książki / POEZJE

Połów. Poetyckie debiuty 2010

Bartosz Sadulski

Dominik Żyburtowicz

Filip Wyszyński

Krzysztof Dąbrowski

Krzysztof Szeremeta

Marcin Bies

Mariusz Partyka

Rafał Gawin

Urszula Kulbacka

Fragmenty książki Poetyckie debiuty 2010, wydanej w Biurze Literackim 25 marca 2010 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Marcin Bies

shadowplay

pierwszy w tym roku śnieg, kawa sypana, czarna, amfa.
nie ma zjeżdżania z górki, chłopczyk ma karę tej zimy.
dziś zjeżdża z tobą ktoś inny, ja liczę śnieg, ślinię palce,
dotykam zimy, gdzieś w niej jesteś Ty. zamarzają cienie

pająków spod lodówki. kara przyjdzie też następnej zimy.
i jeszcze następnej. pierwsza w życiu kawa, pierwsza
kobieta, miłość w małym mieście, nie ma co sypać popiołu
na kolejną zmarszczkę. chłopczyk bierze amfę, dotknięcie

dotyczy innych dzieci. karę przyjmuje się jak suchy chleb
albo amfę z domieszką jarzeniówki. słodzisz czy odchodzisz?
wybór jako gra w bierki. kara jako karma, na domiar braku
substytut nadmiaru, pierwszy w tym roku śnieg, kawa, amfa


gwiazdy tańczą na głodzie

potem nie będzie substytutów. zamilkniesz i zrobi się
pusto od braku jakichkolwiek nawet odniesień. nawet
cień na ścianie będzie jak nieżywy. i nic się nie stanie.
taka forma bytu jak rak życia, lub o mały włos. warkoczyk

czy dredzik? niedopałki papierosów dodadzą otuchy, brak
tożsamości okaże się zbawienny. to zakorzenienie w
pustce sprawia, że nie machasz rękami, nie zaciskasz
pięści. bóg miał plan jedynie co do twojej zapalniczki.

wzorowe uśmiechy zamienią się w grymas. ksera zer
zajmą swoje miejsce w szeregu i niepostrzeżenie forma
nabierze treści, gdy wyglądając nijak, nie będziesz mieć
nic do powiedzenia. pozostanie tylko element wycofania,

z którego skorzystasz. tymczasem wściekłość i wrzask
w wersji superlight okazuje się być hitem sezonu. tłum
podnosi w górę chińskie zapalniczki, transkrypcja pustki
drogą esemesową może zapewnić ci atrakcyjne nagrody.


Rafał Gawin

Figi, migi. Ostateczne rozwiązanie

Masz piękne ciało, ja umiem pięknie
o nim opowiadać; ucieknijmy! To będzie romantyczne
w przededniu ślubu, to będzie zdrowe
i świeże. Ha! Nie zdążysz ostygnąć,

będę wiercić językiem w środku, językiem,
który kiedyś wybuchnie. Mamy piękno
na wciągnięcie ręki! Na skróty, przez lewe ramię –
uwierzmy w zabobon i poćmy się siedem dni.

Stworzenie nigdy nie było tak pełne,
karma tak apetyczna. Świat nie kończył się
na życzenie, nie wracał bez pestek.

Strumień świadomości będzie jeszcze ciepły,
gdy znowu zaczniemy się lepić. Ale wtedy
przyjdzie kolej na ciebie. Jeden celny strzał.


Materiał się wyczerpuje,

między zębami brakuje przerw,
do których mógłby się dostać pokarm,
czarna materia – z bliska, jak przeźrocza.
Język się pruje, jakby był zakładnikiem

adidasa z rynku – alma mater koło nosa,
brzęczenie urojeń. Wiesz, mate, jesteś cenny,
dopóki twoje słowo coś waży,
choćby miało ciążyć. Tej gry nie kończy

mat. To nawet nie jest gra, ktoś
ma sobie niewiele do zarzucenia
i powoli zdejmuje ubranie w rozgrzanym

do czerwoności piecu. Mmm, jak niejednoznacznie
powiela się schemat. Koniec jest początkiem
w miejscu, gdzie następuje ukłucie i przebudzenie.


Mariusz Partyka

migotania

rano kawa, po południu zielona herbata z guaraną,
antybiotyk i osłony, żeby nie zrujnować żołądka
i wątroby. ilu nie wytrzymało próby suszy. teraz chłód

i deszcz otuli pozostałych, zwierzęta znowu ruszą
w stronę centrum nieustającej ciemności.
w wilgotnym mchu zasną, przeczekają słońce i hałas.

ilu jeszcze przejdzie ścieżkę między czarnymi
konarami z całym dobytkiem pod ubraniem,
żeby zobaczyć zimne stada wchodzące w nurt

cichej rzeki. ilu wróci z prześwietlonymi kliszami,
głosem kamienia wrzuconego do wody.


zima niczyja

będziesz żył pośród zapasów martwych
zwierząt w ocynkowanej stali.
twoja woda zostanie oznaczona

i zabutelkowana. zima do ciebie przyjdzie,
ale nie umrzesz z chłodu.
palcem na zmrożonej szybie
zapiszesz fragmenty warte zapamiętania.


Bartosz Sadulski

implozja

miesiąc ćwierćfinałów i pierwszych
burz droga do finału jeszcze daleka
ale można wybierać: ja o tobie piszę
on by robił zdjęcia – wierzę że to nie sprawia

różnicy albo wyobrażam sobie własne
fotografie: naga kobieta w pustym pokoju
i pościel marszczona jak przejrzałe jabłko
kobieta płacze bo nikt nie podarował jej

snów i wielki piątek spędza w towarzystwie tych
którzy odeszli – ich dotyczy znane mi prawo fizyki:
dwa ciała nie mogą jednocześnie znajdować się
w tym samym miejscu
nawet jeśli tym miejscem

jest żarówka a w niej sny bywają dziwaczne:
o dotykaniu o nagłej śmierci w rzece


syte dziecko

coraz mniej zachwytu a więcej strachu
tyle śladów noszą twoje ręce jakbyś
zrywała pokrzywę i przykładała ją do ust
jak parzący instrument – cierpki jest smak

wygranych melodii przy których serce się kraje
jak na widok brudnego miasta gdzie wiatr
poczyna swoje tańce aż zostaną ślady dziecka
w asfalcie – dwudziesty trzeci dzień deszczu

potop wdziera się do piwnic oraz komórek
skąd wywleka słoje i ukochane nieczystości
gromadzone przez lata: fotografie rodzinne
i niedokończone historie (bo nie bez powodu

są łzy na dworcach w pociągach pospiesznych)
mamy głód i ostatnie słowo – możemy wywołać wojnę


Krzysztof Szeremeta

Asperges

Pierwsze spotkanie w śniegu, kruszone szkło,
mięso abstrakcji – twoje plecy, naturalna ściana.

W ciemni zostaje abstrakcja. Miasto spływa
z wodą, metale ciężkie, błyskawice w trakcjach.

Przez chwilę nie widać nieba, lecz jest hałas,
pod językiem natychmiast ciało staje słowem.
Bolą zęby. Biali jak pierwszy śnieg
spotkany na drodze, zdajemy sobie sprawę

ze skruszonych twarzy, czystymi palcami
podtrzymujemy mowę. Gdy zamykam oczy,
widzę wnętrze twoich powiek. Reszta ciała

nieistotna w istniejącej formie. A przechodnie,
architektura, inne dziewczęta, mijają się
lub mylą, wybierają mgłę. Na zanikającym tle

otwórz wargi moje, a będą głosić chwałę,
nie opuszczaj krwi, weź ofiarę z ognia.
Pozostań we włosach sklejonych hizopem.


Confiteor

Zimne powietrze, sprawdź to, bolesna zadyszka.
Narracja prowadzi pomiar czasu. Łączy nas

każdy zakręt. Niby mam jakieś wahania,
ale tracąc równowagę, określam cię jako głos
bez dźwięku. Wszechobecna powtarzalność
nazywa cię głosem bez dźwięku, obca kobieta
obraca wilgotny papierek i też cię tak nazywa.
Maszynista nie otwiera drzwi. Papierek osuwa się,

bezgłośne usta. Sprawdź to: przystanek cracovia,
czynię całopalenie, dotykając śniegu, moja wielka
wina w płucach, narracja prowadzi do złego.

Oddech boli, bo z ciebie
nie zdaje sobie sprawy.

Nie widzę wyciągniętej ręki.


Filip Wyszyński

Strzeżone plaże

Ścierałem pot z czoła Boga. Morze.
W Rimini trwa strajk ratowników:
mężczyźni w czerwonych koszulkach
z gwizdkami w ustach chodzą

pomiędzy leżakami. Dzień w dzień robią swoje wśród nas.
Mówisz o falach, pełnej plaży.
Wdychamy coś innego niż powietrze.
Gdzieś w szczelinie, w cieniu ucha

miesiące przejdą w chłód.
A oni idą z deskami, gwizdkami i lornetkami,
idą w koszulkach i kąpielówkach
czerwonych jak słońce, jak miłość, jak nic.


Atlantique Nord

Gwiazdy będą biec i przepadać jak żwir na długiej bieżni.
Dziewczyny na dyskotekach za jakiś czas będą
miały coś do powiedzenia. Trzeba dać im trochę czasu.
Kiedyś obudzisz się zmarznięty
i będzie to po prostu marzec

Będzie taki dzień, że nie spotkasz tłoku w tramwaju ani w autobusie,
że nocą będzie można chodzić po ulicach, że już nic nie zrodzi się
z agresji, przypływów nadziei, pomyłek i przypadku.
Będzie taki dzień, że każdego zabierze taksówka.
Przyjdzie dzień, w którym spotkasz się ze znajomymi

pogracie w brydża, będziecie się bawić i śpiewać,
później oni wyjdą w noc, przecinając chłodne powietrze,
i zostawią cię samego z tym wszystkim, i sam już zostaniesz
na zawsze. Trzeba będzie żyć dalej.

Przyjdzie też dzień, który będzie beze mnie, niedostępny
i nadejdzie jeszcze wiele dni, które nas ominą.
Nastanie czas, w którym umrą rodzice, naczelnik, dyrektor,
kilku młodych lekarzy i ratowników. Później nikt nie będzie
znał uzależnień, nie będzie powodów do narzekań.
Zapomnisz o smakach, nutach i odpoczynku w lesie,
mieszkaniu, literaturze, ciepłym wybrzeżu.

Skóra nie będzie się łuszczyć, ciało nie będzie boleć,
nikt po nikim nie zapłacze. Poczujesz się wolny, spotkasz
kobietę, będziesz ją kochał, ale nic się nie zdarzy.
Będzie dzień, w którym dostaniesz własny punkt widzenia
i dzień, kiedy zobaczysz topiące się dziecko w żyletkach chłodnej tafli.
I będzie dzień, kiedy pomyślisz, że to wszystko nie jest ludzkie,
i nie będziesz w błędzie, bo życie jest czymś więcej.


N.

Otwieram okno. Sąsiad zamiata liście.
Glina jest wszędzie taka sama, może
w niektórych miejscach działa trochę wolniej.
Ktoś opowiada film, ktoś śpi, tam jest ślad, tam
światło pada na ściany i księżyc jest jak dziecko

pochowane w tynku. Jakiś embrion lub kołnierz
na zimę, który trzeba znaleźć, tak jak się szuka drogi

ucieczki, czyli złożenie mapy przed wyjazdem,
przetarcie wszystkich szlaków przed wyjściem do kina.
Wpadłem samochodem w żyłę rzeki, ale najpierw
zobaczyłem trasę: na poboczu kobieta przepasana
czarną chustką wyciąga kciuk, by mnie zatrzymać.

Z drugiej strony dziewczynka próbuje karmić lalkę
swoją niedojrzałą, małą piersią. Nie wiem, co wybrać.


Sposób życia

Przy wielkim przybrzeżnym jeziorze
każdego dnia tego upalnego lata
zbierały się tłumy plażowiczów
i plażowiczek.

Narzekali na letnie upały
i błogosławili letnie upały.
Większość z nich miała
swoje koce i kolorowe parasole,
niektórzy radia na baterie,
arsenał napojów lub piłki.

Jedni ubierali się i wychodzili,
na ich miejsca przychodzili następni.
Ich prywatności chroniły
kawałki materiału poniżej pasa.
Byli też tacy, którzy się ich zrzekli.

Kobiety w ogóle nie zasłaniały
górnej części ciała.
Dzieci grzebały w rozżarzonym piasku.
Kobiety smarowały swoje piersi
tłustym, świecącym filtrem,
mężczyźni chodzili i obserwowali,
ich ciała wyglądały na niespokojne i drżące.
Od czasu do czasu ktoś
gwizdał piosenki, ktoś sprzedawał lody.

Kilkaset metrów za wydmami
był cmentarz żołnierzy
z krzyżami ciemnymi
jak dno misy jeziornej.
Na niebie nie było żadnych chmur.
Po tafli pływały jakieś ciała.


[Wszystko zaczyna się według historii]

Wszystko zaczyna się według historii.
Noc i jej zimna blacha wytrzymują pustkę.
Prostuje się życie, wyrzeka się twarzy.

Krew płynie po ciele i kanalizacji.
Drogi są opuszczone i nie słychać ich
o zmierzchu. W ustach mamy ślady lądów.

Czujemy, jak płynie nasze krótkie życie.
Blask w głębinie. Gwiazdy kładą się
na źródło. Nikt nie wie, po co umiera.


Dominik Piotr Żyburtowicz

Dowody na istnienie umarłych

Po długiej zimie nastąpiła odwilż,
mgła odkrywa wilgotne zakamarki cmentarza,
przy końcu drogi dostrzegam białą jabłoń
(dopiero co rozkwitła) – i ziemia pod nią
jest pełna przebiśniegów.

Dębowe kutry opuszczające w deszczu zatokę,
czarny październik i czarny listopad, milczenie
ciążące nad lasem po burzy,
głębsze niż sen.

Późna noc na pustym placu,
szelest czytający na ławce gazetę;
dziwne, mrugające światło lamp
kiedy idziesz obok ulicą.

Dzień, w którym wszystko
staje się lżejsze, i ktoś
zupełnie nieobcy –
czeka na balkonie;
porusza firankami, otwiera
stare albumy, dotyka zdjęć

i widzisz jasny pył na wszystkich swoich rzeczach,
kiedy nagle,
w świetle słońca
ONI
pochowani w drzewach

wychylają się na chwilę.


Jak daleko spadają jabłka

Matce – Marii Żyburtowicz

gdy przebywasz daleko (a tak jest teraz zawsze),
chłopiec biegnie do morza, chłopiec czeka w nim
na wszystkich sennych kutrach, tam, gdzie obracasz się
lekko dotykasz ust palcem, głaszczesz mnie jak śnieg
czuję niedzielny rosół, który jadłem jak zwierzę
i deszcz różany, spadający w dzień kobiet –
(twój płacz uśmiechnięty)

gdy przebywasz daleko (a tak jest teraz zawsze),
z każdej innej matki podkradam kawałek
i kładę wzdłuż brzegu którym odchodzisz
przed świtem zrywając jabłka –

zazwyczaj rano po twoim zniknięciu
budzi mnie w łóżku właśnie ich zapach


Elegia na odejście pięknych saren

Jeżeli po śmierci miłość istnieje, na pewno
jest to wiosna, światło, które tak silnie świeci w tobie,
istnieje na zewnątrz rozległe i wolne, kiedy umierasz

kochając mocno. Dlatego kwitną kwiaty, pąki
na wzniesionych w górę drzewach, larwa, która była ciszą
krzyczy nagle pękając na wietrze –

Więc teraz odchodzisz w pyle rozwianego mleczu, gdy topi się słońce
na zboczu wzgórza znikasz, a trzciny wygięte są mocno, i patrzę
na ciebie znad zamkniętej księgi, ten deszcz, który pada

to twój pocałunek nadający tempo ziemi, i tak musi być zawsze.
Rodzimy się po to, żeby kochać, w miłości umierać, przenosić
tę miłość na drugą stronę
. Tu serce jest środkiem, Ktoś

cichym napędem. Przestrzeń wchłania światło i żyje. Tak,
ty sam zielenisz lądy, czeszesz wiatrem morza. Bo cały ten świat,
energię ma w tobie, w twoim wnętrzu, w nas.


Przejście na 26 ulicy

Noc – jagody w słoju
zalewają przestrzeń i można już poczuć
smak dojrzałych lat. Dzisiaj powietrze
to ziarno pochodzące z wnętrza
epoki, z jej kolejnej zmiany. Oto woda
która mnie zalewa, przypomina tę
z jezior dzieciństwa. Oto nie
upłynął czas i jestem
we wszystkich beztroskich kałużach, w tych wieżach
z siana, ucieczkach i podróżach w baśń. Ale nie tylko,
nie tylko ten zapach.

Wczoraj nad rzeką zobaczyłem chłopca, który
puszczał łódeczki – i zacząłem płakać. Bo jest jeszcze żal:
coś jak w oddali machająca matka; albo w dziwacznym
pokoju jej senny, ciepły głos –

Albo teraz, w środku nocy – widzę stado brzóz.
Kiedy wyjeżdżałem 10 lat temu,
nie było ich tu:
myślę o czasach osiedlowej bandy, o pierwszym
winie na przystanku i o oczach dziewczyny,
z którą szedłem do domu ode mnie z altanki, Rometach i WSK-ach
wprawiających w szał sąsiadów – lecz to my,
to my zajrzeliśmy w pęd wiatru, do nas należały
polne drogi, brzask, ucieczki w świat.
I ponownie,
płacz,
na widok kilku brzóz. Jakby wyrosły
tu właśnie ze szczeniackich lat, z tych opłatków
słońc wchodzących wtedy w ziemię –

Oto pęcherzyk czasu pęka i widzę list:
Kochana mamo, mówię ci, kiedy dorosnę nie chcę być
nikim innym jak tylko
Supermanem
. Czy jestem nim dziś?
Jesteś – mówi dziewczyna z pierścionkiem na palcu.

*

Tak kończy się noc w podgwiezdnej bajeczce
o chłopcu, który wrócił i zapalił świeczki,
a teraz biegnie w mgłę, tuż za nim zabawki:
szklane konie, szklany Paź i szklane bałwanki.
Sypie śnieg.


Obcy

Kiedy umiera w domu człowiek – można poczuć,
że jest tam ktoś jeszcze: ktoś obcy, który stoi
na balkonie i patrzy w dal albo chodzi
cicho po pokojach, ogląda obrazy.

Kiedy umiera w domu człowiek – obcy w cieniu czeka.
Tuż za głowami bliskich, i nawet gdy
wybucha płacz, gdy wszyscy
zaczynają biegać, krzątać się – on

nie ujawnia się – : przybysz z krainy
dobrych fal, przezroczystych wydm. A z nim
jakiś okręt, ognisty żaglowiec
zawieszony nad dachem jak przepiękny dzień.

Ale tutaj nie, nikt nie zauważa:
jak wychodzi z cienia, jak rozchyla
firanki i obraca się – dziecko,
znane też pacjentom z dna klinicznych

jezior; śpiące pod łóżkami, tkwiące w korytarzach.
W pustce burzy – przed błyskiem pioruna. W pożarowych
łunach migających na wieczornym niebie. Może
w oczach saren, kiedy płoszą się. Tak więc

dusza – jeszcze nieświadoma – widzi go
i wie. Pierwszy krok: zapomnieć. Drugi:
wcielić się. Po prostu wejść z nim
w drzewa jak w głęboki sen.


Krzysztof Dąbrowski

CANKARJEVO NABREŽJE

Możesz być kimś przy stoliku kawiarni na wysokim Cankarjevo nabrzeżu.

W dniu z resztką upału na fasadach domów, w niskim i miedzianym świetle.

W niezbyt dużym państwie, niezbyt wielkim mieście. Wysoko nad spokojną rzeką.

Czy też w chwili końca dnia, kiedy idziesz zajętą upałem i słońcem aleją,

Myśląc o tym, jak to jest patrzeć na nią rano z okien. Czy gdziekolwiek indziej.

Na ulicy, placu. Słuchając w barze obcego języka. Jako przechodzień.

Doznać więcej niż jednego życia.


A TERAZ CIEMNOŚĆ

Przychodzą obrazy z tego lata i przez chwilę jest upał i pachnie kurzem.

Widać San biały od słońca i to miasto rozsiane po wzgórzach. Rzeka wychodzi z miasta,

Spomiędzy domów, opuszcza je powolnym ruchem. Powinna zaczynać się tutaj Azja,

Jednak miasto ściska ze sobą rzymskie kościoły. Za to kobiety ubrane odważniej

Należą już jakby do wschodu, chyba że rozebrał je upał. Biją dzwony, kuranty

I przez powietrze o błysku brązu idziemy zadrzewioną ulicą. Powietrze dźwięczy, trwa.

A teraz znów ciemność.


MODLITEWNE MŁYNKI

Poważne zachody słońca, tarcza słońca wisząca nisko, chowająca się za linię lasu

I wracająca wyżej na niebo, gdy jadę autem i odrywam wzrok od drogi myśląc coś o braciach Karamazow.

Albo wcześniej tego dnia, niebo, które obraca się wokół brązowego punktu skowronka,

Gdy w świetle tamtego krajobrazu wskazuję nieruchomy wschód, zachód.

I potem, widok z okna, komin ciepłowni, dach i fragment domu pośród drzew,

Gdy patrząc na srebrny błysk tej pory roku, nie usiłowałem nic więcej jak tylko oddzielić dni od dni.


ZIMA

Zima. Cebulaste kopuły kamienic na tle nieba. Oglądam to co rano.

I przez chwilę nie wiem, kim dokładnie, w jakim miejscu jestem.

Zazwyczaj to uczucie każe siebie szukać. Na przykład w obcym, przygranicznym mieście,

Pełnym śniegu i zimowej mgły, z rynkiem i operą wyniesioną w góry.

Na stromych i krętych ulicach. O świcie w pociągu. Być może na szarym pasku autostrady.

A teraz to wrażenie jest. I zastanawiam się, czy ono może dokądkolwiek zaprowadzić.


SZÉCHENYI UTCA

Kosy w nienazwanej alei. Żółte tynki Széchenyi utca.

Ulice w majowym, kwietniowym świetle. Dzielnice przedmieścia w pełnym maju.

Widzę przez szkło pamięci. W refleksach. Na prześwietlonej fotografii.

Na przykład stoję po deszczu bez słów na ulicy, olśniony jednokrotnością chwili.

Idę aleją, w której nawołują się kosy, w tym widzianym jak w symbolu mieście.

A teraz mogę przeżyć to wszystko ponownie. Mocniej, silniej niż było.


Urszula Kulbacka

oswajanie

znaczymy pole długimi krokami. światło rozszczepia się
tuż przy skórze. trzeba powiązać je w snopy, zanim
otworzy rany, rozdrapie blizny. dawniej nie było tu

klepiska. musimy uważać, by ziemia nie rozprężyła
ścięgien, nasłuchujemy jak dawni indianie. szukamy
szczelin, które można zasypać, by nie czuć,

jak kilka stóp pod ziemią pulsuje światłoczułe.


mimikra

kiedy klucz zacina się w drzwiach, chłopiec po drugiej
stronie śmieje się do łez. zostało mu jeszcze kilka
mleczaków. zapędził do kąta dzikiego konia,

pogania go lejcami – rzeźbi mu grzbiet, szuka
drogi między jego żebrami. chciałby zostać dobrym
jeźdźcem, nauczyć się zawracać. na razie tnie dywan

biegunami. podobno północ zazębia się o południe,
rzeki ostrzą brzegi i toczą kamienie. miasto wygląda
jak piaskownica, z granic odpryskuje farba. trzeba

wysypać piasek i zbudować dom.


chłopcy malowani

mówią, że kobiety wyciągnęły ją z rzeki, kiedy prały
koszule mężów. już od dawna podcinała brzegi, żłobiła
dno. od dawna szukała miejsca, gdzie mogłaby wyjść,

rozprostować kości. dzieci podglądały lato, które wieczorem
zasychało za domem. zdrapywały je ze ścian i chowały na
strychu. zabezpieczały ślady – pamiątkę po ostatnich

zabawach. bitwy trwały wtedy do południa.
ojciec przychodził z pola i zabierał drewniany karabin.
ranni otrzepywali się z piasku i szli na kolację, pewni,

że krew nie wgryza się we włókna.


przerębla

ziemia leży odłogiem, przeklinają nieużytek.
nie lubią, kiedy ich kobiety krwawią akurat
po sezonie. wtedy pyli pokrzywa, wszystko

inne od dawna zalega w płucach, zagradza
przejścia. za domem gęstnieje szarówka.
kaszel. niedługo okna zaropieją od mrozu.
dzieci sąsiadów pójdą nad jezioro

skręcać bibułki. będą chciały sprawdzić, czy
przy dnie jest rzeczywiście najcieplej. później
trzeba będzie odrywać krzyk od języków,

opowiadać matkom.


matrioszki wychodzą z siebie

podobno przenosi góry, a ciężarnych kobiet
nie chce. nadrywa im nerwy i szoruje stopy,
podgląda, jak ksiądz czwarty rok stawia
kościół. witraże będą miały odcień butelkowej

zieleni. okna wschód – zachód, tędy
biegnie światło rozszczepione na dwa cienkie
pasma. kolejna córka ma znamię po matce.

pokażą jej piątą stronę świata, nadzieleń.
za kilka lat rozłożą ją jak pudełko, podzielą

na pomniejsze.

O AUTORACH

Bartosz Sadulski

Ur. 1986. Poeta, dziennikarz. Autor arkusza poetyckiego artykuły pochodzenia zwierzęcego (2009) oraz tomów wierszy post (2012) oraz tarapaty (2016). Za pierwszy z nich był nominowany w 2013 roku do Nagrody Literackiej Silesius w kategorii „debiut”. Wiersze publikował między innymi w Lampie, Odrze, Gazecie Wyborczej, Chimerze i antologii Połów. Poetyckie debiuty 2010. Autor przewodników po Malcie i Bornholmie. Mieszka we Wrocławiu.

Dominik Żyburtowicz

Urodzony w 1983 roku, poeta. Wydał tom wierszy Żaglowce (WBPiCAK, Poznań 2015), za który otrzymał nagrodę „Złoty Środek Poezji”. Mieszka w Boninie koło Koszalina.

Filip Wyszyński

Urodzony w Stargardzie Szczecińskim. Poeta. Studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim. W 2010 roku opublikował zestaw wierszy "Strzeżone plaże" w antologii Poetyckie debiuty 2010 w ramach projektu "Połów", którego jest laureatem. W 2012 roku ukazała się jego debiutancka książka poetycka Skaleczenie chłopca. Mieszka w Warszawie.

Krzysztof Dąbrowski

ur. w 1975 r. Poeta, laureat Połowu organizowanego przez Biuro Literackie, konkursu im. Haliny Poświatowskiej, Nadnyskich Spotkań Literackich, konkursu im. Rainera Marii Rilkego. Publikował w „Twórczości”, „Studium”, „Pograniczach”, „Zeszytach Poetyckich”, „Toposie”. Mieszka w Katowicach.

Krzysztof Szeremeta

Urodzony w 1990 roku. Poeta, student krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ. Związany z pismem "Pressje". Publikował m.in. w "Odrze", "Portrecie", "Ricie Baum". Autor arkusza Długi dystans (Wrocław 2009) i tomiku Nowy dokument tekstowy (Gniezno 2011). Mieszka w Krakowie i w Prudniku.

Marcin Bies

Rocznik ’82. Napisał i wydał: Atrapizm (Wrocław 2009), Funkcje faktyczne (Mikołów 2010), Renowacja zbytków (Mikołów 2015). Publikował poezją i prozą m.in. w „Arkadii”, „Arteriach”, „Odrze”, „Tyglu Kultury”, „Gazecie Wyborczej”, antologiach Połów. Poetyckie debiuty 2010 (Wrocław 2010), Antologia poetów górnośląskich (Mikołów 2014). Mieszka i pracuje w Mikołowie.

Mariusz Partyka

Urodzony 17 listopada 1976 roku w Zabrzu. Poeta, historyk. Laureat wielu konkursów poetyckich, m.in. konkursu im. Rafała Wojaczka (2000), im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (2006), im. Klemensa Janickiego, im. Zdzisława Morawskiego (2011) oraz nagrody specjalnej konkursu im. Jacka Bierezina (2005). Mieszka w Zabrzu.

Rafał Gawin

ur. w 1984 r. Poeta, konferansjer, korektor, redaktor, recenzent i animator kultury. Wydał 4,5 książki z wierszami, ostatnio poemat Jem mięso (Convivo, Warszawa 2019). Tłumaczony na języki, ostatnio kurdyjski i bengalski. Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w Domu Literatury.  

Urszula Kulbacka

Urodzona w Warszawie. Prozaiczka, poetka, tłumaczka. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi zajęcia z literatury amerykańskiej, teorii literatury i ekokrytyki. Nagrodzona przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek za najlepszy debiut (2002). Laureatka austriackiej nagrody Huberta Burdy (2005). Członkini ASLE (Association for the Study of Literature and the Environment). Mieszka w Warszawie.

powiązania

Transparentny raport z pola, z którego się mówi, czyli to nie świat się kończy, to kolejny wtórny wiersz puka od spodu, którego nikt nie zauważa

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Rafał Gawin

Głos Rafała Gawina w debacie „Nowe języki poezji”.

WIĘCEJ

Kolor obcych planet

utwory / premiery w sieci Krzysztof Dąbrowski

Premierowy zestaw wierszy Krzysztofa Dąbrowskiego Kolor obcych planet. Prezentacja w ramach projektu „Pierwsza książka 2018”.

WIĘCEJ

Dyskusja: O “Kup kota w worku”

dzwieki / DYSKUSJE Bartosz Sadulski Karol Pęcherz Marta Podgórnik Przemysław Witkowski

Zapis dyskusji wokół książki Tadeusza Różewicza Kup kota w worku z udziałem Marty Podgónik, Karola Pęcherza, Bartosza Sadulskiego i Przemysława Witkowskiego.

WIĘCEJ

Poemat surrealistyczny

utwory / premiery w sieci Dominik Żyburtowicz

Premierowy zestaw wierszy Dominika Żyburtowicza. Prezentacja w ramach projektu „Po debiucie”.

WIĘCEJ

Bibliotekarskie porno

recenzje / ESEJE Bartosz Sadulski

Recenzja Bartosza Sadulskiego, towarzysząc premierze książki Zimowe królestwo Philipa Larkina, wydanej w Biurze Literackim 23 stycznia 2017 roku.

WIĘCEJ

Gracz

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Wasilewska Bartosz Sadulski

Rozmowa Bartosza Sadulskiego z Anną Wasilewską, towarzysząca premierze książki Morze Karaluchów, wydanej w przekładzie Anny Wasilewskiej i Haliny Kralowej w Biurze Literackim 28 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ

pusta ulica

dzwieki / RECYTACJE Krzysztof Dąbrowski

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Plując z lewej. Z wiatrem i pod wiatr

recenzje / ESEJE Rafał Gawin

Recenzja Rafała Gawina, towarzysząca premierze antologii Zebrało się śliny. Nowe głosy z Polski, wydanej w Biurze Literackim 20 września 2016 roku.

WIĘCEJ

“Połów 2010”: Bartosz Sadulski

nagrania / Drażniące przyjemności Bartosz Sadulski

Karol Maliszewski o poezji Bartosza Sadulskiego. Etiuda do wiersza “Przestrzeń wymiany działań” w reżyserii Jolanty Kowalskiej.

WIĘCEJ

Folkestone

dzwieki / RECYTACJE Filip Wyszyński

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Asperges

dzwieki / RECYTACJE Krzysztof Szeremeta

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

deserowa

dzwieki / RECYTACJE Bartosz Sadulski

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

pigułka gwałtu

dzwieki / RECYTACJE Rafał Gawin

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Cankarjevo nabrezje

dzwieki / RECYTACJE Krzysztof Dąbrowski

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Zuzanna Ginczanka: podwójnie stracona

recenzje / ESEJE Bartosz Sadulski

Recenzja Bartosza Sadulskiego z książki Wniebowstąpienie Ziemi Zuzanny Ginczanki, która ukazała się 5 marca 2014 roku w portalu książki.onet.pl.

WIĘCEJ

Przeżyć siebie w innych dekoracjach

wywiady / O PISANIU Krzysztof Dąbrowski

Z Krzysztofem Dąbrowskim rozmawia Magda Szczubret.

WIĘCEJ

shadowplay

recenzje / KOMENTARZE Marcin Bies

Autorski komentarz Marcina Biesa do wiersza shadowplay z arkusza poetyckiego Atrapizm, wydanego w Biurze Literackim w serii Połów 22 marca 2009 roku.

WIĘCEJ

Dobry wieczór, nazywam się Mickiewicz, pierwszy w Polsce pisałem jak O’Hara, czyli na tropach przełomu

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Bartosz Sadulski

Głos Bartosza Sadulskiego w debacie “Barbarzyńcy czy nie? Dwadzieścia lat po ‘przełomie'”.

WIĘCEJ

Skaczemy po górach, czyli rysowanie grubą kreską najważniejszych punktów odniesienia

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Adam Poprawa Artur Burszta Bartosz Sadulski Grzegorz Jankowicz Paweł Kaczmarski Piotr Czerniawski Przemysław Witkowski

Głosy Artura Burszty, Piotra Czerniawskiego, Grzegorza Jankowicza, Pawła Kaczmarskiego, Adama Poprawy, Bartosza Sadulskiego i Przemysława Witkowskiego w debacie “Barbarzyńcy czy nie? Dwadzieścia lat po ‘przełomie'”.

WIĘCEJ

Atrapizm

recenzje / KOMENTARZE Marcin Bies

Autorski komentarz Marcina Biesa do wiersza z arkusza poetyckiego Atrapizm, wydanego w Biurze Literackim w serii Połów 22 marca 2009 roku.

WIĘCEJ

To nie jest kółko literackie

wywiady / O PISANIU Marcin Bies Marta Podgórnik

Rozmowa Marty Podgórnik z Marcinem Biesem, towarzysząca wydaniu przez Biuro Literackie w serii Połów 2009 arkusza poetyckiego Atrapizm.

WIĘCEJ

Wokół “Kup kota w worku (work in progress)”

debaty / KSIĄŻKI I AUTORZY Bartosz Sadulski Karol Pęcherz Marta Podgórnik Przemysław Witkowski

Debata “Wokół ‘Kup kota w worku (work in progress”) z udziałem Karola Pęcherza, Marty Podgórnik, Bartosza Sadulskiego i Przemysława Witkowskiego.

WIĘCEJ

Nagi peryskop, czyli słów kilka o dolegliwościach naszego wieku

debaty / KSIĄŻKI I AUTORZY Bartosz Sadulski

Głos Bartosza Sadulskiego w debacie “Co nam po klasykach? Larkin, Roussel, Stevens – czyli kanonizowanie”.

WIĘCEJ

pusta ulica

dzwieki / RECYTACJE Krzysztof Dąbrowski

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Folkestone

dzwieki / RECYTACJE Filip Wyszyński

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Asperges

dzwieki / RECYTACJE Krzysztof Szeremeta

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

deserowa

dzwieki / RECYTACJE Bartosz Sadulski

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

pigułka gwałtu

dzwieki / RECYTACJE Rafał Gawin

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Cankarjevo nabrezje

dzwieki / RECYTACJE Krzysztof Dąbrowski

Wiersz z tomu Połów. Poetyckie debiuty 2010, zarejestrowany podczas spotkania “Połów 2010” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Połów 2010 okiem Romana Honeta

wywiady / O KSIĄŻCE Roman Honet

Czasem trafiały się zestawy oryginalne, świadczące o gotowości, ale także o zdolności do podjęcia ryzyka przez autora, zdarzało się to sporadycznie, zresztą nie spodziewałem się odwrotnych proporcji, i to właśnie owe zestawy stanowiły dla mnie punkt odniesienia…

WIĘCEJ

O wierszach Urszuli Kulbackiej

recenzje / NOTKI I OPINIE Roman Honet

Wydaje mi się, że w wierszach Kulbackiej szczególnie ważne jest nieprzerwane zachowywanie czujności, tyle że powody tego stanu – odwrotnie niż w poprzednim wypadku – przeniosły się z ludzi, (którzy, ilekroć by się w liryce Kulbackiej nie spotkali, niemal zawsze krzyczą, przeklinają, narzekają) na rzeczy martwe i dlatego teraz nawet w zetknięciu z nimi trzeba zdać się na obsesyjną ostrożność…

WIĘCEJ

O wierszach Krzysztofa Dąbrowskiego

recenzje / NOTKI I OPINIE Roman Honet

Krzysztof Dąbrowski ujął mnie swoją zachłannością na życie. Na świat. Przenikająca pazerność. Żarliwość. Nieoczekiwane, błahe zdarzenie, przypadkowy epizod potęguje głębię tego nienasycenia.

WIĘCEJ

O wierszach Dominika Piotra Żyburtowicza

recenzje / NOTKI I OPINIE Roman Honet

Daleko – to miara z naszego świata, mogłyby doskonale widnieć na niej dokładniejsze i wymierniejsze stopnie, ale tu nie chodzi o rachunek, ale o wysłanie pewnego sygnału: możliwość ostatecznego zniweczenia – może bezpowrotnej śmierci, może rozstania na zawsze – zostaje wykluczona.

WIĘCEJ