Chciałabym opowiedzieć o moim ostatnim porodzie
Termin porodu przez cesarskie cięcie miałam naznaczony na dziewiątego maja na dziewiątą rano. Termin był ustalany za pomocą czterech kalendarzy, to jest kalendarza mojego, położnika, anestezjologa i rzecznika prasowego urzędu dzielnicy. Naczelnym dążeniem naszym było, by się ten termin we wszystkich czterech kalendarzach pokrywał. Pokrył się, choć dzień przed miałam w, wybaczcie mój francuski, macicy poważną obawę, że chyba się wyłamię z ustaleń, ale ostatecznie się nie wyłamałam: miałam oddać całą pracę na wieczór, a zrobione było pół (bo ja zawodowiec jestem) i to mnie skutecznie powstrzymało w skurczach.
W piątek rano wstałam o wpół do drugiej po północy i poszłam do łazienki czyścić fugi. Pięć godzin później wstał mój mąż i starsze dziecko i pojechaliśmy. Dziecko upuściliśmy po drodze u opiekunki.
Miałam pokoik w kolorze oranż motywujący, a koszulkę mi dali niebieską z aplikacją. Błędnie wzięłam swoją niejaką tępotę za skupienie, co najlepiej wyszło, gdy po serii pytań towarzyskich (HIV, WR, HBS) lekarz spytał:
– A gdzie było robione poprzednie cięcie?
A ja, po nieskończenie długiej chwili, w której, gdybym chciała, zdążyłabym odwiedzić Wegę, skąd przecież muszę pochodzić, skoro zadaje mi się takie pytania, odpowiedziałam:
– Na brzuchu.
Lekarz spojrzał na męża, czy mógłby przetłumaczyć, i mąż przetłumaczył, że w Szpitalu Praskim.
Potem przyszli po mnie, żebym już szła na salę operacyjną. Nie potrafili mi wyjaśnić, dlaczego mam zdejmować majtki, ale postanowiłam ulec ich irracjonalnej argumentacji, bo przecież mógł to być mój ostatni raz ulegania irracjonalnej argumentacji w kwestii zdjęcia majtek.
A na stole operacyjnym mój ginekolog powiedział:
– Ach, zapomniałem panią zbadać.
I wtedy się okazało, że już od dłuższego czasu rodzę, właściwie kończę już, tylko byłam rozproszona fugami i nie zauważyłam.
Potem zaś potoczyło się wszystko błyskawicznie: wyjęli małego, wyglądał jak biała kiełbasa, wzięli go do pokoiku obok na metraż, pediatra gwizdnął na męża, żeby z nimi poszedł, i przestało działać znieczulenie. Powiedziałam anestezjologowi, że chyba przestało działać znieczulenie, na co on powiedział:
– Co też pani!
I to jest ten precyzyjny moment, w którym się w nim zakochałam.
Jeszcze na chwilę wrócił pediatra z moim mężem przekazać wynik metrażu.
– Pięćdziesiąt sześć centymetrów – powiedział, na co mój mąż zwrócił uwagę, że pan pediatra chyba źle zmierzył, po czym obaj znów wyszli do pokoiku.
Potem poszli anestezjolog, ginekolog i położna, mówiąc mi przedtem miło:
– Dziękuję.
– Również dziękuję – powiedziałam.
I zostałam tylko ja z drugą położną, ja – płacząc, położna – myjąc mnie. Kafelki były w kolorze spranej kaki. Następnym razem będę chciała opowiedzieć o śmierci z balkonu mojego kota Pawła.
O śmierci z balkonu mojego kota Pawła
Paweł był ze mną i z moim mężem od początku. Przyniósł go mąż do mnie z reklamówką, w której miał szczoteczkę do zębów i inne takie, oraz z pytaniem, czy mogą ze mną zamieszkać. Mogli, a Paweł miał wtedy osiem do dwunastu cali długości i jedne wąsy białe, a drugie czarne. Potem Paweł występował na różnych rodzinnych zdjęciach aż do ostatniego piątku maja, kiedy to poniósł śmierć z balkonu.
Akurat przyszła do mnie siostra z synem.
Nie winię jej, bo już wiem, że to moja nieuważna podświadomość zabiła Pawła, ale dla celów synchronicznych chcę podkreślić, że akurat wtedy do mnie przyszli i zrobili ten swój klasyczny wir powietrzny, na który ja i moje wodne dzieci patrzyliśmy z cienkiej krawędzi pomiędzy wzruszeniem ramion a załamaniem nerwowym. Trzeba było otworzyć balkon dla tlenu i trzeba to przyznać i powiedzieć, że przestałam trochę panować nad sytuacją, i Paweł wyszedł nie wiedzieć kiedy – i spadł – nie wiedzieć kiedy, lecz wiedzieć na co – na beton.
Ale ja tego nie widziałam, więc szukałam Pawła w garderobie, pomstując, bo nie wolno mu było wchodzić do garderoby.
A potem przyszedł z pracy mój mąż i jasnym się stało dla nas, że Pawła nie ma na obiekcie w węższym pojęciu, więc mąż poszedł sprawdzić, czy nie leży gdzie na obiekcie w pojęciu szerszym. Nie leżał.
I tacy trochę znieczuleni nadzieją staliśmy potem późno w noc na balkonie, gdy dzieci już poszły i spały, i rozmawialiśmy o tym, że może Pawła dopiero czeka śmierć, jeśli przelazł na sąsiedni balkon, do tego sąsiada, co mu żona i córka siedmiomiesięczna zginęły w wypadku samochodowym, bo u sąsiada po południu było przez chwilę otwarte okno, ale teraz już było zamknięte, a on się rzadko pojawiał w domu. Ja się zawsze cieszyłam, że rzadko, bo miałam nadzieję, że nigdy go nie zobaczę: już jak nam poprzedni właściciel opowiadał u notariusza o tym sąsiedzie, to nie chciałam go oglądać.
Raz pakowaliśmy dzieciaki na korytarzu do wózka i przyszedł ktoś, i wszedł do mieszkania tego sąsiada, ale mój mąż powiedział, że to nie on, bo on jest wyższy i ma więcej takiej klasy. A przez uchylone drzwi widziałam stojące w przedpokoju torby cukru.
I tak patrzyliśmy z góry i z boku na nasz stosunkowo nowy dom i jego łyse patio, aż wzrok mój padł na czarny punkt, coś jakby worek na śmieci, obok altanki śmietnikowej.
– A tamto to nie Paweł jest? – powiedziałam do męża.
– E, nie – powiedział mąż.
A rano zadzwonił do mnie z pracy – ma pracę na terenach leśnych poza granicami administracyjnymi Warszawy – i powiedział:
– No to go zakopałem.
Jak fotografować zmarłe dzieci
W wigilię moich imienin zadzwonił człowiek.
– Chcemy zrobić zdjęcie.
– Współczuję państwu straty dziecka – powiedziałam. – A gdzie utracone dziecko jest?
Wymienił nazwę szpitala, akurat miałam tam znajomą położną oddziałową. Dla porządku spytałam, ile dziecko miało, i usłyszałam, że osiem tygodni życia płodowego za sobą. Pani położna zrobiła sobie z dawnej szpitalnej palarni taki specjalny pokój, w którym teraz za przepierzeniem stoi wielgaśna chłodnia ze światełkami, a poprzednio zaledwie lodówka Mińsk. Pani położna zostawia mnie przed przepierzeniem. Rozkładam się z aparatem na parapecie wysokiego okna, a pani położna przynosi zza przepierzenia zielone zawiniątko i kładzie je na stole przykrytym białym obrusem.
– A śniadanie pani jadła? – pyta. – Te matki to czasem takie pomysły mają – mówi i rozwija zawiniątko warstwa po warstwie. – Na przykład ciąża dziewiętnaście tygodni, dziecko umarło w jakimś piętnastym, czarne toto, zmacerowane. Przyszli już po trumnę z zakładem pogrzebowym, a ona wyjmuje z siatki i sypie do tej trumny jakieś płatki. Róż chyba. Żeby się tylko pani niedobrze nie zrobiło, tak bez śniadania.
Rozwinęła zawiniątko całkiem, pokazuje mi kawałek zeschniętej wątróbki. Robię zdjęcia kawałkowi zeschniętej wątróbki i widzę, że coś ma, że coś ma. Niby nóżkę. Niby główkę. Matka wątróbki jest jeszcze w szpitalu i akurat dzwoni do mnie, to mówię, że zajdę do niej i umówimy się odnośnie do przekazania zdjęć. Schodzi taka, tłuste włosy. Think I’m cute, look at my mom.

– Wie pani – mówię – bo ja nie wiem, co z tych zdjęć wyjdzie.
– Wiem – mówi ona. – Trzymałam Hanutkę na ręku.
Umawiamy się na załącznik do maila dzisiaj i na odbitkę pocztą potem.
Wracając do domu, chociaż jestem w butach, które noszę kolejny sezon, obcieram sobie pięty do krwi – powitanie jesieni. Otwieram komputer i siadam do obrabiania Hanutki. Po dłuższym czasie spędzonym przed monitorem mogę już z całą pewnością powiedzieć, gdzie Hanutka ma rączki, gdzie stópki, gdzie główkę – tę najłatwiej ustalić, bo jest największa, oraz gdzie nie za długo biło serduszko (malutkie). Przypomina mi to odpytywanie z mapy fizycznej na geografii w szkole i podobnie mnie cieszy.
– Chcesz zobaczyć? – mówię do męża.
– Chyba oszalałaś – mówi mąż.
W nocy śni mi się, że ósmego dnia przynoszą Pana Jezusa do świątyni. Matka Boska rozwija go z pieluszek i rozwija, i rozwija.
– No, żeż – mówi Matka Boska.
Zdejmuje kolejne warstwy, a pieluszki robią się coraz bielsze. Rozwija, aż przestaje, ale nie wiem, co znajduje w najbielszej pieluszce, bo mi zasłania, pochyla się nad nią.
– Nie tak się umawialiśmy – mówi.