Anna Kałuża: Kacprze, dużo już o tym rozmawialiśmy na różnych spotkaniach, zwłaszcza tych, które odbyły się po otrzymaniu przez Ciebie Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Jednak wydaje mi się, że i teraz, na piśmie, tę rozmowę trzeba zacząć od historii. Zatem debiuty: czy uważasz, że są ważne, czy Twój debiut jest ważny dla Ciebie, czy jesteś przywiązany do tej książki, jak o niej myślałeś, gdy ją wydawałeś, i jak myślisz o niej teraz?
Kacper Bartczak: Stawiam na intuicję. Ważne są te debiuty, w których można doszukać się intuicji – przeczucia dotyczącego dalszego rozwoju. Nie planu, zamierzenia, chyba że to debiut bardzo późny, dotyczący dojrzałego twórcy, który już naprawdę wie, kim jest, jako człowiek i jako twórca. Wtedy oczywiście liczyłby się całokształt: intuicja plus świadomy plan. Młodym twórcom niech starczy intuicja. Bo twórczość to intuicja, zapomnienie siebie, zgubienie siebie. Z tym że – i tu jest coś trudnego do wyrażenia – to zgubienie siebie może być przemyślne. Najciekawsze wersje takiego zagubienia się to stawianie na siebie przyszłego, którego nie ma, jakiego się jeszcze nie zna. To jest uruchamianie plastyki siebie, rzutowanie się w przyszłość, gdy ma się do dyspozycji frajdę i wiarę w tę frajdę. Frajda jako rodzaj przeniesienia siebie w przyszłość. Zgubić siebie, żeby uzyskać ciągłość w tej chwili jeszcze nierozpoznawalną.
Mój debiut – wiersze pisane jednym tchem, nieraz po dwa, może nawet trzy dziennie, w latach 1998–1999. Efekt jakiejś nagłej, skokowej zmiany, rezultat nałożenia się na siebie zmian egzystencjalnych, pojęciowych, poznawczych. Nie miałem pojęcia, co robię, prócz tego, że oto wreszcie, po latach bazgraniny, to wreszcie ma sens, łapie jakiś głos, pęd. Nie wiedziałem albo nie przejmowałem się tym, że frajda ich pisania była niemal całkowicie pożyczona. Od czegoś trzeba zacząć…
Dziś myślę, że pewne intuicje na przyszłość udało mi się wpisać w pierwszy tom, Strefę błędów urojonych. Już tam moim tematem jest próba odnalezienia się w wielości – bodźców, wersji, poziomów rzeczywistości, perspektyw – bez jej tłumienia. O tym są wiersze „Człowiek znikąd” i „Łowca zbiegłych okoliczności”. Czy dzisiaj wyparłbym się tego? Czy może raczej jeszcze silniej trafia do mnie myśl, że wszyscy jesteśmy znikąd, ale nie potrafimy tego nicościowego pochodzenia dobrze przemyśleć… Wtedy więc rozpoznawałem coś, co dopiero dzisiaj byłbym w stanie nazwać plastycznością – czasu, osobowości, stanu rzeczy – a wtedy mogłem myśleć tylko o przygodności. A może dokładniej – autokreacją, bo plastyczność może być procesem ogólnym, a autokreacja jest już osobniczna. I tę przygodność – radość z niej – wyczytywałem wtedy u ulubionych poetów: środkowego Zadury (Prześwietlone zdjęcia), Ashbery’ego, O’Hary, Sommera, wczesnego Sosnowskiego.
Opublikowałem Strefę błędów urojonych w 2000 roku w malutkim, chałupniczym wydawnictwie biblioteka, założonym i prowadzonym przez prof. Jerzego Poradeckiego z łódzkiej polonistyki. I pojechałem na rok do Stanów, ciesząc się jak gwizdek, że wydałem książkę z wierszami, ale nie mając pojęcia, że po czymś takim powinno być jeszcze chodzenie za tą publikacją, dbanie o nią, promowanie jej. Jednak tamten brak myślenia strategicznego ustępuje dziś stale silnemu wspomnieniu radości pisania. Kiedy teraz czytam te wiersze, pamiętam sceny z życia, do których te kawałki przynależały, z których brały początek. Zapis się nie starł.
Karol Poręba: „Stawiam na intuicję” – to brzmi jak dobitna deklaracja. Zanim więc wrócimy do historii, a może nawet do prehistorii Twojego pisania, chciałbym zapytać, na ile dziś – jako autor zbioru Czas kompost, jako tłumacz Żarliwej elegii Petera Gizziego – zawierzasz intuicji? Jaką rolę odgrywa ona w Twojej poezji? O ile dobrze pamiętam, w dotychczasowej recepcji napisanych przez Ciebie wierszy funkcjonowało przekonanie, że jesteś poetą intelektualnym, ale może w istocie sprzeczność między tym, co w twórczości intelektualne, a tym, co intuicyjne, jest pozorna?
Kacper Bartczak: Z pewnością bardziej intuicyjne było tamto wczesne pisanie. Z oczywistych przyczyn – mniej oczytania, mniej wiedzy, mniej doświadczenia. Również mniej czegoś, co ogólnie można nazwać obyciem, wyrobieniem, orientacją. Tamta intuicyjność była formą bezczelnej świeżości, która skutecznie wyłączała wewnętrznego cenzora. Wewnętrzny cenzor działał wówczas tylko jako podwykonawca warsztatowy – sprawdzał, na ile oczywiście potrafił, czy coś się nadaje, czy nie. Ale ponieważ sam był jeszcze słabo wyrobiony, to działał raczej intuicyjnie.
No cóż – do takiej świeżości nie mam już dostępu. Dziś więcej przepisuję, częściej sam się zastanawiam, jakie są możliwe znaczenia tego, co napisałem. Nadal jednak wyczekuję tych momentów, kiedy gubię siebie, gdy dzieje się coś nieprzewidzianego. Wciąż staram się działać tak, żeby, w miarę możliwości, zaskakiwać samego siebie. Dzisiaj to są może twardsze wewnętrzne negocjacje, szarpanie się ze sobą, targowanie.
W pewnym ważnym sensie – poza kwestiami obycia, orientacji w terenie, czyli świadomości tego, co robią ludzie wokół mnie, jak piszą – pewna motoryka tamtej intuicji nadal działa, mam nadzieję. Bo jedną z jej składowych było, i nadal jest, po prostu badanie konturów pojęć albo konturów znaczeń – naginanie ich, sprawdzanie zakresu ich sensowności, pytanie siebie o możliwość ich przekroczenia, poszukiwanie ich plastyczności. Słowa „plastyczność” używam teraz świadomie i celowo. Myślę, że moje zbiory od jakiegoś momentu przeczuwały plastyczność, tę, którą wypracowała Catherine Malabou. Chodzi o pojednanie języka z materią, ale nie takie, w którym język jest tym samym co kamień, drzewo, woda, ciało. Plastyczność ma coś o wiele ciekawszego do powiedzenia – otwiera pole, w obrębie którego słowo i przedmiot poszukują się wzajemnie, a w tym poszukiwaniu bierze udział element negatywny, uskok, coś nicościującego, co starali się uchwycić najciekawsi z majstrów dekonstrukcji. A plastyczność przepycha to coś w teren materialny, wtłacza różnię w glebę.
Kiedyś moja mocno ogólna i niesprawdzalna intuicja byłaby taka: niech język płynie wartko i wtłacza wszystko, co w nim niejasne, niejednoznaczne, a więc żywe – w świat materialny. Niech język działa tak, jakby sam czytał dany teren, wnikał w niego, jakby bezczelnie mówił: „jestem wszędzie”. Teraz rozumiem, że to była silna fikcja pewnej formy witalizmu: jakby język, albo może dokładniej – sam wiersz, mówił, zapewniał sam siebie, że przeniknie wszystko, zarówno twardy kamień realnych konieczności, jak i – a może nawet bardziej – skostniałe konstrukty społeczne (przemycane do świadomości w językach oficjalnych, w języku prawa, polityki, mediów), i że we wszystkich tych obszarach dokona swoich roszad, uruchomień, ośmieszeń, ożywień. Dzisiaj nadal zdarza mi się tak pisać, chociaż chciałbym to teraz pomału zacząć robić w innym języku.
Anna Kałuża: Jak myślisz, co w ramach takich witalistycznych teorii daje językowi poezji czy wierszowi siłę do tego, aby rozkruszał ideologiczne mury i ożywiał inne języki? Skąd ta moc pochodzi?
Kacper Bartczak: No cóż, to jest pytanie o życie, o to, jak je definiujemy. Co jest żywe? Wciąż zdarzają mi się chwile, w których gdzieś jestem albo gdzieś idę, i nagle – nie wiadomo do końca skąd, jak, dlaczego – ogarnia mnie przemożne wrażenie uczestnictwa w jakiejś aż iskrzącej „całości” albo w pewnym silnym pływie. Jest jakaś zasada, właściwość, jakiś poziom, na którym działa tętniące „tu i teraz”, chociaż ono jest zarazem zrobione z „wtedy i tam”. Ja takie twory nazywam pulsującą teraźniejszością. Doświadczenie estetyczne – takie jak wiersz – daje do niej dostęp. Wiersz współtworzy te zjawiska. Dlaczego? Nie mam pojęcia. To nie musi być wiersz – może być obraz, może być kawałek muzyczny. Dla mnie to wiersz i myślę, że chodzi o stan, w którym znajduje się język w wierszu. Ten język jest „pomiędzy” – mój, ale już nie do końca mój. Tak uruchomione momenty intensywnego doznania bycia żywym są silniejsze niż jakikolwiek dogmat, idea, wcześniejsze ustalenie tego, co i jak niby „jest”.
Lubię myśleć, że wiersze nie tyle opisują takie chwile, ile je aranżują. A jeśli tak, to w nich dochodzi też do „przepisania” struktur i schematów, którymi z konieczności posługuje się życie poza wierszem. Sama żywotność jest tym przepisaniem, świadomością, że istnieje coś więcej, coś innego.
Karol Poręba: Kiedy czyta się retrospektywnie Twoje tomy, przejście z pozycji bardziej „idealistycznych” ku testowaniu możliwości języka w rozmaitych sytuacjach komunikacyjnych, ważne chyba zwłaszcza w zbiorach Przenicacy oraz Wiersze organiczne, jest silnie dostrzegalne. Ale wraz z kolejnymi hipotezami, które stawiałeś jako poeta i które decydowałeś się sprawdzać poprzez eksperymenty na języku, obok tych kluczowych dla Ciebie zagadnień – materii, języka oraz ich splotu – z rosnącą z książki na książkę intensywnością pojawiał się również namysł nad podmiotowością, w Czasie kompoście urastający już do rangi problemu – zaryzykuję – niemalże centralnego. Zechciałbyś opowiedzieć o tym, skąd u Ciebie zainteresowanie podmiotem funkcjonującym pod presją komunikatów z zewnątrz? W jaki sposób wpłynęło to na Twoje rozumienie poezji?
Kacper Bartczak: Zawsze mnie interesowało, kto to jest ten ktoś, kogo słyszymy w wierszu. Albo co to jest. Moje poważne pisanie zaczęło się od momentu, kiedy zrozumiałem, że akt mówienia w wierszu jest powiązany ze sztucznością. To mi pomogło przestać się przejmować tym, jak mówić o swoim życiu, o własnym doświadczeniu.
Miałem dziwne dzieciństwo, dziwną młodość: sporo zwyczajności, normalności, dużo dobrych chwil, ale pod spodem wzbierający kryzys – tamtej rzeczywistości, moich rodziców, także mój. Moje pisanie zaczęło się od momentu, kiedy coś mi podpowiedziało, że do tych rzeczy nie ma dostępu bezpośredniego, że jakakolwiek próba zwykłej realistycznej opowieści o tym byłaby skłamana, chybiona, ostatecznie po prostu nudna. Czułem się dobrze w dużym dystansie.
Dystans może być ucieczką, ale może być też obróbką. To, co ważne, wróci. Postanowiłem zdać się na technikę, jej żwawość, sprężystość materiału. Pisanie, przestrzeń pisma – zniekształcają, odsuwają, komplikują podmiot. Wiem, wiem… dekonstrukcja dawno się skończyła. Ale to jest starsze niż dekonstrukcja i wzięło się ze sztuki, z literatury, nawet silniej niż z filozofii. Normalne, zwykłe, codzienne akty mowy – czy nawet nie te codzienne, lecz wszystkie, w których chodzi o przekaz – też są w stanie zakłócić podmiotowość, jednak tylko lokalnie. A literatura zakłóca go i zaciera globalnie, co jest oczywiście wezwaniem do odnalezienia się gdzie indziej. Dlatego coś innego się zadzierzga i stabilizuje w obrębie pola, które otwiera dany wiersz, tekst albo obraz. To pole zaczyna mówić. Oczywiście ten sztuczny podmiot wyłaniający się z samej akcji wiersza ma sporo wspólnego ze mną. Ale interesująca jest właśnie przestrzeń rozmijania się. Dlatego te zabawy z różnie pojętym zewnętrzem, badanie materiałów zewnętrznych – to musiało być równoległe do wyłaniania się sztucznego i niestabilnego podmiotu, który należy do samego wiersza (i który zarazem łączy się z moim prawdziwym życiem). Wiersz to badanie terenu, w którym podchodzenie do krawędzi słowo–przedmiot wydobywa coś ze mnie, z mojego nudnego, zwyczajnego „ja”, wprawia w drżenie. Peter Gizzi napisał gdzieś: „Wiedza to kondycja skrajna”. Spodobało mi się od razu. To jest kontrintuicyjne – wiedza, proces badania powinny stabilizować, wyjaśniać. Ale nie w wierszach – tu obnaża się niesamowitość bycia wobec czasu i materii. Wiersz wywodzi się ze mnie, ze zwykłego „ja”, ale jest też reprymendą: jak mogłeś się pogrążyć w złudzeniu normalności?
Karol Poręba: Zgoda, w literaturze granica między naturalnością a sztucznością, między twarzą a makijażem, jest czysto umowna i zależna bodaj tylko od swego rodzaju paktu referencjalnego czy autobiograficznego z czytelnikiem. Mimo wszystko obiecałem Ci powrót do prehistorii Twojej twórczości, skoro więc wywołałeś już czas sprzed, jak to nazwałeś, swojego „poważnego pisania”, to czy jesteś w stanie odtworzyć – niekoniecznie w formie realistycznej opowieści; pozwólmy sobie na odrobinę mitografii – co ukształtowało to przeczucie, że aby mówić o doświadczeniu, niezbędny jest zwrot ku sztuczności? Lektury, które wówczas były dla Ciebie ważne? Nieoczywista, splątana przestrzeń Twoich rodzinnych Bałut? Dość chyba powszechne poczucie nieprzystawalności języka do rzeczy? A może jeszcze coś innego?
Kacper Bartczak: Zapewne mozaika czynników. Twoje pytanie już wokół nich krąży. Nie wiem, jak i dlaczego, ale pamiętam, że rzeczywistość późnego PRL‑u jawiła mi się jako makieta, czasem śmieszna, czasem żałosna. Miałem głębokie przeświadczenie, że to rzeczywistość skłamana, szyta grubymi nićmi. Nie wiem, dlaczego tak to odczuwałem: może nasze osiedle na północy Łodzi było zbyt gliniaste i powykrzywiane, może ojciec, który nie potrafił się nigdy przyłączyć do żadnej sprawy politycznej (członkostwa w Solidarności nie liczę, bo w pewnym momencie każdy przyzwoity człowiek do niej należał; było wiadomo, gdzie jest wróg), stale tonował idealizm mojej wczesnej młodości (miałem wczesną fazę wielkich i szczytnych celów), wskazując na to, że każdy projekt rzeczywistości rozminie się z realizacją – nie mam pojęcia. Ale było chyba coś więcej niż instynktowne rozpoznanie, że PRL to państwo parciane, jakieś głębsze przeświadczenie o ruchomości ustalonych porządków, sposobów patrzenia na rzeczy. Po wielu latach, całkiem niedawno, gdy pisałem o Stevensie, o jego krajobrazach, trafiłem na myśl, że każdy pejzaż stanowi pewną kulturę patrzenia, tak to sobie nazwałem. I w tę kulturę jest już z góry wpisane zwarcie ludzkiego i nieludzkiego: ludzkiej świadomości, planów, dążeń, wiedzy, pojęć, z tym, co tej ludzkiej siatce stale się wymyka. Każda rzeczywistość to taki właśnie „pejzaż”. I on ma w sobie element plastyczny, w tym „dekreacyjny” (Simone Weil, którą Stevens w pewnym momencie się zainteresował).
No ale oczywiście wybiegam za daleko w przód. Na początku nie miałem dostępu do tego typu rozpoznań. Jednak kiedy w liceum odkryłem Gombrowicza – z jego poczuciem groteski ludzkiego kościoła – byłem na to gotowy. Gombrowicz trafił do mnie najsilniej – mocniej niż Miłosz, Borowski, Herling-Grudziński, Herbert, Zagajewski, Szymborska, Hłasko. Później do niego doszły lektury amerykańskich pragmatystów, przede wszystkim Jamesa i Rorty’ego. Nie chodzi mi o bezpośrednie podobieństwa, tylko o inną stronę przepisywalności. Tam, gdzie Gombrowicz odkrył ludzki teatr, przepisywalność rzeczywistości na jej głębokim poziomie, wręcz mistycznym, jak w Kosmosie, pragmatyści kładli nacisk na ludzki udział w tych operacjach: dokopywali się do tej sieci pragnień i dążeń, które biorą udział w opisie (albo nawet stanowią cały opis). Wyłania się więc rozpoznanie fikcyjności naszych rzeczywistości; przełożenia na literaturę są oczywiste. To nie przypadek, że Rorty porzucił filozofię analityczną dla literatury, że wręcz pokłócił się z tamtą gałęzią filozofii, że mu zbrzydła, i musiał zrozumieć, dlaczego nie może się oderwać od Henry’ego Jamesa, Prousta, Nabokova. A ja mniej więcej wtedy, kiedy odkryłem Williama Jamesa czy Rorty’ego, trafiłem też na Stevensa, na odległe rozpoznanie, że te ruchy kreacyjno-dekreacyjne, które tkwią w głębokich bebechach rzeczywistości, to ruchy całego naszego jestestwa.
Ten późniejszy zestaw lekturowy – Ashbery, O’Hara, Sommer, Zadura, wczesny Jarniewicz (bawiący się realizmem łódzkich blokowisk) – przyszedł niemal jak naturalna konsekwencja wcześniejszych rozpoznań głębokiej niestabilności tego, co nazywamy rzeczywistością.
Literatura jest lepsza niż nauka, dlatego że estetyka tej pierwszej ma szansę przełożyć się na etykę. Bo literatura wie, że każde przepisanie rzeczywistości zostawia ślad w nas, nie obywa się bez nas. Naukowcom się wydaje, że można o tym zapomnieć…
Tamte wczesne lektury… ich mieszanka… musiały jakoś podsumowywać, ale może też nadawać wreszcie kształt chaosowi, który miałem w sobie po dzieciństwie i młodości na Dołach, Bałutach, Radogoszczu – w tym niezwykłym nigdzie, gdzie nieraz duchy są silniejsze niż bezkształt teraźniejszości, gdzie tę teraźniejszość trzeba sobie wydrzeć. Człowiek znikąd ma do dyspozycji lektury. One są czynnością autotwórczą. Zamiast poczucia rozpadu – otwarcie na przepisywalność; zamiast zależności od przeszłości – rzeźbienie przyszłości. Zamiast sceptycznego odpadnięcia od rzeczywistości – przeczucie może nie „wpływu” na nią, ale przynajmniej nie całkowitej bezbronności wobec niej. Poluzowanie relacji słowa i rzeczy – tak, ale dla mnie nigdy nie była to otchłań. Dziś rozumiem, że chodziło o plastyczne otwarcie.
Anna Kałuża: A czy mógłbyś w kontekście swojej wyjściowej deklaracji o przyszłościowym rozumieniu siebie jako twórcy powiedzieć coś więcej o podmiototwórczej energii poezji? Bo przecież to są bardzo skomplikowane procesy, ani wyłącznie konstrukcyjne, ani dekonstrukcyjne. Jak z tego uskoku między tobą wyobrażonym a tobą stworzonym przez wiersz komponuje się realność?
Kacper Bartczak: To jest bardzo trudne pytanie. Ta „teraźniejszość pulsująca”, o której mówiłem wcześniej – ta silnie żywa przestrzeń wiersza – w dużej mierze dotyczy mnie, włącza mnie, włącza i odmienia, korzysta z moich przeżyć, przekracza je, pokazuje ich lokalność. Nie wstydzi się tej lokalności, ale też wykazuje jej umowność, przeźroczystość. W wierszu zawiązuje się pewna fikcja mnie. Nie wiem… to jest ktoś żwawszy, bardziej otwarty na intensywny przepływ sił życiowych. Ktoś chyba jednak śmielszy, odważniej posługujący się językiem, pozwalający sobie na dezynwolturę wypowiedzi, jakąś mieszankę tonacji – powagę, blagę, tajemniczość, wyznanie (mniej lub bardziej pozorne), zakręconą metaforę, mocno zwichniętą idiomatykę, itd. – do której nigdy nie mógłbym mieć dostępu w normalnej konwersacji (chociaż oczywiście normalne konwersacje mogą być bardzo zakręcone, co do tego nie ma wątpliwości, ale nie da się tego porównać z przełożeniami osiąganymi w wierszu). Pojawia się więc fikcyjne „ja” – ktoś, kto lepiej ode mnie radzi sobie z życiowymi przykrościami, kto jest silny myślą, że dobrze czuje strumień życia, być może nawet do jakiegoś stopnia go reguluje, jego pływy, lepiej niż to zwykłe „ja”. Ostatecznie to ktoś, kto ma swoje życie, zdolne może do stanięcia okoniem wobec ogólnego strumienia życia. Między zwykłą egzystencją a wierszem tworzy się pole magnetyczne. Dzięki niemu nie ma już czegoś takiego jak „zwykła egzystencja”.
Anna Kałuża: Twoja druga i trzecia książka pozostają trochę w cieniu Przenicacy, bo w tej ostatniej bardzo dobrze już widać Twoje myślenie o poezji. Zgodzisz się, że Przenicacy to ważny próg estetyczno-koncepcyjny w Twojej twórczości?
Kacper Bartczak: Absolutnie tak jest. Zaczynałem się wtedy otwierać mocniej na doświadczenie, powiedzmy, awangardowe – na wypowiedź silniej stojącą kością w gardle zwykłej płynnej komunikacji. Ale też zostają wyraźniej ujawnione uwikłania pojedynczej świadomości w nawarstwiające się kryzysy w sferze publicznej – pojawia się przeczucie, że one się wzajemnie wzmacniają. Są tam formy odchodzące od gładkiego, zdaniowego przerabiania języków publicznych i przejście do czegoś bardziej mechanicznego, celowo zdepersonalizowanego, żeby obnażyć mechanizmy nami sterujące. Tutaj też pojawiają się z pewnością zalążkowe próby pokazania, jak kryzysy współczesności rejestrują się w sferze ciała (zobaczcie na przykład wiersz „Pieśń amylazy” – pamiętam, że był dla mnie jednym z kilku przełomów w tamtym tomie).
Karol Poręba: Dobrze pamiętam ten tekst, zwłaszcza początek czwartej strofy: „Korporacja życia powstaje z życia/ przechodzi w śmierć czystej pracy”. Z jednej strony widzę w nim dziś, z perspektywy czasu, zapowiedź Wierszy organicznych, z drugiej – echo innej książki powstałej przy Twoim znacznym udziale. Mam na myśli Imitację życia Petera Gizziego w przekładzie Twoim i Andrzeja Sosnowskiego, która – podobnie jak Przenicacy – ukazała się w 2013 roku. Czy to właśnie ówczesna uważna lektura „poezji demokratycznej” Gizziego – mierzącej się z różnorakimi „biologicznymi”, „somatycznymi” czy wreszcie „organicznymi” koncepcjami wiersza – miała wpływ na ten przełomowy moment w Twojej twórczości? A może rolę odegrał tu sam proces translacji, także komplikujący kwestie podmiotowości i autorstwa?
Kacper Bartczak: Tak, to z pewnością trafna diagnoza. „Imitacja życia” – kawałek tytułowy tamtego zbioru, przełożony w naszej książce przez Andrzeja – zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tam mi się objawiła nowa forma – niesamowitość tych powracających permutacyjnie zdań, obrazów, wyrażeń, wyłaniający się świat uprzedmiotowienia, jakiegoś „zabetonowania” rzeczywistości przez siłę nie do końca rozpoznawalną, ale szczelnie i skutecznie niszczącą przejawy życia – ta niezwykła kombinacja przekazu i formy – to musiało głęboko zapadać. Podobne rzeczy w tamtym okresie wyszukiwałem u mniej znanego u nas Johna Yau (kilka jego wierszy przełożyłem i zamieściłem w „amerykańskiej” „Literaturze na Świecie” z 2010 roku). Tacy poeci (a do nich nieco później dołączyła dla mnie Rae Armantrout) szli o kilka kroków dalej niż na przykład Ashbery. Ale fascynujące było to, że ich krytyka rzeczywistości społecznej czy politycznej nie unieważniała zdobyczy poetyki ashbery’owskiej; przeciwnie – ta wymiana pokoleń była pełnym szacunku, głębokim czytaniem poprzedników. To jest wspaniałe w amerykańskiej wspólnocie poetyckiej. Inny przykład tego przekazywania sobie pałeczki – nie byłoby „Imitacji życia” Gizziego bez kilku wierszy, czy może rozproszonych obrazów z nich, Jacka Spicera. Starałem się oddać tę ciągłość kilkoma przekładami tekstów Spicera w numerze 2 „Wizji” z 2023 roku. W każdym razie – tak, z pewnością te sieci nawiązań wytworzyły mi w głosie system ech kształtujących później sposób widzenia rzeczy. I rzeczywiście – Przenicacy pod tym względem było dla mnie zbiorem przełomowym.
Karol Poręba: A czy ten szczególny sposób pracy z tekstem, którym jest proces tłumaczenia, w jakiś sposób wpłynął na Twoje rozumienie poezji, języka, świata itd.? Zwróciłem uwagę na to, że zaskakująco rzadko wypowiadasz się na temat przekładu jako takiego.
Kacper Bartczak: Niewątpliwie. Splata się ze sobą kilka procesów. Specyficzny sposób „rozumienia” obcego wiersza, takiego, które jest czymś więcej niż jego odczytaniem, zinterpretowaniem, gotowością do jego omówienia. Pamiętam takie zdarzenia przy okazji niektórych wierszy Gizziego oraz wspomnianego już Yau. To były skokowe zwyżki zdolności do interakcji z tymi tekstami. Wiązało się z nimi ogólne wyobrażenie sobie albo czucie tego, na czym polega ich estetyka, co fajnego w nich jest. Na przykład: że niektóre wyrażenia są specjalnie niesprawne albo nawet nieporadne, że coś jest krzywo poskładane i to ma swoją urodę. I to oczywiście oznaczało natychmiast gotowość i chęć przełożenia tych tekstów. Tak jakby te niesprawności – a czasem też uskoki, zerwania – aż się prosiły o dopowiedzenie w innym kodzie językowym. Albo były wyzwaniem. Jest taki wiersz Gizziego „Zaczynając od słów Simone Weil”. Przełożył go najpierw Andrzej Sosnowski. Ale kiedy przygotowywałem większy wybór z Gizziego, Pieśni progowe, to nie mogłem się opędzić od tego wiersza i postanowiłem dać mu drugi przekład, mój własny, co oczywiście oznaczało, że chciałem coś zrobić inaczej niż Andrzej. Znalazłem tam kilka obrazów, zwrotów – na przykład „furtka huśtająca się na wietrze”, z czego ja zrobiłem zdanie „furtka rzuca się na wiatr”, i parę innych – o które gra była warta świeczki. Podobnie z utworem „Oko wiersza”, chociaż tutaj odbijałem się od własnego przekładu, bo dotarło do mnie, że za pierwszym razem umknęły mi dość interesujące możliwości obniżenia rejestru. Podobnie było z wierszami Yau, później Armantrout: obrazy lub wyrażenia, które chodziły za mną tygodniami. W kolejnych próbach, nawet w popełnianych błędach, przechowywała się wartość, jakaś estetyczna wiedza. I to wszystko musiało po prostu uruchamiać później własne pisanie, wspomagać je. Oczywiście istnieje ryzyko – bo piszesz i nagle zdajesz sobie sprawę, że zostałeś zaprogramowany przez ten obcy wiersz, że go odtwarzasz. A to blokuje – no bo nie chcesz imitować (chyba że to ma być świadome nawiązanie). Ale zamiast blokady takie zjawiska warto potraktować jako bandę, od której można się odbić, żeby wykręcić ciekawsze zagranie. To są poszerzenia pola. Przekład jest bardzo pożyteczny. Później pojawia się poziom bardziej ogólny – zaczynasz rozumieć, co robią tamci poeci, i możesz sobie zadać pytanie, gdzie sam wobec tego jesteś.
Anna Kałuża: Po Przenicacy poszedłeś jak burza, bo Wiersze organiczne wywołały szeroki odzew krytyki. W kontekście tego zbioru chciałabym Cię zapytać o Twoje zdanie na temat pracy poety i naukowca-badacza, o związki poezji, nauk ścisłych i przyrodniczych. Mogłeś pójść w jakiś rodzaj bioeksperymentu, bioartu, jednak tego nie zrobiłeś.
Kacper Bartczak: Wiersze organiczne były uruchomione jako pochodna dociekań wokół czegoś, co wówczas starałem się dopowiedzieć akademicko jako bardzo ogólną poetykę pragmatystyczną. A konkretniej – dostrzegłem napięcie między podwyższoną tekstualnością a obecnością materii świata, w tym ciała. Inna teza, która wówczas mi się nasuwała: ideologie zarządzające populacją to też – w specyficznym sensie – „wiersze”, pewien kod, przepis kulturowy albo polityczny, który rzeźbi nas, nasze zachowania, naszą przestrzeń, decyduje o życiu, daje nam nasze zdrowie i choroby. Ciała nawiedzone tym zewnętrznym „wierszem” – a przeciw temu wiersz własny, jak odpór. I te napięcia słychać, mam nadzieję, w Wierszach organicznych. Zobaczcie kawałek „Pieśń tworzyw sztucznych” – a konkretnie zwrot „powiedzcie wierszowi” – tu jest ta podwójność: wiersz własny przeciw zewnętrznemu naporowi. Dzisiaj powiedziałbym – dwa sposoby rozumienia życia, życie własne przeciw strumieniowi życia ogólnego, który jest po prostu nie do zaakceptowania…
Inny kontekst – ciężka choroba mojej mamy. To też tam jest. Przeczytałem gdzieś, że na raka mówi się „cesarz chorób”. To wyrażenie pojawia się w jednym z wierszy.
Nauki ścisłe – czytałem sporo o fizyce kwantowej, o bozonie Higgsa albo o fluidzie metrycznym, który według fizyka Franka Wilczka stanowi najgłębszy poziom rzeczywistości fizycznej. Jednak miałem też dystans do fizyki – z tym jej wiecznym poszukiwaniem „teorii wszystkiego”, ostatecznych poziomów. Poeci lepiej niż fizycy rozumieją, że to są „fikcje” – w tym sensie, że nigdy nie będzie końca formułom, że każda zostanie kiedyś przepisana. I to jest patos nas, ludzi, organizmów myślących i mówiących – że nie będzie żadnej „teorii”, która nas czy nasz świat wyjaśni. Kolejne opisy dadzą kolejne formacje technologiczne, a te nie powiedzą nam znów nic, co mamy zrobić ze swoim życiem, kim mamy być. Przeciwnie – ostatnie doniesienia z tego frontu sugerują, że w ogóle mogą nas pozbawić wymiaru refleksji… Patos i zarazem uwolnienie – ton gorzkiej ironii, zawsze dystans do opisów pochodzących z pola nauki. W tym sensie różnię się od naukowców ścisłych.
Ciekawsi od naukowców bywają filozofowie, historycy nauki, teoretycy, którzy działają na granicy tych dziedzin i sztuki. Na przykład Stiegler, Barad, Morton, Bennett, Malabou. Żeby mogli powiedzieć swoje, muszą zbliżyć się do doświadczenia sztuki. Stiegler rzucił mi kiedyś w przelocie – bo musiał odpowiadać na wiele innych pytań – „oczywiście, że wiersz jest formą życia”; słuchałem kiedyś wystąpienia Barad na konferencji w Warszawie – brzmiała jak Whitman; Morton pisze gdzieś, że ze względu na zmianę klimatu życie dzisiaj jest jak życie we wnętrzu wiersza Wordswortha; Bennett opisująca moment, kiedy dotarło do niej, że materia jest żywotna, tak naprawdę projektuje wiersz (ale zdaje się, że nie chciałaby tego przyznać). Nauka i filozofia odkrywają niesamowitość – wiedzę jako „kondycję skrajną” – o której poeci wiedzieli wcześniej…
Bioart – nie poszedłem w tym kierunku być może ze względu na opór przed myślą, że wiersz może być zapisem stanowiącym linearne odbicie jakiegoś procesu biologicznego, chemicznego. Dziś widzę, że mniej więcej od Przenicacy i Wierszy organicznych stałem na przecięciu języka oraz procesów materii, i być może działała w moim pisaniu nierozwiązana sprzeczność: niech język zbliży się do materii, ale niech zachowa różnicę, ślad czegoś radykalnie innego od materii. Mam więc nadzieję, że moje ominięcie tej ścieżki, którą wskazujesz, nie było wyrazem braku odwagi, tylko trzymaniem się tej sprzeczności jako nośnej intuicji twórczej.
Anna Kałuża: Mówiliśmy o Twojej pracy tłumacza, ale w swojej działalności intelektualnej łączysz przynajmniej trzy funkcje. Jesteś krytykiem, tłumaczem i poetą. Poruszasz się wśród gatunkowo różnych tekstów, różnych postaci podmiotu, scenografii, światów przedstawionych i wyobrażonych. Masz również różnych odbiorców: pewnie to osobna sprawa, ale jesteś też dydaktykiem, nauczycielem akademickim. Czy czasem te rozmaite funkcje wchodzą ze sobą w kolizyjny układ?
Kacper Bartczak: Składało się na ogół tak szczęśliwie, że badania naukowe i pisanie wierszy wzajemnie się odświeżały. Nie potrafię tego dokładnie wyjaśnić. Bardzo dawno temu chciałem być prozaikiem i poszedłem na studia literaturoznawcze wiedziony niesprawdzonym przekonaniem, że przebywanie „w pobliżu” literatury ułatwi jej uprawianie. Trochę się sprawdziło, a trochę nie. Prozaikiem nie zostałem, ale na studiach okazało się, że czytanie tekstów z okolic filozofii i teorii literatury (oczywiście na studiach i zaraz po nich to była waga lekka; najcięższym zawodnikiem był pewnie Heidegger, zaraz potem Habermas) sprawiało mi właściwie przyjemność. Pamiętam, że dziwną przyjemność sprawiało mi nawet czytanie Habermasa. Dzisiaj wydaje mi się to perwersyjne, niemożliwe… Ale już na przykład Pascal i jego Myśli? Jakim miłym zaskoczeniem było późniejsze odkrycie, że „System” Ashbery’ego w jakimś sensie „odbija się” właśnie od traktatu Pascala… Czyli – na to wychodziło – można wycisnąć pewną jakość, powiedzmy: estetyczną, z wywodu filozoficznego. Podejrzenie jest takie: poezja, szalona siostra filozofii, przychodzi do niej w najmniej oczekiwanych momentach i mówi jej: to, co ty tak poważnie mówisz, ja zaśpiewam, i uzyskam prawie to samo, ale jednak bardzo inne. W każdym razie udało mi się wytworzyć rezonans między lekturami w obrębie teorii i filozofii, własnym pisaniem na potrzeby akademickie a później powstającymi wierszami. Chociaż możliwe, że w późniejszych latach tę sekwencję dałoby się odwrócić. Na przykład w zbiorze Pokarm suweren są kawałki, które – tak bym to dzisiaj ujął – antycypowały podejścia odnajdywane dziś u różnych teoretyków spod znaku nowych materializmów. Ten rezonans mógł działać w obie strony. On jest polem intuicji, o której mówiłem na początku: w nim ścierają się po prostu różne fantastyczne przypuszczenia i do tych starć nie może dochodzić w normalnym tekście naukowym. Najbliżej być może do tego rezonansu podchodziłby uogólniony, czasem pozwalający sobie na eksperyment esej literaturoznawczy, który eksplorowałby pogranicze naukowości i twórczości, esej naukowy z elementem twórczym, powiedzmy. Coś takiego robi od lat Charles Bernstein. U nas to jest bardzo utrudnione w dobie punktozy. W każdym razie ja takich rzeczy „na punkty” nie potrafię pisać.
Dydaktyka – przez wiele lat była dla mnie bardzo ważna, czasem nadal bywa. Po prostu zapalałem się w klasie. Bez przesady i bez idealizowania, ale wielokrotnie zdarzało mi, że dzięki rozmowom ze studentami – dzięki moim próbom uruchomienia ich zaangażowania – dostrzegałem nowe rzeczy w wielokrotnie wcześniej przerobionych tekstach. Najważniejszą zdobyczą dydaktyki była rosnąca świadomość, że w literaturze konkretne złożenie formalne – taki, a nie inny dobór słowa, takie, a nie inne rozwiązanie fabularne lub techniczne – jest całym „przekazem”. I jeszcze jedno, chociaż może trudno to będzie tu wyjaśnić – świadomość, że tekst literatury ma swoją pojemność, która wymyka się autorowi, ale też wymyka się każdemu pojedynczo wziętemu odczytaniu. Starałem się to kiedyś nawet nazwać. Pisałem o „wielości” zakodowanej w tekstach; właśnie w tekstach, a nie w samej rzeczywistości… I tu z pewnością wiele lat rozmawiania o literaturze w warunkach akademickich czemuś się przysłużyło… Mam nadzieję, że nie tylko mi.
Karol Poręba: Mówisz o przyjemności lekturowej, o perwersyjnym kontakcie z tekstem literackim czy filozoficznym; o zapale i zaangażowaniu jako narzędziach poznawczych w dydaktyce. Bliskie Ci są takie afektywne sposoby uprawiania literatury i nauki?
Kacper Bartczak: Pewnie za bliskie… Przez lata zbyt wiele rzeczy „brało mnie” natychmiast, bez ważnych filtrów… Ale to trzeba obliczyć na dłużej, zobaczyć, co zostaje. Dlaczego fraza „one must have a mind of winter”, ze Stevensa (z wiersza, który postanowiłem kiedyś w końcu przetłumaczyć sam, i zamieściłem własny przekład, stojący w kontrze, szczególnie w zakresie tytułu, wobec istniejącego przekładu Jacka Gutorowa) została ze mną na zawsze? Dlaczego na zawsze zostaje ze mną pierwsze zdanie z Ashbery’ego („We see us as we truly behave”). Siła takich „świetlistych detali” (Poundowi chodziło o coś innego…) jest niezmierna. Spędzałem lata na jej filtrowaniu, na dowiadywaniu się, co się stało. Przykład z Rorty’ego: jego zdanie o tym, że to my mówimy, a nie świat – ile filtrów później na to ponakładałem. Podobnie byłoby z lekturami Harolda Blooma, Agaty Bielik-Robson, Tadeusza Sławka, ostatnio Catherine Malabou i Lyotarda (jego późna książka Discourse, Figure). Ograniczę się tylko do filozofów, bo lista polskich poetów oraz poetek byłaby zbyt długa i nie dałbym rady wesprzeć jej przykładami. Bywam podatny na porażenie konkretną formułą językową. Później leczę się z tego latami. Takie życie.
Karol Poręba: Mimo że wiele mówiliśmy o tym, co – począwszy od debiutu – wskazać można jako wspólny mianownik Twojej poezji, to jednocześnie jawi mi się ona jako ciąg przekształceń, zerwań i dynamicznych poszukiwań. Każda kolejna książka przynosiła obok znajomych już rozwiązań czy intuicji istotną woltę lub świeżą, zaskakującą perspektywę. Chciałbym więc zapytać Cię o Czas kompost, Twoją najnowszą książkę, w moim odczuciu znacząco różną od wcześniejszych tomów. Powiedziałeś kiedyś, że przyglądasz się w niej napięciu między tym, co materialne i niematerialne w ludzkim podmiocie – równocześnie jednostkowym i wielościowym. Jak rozumiesz to napięcie? Dlaczego wydaje Ci się ono dziś ważne?
Kacper Bartczak: W pierwszym wierszu pojawia się fraza: „ja nieczysta natura”. Interesuje mnie spojrzenie na człowieka jako na organizm trudny do uchwycenia, pośredni, zajmujący dziwny i niewygodny teren pośredni, obszar zawieszenia. Przemawiają do mnie wszystkie argumenty ewolucyjne widzące w nas czysty przypadek procesów ewolucyjnych. A z drugiej strony to bardzo ciekawe, że nasze mózgi doszły do tezy czegoś „poza”. Ta teza musiała przez wieki działać jak narkotyk. Coś jak w powieści Dicka Trzy stygmaty Palmera Eldritcha – koloniści na Marsie nie dają rady bez zbiorowej, narkotycznie wywołanej halucynacji. Myślę, że Dick pisał o przeszłości Ameryki: purytanie nie daliby rady bez swojego narkotyku – własnej wersji kalwinizmu. I można to poszerzyć – ludzie w ogóle, jako gatunek, nie daliby rady bez swojej wersji narkotyku. Narkotyk jak narkotyk – jest raczej zły, bo uzależnia. Jednak gdyby uzyskiwać ten sam efekt, tyle że bez substancji zewnętrznej? Człowiek jest przypadkiem, magmą, mgławicą przygodności. Ale ma też możliwość ujęcia się w tej kondycji, zobaczenia się, ostatecznie ujęcia się za sobą w swoim braku znaczenia, w braku znaczeń ostatecznych. Możliwość przepracowania ostatecznej pustki bez traktowania jej jako ostatecznej wykładni czy zasady, bez zgody na to, żeby pustka nas hipnotyzowała, przyprawiała o szaleństwo. Niektórzy myślą, że widzą jakiegoś Boga, a tak naprawdę hipnotyzuje ich wielkie Nic. I stają się szaleni. A głębokie przeżycie pozycji pośredniej byłoby antidotum na to szaleństwo. Jesteśmy specjalnym przypadkiem zwierzęcia – taka jest nasza pozycja pośrednia. Te procesy mielące – kompostownik – czająca się za nimi pustka. Ogólna intuicja była taka, żeby stworzyć ich doznanie przy jednoczesnym utrzymaniu tezy oddzielenia się od nich. To jest właśnie ta dziwna pozycja pośrednia – nasza pozycja jako specjalnego przypadku zwierzęcia. Poezja dobrze się sprawdza w ujmowaniu za tym przypadkiem.