzuciła z zadowoleniem: „No!” i wyjęła skórzaną torbę na zakupy, z której wydobyła: serwetki, paczuszki z kanapkami, małe ciastka z owocami i termos, po czym obie zaczęły jeść – zrobił się z tego mały piknik. Tymczasem piękna dziewczyna wyciągnęła zwykłe bułki z serem zawinięte w sreberko, nawet stary duchowny wkruszał sobie do ust herbatniki, z chustką do nosa wetkniętą za koloratkę. John ledwie śmiał oddychać. Czuł, że starsze panie wymieniają spojrzenia; siedział zgnębiony i przewracał strony Snu nocy letniej, czekając na to, co, jak wiedział, musi nastąpić: chwilę, gdy któreś ze współpasażerów litościwie zaproponuje, żeby się poczęstował. I rzeczywiście – po pięciu minutach poczuł trącenie łokciem i zobaczył, że niższa i grubsza z pań wychyla się ku niemu z owiniętą w serwetkę paczuszką. Kobieta miała zaróżowioną twarz i obnażała w uśmiechu sztuczne zęby.
– Może miałbyś ochotę na kanapkę, chłopcze?
Stukot pociągu częściowo zagłuszał jej słowa, ale gest był wymowny.
– Hm… nie, dziękuję… to bardzo miło z pani strony… nie, dziękuję… ja…
Nie mógł przecież tłumaczyć, że swój lunch wyrzucił przez okno ubikacji; tymczasem pani nadal trzymała przed nim zawiniątko, potrząsając nim zdecydowanie.
– Śmiało, chłopcze… w bród… będziesz głodny…
Pod beżowym płaszczem podróżnym miała kremową bluzkę z kołnierzykiem spiętym stalową broszką.
Ponieważ John nadal za pomocą gestów i słów dawał do zrozumienia, że to bardzo miło z jej strony, ale naprawdę dziękuje, schowała kanapki i otworzyła torebkę.
– Nie jest ci słabo, prawda? – Pulchną dłonią gmerała pośród listów i kluczy; trąciła też chusteczkę pachnącą lawendą i buteleczkę tabletek. – Jeśli boli cię głowa, mam sole trzeźwiące… połóż się…
Ale on już wziął kanapkę, wszystko bowiem byłoby lepsze, niż zostać spryskanym wodą kolońską albo zmuszonym do siedzenia przy otwartym oknie. Piękna dziewczyna wpatrywała się w niego z rozbawieniem, oblizując końce palców; nawet duchowny, który obierał szarą renetę srebrnym scyzorykiem, przerwał, by rzucić mu wesołe spojrzenie. W końcu John był zmuszony przyjąć nie tylko trzy kanapki od pań, ale również kawałek ciasta od dziewczyny i ćwiartkę jabłka od duchownego. Siedział zupełnie upokorzony i żuł – z oczami wbitymi w brudną podłogę.
Zatem teraz, cztery godziny później, był głodny, ale tak bliski końca podróży, że niepokój odbierał mu ochotę na jedzenie. A pociąg zdawał się przyspieszać, prąc naprzód z rytmicznym stukotem – jak gdyby wiedział, że zbliża się do celu jego podróży. John wyjrzał przez okno i dostrzegł mężczyznę wychodzącego w pole ze strzelbą, dwa konie przy furtce – a teraz przy linii kolejowej pojawiły się kanał i rzędy domów. Wstał i patrzył na zbliżające się miasto poprzez działki, przydomowe ogródki i sterty węgla pokryte opadłymi liśćmi. Czerwone ceglane mury lśniły przytłumionym ciepłem, które kiedy indziej mógłby podziwiać. Teraz był zbyt zdenerwowany. Pociąg łomotał, mijając żelazne mosty, pola kapusty i fabrykę z wymalowanym, wielkim, białym napisem, którego nawet nie przeczytał; dym brudził niebo; pociąg gwałtownie przechylał się na kolejnych zwrotnicach. Nastawnia. Prędkość zdawała się zwiększać, gdy mknęli w kierunku dworca szerokim łukiem, między mnóstwem wagonów, wśród których John dostrzegł i taki ze swoich stron. Potem zadaszony peron z okapami, głuche krzyki, zwalniające twarze, kiedy on z mozołem ściągał z półki ciężką walizkę, dygot hamowania i kłęby pary.
– Oxford! Oxford! – krzyczał bagażowy, idąc wzdłuż całego peronu, gdyż wszystkie tablice z nazwami miejscowości zostały zdjęte na czas wojny. John wysiadł.
* * *
Gdy służący zbudził ich o wpół do ósmej następnego ranka, John nie spał już od blisko dwóch godzin i leżał w łóżku, słuchając popiskiwania kółek pod meblami oraz powracającego i oddalającego się odgłosu froterki do dywanów, w miarę jak służący sprzątał w salonie, a wcześniej zupełnie niczego, prócz dalekiego piania koguta, gdy światło stopniowo nasycało brzegi okiennic. Analizował w myślach wszystko, co wydarzyło się poprzedniego dnia, bo, w porównaniu z innymi wspomnieniami, było to zdumiewająco żywe – dotychczasowe życie zdawało mu się nic nieznaczącą, przelotną myślą. Widok własnych ubrań na krześle przygnębił go, a ciężki oddech i odgłosy chrapania dochodzące z łóżka Christophera wzbudziły lęk. Nie miał więcej ochoty na to nowe życie. Już obawiał się tego, co miało nastąpić: bał się oficjalnego budzenia, bał się śniadania – bał się wszystkiego, co go jeszcze czekało, w porównaniu z błahostką, jaką były dotychczasowe doświadczenia. O ileż przyjemniej byłoby wrócić – nawet jeśli przeszłość zdawała się teraz niewyraźna i mroczna. Przychodziło mu na myśl jedno jedyne wspomnienie, sprzed wielu miesięcy. Tamtego popołudnia matka wyszła do lekarza i zostawiła mu jajko, które miał sobie ugotować na podwieczorek; położył jajko na kuchennym stole i zaczął szukać rondla, ale zanim zdążył temu zapobiec, jajko stoczyło się ze stołu i rozbiło na ceglanej podłodze.
Ale gdy służący zdjął zaciemnienie, a John wstał, umył się w zimnej wodzie i ubrał, jego lęk zelżał nieco, więc spojrzał niepewnie na łóżko, w którym spał Christopher Warner. Warner jeszcze się nie obudził: wciąż leżał w głębokim śnie, z otwartymi ustami, potarganymi czarnymi włosami, z grubą szczeciną na szczęce. Stojąc przy nim, John wyraźnie czuł stęchły zapach piwa, a Christopher był do siebie tak niepodobny, że John nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zawarta zeszłego wieczora znajomość to tylko złudzenie, a to jest zupełnie obcy człowiek. Czy powinien go obudzić? Zawahał się, czuł się niezręcznie; w myślach już słyszał, jak Christopher Warner pyta ostrym głosem: „Dlaczego, u diabła, nie obudziłeś mnie na śniadanie?”.
– Warner – powiedział nieśmiało.
Żadnej odpowiedzi.
– Hm… Warner – powtórzył i niepewnie dotknął jego ramienia. – Obudź się.
Kształt na łóżku poruszył się wolno. Christopher chrząknął. Zamknął usta, otworzył oczy i usiłował podnieść rękę, by je przetrzeć.
– Co? Aaaa.… a. Która godzina?
– Nie… nie wiem. Chyba zaraz będzie śniadanie.
Christopher wpatrywał się w zegarek, który wciąż miał na ręku, i po chwili zastanowienia zaczął go nakręcać, jak gdyby układając w myślach odpowiedź.
– Dzięki. Nie wstanę na śniadanie.
– Aha. Hm. Przepraszam…
– Nie szkodzi! – rzekł Christopher uspokajająco i odwrócił się twarzą do ściany. John tymczasem wycofał się dyskretnie, czerwieniąc się na myśl o własnej głupocie.
Śniadanie zjadł w gronie nieśmiałych stypendystów pierwszego roku; do nikogo się nie odzywał. Nie wiedzieć czemu, nie mógł oderwać wzroku od Patricka Dowlinga, który także był stypendystą, ale siedział przy innym stole, ubrany w elegancki, skrojony na londyńską modłę garnitur, i gdy ich spojrzenia przypadkiem się spotkały, nie odwzajemnił półuśmiechu Johna.
Po śniadaniu John zaniósł swoją książeczkę z kartkami na żywność do Kwestury, przeglądał tablicę ogłoszeń tak długo, aż znalazł wiadomość, która go dotyczyła, po czym wrócił do swojego pokoju. Christopher zdążył się już obudzić, chociaż dalej leżał w łóżku.
– To ty, Kemp? – zawołał. – Która jest teraz godzina?
– Hm. Koło dziewiątej.
– Zegarek mi stanął. Podałbyś mi szklankę wody?
– Tak, oczywiście…
John napełnił szklankę do płukania zębów i podał współlokatorowi.
– Dzięki. – Christopher pił, marszcząc czoło. – O, już lepiej. Puszczałem w nocy pawia?
– Hm. Co pro…?
– Puszczałem pawia? Wymiotowałem?
– Tak… hm… owszem.
– Tak myślałem. – Christopher oddał Johnowi pustą szklankę i przez chwilę leżał w milczeniu. – Koło wpół do dziesiątej poszliśmy do pubu i zamówiłem parę piw. Starczyło, że spróbowałem łyka, i mówię: „Eddy, to piwo to sikacz”. On przyznał mi rację. I ja mówię: „Po takim sikaczu zawsze puszczam pawia”. Ciekawe, jak jemu poszło. – Z rezygnacją zacisnął usta, a potem ziewnął. – Mówiłeś, że która godzina?
– Koło dziewiątej.
– O Boże!
Łóżko zaskrzypiało, gdy Christopher usiadł na brzegu; jego stopy niezależnie od siebie poszukiwały kapci, a jedną ręką drapał się po ciemnej czuprynie. Łagodność Christophera dodała Johnowi otuchy i wrócił do drugiego pokoju, gdzie w kominku lśnił mocny ogień, a na wytarty dywan padało kilka smug słonecznego światła.
– Musimy… hm… musimy dziś przed południem spotkać się z tutorem.
– Co?
– Ja… jest ogłoszenie… Musimy spotkać się z tutorem.
– Diabli nadali! Kiedy?
Johnowi zdawało się, że Christopher zapytał „gdzie?”, i odparł:
– W jego mieszkaniu, o jedenastej.
– Jestem umówiony o jedenastej.
Kiedy Christopher wyszedł z sypialni, miał na sobie szkarłatny szlafrok i palił papierosa. Podszedł do ognia i przed nim kucnął.
– Szlag, w ogóle mi to nie na rękę. Wiesz, gdzie on mieszka?
– Nie wiem… Gdzieś w college’u.
– No, ja myślę! Nie mam zamiaru biegać za nim po mieście.
– Jesteśmy jedynymi studentami pierwszego roku anglistyki –powiedział John, przeczesał włosy nieobecnym gestem i spojrzał na palenisko. Christopher nie zwracał na to uwagi; oparł się wreszcie wygodnie na sofie i dopalił papierosa. Po chwili zapalił kolejnego i wyszedł z pokoju, zabrawszy ze sobą ręcznik i przybory do golenia. Gdy zatrzaskiwał za sobą drzwi, zaczął ryczeć teatralną piosenkę: Patrzcie go, jak w Parlamencie ustawy uchwala, bandytów ściga tam…13, która poniosła się echem po krużgankach, dopóki nie zagłuszyły jej inne dźwięki.
* * *
Nareszcie się wyspał; obudził się rano i przez jakieś pięć sekund leżał, zastanawiając się, o czym ma pamiętać, aż sobie przypomniał. Zupełnie jakby świat leżał w ciszy, jak orkiestra pod rozpostartymi ramionami dyrygenta. Moment przypomnienia wprawił w drżenie każdy nerw jego ciała, podobnie jak gest dyrygenta wprawia w ruch setkę smyczków. Przez jedną niezwykłą, ulotną sekundę Johnowi zdawało się, że wie, jak czuje się panna młoda rankiem w dniu ślubu.
Przy wstawaniu bardzo uważnie obserwował twarz Christophera. Jeżeli Eddy i Patrick rozgłosili sprośną wieść, wolałby spędzić ten dzień dwadzieścia kilometrów stąd. Ale Christopher nie powiedział nic, co można by odczytać jako aluzję do obiecanej wizyty Jill. Z pewnością spędził poprzedni wieczór w towarzystwie Eddy’ego, ale gdy tak siedział, nieco przygnębiony, w szlafroku, z ręcznikiem na ramionach jak u fryzjera, powiedział tylko, że spotkali bardzo ciekawego człowieka, który zajmuje się naprawą organów. John włożył więc najlepsze ubranie – to znaczy garnitur, czystą koszulę i muszkę. Włosy pokrył cienką warstwą pomady, żeby móc łatwiej zaznaczyć przedziałek. Natychmiast stwierdził, że jest niezadowolony z efektu, rozebrał się więc i poszedł pod prysznic umyć głowę.
Znów była sobota: zabiegana, ale i pełna przyjemności. Miasto było wesołe jak śródlądowe kąpielisko. Słońce głaskało zabytkowe budynki, a dachy tych, do których światło słoneczne jeszcze nie dotarło, pokrywała szadź. Gdy około dziesiątej John wychodził z college’u, by kupić coś na podwieczorek, wydawało się niemożliwe, by w takim dniu komukolwiek brakowało pięciu funtów czy pięciu minut; niemożliwe, by wejść do najbliższej kawiarni i nie spotkać tam mnóstwa najlepszych przyjaciół. Rozglądał się po zatłoczonych sklepach. Tu kupił parę owocowych tart, tam bułeczkę z dżemem i biszkopt nadziewany dżemem, jeszcze gdzie indziej ciasto z owocami. Niósł je z wielką ostrożnością i bacznie obserwował, czy na nowych, czystych torbach nie pojawiła się plama: znak, że dżem wydostaje się na zewnątrz. Najszybciej, jak mógł, zaniósł kupione słodkości z powrotem do pokoju i rozłożył je na talerzach. Właśnie przyniesiono codzienne pół litra mleka – John postawił butelkę w głębi kredensu, razem ze słodkościami.
Zauważył teraz, że po umyciu włosy stały się stanowczo zbyt puszyste. Wziął grzebień, pomadę i spędził jakiś czas przed lustrem w sypialni; wcierał pomadę kropla po kropli w ząbki grzebienia, usiłując ją równomiernie rozprowadzić. Włosy wyglądały dzięki temu nieco lepiej, ale wciąż nie był zadowolony, nie mógł jednak zrobić nic więcej. Wyszedł po raz drugi, w poszukiwaniu rzodkiewek i sałaty, które zauważył, chodząc po sklepach, i przyszło mu na myśl, że będą przyjemnie kontrastować z kupionymi właśnie słodkościami.
Najlepszym po temu miejscem był targ, brukowany, nakryty szklanym dachem labirynt pełen prowizorycznych straganów, który mieścił się w samym sercu miasta. John odwiedzał go już kilkakrotnie i odkrył, że wejść tam z ulicy to jakby wkroczyć do niespodziewanie innego świata – świata, który mu się podobał. Pachniało tam chryzantemami i jarzynami; na kamiennych płytach wokół sklepów rzeźnickich wszędzie rozsypane były trociny, światło nagich żarówek padało na skrzynki z owocami, a woda z kałuż powoli spływała do odpływów i wysychała, jakby targ mniej więcej co godzinę spłukiwano wodą z ogrodowego węża. O tej porze kobiety tkwiły w kolejkach po mięso, ubrane zwyczajnie, z koszykami w dłoniach. Stały na rozstawionych nogach, rozmawiając cierpliwie między sobą, wymieniając zwyczajowe, powszechnie uznane opinie o sprawach życia codziennego. Przemykając obok nich, John słyszał, jak mówią rzeczy, które zapewne mówili ich rodzice, rzeczy, które kobiety podobne do nich mówią w każdym kraju, i patrząc na ich nalane albo zniszczone twarze, na włosy wetknięte pod stare kapelusze i ściskane w dłoniach podniszczone portmonetki, miał wrażenie, że są najstarszymi istotami w tym mieście.
Dzięki doświadczeniu, którego nabrał w domu, John umiał wybierać sałaty o zdrowych, świeżych środkach oraz niesparciałe rzodkiewki; odszedł od straganu z lekkim, wilgotnym, gazetowym zawiniątkiem. Na chwilę jego wzrok przyciągnęły duże wazony i kusiło go, by kupić kilka kwiatów dla przyozdobienia pokoju, ale zamiast tego skręcił do sklepu z tytoniem, gdzie wybrał paczkę droższych papierosów, których cena na moment wzbudziła w nim popłoch. Wychodząc, zauważył swoje odbicie w sklepowej szybie: włosy potargały mu się ciekawie, w pół drogi między bezładem a precyzją, co go ucieszyło.
Kiedy już schował zakupy w kredensie i umył ręce, nadeszła pora lunchu. Nerwy nie pozwalały mu jeść; wyszedł więc z sali jadalnej i niemal natychmiast zaczął odczuwać głód.
Przed wybiciem drugiej zdawało się, że czas przestał płynąć, a John spacerował po ogrodach i z powagą rozważał własne zdenerwowanie. Wydawało się bez znaczenia.
Christopher niespiesznie kompletował strój do futbolu, bo tego popołudnia College XV miał zaplanowany mecz, co znaczyło, że nie będzie stał Johnowi na drodze – był to tak szczęśliwy zbieg okoliczności, że John zaczął podejrzewać samego siebie, że wiedział o nim wcześniej, tylko nie zdawał sobie z tego sprawy. Paląc papierosa, Christopher wcisnął do niewielkiej torby bluzę, koszulki piłkarskie, szorty i ręcznik, po czym oznajmił, że ma zamiar pożyczyć rower Semple’a na całe popołudnie. Odkąd Semple pojechał do domu, jego rower leżał bezczynnie w jednej z szop, dopóki Christopher nań nie natrafił; zdążył już dokupić do niego kłódkę.
– Z kim gracie? – spytał John obojętnie.
– Z ekipą RAF‑u.
Zerknął na Johna, nie mówiąc ani słowa na temat jego wyglądu, i chociaż John przyjął to z ulgą, ogarnęło go przygnębienie na myśl, jak niewiele jest w stanie się zmienić, choćby tylko zewnętrznie. Gdy został sam, uważnie przyjrzał się sobie w lustrze; po starannym namyśle wyjął z kieszonki na piersi wieczne pióro i włożył na jego miejsce czystą chusteczkę. Potem poszedł do sypialni, znalazł należące do Christophera nożyczki do paznokci i przyciął brwi pośrodku, w miejscu, w którym się zbiegały. Paznokcie starannie wyczyścił szczotką jeszcze rano.
Teraz nadeszła pora, by pomyśleć o jedzeniu. Sałatę trzeba umyć – postanowił, obracając ją na wszystkie strony na brudnej gazecie, i w tym celu napełnił ozdobioną herbem miednicę. Zanurzywszy sałatę, obrywał zewnętrzne liście jeden po drugim, strząsając z nich wodę i układając na ręczniku, który rozłożył na łóżku. Ale kiedy zaczął ją rwać na kawałki, sałata zdawała się mnożyć, ogromnieć, aż zrobiło się jej o wiele za dużo dla dwojga. Wystarczyłaby dla całej klatki królików. W końcu wyrzucił wszystko oprócz soczystego, bladozielonego środka – tę część zawinął w ręcznik i zaczął potrząsać, by ją osuszyć, jak to podpatrzył u matki.
Rzodkiewki należałoby wyszorować szczotką, ale John był zmuszony zadowolić się starciem z nich błota dłońmi i oderwaniem ogonków. Wyłożył je wszystkie na spodeczek, dwie zjadł i natychmiast chwyciło go coś w rodzaju nerwowej czkawki, która utrzymywała się, gdy niezdarnie próbował pokroić chleb w cienkie kromki i posmarować masłem. Raz po raz nóż przecinał bochenek, pozostawiając tylko pół kromki, która opadała wiotko na talerz, podczas gdy ze środka wypadały wielkie maślane okruchy. Nieudane kromki zjadał, aż w końcu przeszła mu czkawka. Gdy w końcu zdołał zapełnić talerz, upchnął resztki chleba i masła z powrotem w kredensie.
Uświadomił sobie, że pokój jest nieposprzątany, postawił więc jedzenie na bocznym stoliku i zaczął układać porozrzucane przedmioty. Wyrównał niewielki zastęp butelek należących do Christophera, nie usunął ich jednak, przyszło mu bowiem na myśl, że może nimi zaimponować – butelki po winie ustawił z przodu, tak by widać było etykiety. Wyprostował książki stojące na półkach. Togi powiesił, także na widocznym miejscu, opróżnił popielniczki, poprawił poduszki, poukładał przedmioty leżące na biurku. Włochaty obrus zasypany był okruchami, a że nie udało mu się zmieść ich dłońmi, ściągnął obrus ze stołu i go wytrzepał. Za każdym potrząśnięciem kilka luźnych stron notatek wpadało do paleniska.
Pomyślał, że mógłby jeszcze poprawić to i owo, zabrał się więc do ulepszania ogólnego wrażenia, zamiast skupiać się na pojedynczych szczegółach. Rakietę Christophera – potrzaskaną i sklejoną taśmą, ale drogą, o krzepkim, sportowym wyglądzie – niedbale umieścił na ukos na ławeczce w oknie. Kartę win, którą Christopher ukradł z jakiejś restauracji, wyeksponował na gzymsie kominka. Na stole położył dwie najbardziej „naukowe” spośród książek, które ostatnio wypożyczył z biblioteki college’u, obok nich umieścił niedokończoną kartkę z notatkami – pisaną jego ręką, opatrzoną przypisami i podkreśleniami zgodnie z metodą, której nauczył się od pana Croucha. Umiejętnie podsycił ogień – za godzinę w kominku będzie lśnił jasny, krzepiący płomień. Potem zamknął oczy, otworzył je i spróbował rozstrzygnąć, czy wynik jego starań wywiera wyraźne, korzystne wrażenie. Nie wywierał – ale może John po prostu znał to wnętrze zbyt dobrze.