Co pamiętamy z Johna Ashbery’ego? Co ma nam do zaoferowania ten łagodny ironista, który jeszcze całkiem niedawno, na progu będącego naszym dzisiejszym udziałem gnicia, śmiał tytułować swoje wiersze ostentacyjnymi banałami, na przykład „Życie jest snem”? Co robi wśród nas kryjący się za ironią alchemik doświadczenia estetycznego, ze swoim uporem trzymania się tej właśnie eksploracji jako impulsu wiodącego, jak gdyby miał on być ważniejszy od wszelkich socjologii, ekonomii i politologii?
Żaden obliczony na długo poeta nie wie, co robi, a bezmiar tej niewiedzy jest najsilniejszy u delikatnych początków, gdzie zamiast wiedzy działa intuicja. W przypadku Ashbery’ego, początek był przeczutym posłannictwem – nieświadomym lecz nieomylnym otwarciem trajektorii napędzanej napięciem między sobą a tajemnicą siebie, między powierzchnią świata a jej pożądanym zakrzywieniem. „We see us as we truly behave” – czytamy w pierwszym wersie debiutanckiego zbioru Some Trees, wersie niezwykłym, stawiającym dziwny opór przekładowi, w którym banał absolutnie zdawałoby się zwyczajnego języka daje pierwiastek niesamowitości[1]. Gdzie i kiedy dostępne jest takie widzenie? A jednak już w tym wersie założycielskim, w jego mieszance wiedzy i niespodzianki, w niesamowitości przebywania zawsze w pewnym nieuniknionym oddaleniu od nas samych – naszych prawd, pragnień, lęków, marzeń – w tej właśnie odwróconej epifanii, kryje się tajemnicza i nieustająca siła dzieła Johna Ashbery’ego.
Mniej więcej w czasie, gdy powstawały wiersze z Some Trees, natchniony lekturą Audena młodziutki Ashbery pisał tak: „piękno [bierze się] z tajemnicy, z nieświadomej jakości”. Dodawał też, że na ścieżce tych poszukiwań poeta staje się „niepocieszonym podróżnikiem” (unsatisfied voyager). Jeśli pierwszy wers Ashbery’owskiego korpusu sugeruje „prawdę” jako temat przewodni, to wiemy też, że dzieło poety przekieruje to zagadnienie, puści je torem okrężnym, utrzyma w grze, dając jednak pierwszeństwo pytaniu o piękno, jak zrobił to ukochany prze Francuzów przodek Ashbery’ego, inny niepocieszony podróżnik, Edgar Allan Poe. Prawda – owszem, mieszka w poezji, ale inaczej niż w sąsiadujących z nią dziedzinach języka. Tutaj będzie zawsze spowinowacona z estetyką.
Oczywiście takie postawienie sprawy – owa sztafeta między prawdą i pięknem – sygnalizuje konwencję klasyczną, z jej nienagannie skrojonym językiem, przejrzystą dykcją, która skłania do refleksji, ale nie zakłóca przekazu. Czymże jednak jest piękno? Artur Rimbaud, poeta niezwykle ważny dla Ashbery’ego, pisał przecież: „Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. – I przekonałem się, że jest gorzkie. Znieważyłem je”[2].
Kiedy debiutanckie Some Trees, wyróżnione laurem nagrody Yale Younger Poets, decyzją skądinąd nikogo innego, jak właśnie wspomnianego już Audena, ukazywały się w druku, Ashbery zaczynał rozumieć, że droga jego poetyki będzie wiodła nie tyle z dala od piękna, ile w innej niż zakłada klasyczna liryka relacji z nim. Some Trees było dla poety, jak sam ujmował to później po wielokroć, „pożegnaniem z poezją, jaką znamy”. Już za chwilę, po upragnionym, umożliwionym przez stypendium Fulbrighta przybyciu do Francji, młody poeta miał pisać wiersze włączone później do skandalizującego tomu The Tennis Court Oath[3], który dla jednych był porażającym fiaskiem, dla innych natomiast najbardziej fascynującym zbiorem poety. Harold Bloom, surowy ojciec, patronujący ogromnemu sukcesowi Ashbery’ego w świecie krytyki literackiej, widział w „Europie” „przerażającą katastrofę”, a o całym zbiorze twierdził, że stanowił on przykład osunięcia się poety w „bagno”. Inni, szczególnie poeci Language, jak na przykład Lynn Hejinian czy Susan Howe, widzieli w tej książce ważne dla siebie otwarcie formalne[4].
Jak czytamy dziś Ashbery’ego w Polsce? Owszem, Ashbery jest obecny w naszej debacie poetyckiej, silniej być może nawet niż jakikolwiek inny poeta amerykański przełomu wieków. Po „niebieskim” numerze „Literatury na Świecie” w 1992 roku pojawił się tom przekładów No i wiesz, z pokaźną grupą przekładów załogi tego nieśmiertelnego pisma. Kilkanaście wiosen później, w 2006 roku, „Literatura na Świecie” poświęciła pisarzowi osobny numer, uzupełniając wcześniejsze przekłady, prezentując nowe, oferując świeże odczytania, zagraniczne i rodzime, podsumowując pewien etap recepcji. Jak gdyby czując, że apetyty rosną w miarę jedzenia, albo po prostu zdając sobie sprawę, że dyskusja pozostaje otwarta, Andrzej Sosnowski wydał w roku 2012 tom Cztery poematy, prezentując komplet oceanicznych próz z przełomowego zbioru Trzy poematy i na deser dorzucając „Falę”, tytułowy wiersz najsilniejszego zbioru Ashbery’ego z lat osiemdziesiątych.
Starań dokładali również krytycy. Wydana w 2014 roku książka Pawła Marcinkiewicza Oni przybyli, żeby wysadzić Amerykę to imponująco obszerne, poparte skrzętnym badaniem studium „po całości”, kompendium wiedzy o kontekstach, które regulują relację dzieła Amerykanina z kolejnymi dwudziestowiecznymi awangardami[5]. Natomiast pochodzące z roku 2020 Życie w kuli Grzegorza Jankowicza to autorskie odczytanie obsypanego nagrodami Autoportretu w wypukłym lustrze, w którym polski krytyk ukazał filozoficzny i ezoteryczny potencjał pisarstwa Amerykanina[6]. Różnorodność dyskusji wokół Ashbery’ego prezentowana jest też w zbiorowym tomie Poeci Szkoły Nowojorskiej, wydanym w 2018 roku[7].
Ashbery zatem, zarówno ten oryginalny, jak i ten widziany przez pryzmat przekładów i omówień, to zjawisko, ruchome i rozległe, fascynujące, ale niedomknięte. Czy już je rozumiemy? Czy dzieło nie pęka w pół, wzdłuż różnicy uwidocznionej w podejściach Marcinkiewicza (awangarda) i Jankowicza (kultura klasyczna, filozofia, ezoteryka)? A jeśli nawet jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jakąś syntezę tych pól, czy Ashbery wytrzymuje próbę czasu? Czy przypadkiem cechujące tę poezję oddanie sprawie eksperymentu estetycznego, o którym, w przypadku przynajmniej niektórych jego wierszy, chciałoby się powiedzieć, że jest estetyką w stanie „czystym”, nie eliminuje go jako poety w czasach doświadczanej przez nas politycznej zapaści? Czy w związku z niemożliwością upolitycznienia jego wierszy, Ashbery jest wolny od podejrzeń o tępienie rewolucyjnego ostrza awangardy poetyckiej i tym samym oddanie pola neoliberalnym procesom w kulturze? A może, w najlepszym razie, Ashbery to Jan Chrzciciel torujący drogę prawdziwie radykalniej stylistyce spod znaku barokowo-Deleuziańskiej alegorii przynoszonej przez nowego mesjasza, Tomaža Šalamuna?
Gdzie, jak, przy pomocy jakich narzędzi potrafilibyśmy pomieścić poetę, którego niezaspokojony głód doznań obejmuje Pollocka i Vermeera, Cage’a i Weberna, ale też Poulenca, Wallace’a Stevensa i Raymonda Roussela, poetę „awangardy niewidzialnej”, którego klasycyzm zadaje kłam klasyczności definiowanej przez Eliota, i którego awangardowość odżegnuje się zawsze od programowych automatyzmów awangardy surrealistów i dadaistów. Jak potrafimy czytać poetę zdolnego do zawrotnych przekształceń własnej stylistyki, który prócz klasycznie brzmiących, przepięknych zdań ekfrastycznego pojedynku z Parmigianinem, czy też zapierających niczym ocean dech w piersiach pływach prozy Trzech Poematów, potrafił też opublikować zbiór, w którym język się osypuje, odmawia współpracy, chrzęści w narządach mowy niczym sucha materia obca, jak na przykład w takim fragmencie:
pragnąc żebyś był jakimś
tą butelką naprawdę nim umyte
trafiły do jej rąk:
setki
nad nią światło
wieszając ją
może pamiętasz
Tego rodzaju kakofonie i kakografie, sporadycznie przerywane włączanymi niespodziewanie fragmentami przejrzystej i smakowicie banalnej prozy, wypełnia „Europę”, centralny poemat The Tennis Court Oath. Taką, rozciągniętą na kilkadziesiąt stron mieszanką, Andrzej Sosnowski, najważniejszy polski interlokutor Ashbery’ego, stawia nas ponownie w obliczu pytania o nasze rozumienie Ashbery’owskiej spuścizny. Przełożona właśnie przez niego „Europa” nie pozwala nam zapomnieć, z jak niesamowitym zjawiskiem mamy w tej spuściźnie wciąż do czynienia. Sięgając po „Europę” i prezentując przekład całości tego obszernego poematu (wcześniej, we wspomnianej już książce, Paweł Marcinkiewicz prezentował fragmenty „Europy” we własnym przekładzie), Sosnowski dorzuca kolejny, dotychczas brakujący element układanki. Co ma gest awangardowy do momentu politycznego rozpadu? Co się dzieje na linii awangarda-rewolucja? Czy dokonane przez Ashbery’ego dość już dawno temu, choć wciąż powracające w różnie ustawionych echach, poszarpanie plecionej przez tradycyjną lirykę tkaniny figuratywnej jest tym, co później przeniosła na inny poziom intensywności poetyka Šalamunowskiej alegorii? Czy Ashbery’owskie opustki również zdążają ostatecznie ku stanom gęstości, w których materie i energie znaczeń mielą się, alegorycznie, w fałdach jednej substancji?
Takie, dla przykładu, wstępne zapytania można sobie łatwo wyobrazić, jako dyskusyjne otwarcia inicjowane udostępnieniem całości „Europy” (która, przypomnijmy, stanowi tylko cząstkę zbioru The Tennis Court Oath) polskiemu czytelnikowi. Oczywiście jest bardzo prawdopodobne, może nawet pewne, że żadne z powyżej podsuniętych pytań nie zaprzątało wcale głowy Andrzeja Sosnowskiego w jego pracy przekładowej. Można domniemywać, że wykonał ją z chęci pozostania wiernym pewnemu wezwaniu, które stanowi podstawowy łącznik między poezją Amerykanina a jego własną twórczością. Z braku lepszych określeń, nazwałbym je zewem tekstualnej przyjemności, ale zdaję sobie sprawę z braku precyzji tego wyrażenia. Bo jest to przyjemność niezwykła, taka, jakiej doświadczamy w przestrzeni, w której tworzywo językowe jednocześnie zamazuje piszącego (lub czytającego) i go przepisuje, tym samym go budując, dzięki czemu ów pisząco-czytający uczestniczy w niewymiernym zdarzeniu wiersza, w jego anulującym podział na fikcję i rzeczywistość ośrodku. I można by podsumować powyższe rozważania życzeniem, by i czytelnikowi w ten sposób udało się czytać „Europę” – poza ekonomią „znaczenia”, „intencji”, „rozumienia” – by tej przyjemności doświadczył. Wówczas okaże się być może, że wspomniana „przyjemność” jest dobrym wstępem do udzielenia odpowiedzi na postawione przeze mnie pytania.
Oczywiście sytuacja taka byłaby z gatunku idealnych, co mogłoby sprawić wrażenie, że, powołując się na nią, uchylam się jednocześnie od obowiązku recenzenta. Dlatego, nim przestanę się narzucać i pchnę czytelnika ku niezwykłej przygodzie obcowania z tekstem „Europy” w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, dorzucę jeszcze kilka szczegółów do szkicowanego powyżej tła, starając się zbliżyć nas do przyszłych dyskusji.
Napotykając szaleńczą językową wydzierankę, będącą w dużej mierze przepisaniem, czy może raczej zniszczeniem, wcześniej opublikowanego tekstu literackiego[8], czytelnik może odnieść wrażenie, że młody poeta powielił wycelowany w instytucje sztuki i kultury obrazoburczy tekst surrealistów i dadaistów, od Duchampa po Bretona, Eluarda, Artauda i innych przedstawicieli awangardy historycznej. Rzeczywiście, pobyt we Francji, w czasie którego Ashbery pisał „Europę” i inne wiersze z The Tennis Court Oath, z pewnością zbliżył Ashbery’ego do tych tradycji, a nawet, co ważniejsze, odesłał do jednego z ich prekursorów, Raymonda Roussela, który miał pozostać jego najsilniejszą francuskojęzyczną fascynacją. Ashbery chłonie te inspiracje przez poszukiwania własne i zawierane przyjaźnie. Czyta i pisze o jednym z czołowych wówczas francuskich poetów, cenionym przez Bretona Pierrze Reverdym, który stanowi dla niego przykład, jak kontynuować impuls awangardowy przy jednoczesnym uniknięciu „ekstremów poezji surrealistycznej”. Poznaje się z Harrym Matthewsem, z którym w 1961 roku zakładają pismo „Locus Solus” (tytuł odsyła do Roussela). Na jego łamach szeroko pojęta awangarda nowojorska, posiadająca teraz swoją paryską filię, przekładała teksty André Bretona, René Chara, Paula Éluarda.
Ale Ashbery pracował już wówczas na własne rozumienie tamtej spuścizny. Przede wszystkim, nie ufał idei uprawiania sztuki przez jej radykalne kwestionowanie, czy nawet celowe niszczenie. Zwracał uwagę, że sama praktyka twórcza będzie niosła skutek odwrotny od zamierzonego. „To po prostu nie działa” – mówił w wywiadzie z Markiem Fordem – „już dadaiści to wykazali: niszcząc sztukę, tak naprawdę tworzy się ją”. Co więcej, nowojorczyk nie ufał także związanemu z Bretonowskim programem pojęciu pisania automatycznego. „Czy nie jest tak, że każdy rodzaj pisania ma w sobie coś automatycznego?” – pytał retorycznie w komentarzach do poezji Reverdy’ego. Metoda ta wydawała mu się przekłamującym złożoność procesu twórczego dogmatem, tworzącym sztucznie nieprzepuszczalną barierę między świadomością i treściami podświadomymi. Zamiast takiego uszczelnienia Ashbery wybierał niuansowanie mieszanki rzeczywistości i snu, narzuconego przez formalną ramę ograniczenia i przekraczającej je spontaniczności paradoksu. Bretonowi przeciwstawiał więc na przykład Josepha Cornella, któremu jego zdaniem udawało się dotrzeć do prawdziwszego, wykraczającego poza świadomość i nieświadomość, życia przedmiotów, połączonego tym samym z psychicznym życiem podmiotu.
Szczególnie uwagi o Cornellu wydają się wiodące. Pokazują, że poeta chłonął doświadczenie estetyczne poza podziałami sankcjonowanymi przez przyjęte narracje historii sztuki. Obok rodzimych awangardowych eksperymentatorów (de Kooning, Pollock), interesowali go wymykający się programom surrealiści (de Chirico, Yves Tanguy), a nawet realiści (Vermeer, Yves Tanguy, Chardin) – pod warunkiem, że na ich płótnach gra tworzywa z przedmiotem przepychała ten drugi właśnie ku ważnej dla poety granicy między jawą a snem, ku obszarowi, na którym jawa i sen nawzajem się wzbogacają. Na tym polegał utrzymany przez poetę do końca życia program poszukiwania „pojemniejszego realizmu” (a more integral realism).
Realizacja tego zamierzenia, czy może nawet uświadomienie sobie tego estetycznego standardu, była jednak możliwa po wstępnym okrzepnięciu, po etapie odważnego eksperymentu, po swoistym prężeniu formalnych i technicznych muskułów, testowaniu swojej niezależności – od mód, historii (w tym historii awangardy europejskiej), być może zaś przede wszystkim od sceny amerykańskiej. The Tennis Court Oath i jego centralny poemat, „Europa”, są przede wszystkim laboratorium własnym poety, jego deklaracją niezależności, o wiele bardziej, niż jakąkolwiek imitacją, chociaż motywy imitacyjne są tu pewnie nie do uniknięcia.
Kiedy Ashbery wyjeżdżał w 1955 roku do Francji, na upragnione (wcześniej, jak pisał do przyjaciół, „nigdzie nie bywał”) stypendium Fulbrighta, był co prawda autorem wyselekcjonowanego do prestiżowej nagrody tomu poezji, wyróżnionego w ten sposób przez samego W.H. Audena (który nie tylko postanowił tom nagrodzić, ale w dodatku swoją decyzją unieważnił wcześniejszą negatywną opinię redaktorów wydawnictwa Uniwersytetu Yale, którzy odrzucili manuskrypt na etapie preselekcji), jednakże właśnie w związku z tym wyróżnieniem targały nim zaskakująco sprzeczne uczucia. Auden zdecydował się na nagrodzenie zbioru Some Trees, jak gdyby wbrew sobie, bez przekonania, być może po to tylko, by sprostać jurorskiemu obowiązkowi. W swoim po wielokroć już omówionym wstępie przyrównał Ashbery’ego do Rimbauda, ale stylistykę obu poetów umieścił w przegródce wyobraźni niedojrzałych, zbyt wsobnych, odciętych od świata, właściwie dziecinnych, kasujących w ogóle możliwość uprawiania poezji.
Auden się mylił. Chociaż Ashbery nie był wówczas w stanie stwierdzić, o co mu chodziło, to eskapistyczna wsobność z pewnością nie jest czymś, co zasila linijki takie, jak cytowany już przeze mnie wers „We see us as we truly behave”, tak charakterystyczny dla atmosfery tajemniczego niedopowiedzenia w Some Trees. Laudacja Audena smakowała więc autorowi nagrodzonego tomu raczej jak ocet niż wino. „Moje imię pojawia się kilkakrotnie, wymienione obok Rimbauda” – zdawał później relację Jamesowi Schuylerowi, ale w taki sposób, jakby obaj poeci wyznaczali linię poetyckiej „rozwiązłości”, linię schyłkową, którą Ashbery, w swoim pierwszym tomie, miał według starego mistrza właściwie domykać. Obraz odmalowany we wstępie Audena zdaniem Ashbery’ego wionął „swądem palonej Biblioteki Aleksandryjskiej”.
A przecież chodziło o początek – o otwarcie – a nie koniec. I to otwarcie następuje wraz z upragnionym wyjazdem do Francji. Ashbery nie tyle pali mosty za sobą, co przestaje się przejmować (uznaniem, nagrodami, Ameryką). „Nie potrzebuję już jego akceptacji” – pisał o Audenie, kończąc swój list do Schuylera. Peregrynacja europejska, zawsze nieco fikcyjna „Europa”, uwalnia go też niewidzialnej bańki słyszenia wokół siebie tylko języka rodzimego. Ashbery przestaje słyszeć język angielski wokół siebie, co oznacza, że zaczyna go słyszeć inaczej. Z językiem ojczystym łączą go poeci przetwarzający amerykańszczyznę z dystansu, jak Gertruda Stein, której własna odmiana fragmentu i powtórzenia była dla Ashbery’ego wówczas ważnym dodatkiem do tradycji surrealistycznej i kubistycznej.
Taki jest właśnie grunt, na którym miały pojawić się wiersze tworzące The Tennis Court Oath, jeden z etapów wrażliwych początków, w którym twórcza osobowość testuje swój kształt. W przypadku Ashbery’ego była to faza pieczołowicie pielęgnowana i niekrótka. Obejmuje łagodne obrazowanie Some Trees, a następnie nieokiełznaną energię radykalnego kolażu w Tennis Court Oath, w której poeta odreagowywał wyraźnie ograniczenia własnej kultury literackiej. Również do tej fazy zalicza się poszukujący równowagi, kolejny zbiór, Rivers and Mountains, na czele z napisanym niedługo po „Europie” poematem „Łyżwiarze”.
Charakterystyczny dla tego utworu jest autoreferencyjny gest mieszania detalu i abstrakcji, w którym wiersz otwarcie negocjuje swój kształt i temat, stale tę negocjację podtrzymując. Strumieniowość doznań, refleksji i spostrzeżeń tworzy rytm oscylujący między przeczuciem jakiejś większej, mieszczącej wszystko świadomości a koncentracją na izolowanych przez nią zdarzeniach w skali mikro. Kształt wiersza tworzy się w stałym rytmie przejść między tymi wymiarami. Wyłania się styl, który pozostanie znakiem rozpoznawczym poety na lata. Właśnie na „Łyżwiarzy” zwracał uwagę Andrzej Sosnowski, kiedy, na wczesnym etapie recepcji poezji Amerykanina pisał w swoim posłowiu do No i wiesz o poczuciu uwolnienia, wolności od strachu zderzenia z nigdy nieobjętym nadmiarem. „Łyżwiarze” – komentował Sosnowski – to płynny pochód „nadmiaru pozornych sensów dosłownych”, przy jednoczesnym „braku sensu zasadniczego”.
Ten właśnie rytm jest Ashbery’owską uwerturą do konstruowania własnej wersji podpatrzonego u Cornella i Roussela „pojemniejszego realizmu”. Chodzi o oddanie stałej pracy świadomości, która idzie w świat po krawędzi konwencji (banału, nawet kiczu, wszystkiego, co przyziemne i znajome) oraz czegoś nieoczekiwanego, co, jak Ashbery przeczuwał, otacza znajomą rzeczywistość, pragnie się z niej wydzielić w niesamowitość. Praca ta zawiera w sobie trudność, nieraz rodzi znużenie, przy czym, jak u Stein, będzie to nuda paradoksalnie potrzebna, imitująca rozpoznanie tej nigdy przecież z góry nie danej krawędzi. I w tym nastawieniu Ashbery był w stanie czerpać z poetów tak od siebie odległych jak Stein, Wallace Stevens czy Raymond Roussel. Pobierając lekcję z ich utworów, celował w substancję poetycką, która, nawet jeśli dominuje w niej strumieniowy przepływ zjawisk i percepcji, to jednocześnie stale przechowuje kod zawsze możliwego radykalnego zerwania – katapultowania się ze strumienia, docierania do braku w obrębie tego, co strumieniowe, albo też nawet aplikowania braku, tworzenia uskoku. „Europa” to laboratorium takich właśnie spreparowanych ubytków.
Sam poeta doskonale rozumiał ową współzależność płynności i dysjunkcji. Jego własne podsumowanie tej strategii otwiera „Nowego ducha”, pierwszą prozę Trzech poematów:
Myślałem, że gdyby to wszystko dało się zapisać, byłby to pewien sposób. A potem przyszło mi na myśl, że gdybym wszystko opuścił, byłby to inny, i prawdziwszy, sposób.
wyprane morze
Kwiaty były.
To są przykłady opustek. Ale było, nie było, wkrótce coś zajmuje ich miejsce. Nie sama prawda, być może, tylko – ty[9].
Jednym z centralnych zagadnień poetyki Ashbery’ego jest tożsamość owego „ty”. Dla Marjorie Perloff cytowany powyżej fragment, stanowiący podsumowanie eksperymentu „Europy” lub innych, nieco inaczej „pokawałkowanych” wierszy w Tennis Court Oath, jest właściwie ostatecznym pożegnaniem z podmiotem lirycznym, wykazaniem jego niemożliwości w świecie nadwyżki znaku, parodią lub pastiszem[10]. W podobnym tonie wypowiadali się późniejsi krytycy zachodni, podkreślając zapożyczoną przez Ashbery’ego z francuskiego „Nowego realizmu” fascynację banałem, przedmiotem jako takim, artefaktem, ogołoconym już z surrealnej niesamowitości produktem przemysłu, jedynie eksponującym wypłaszczony mariaż estetyki i produkcji przemysłowej. David LeHardy Sweet, na przykład, autor studium na temat związków „Europy” z różnymi tradycjami awangardy w malarstwie, dowodzi, że pracując z ready-made istniejącego tekstu literackiego – tekstu, który sam stanowi cząstkę masowo produkowanej pulp fiction – Ashbery przeciwstawia się dramatyzmowi głębokiego przeżycia, typowemu dla abstrakcyjnego ekspresjonizmu, i konstruuje postawę abnegacji lub wyrzeczenia się wszelkich typowych dla liryki podmiotowości, stając się „kolażystą o nieruchomym obliczu” (deadpan collagist). W tej narracji „Europa” stawia na wymknięcie się wszelkim intensywnościom, jest „dadaizmem spóźnionym”, celowo wypłaszczonym, przeciwstawionym resztkom romantycznego agonu Pollocka.
Czy na pewno? Czy w porozdzieranym anty-tekście „Europy” chodzi tylko o owo anty-podmiotowe wypłaszczenie, neorealistyczne zbliżenie do banału produktów masowych? Andrzej Sosnowski słyszy chyba jednak coś innego. Powraca w swoim przekładzie, stanowiącym przecież sposób przeczytania wiersza oryginalnego, do dokładnie tego samego poczucia uwolnienia, jakie wcześniej znajdował w „Łyżwiarzach”. Język w „Europie” – mówi polski poeta w wywiadzie – jest, owszem, jedynie „tworzywem”, jak „farba i dźwięk”. Jedynie i aż. Radykalna materializacja jest przecież grą pustki i obecności, bo tworzywo języka nigdy nie jest „czyste”, zawsze, bardziej niż plama farby lub pojedynczy dźwięk, sugeruje znaczenia, odsyła do nich, a także, szczególnie w tkance wiersza takiego jak „Europa”, każe odczuwać ich nieobecność.
„Europa” to ekstremalna próba tego odczucia – lektura wiersza stawia nas w warunkach wybrakowania permanentnego. Stąd właśnie bierze się powrót do tej samej wolności, którą Sosnowski czytał w płynnych modulacjach detalu i całości, jakimi posługiwał się poemat „Łyżwiarze”. Tutaj wolność działa w przekładzie-jako-lekturze. „Słowa i frazy w tym tekście przeważnie mają tyle wolności, że mogą spokojnie czekać na wielorakie decyzje co do swojego znaczenia lub jego braku” – komentuje polski poeta. Można by rzec, że „Europa” to tekst, który zaczyna żyć właściwie dopiero w czynności przekładu, że jej poetyka jest właśnie projektem polegającym na wołaniu o przekład.
W tej stałej oscylacji między wybrakowaniem oryginału a swobodnym poszukiwaniem jego ekwiwalentu wraca też inny zasadniczy element poetyki Ashbery’owskiej – tajemnica. W przeciwieństwie do „Łyżwiarzy” i prozy w Trzech poematach, „Europa” eksponuje uskok, który jednakże, w miarę czytania, produkuje tajemnicę podobną do tajemniczości nieobjętego nadmiaru implikowanego przez tamte utwory. Zamiast naiwnej opowiastki szpiegowskiej – kanwy przechwyconego przez poetę tekstu oryginalnego – mamy absurd opisywanego przezeń świata: szyfry wojny, zasadzki, tajne bronie, techniczne aparaty – to wszystko rekwizyty zdziecinniałej ludzkości, gubiącej się we własnej absurdalnej historii[11].
Na tym rozpoznaniu buduje się samostanowiący gest owego tajemniczego Ashbery’owskiego „ty”, czyli „ja” – jego różnica z absurdalnym światem, jego dystans wobec niego. Tak, „ja to kto inny”, Ashbery zgadza się z Rimbaudem, ale chodzi o inność nawracającą, nawiedzającą „ja” – by ją wyzwolić. Wyzwolenie jest w dystansie nie tylko od produktów spłaszczonej kultury, ale też od naszej absurdalnej historii. Przeróbka Ashbery’owska ukazuje inne dno wojennej opowiastki, jej oniryczną i zarazem absurdalną podbitkę.
Pod koniec „Europy” kolaż jak gdyby zwalniał. Pojawiają się urywki dłuższe, bardziej kompletne. Poeta pracuje z materiałem źródłowym tak, że szalone wyczyny bohaterów popularnego czytadła zaczynają przypominać dziwny rytuał. Ktoś kogoś goni, ktoś ucieka, trwa jakaś zaciekła walka, ale na plan pierwszy wyłania się powtarzalna czynność nadawania, kodowania informacji, przy czym nośnikiem kodu jest światło:
Pół godziny później
Ronald go rozpoznał.
Ujrzeli nagle wiązkę silnego, białego światła,
Miniaturowy reflektor o wielkiej jasności
[…]
Rozpoznali tu teraz jakiś acetylen,
cylinder ustawiony
na lekkim trójnogu z aluminium
z odbłyśnikiem za palnikiem gazowym,
kiedy światło zaczęło „mrugać”,
[…]
Światło nagle zostało wyłączone—przez pięć minut według
Ronaldowego zegarka nie było widać rozbłysku
Po czym nagle, jeszcze raz, seria „SSS” się powtórzyła[12]
Tytuł Tennis Court Oath odsyła do rewolucji, ale rewolucyjność tego poety nie ma wiele wspólnego z rewolucyjnym czynem. Chodzi w pierwszej mierze o bezczelną, zupełnie politycznie niepoprawną przyjemność[13]. A później o dystans, z którego wreszcie „widzimy się, jacy jesteśmy naprawdę”. Kolaż tnie wyjściowy materiał tak, by czynności świata oddały blask swojego absurdu. Narracje kultury i polityki wcale się nie sypią, nie rezygnują ze swoich ideałów – waleczności, przemyślności, sprytu, patriotyzmu, bojowej odwagi. Te centralne osnowy zawsze miały się dobrze, a dziś, jak widzimy aż nadto wyraźnie – mają się lepiej niż kiedykolwiek. Rzecz jednak w tym, że, kiedy tylko zaczną emitować swoją treść, niezależnie od historycznego momentu, bezwiednie produkują trudną do uchwycenia pochodną. I to ona jest szansą podmiotu.
Pracując z materiałem traktującym o wojnie, Ashbery nie ma do zaoferowania żadnego przekazu pacyfistycznego ani rewolucyjnego. Proponuje właściwie bardzo niewiele – przyjemność de-figuracji tych treści, które ustanawiają naszą rzekomo racjonalną rzeczywistość. Wydaje się, że efektem tych defiguracji nie jest pastisz podmiotu ani parodia popkulturowej płaskości. Raczej efektem jest wydzielenie się czytanej przez powracający w innym wymiarze podmiot nieoczekiwanej pochodnej, dziwnej poświaty, niewymiernego światła. Czy jest to światło mrożące, ciążące ku zagładzie? Czy raczej obietnica inności?
Wydaje mi się, że to ono, to wyżej wspomniane światło, przykuło uwagę Andrzeja Sosnowskiego. To ono tkwi u podstaw owej nieodzowności przekładu, o który „Europa” dopomina się już w wersji oryginalnej i która stanowi cały jest sens.
Przypisy:
[1] „Widzimy siebie, gdy jesteśmy sobą” – tak przeczytał Ashbery’ego Paweł Marcinkiewicz. Można ominąć warunkowość i, podążając za dającym się słyszeć w oryginale tonem uwalniającego otwarcia, śmiało wyjść z aforyzmu ku odnowionemu widzeniu zwyczajności. Na przykład: „widzimy się, jacy jesteśmy naprawdę”. W obu wersjach czytelnik pozostaje z pytaniem o konkret takiego widzenia.
[2] W przekładzie Artura Międzyrzeckiego.
[3] Ashbery powiela tytuł niedokończonego obrazu, czy raczej szkicu, Jacques’a‑Louis Davida, nawiązujący do ważnej chwili w przededniu Rewolucji Francuskiej, kiedy posłowie francuskiej klasy nieuprzywilejowanej uformowali Zgromadzenie Narodowe, a następnie, kiedy zostali wykluczeni z obrad w głównych pomieszczeniach Wersalu, na znak protestu przenieśli się do pomieszczenia będącego kortem tenisowym, czy raczej tzw. „salą do gry w piłkę” (salle du jeu de paume), gdzie złożyli przysięgę, że nie rozejdą się, dopóki Francja nie przyjmie spisanej konstytucji.
[4] Szersze streszczenie antagonizujących obozy krytyczne reperkusji The Tennis Court Oath czytelnik znajdzie w artykule Anny Warso, „John Ashbery i gościnność zaimków. Okolice The Tennis Court Oath, „Mały Format”, 12/2018, https://malyformat.com/2018/12/john-ashbery-i-goscinnosc-zaimkow-okolice-the-tennis-court-oath/
[5] P. Marcinkiewicz, Oni przybyli żeby wysadzić Amerykę. John Ashbery i dwudziestowieczne awangardy amerykańskie (Mikołów, 2014).
[6] G. Jankowicz, Życie w kuli. Parmigianino, Ashbery i sztuka przemiany (Kraków, 2020).
[7] Poeci Szkoły Nowojorskiej, red. K. Bartczak (Warszawa, 2018).
[8] Pisząc „Europę”, Ashbery bawił się tekstem popularnej powiastki wojenno-szpiegowskiej, autorstwa Williama Le Queux, zatytułowanej Beryl of the Biblane (1917). Książeczka, znaleziona na pchlim targu w Paryżu, wydała wydało mu się czarującą mieszanką powiastki wojennej, szpiegowskiej i detektywistycznej. Żeby było jeszcze bardziej ekscytująco, powiastka jest romansem – głównymi bohaterami jest zakochana w sobie damsko męska para lotników wojskowego dwupłatowca. W fabule roi się od służących wojennej machinie technologicznych gadżetów, nowych broni i aparatów, rywalizujących o nie podwójnych agentów, szyfrowania, forteli. A to wszystko okraszone jest uczuciem kwitnącym wśród szalonych awiacyjnych wyczynów z okresu pierwszej wojny światowej.
[9] J. Ashbery, „Nowy duch”, [w:] id., Cztery poematy, przeł. Andrzej Sosnowski (Wrocław, 2012), s. 7.
[10] Warto przypomnieć, na co zwróciła już uwagę w przywołanym powyżej artykule Anna Warso, że Perloff od „Europy” zdecydowanie wolała inne wiersze w Tennis Court Oath. „Europa”, zdaniem amerykańskiej krytyczki, okazywała się, jak parafrazuje to Warso, „niewystarczająco niespójna” – gdzieś pod lub za warstwą fragmentacji tli się jeszcze widmo linearnej narracji.
[11] Paweł Marcinkiewicz zwraca uwagę, że poemat Ashbery’ego nie pozwala też zapomnieć o okrucieństwach historii, które działają w „schematach” przerabianej przez poetę popularnej powieści. Patrz P. Marcinkiewicz, op. cit., s. 102.
[12] J. Ashbery, Europa, przeł. A. Sosnowski (Kołobrzeg, 2025), s. 32.
[13] W wywiadzie z Markiem Fordem poeta wspomina, że tytuł obrazu Davida przemknął mu przez myśl, kiedy przejeżdżał w Paryżu obok kortów tenisowych. Opowiada, jak patrzył na grającą w tenisa „młodzież w białych strojach”, ale zaraz przypomniał sobie to „mocne i brutalne zdarzenie” polityczne, sportretowane przez francuskiego malarza. Dalej mówi o tym, że jakiś czas później oglądał szkice, jakie artysta wykonał do tego dzieła, postanawiając najpierw wyobrazić sobie występujące na nim postacie nago. Interesujący jest ten kontrast między pięknem ciała i brutalnością rewolucyjnej walki. Vide: „Po całości. Z Johnem Ashberym rozmawia Mark Ford”, przeł. Łukasz Sommer, „Literatura na Świecie” 7/8 (2006), s. 84–5.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.
