książki / PROZA

Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania

Andrzej Sosnowski

Elizabeth Bishop

Juliusz Pielichowski

Marcin Szuster

Fragment książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Do botequim i z powrotem

Wychodzę do botequim, żeby kupić papierosy i Merende, napój bezalkoholowy podobny do Orange Crooshy, i w ciągu dwudziestu minut, jakie zabiera mi wyprawa, widzę, jak zwykło się tu mówić, „co następuje” (ta delikatna pretensjonalność w mowie ludzi niewykształconych – robotnicy uwielbiają mówić: „Chcę powiedzieć, co następuje”, tu dwukropek, i mówią, co mają do powiedzenia, albo: „Teraz powiem, co następuje”, i dopiero wtedy to robią).

Jest piękny, jasny poranek. Wielkie puszyste chmury dość szybko przesuwają się wysoko, tworząc nad zielonymi wzgórzami i skalistymi szczytami duże plamy zmąconego błękitu. Trzeci lutego, nadeszło lato. Wszystko niesamowicie urosło w ciągu mniej więcej tygodnia. Dwa rodzaje powoju zdobią stojące jeszcze ściany zrujnowanego domu: bladolawendowy oraz jasnofioletowy, bliżej środka różowawy – setki jaskrawych kwiatów otwierają się na słońce tak szeroko, jak to tylko możliwe. Kamienne mury wzdłuż drogi rozkwitają po styczniowych deszczach mchami, adiantum i drobnymi żółtymi kwiatkami. Zerkam na ogródek wewnątrz kolejnej ruiny, ambitną próbę pogodzenia piękna i rygoru o powierzchni około dziesięciu stóp kwadratowych: składa się na niego kwadratowe obramowanie z dwiema przekątnymi oraz krzewem róży pośrodku pokrytym czerwonymi różyczkami. Wszystko wybujałe i zapuszczone, nieprzycięte – długie pędy krzewów kołyszą się na wietrze. W świetle migoczą dwa motyle, monarchy, a wokół kwitnących kwiatów roją się setki pszczół. Dwa kolibry spijają nektar z powoju – jeden mały, opalizujący, drugi duży, szary, z białymi smugami na ogonie. Drzewo (niemal) pomarańczowo-żółtych dalii; białe róże, popularna odmiana, żółto-białe, zapuszczone; obficie kwitnące kwiaty lawendy, pomiędzy nimi szczypior cebuli wzdłuż obramowania i trochę jarmużu. W miejscu, w którym kaskada rzeki, przepuszczona pod ulicą, wychodzi z drugiej strony, rosną zastępy konwalii, dzikiej rośliny wodnej o bujnych długich liściach i dużych, jakby zmęczonych białych kwiatach muskających lustro wody. Od czasu do czasu czuję ich zapach, zbyt mocny i zbyt słodki.

Palmyra zapytała, czy może rano wyjść na chwilę, żeby pójść pobłogosławić swoje gardło. Ojciec Antonio błogosławił gardła w kościele o szóstej rano (święto św. Błażeja, patrona gardeł). Aureę bolało ostatnio gardło, Palmyrę nie, więc najwyraźniej chciała podjąć stosowne środki ostrożności. Zapytałam ją, jak poszło błogosławieństwo. „Był tłum”, kapłan pobłogosławił wszystkich razem, a następnie podszedł do barierki do każdego z osobna, by ze skrzyżowanymi rękami i świecami płonącymi po obu stronach wyszeptać błogosławieństwo.

Botequim to mały sklep lub „sklep spożywczy”, w którym codziennie rano kupuję litr mleka – pod warunkiem, że nie skwaśniało. Butelki zwykle wystawia się na chodnik, w skrzynce, na cały ranek lub dzień, aż wszystkie zostaną sprzedane. Sklep jest własnością João Pica Pau, Jana Dzięcioła. Ale po drodze zauważam dziś coś nowego. Właśnie została otwarta „sala bilardowa” i pięciu lub sześciu mężczyzn oraz chłopców zablokowało wąski chodnik przed skrzydłami otwartych drzwi. Przypuszczam, że to stół do snookera, ale jest tak mały, że wygląda jak zabawka, zupełnie nowa, z jasnozielonym filcem. Dwaj chłopcy grają niemal na chodniku.

Tuż przed przybyciem do sklepu João Pica Pau, który znajduje się obok salonu fryzjerskiego, spotykam trzech dwunastoletnich chłopców wyglądających na braci, Mulatów o ciemnozielonych oczach, wszyscy są mniej więcej tego samego wzrostu. Dwaj chłopcy po bokach pomagają środkowemu, który jest wychudzony, mizerny i blady, a na bose stopy nasunięte ma buty. Jest ospały i kuleje; jego postrzępiona koszula i niebieskie spodnie są bardzo czyste. Idzie, powłócząc nogami, przechylony do przodu, i kołysze się jak złamana łodyga. Jego głowa obraca się w moją stronę i wydaje mi się, że ma tylko jedno oko, a w miejscu drugiego zasklepioną dziurę – a może to oko? Nie mogę znieść tego widoku. Jego brat nagle układa rękę pod kolanami chłopca, podnosi go i zabiera do fryzjera. W salonie fryzjerskim miejsca jest jedynie tyle, by pomieścić krzesło, fryzjera, upstrzone muchami lustro i ogromny rozpylacz (nieraz gdy tamtędy przechodziłam, dziecko bawiło się nim, rozpylając przez drzwi bogaty syntetyczny zapach na swoich towarzyszy zabaw). Zaglądam do środka i na krześle fryzjerskim widzę dwie osoby; jednooki chłopiec siedzi na kolanach brata, podczas gdy fryzjer strzyże jego długie kędzierzawe włosy. Wszyscy siedzą w ciszy, brat obejmuje go mocno. Chłopiec bezradnie wpatruje się jednym okiem w lustro.

Ciągle ktoś gdzieś wchodzi i wychodzi na ulicę, jest upalnie. Olbrzymia czarna dama wysoko nad głową trzyma morelowy parasol, prześwitujący i połyskujący, aby zapewnić jak najwięcej cienia sobie, dziecku na rękach i podążającej za nimi dwójce. Podchodzi do mnie jedna z lokalnych „osobistości”, wynędzniała i szurająca nogami stara kobieta. Jest zwalista i obwisła, zwisa na niej wszystko – piersi i brzuch. Trzyma w ręce czarny parasol jako ochronę przed słońcem. Jej buty nie pasują do siebie; jeden to stara tenisówka, niemal spadająca ze stopy, drugi to stary czarny pantofel. Jej włosy są białe i w bezładzie; łypie na mnie swoimi szalonymi oczkami. Dwie małe dziewczynki idą za nią, chichocząc. Omiatam je spojrzeniem.

Docieram do botequim, ale okazuje się, że jest zamknięte. João Pica Pau przeniósł sklep do małego składu z ubraniami obok. Przenosiny sklepu sprowadziły się do tego, że przepchnął butelki z mlekiem o kilka stóp wzdłuż chodnika i ustawił swoją szklaną gablotę wypełnioną niesłychaną paletą tanich papierosów. Dostrzegam także szalki jego czerwonej wagi, ogromny nóż i kłębowisko małych salami w koszu, ułożonych na stosie tekstyliów. Wygląda na to, że zajął się również sprzedażą ubrań. Warkocze czosnku i pudełko dojrzałych pomidorów to wszystko, co ma do zaoferowania dziś rano. Wypijam pepsi-colę, małą, podczas gdy on pakuje dla mnie zakupy. Kupuję też paczkę żyletek i tanie cukierki. Rozsypuje cukierki na brudnym blacie, żebym wybrała.

Opowiada mi, a także wszystkim zainteresowanym – w sklepie, jak zwykle, jest kilku mężczyzn i chłopców, w tym jeden, całkiem już pijany, na drugim końcu pije czystą cachaça, a inny skubie mały bochenek chleba, wszyscy gapią się tylko i słuchają – o okropnej bójce, jaka zdarzyła się zeszłej nocy. Jeden miał maczetę, drugi scyzoryk, a trzeci kij, wszyscy byli pijani. Rozdzielił ich i zamknął drzwi. – Nienawidzę bójek, a pani? – zwraca się mnie. Przytakuję. – Ktoś mógł zginąć – mówi. Chciał zadzwonić na policję, żeby przyjechało trzech policjantów i sprało ich jak należy gumowymi pałkami – pokazuje, jak powinni to zrobić – bo to położyłoby kres bójce, ale nie miał telefonu, o czym ci faceci dobrze wiedzieli. Ale nie bał się ich, może tylko tego z maczetą. Tak, zbyt często giną ludzie, łatwo kogoś zabić. Kończy swoje małe kazanie, mówiąc: – To głupie, głupotą jest zabijać człowieka. Pomyślcie, policja złapie go, pójdzie na rok do więzienia, straci pracę i całkowicie zmarnuje sobie życie. – Wszyscy przytakują. Pijący cachaça niskim głosem prosi o kolejną. Biorę zakupy i wychodzę z botequim.

Z powrotem w domu. Ale nie, jeszcze nieuczciwy handlarz antykami wita mnie ze swojego jasnoniebieskiego domu, obwieszonego atrapami starych lampionów i z ogródkiem od strony ulicy zastawionym starymi stołami i szafkami. – Czy nie kupiłaby pani zabytkowej szafki? Mam trzy albo cztery, bardzo ładne. – Przebiega przez ulicę, wymachując jak dziecko pulchnymi rękami. Wie, jak robi się pieniądze. Trzy lata temu był tylko robotnikiem i nic nie wiedział o antykach. Teraz ma klientów w całym kraju i wysyła przedmioty do pośredników w Rio i São Paulo. – Chcę pani pokazać dom. Chcę, żeby senhora go zobaczyła, ponieważ ma tak dobry gust. – Przestałam z nim rozmawiać dwa lata temu z powodu nieuczciwości, jakiej dopuścił się względem mnie w związku z najpiękniejszym posągiem świętego Sebastiana, jaki kiedykolwiek widziałam. Ale znowu zaczęłam z nim rozmawiać; nie zmuszę go do postępowania zgodnie z zasadami etyki. Jego gruba żona uśmiecha się i również macha do mnie rękami jak dziecko.

W domu znajduję ulotkę wrzuconą na podwórko – zaproszenie Departamentu Turystyki Ouro Preto skierowane do mieszkańców miasta i gości, które zachęca:

do obejrzenia monumentalnej parady klubów karnawałowych na Toothpuller Square w dniach 7, 8, 9 i 10 lutego. W paradzie wezmą udział następujące kluby: Zé Pereira z Lacaios [pieszo], Conjunto Brito Filho, Clube Recreative XV de Novembere, Escola de Samba Morro de Sant’ana, Bloco Estrela Dalva, Zé Pereira Infantil i Escola do Bairro do Padre Faria.

10 października odbędą się wielki konkurs o nagrodę dla najlepszego klubu karnawału 1970 roku i wielka parada Alegorycznych Pojazdów [platformy].

Około milę za miastem, gdy idzie się pod górę polną drogą, krętą i stromą, dociera się do wysokiego płaskowyżu. Po drodze mija się dwie małe kaplice w oddali, Matki Boskiej Szczęśliwych Porodów oraz Świętej Anny; następnie, dalej pod górę, idzie się przez Spalone Wzgórze, obok stromych pól usłanych ruinami. Po dwustu latach kilka z nich ponownie stało się domami: jeden bardzo mały, z którego zostały jedynie cztery ściany z otworami na drzwi i okno, ma teraz dach z plandeki przyciśniętej kamieniami. Ciężko zobaczyć, jak mieszka jego właściciel, ale kilka kur grzebie w ziemi w pobliżu drzwi, a na czubkach pobliskich chwastów rozłożone jest pranie.

Z najmniejszego ze wszystkich domów, zbudowanego z suszonej cegły, spomiędzy której wystają witki trzciny, rozpościera się wspaniały widok obejmujący zbocze długie na około tysiąc stóp. Jeden z końców domu przechodzi w małe i bardzo stare nadwozie autobusu. Okna i drzwi autobusu są w kolorze wyblakłej zieleni, zaokrąglony dach jest czarny. Niezależnie od tego, czy dom jest przedłużeniem autobusu, czy raczej autobus jest „nowym skrzydłem” domu, stanowi on upiorną zagadkę na tle tej majestatycznej scenerii. Ale ktoś tam mieszka! Rozciąga się stąd wspaniały widok na wschód, zdaje się, że aż do wybrzeża, całe mile niebieskawych wzgórz, bliższe zwieńczone są fikuśnymi masztami z szarego kamienia, z samotnym wysokim krzyżem pochylonym lekko na północ.

Po lewej stronie można zobaczyć, gdzie stał mały młyn i gdzie się zawalił. Kiedyś leżało tam żelazne koło młyńskie, stare i dziwne, ale jakiś czas temu ukradli je chłopcy, którzy zrobili bardzo artystyczny film o mieście (chłopcy ci mieszkali wtedy pode mną – co wieczór dolatywał mnie zapach trawki, a jeden, najmłodszy, gdy zostawał sam w domu, wąchał eter, wskutek czego każdej nocy i mnie, w mojej sypialni znajdującej się tuż nad jego, pogrążał w jego oparach).

Pola pełne są polnych kwiatów. Na początku dostrzega się tylko wysokie, wszystkie bezimienne, żółte i fioletowe – ich kędzierzawe główki nasienne, czerwone strąki, niekiedy białe. Po chwili staje się jasne, że cała ziemia pokryta jest dywanem kwiatów, małych, coraz mniejszych, wielkości mchu. Zrywam dziesiątki kwiatów – małe i jaskrawe, pomarańczowo-żółte, rosnące na wysuszonych drobnych krzaczkach i błyszczące jak orchidee, oraz piękne biało-żółte, strzeliste, każdy na cienkiej zielonej łodyżce, a także zwieszające się karmazynowe dzwonki. Zanim doniesie się je do domu, zamkną się szczelnie już na zawsze.

To miejsce to Wodospad Małych Gardzieli, tutaj strumień znika niczym święta rzeka Alph we śnie Coleridge’a. Rozlewa się szeroko na czerwonej skale, zwęża i podnosi w zimnych, szarych szczelinach; znika pod ziemią i znowu się pojawia, trochę dalej, zeskakując w dół po jeszcze piękniejszych kamieniach. A potem schodzi w głąb do Podziemia. Można wychylić się poza skały i zobaczyć go daleko w dole. Ciągle zstępuje w dół, znika w jaskini, by już nigdy więcej nie ujrzeć światła dziennego. Cały czas coś mówi, ale jego słowa pozostają nieznane…

1970

Tłumaczenie Juliusz Pielichowski

Amerykańska Szkoła Pisania

Gdy w roku 1934, podczas Wielkiego Kryzysu, ukończyłam studia w Vassar College, nadal trudno było o pracę i zarabiało się bardzo marnie. Może właśnie dlatego ja i wiele moich koleżanek z roku miałyśmy poczucie, że musimy sobie coś znaleźć, bez względu na obiektywną konieczność. Duch epoki, i oczywiście naszego rocznika, był duchem radykalnym; byłyśmy purytańsko różowe. Mogło nam się wydawać, że jest coś szlachetnego w pracy z rocznym uposażeniem grubo poniżej kosztów poniesionych przez rodziny na naszą edukację. Połączenie tego motywu z realną potrzebą posiadania dodatkowych pieniędzy, czczą ciekawością oraz, obawiam się, czystym masochizmem skłoniło mnie do odpowiedzi na anons zamieszczony w niedzielnym wydaniu „Timesa” i do podjęcia pracy. Zatrudniłam się w korespondencyjnej szkole pisania, the U.S.A. School of Writing.

Najpierw była rozmowa rekrutacyjna, którą w siedzibie szkoły przeprowadził ze mną jej dyrektor, czy też, jak o sobie mówił, rektor, pan Black. Na wstępie zaznaczył, że the U.S.A. School of Writing to skrót od „The United States of America School of Writing”, a wyjaśnienie to sprawiło mi taką przyjemność, że od razu poczułam się urzeczona. Ale dzisiaj widzę, że byłam dla pana Blacka nader łakomym kąskiem, i że przez całą naszą pogawędkę musiał w myślach oblizywać się i zacierać ręce. Nie potrafiłam pisać na maszynie – nie tak, jak należy; chciałam palić przy pracy, czego zabraniały przepisy przeciwpożarowe, i nie miałam żadnego doświadczenia. Ale byłam z Vassar i zdążyłam opublikować opowiadanie oraz trzy wiersze w czasopismach. Nie miałam bladego pojęcia o swoich atutach; przypuszczalnie zatrudniłby mnie nawet wtedy, gdybym poprosiła o dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo zamiast piętnastu, które zaproponował, ale nic takiego oczywiście nie przeszło mi przez myśl. Pewnie już kombinował, jak wykorzystać moją prestiżową edukację i karierę wydawniczą w najnowszych ulotkach reklamowych.

Był jednak pewien haczyk. Przynajmniej przez jakiś czas miałabym pełnić szkolne obowiązki jako Fred G. Margolies, czyli pod nazwiskiem nie swojego bezpośredniego poprzednika, ale poprzednika jego poprzednika. Okazało się, że niektórzy studenci pana Margoliesa nadal biorą udział w zajęciach i muszą otrzymywać poprawione lekcje z jego podpisem, i że musiałabym pozostać panem Margoliesem do czasu, aż wszyscy oni ukończą kurs. Wtedy mogłabym wreszcie być sobą i prowadzić nowych studentów. Czułam, że gdyby to było możliwe, wolałabym chyba pozostać panem Margoliesem. On też coś opublikował, ale nie udało mi się zgłębić dziejów szkoły na tyle, by ustalić, co to było. Sądząc po tonie korespondencji, jaką w naszym imieniu otrzymywałam, on lub oni musieli dobrze opanować sztukę pisania listów, być jeszcze bardziej niż ja pełni czczej ciekawości albo po prostu bardzo życzliwi. Prawdę mówiąc, jeszcze długo potem czułam, że neurotycznie „uprzejma” strona mojej osobowości po prostu jestpanem Margoliesem.

Szkoła mieściła się na czwartym, najwyższym piętrze rudery w pobliżu Columbus Circle. Nie było tam windy. Posadę zaakceptowałam – choć słowo „zaakceptowałam” nie jest tu właściwe – późną jesienią, i wydaje mi się, że kiedy rano wychodziłam ze stacji metra przy Columbus Circle, zawsze padał deszcz albo śnieg, a ja zawsze miałam na sobie czarną wełnianą sukienkę, trencz i kalosze, a w ręku parasol. W ciemnej sieni były trzy kondygnacje schodów, które uginały się i pachniały takimi rzeczami, jak gorące żelazko, cygara, gumiaki czy pestki brzoskwiń – ostatnie tchnienia inicjatyw konających za oznakowanymi drzwiami.

The U.S.A. School składała się z czterech pomieszczeń: maleńkiego lobby, w którym siedziała samotnie jedna dziewczyna i pisała na maszynie – pisała, jak odkryłam, dokładnie to samo, co w dużym pokoju obok pisały jej koleżanki, przypuszczam jednak, że ulokowano ją tam, by zastopować uczniów, którzy mogliby nieoczekiwanie wpaść na pomysł, że przyjdą do szkoły osobiście. W lobby wisiało kilka zdjęć: fotografie Sinclaira Lewisa i innych osób niebędących absolwentami. Dalej był duży pokój, blado oświetlony przez kilka oblepionych sadzą i śniegiem skajlajtów (stale palono tam światło), w którym przebywało od sześciu do dwunastu dziewcząt. Ich liczba zmieniała się każdego dnia; siedziały przy maszynach bardzo starego typu, przepisując szkolne „lekcje”. Za tym pokojem mieściły się jeszcze dwa maleńkie pokoiki z widokiem na ulicę, w jednym był gabinet pana Blacka, w drugim gabinet pana Margoliesa i pana Hearna.

Pan Hearn był wysoką, bardzo tęgą, przystojną kobietą około trzydziestki, miał na imię Rachel, okulary w czarnej rogowej oprawie, a na policzku czarny pieprzyk. Nasza wspólna kwatera była dla Rachel i dla mnie trochę przyciasna. Rachel kopciła jak smok, ja też trochę paliłam, i nie wolno było nam zostawiać otwartych drzwi ze względu na biedne sezonowe maszynistki, którym nie wolno było palić, a które mogły nas zobaczyć i zastrajkować albo donieść na nas do najbliższej jednostki straży pożarnej. Za sprawą deszczu, mgły i śniegu na zewnątrz oraz dymu wewnątrz tkwiłyśmy w dusznej, wełnistoszarej izolacji, niby w jakimś kokonie. Nasz pokój śmierdział jak wagon trzeciej klasy pod koniec długiej podróży. Pracowałyśmy plecy w plecy, ale miałyśmy krzesła obrotowe i spędzałyśmy całkiem sporo czasu zwrócone do siebie przodem, prawie trącając się kolanami, jedna z papierochem pod nosem drugiej, rozmawiając.

Z początku Rachel była dla mnie okropna. W swojej niewinności nie zdawałam sobie sprawy, że powodem są oczywiście stygmaty Vassar i moja kariera literacka, ale jej stosunek do mnie szybko się poprawił i nawet się polubiłyśmy, do pewnego stopnia. Mówiła głównie ona. Miała bardzo dużo do powiedzenia; chciała skorygować wszystkie błędy w mojej edukacji oraz, podobnie jak wiele osób w tamtym czasie, nakłonić mnie, żebym wstąpiła do Partii. Aby uniknąć wspólnej wyprawy do kwatery głównej po moją „legitymację” – mogłyśmy ją odbyć w każdej przerwie na lancz, gdybym przestała się wygłupiać i podjęła jedynie słuszną decyzję – powiedziałam jej, że jestem anarchistką. Niewiele to jednak pomogło. Wbrew swoim zasadom dałam się zepchnąć do narożnika i wzięłam w obronę Berkmana, niedoszłego mordercę Henry’ego Fricka (partnera w interesach Andrew Carnegiego), a później spędzałam wieczory w bibliotece przy Czterdziestej Drugiej Ulicy, zdejmując z półek książki na „An” i rozpaczliwie szukając sposobu na uciszenie Rachel. Przez chwilę byłam w kontakcie z jakąś organizacją anarchistyczną (przekonałam się, jak trudno je namierzyć) w New Jersey i codziennie dostawałam od nich pocztą ulotki oraz zaproszenia na mityngi.

Czasami wychodziłyśmy razem na lancz do olbrzymiej kafeterii Stewarta. Całkiem lubiłam kafeterie, choć pogrążają one człowieka w rozterce: co zjeść, przy jakim stoliku usiąść, na którym krześle, zdejmować jedzenie z tacy czy jeść na tacy, gdzie odstawić tacę, zdjąć płaszcz czy nie, porzucić wszystko na pastwę innych stołowników i pójść po szklankę wody, o której się zapomniało, czy taszczyć wszystko ze sobą. Ale Rachel goniła mnie, niczym liść gnany czarodziejskim wiatrem, prosto do stoiska z kanapkami. Asortyment kanapek błyskawicznie przyrządzanych na zamówienie był szokujący, a ona zawsze jadła trzy: serek kremowy z wędzonym łososiem na bułce, peklowana wołowina i ćwikła z ogórków na żytnim chlebie oraz pastrami z musztardą na czymś tam. Swoje zamówienie wykrzykiwała. Nie miało ono wielkiego znaczenia, o czym przekonałam się po kilku dniach prób głośnej i wyraźnej artykulacji własnych trzech warunków; wszystkie kanapki smakowały jednakowo. Zaczęłam poprzestawać na wielkich, całkowicie nierealnych pieczonych jabłkach i kawie. Rachel, ze swoimi trzema kanapkami i trzema kubkami czarnej kawy naraz, i ja siadałyśmy przy stoliku w kaloszach i mokrych płaszczach przeciwdeszczowych, między nami piętrzyły się nasze lancze, a ona robiła mi wykłady o literaturze (…).

1966

Tłumaczenie Marcin Szuster

Gosposia

Moja sąsiadka, stara pani Sennett, dostroiła obraz w stereoskopie do swojego wzroku, spojrzała na kartę z podziwem, a następnie przeczytała głośno i powoli: – Kościół w Marselez, Francja. – I po chwili: – Paryż. – Paryż, uznałam, musiała dodać już od siebie. Podała mi stereoskop. Odsunęłam kartę nieco dalej i zobaczyłam kościół, a przed nim malutkie postaci mężczyzny i kobiety. Kobieta ubrana była w długą spódnicę, krótką białą szmizjerkę i przypominający kropkę marynarski kapelusz, i choć stali u podnóża schodów do kościoła, to przez stereoskop wydawało się, że znajdują się co najmniej pięćdziesiąt stóp przed nim.
– Piękne – powiedziałam i z powrotem wręczyłam aparat pani Sennett. Obejrzałyśmy już wszystkie dowcipne karty, jak tę, która przedstawiała kobietę całującą listonosza, podczas gdy jej mąż, wychylony przez okno, przymierzał się, by zdzielić go w głowę. Teraz zostały nam tylko takie, jak kościół i „Oranżeria Królewska w Belgii”, na której wszystkie czerwone kwiaty zostały namalowane ręcznie.

Na zewnątrz deszcz nadal spływał po moskitierze w oknach domku pani Sennett na półwyspie Cape Cod, wypełniając kwadraciki siatki wzorem haftu krzyżykowego, który pojawiał się i znikał. Wybujałe chwasty i trawa, składające się na ogródek, ociekały deszczem na niewyraźnym tle zatoki, której woda przybrała niemal kolor trawy. W jadalni pięcioro podopiecznych pani Sennett bawiło się w dom. (Zimą pani Sennett pracowała jako gosposia u pana Curleya w Bostonie, latem dzieci przyjeżdżały z nią na półwysep).

Mój wyraz twarzy musiał się zmienić. – Czy te dzieci nie hałasują za bardzo? – zapytała pani Sennett i swego rodzaju fala zakołysała jej ciałem, jakby przymierzała się, żeby podnieść się z krzesła. Pokręciłam głową, że nie, i lekko dotknęłam jej ramienia, żeby nie wstawała. Pani Sennett była prawie całkiem głucha, i to od dawna, ale potrafiła czytać z ruchu warg. Można było mówić do niej bez wydawania z siebie jakiegokolwiek dźwięku, a ona z zapałem podtrzymywała rozmowę, perorując donośnym, zachrypniętym głosem, który od czasu do czasu dziwnie przechodził w szept. Uwielbiała mówić.

W końcu obejrzałyśmy wszystkie zdjęcia i odłożyła niewielki zielony kuferek ze stereoskopem i kartami z powrotem na półkę pod blatem stołu.
– Nie pomyślałaby pani, patrząc na mnie, że mam hiszpańskie korzenie, prawda? – zapytała.

Zapewniłam ją rękami i brwiami, że nie przeszłoby mi to przez myśl, wyrażając w ten sposób, jak miałam nadzieję, dostatecznie dużo uprzejmego niedowierzania i ciekawości, by dowiedzieć się, czy rzeczywiście tak było.
– Och, tak – powiedziała. – Moja matka była czystej krwi Hiszpanką. Czy wie pani, jak mam na imię?
Pokręciłam głową.
– Carmen. Hiszpańskie. Dostałam je po mojej matce.
– Ładne – powiedziałam tak zdecydowanie, jak tylko potrafiłam. Pani Sennett była zadowolona, i spoglądając skromnie w dół, strzepnęła okruszek ze swojej obfitej piersi. – Czy urodziła się pani w Hiszpanii? – zapytałam.
– Nie, nie do końca. Mój ojciec był na statku i przywiózł moją matkę ze sobą do Anglii. Tam się urodziłam. A pani gdzie się urodziła?
Powiedziałam, że w Worcester.
– Czy to nie zabawne? Wujek dzieci pracuje tam w związku bokserskim, pan Curley, brat ich ojca.
Skinęłam głową, że słyszałam o panu Curleyu.
– Ale nie pomyślałaby pani, patrząc na mnie, że jestem w połowie Hiszpanką, prawda?

Rzeczywiście, gdy patrzyłam na panią Sennett, przychodziła mi na myśl raczej osiemnastowieczna Anglia z jej postaciami literackimi. Jej włosy musiały być bardzo cienkie, ponieważ zawsze w domu i na zewnątrz nosiła kapelusz lub rodzaj turbanu, a czasami jedno i drugie. Tego dnia turban był z czarnego jedwabiu z widocznym tu i ówdzie białym wzorem. Z powodu deszczowej pogody wokół szyi miała zawiązaną białą jedwabną chusteczkę; przydawała jej wyglądowi poetyckiej niedbałości. Twarz pani Sennett była szeroka i zdawała się, podobnie jak na kartach stereoskopowych, znajdować w dwóch odległościach jednocześnie, jakby fragmenty maski zostały nałożone na twarz w tle. Niektóre jej fragmenty były białe, podczas gdy twarz wokół nich wydawała się ciemniejsza, a zmarszczki mniej liczne. Obwódki jej oczu były ciemne; wyglądała na bardzo chorą.
– Wie pani, oni są katolikami – powiedziała swoim najbardziej chrapliwym szeptem, żeby nie urazić dzieci w jadalni. – Ja nie jestem katoliczką, ale ich ojciec nie ma nic przeciwko temu. Przez dwa i pół roku przewinęło się jedenaście gosposi, po śmierci ich matki, gdy urodził się Xavier, a ja jestem z nimi już prawie pięć lat. Tylko ja mogłam znieść hałas, który oczywiście ani trochę mi nie przeszkadza, ponieważ w ogóle go nie słyszę. Niektórzy katolicy nigdy nie powierzyliby swoich dzieci protestantce, ale ich ojciec jest człowiekiem światłym. Tylko dzieci trochę się tym martwią. Ubieram je i wyprawiam na mszę każdej niedzieli, a one zawsze zadręczają mnie, żebym poszła razem z nimi. Dwie niedziele temu, gdy wróciły, Xavier płakał bez końca. Pytałam go raz za razem: „Co się stało, Xavierku?”, ale nic nie mogłam z niego wyciągnąć, aż w końcu Theresa powiedziała: „Płacze, bo Francis powiedział mu, że po śmierci pójdziesz do piekła”.

Xavier stał w drzwiach i przysłuchiwał się historii. Był najmłodszym z dzieci. Najpierw pojawili się bliźniacy Francis i John, po nich Mary i Theresa. Wszyscy byli ładnymi, zdrowymi dziećmi. Pani Sennett ubierała chłopców w ogrodniczki i każdego lata, przed przyjazdem do domku, dbała o to, by ogolono im głowy, żeby nie musiała tracić czasu na myślenie o strzyżeniu ich włosów.

Gdy dostrzegła Xaviera, powiedziała: – Niedobre, hałaśliwe dzieci! – Podszedł i oparł się o jej krzesło, a ona przesunęła swoimi wielkimi dłońmi po jego szczeciniastej głowie. Następnie powiedziała, że ma w tej chwili gościa, a on wrócił do jadalni, gdzie Theresa czytała wszystkim na głos jakieś zabawne historyjki ze starych gazet.

Pani Sennett i ja kontynuowałyśmy rozmowę. Powiedziałyśmy sobie, że uwielbiamy zatokę, i rozciągnęłyśmy naszą miłość także na ocean. Powiedziała, że tak naprawdę nie sądzi, że zostanie z dziećmi na następną zimę. Ich ojciec chce tego, ale dla niej to zbyt duże obciążenie. Chce zostać tutaj, w domku.

Popołudnie powoli upływało i w końcu wyszłam, bo wiedziałam, że o czwartej pani Sennett kończyła „posiedzenie” i zabierała się za przygotowywanie kolacji. O szóstej ze swojego pobliskiego domku zobaczyłam, jak Theresa idzie w deszczu z głową zawiniętą w szal. Niosła dla mnie jeszcze gorący sześciocalowy kawałek ciasta korzennego, włożonego pomiędzy dwa talerze do zupy, żeby nie wystygł.

Kilka dni później od bliźniaków, którzy przynieśli mi prezenty w postaci drewna na opał i jeżyn, dowiedziałam się, że ich ojciec przyjedzie następnego dnia rano z wizytą, razem z ich ciotką, jej mężem oraz kuzynką, która również ma na imię Theresa. Pani Sennett obiecała któregoś ładnego dnia zabrać wszystkich na piknik nad stawem. Mieli ugotować obiad na świeżym powietrzu i popływać w słodkiej wodzie, a także zabrać ze sobą kostki mydła Ivory, żeby przy okazji się wykąpać. Mężczyźni pójdą nad staw na piechotę, a znajomy pani Sennett z miasteczka obiecał zawieźć resztę samochodem. Pani Sennett rzadko ruszała się poza swoje obejście, więc mogłam sobie wyobrazić, jakim wyzwaniem będą dla niej goście i piknik.

Następnego dnia widziałam, jak goście przybywają, idąc ze stacji z torbami, i zobaczyłam pana Curleya, wysokiego, wciąż wyglądającego młodo, jak całuje panią Sennett na powitanie. Potem nie widziałam ich przez dwa dni; sama też miałam gościa, przez większość czasu jeździłyśmy po półwyspie. Czwartego dnia przyszedł do mnie Xavier ze złożoną karteczką. Była to sporządzona niebieskim atramentem wiadomość od pani Sennett, skreślona ozdobnym pismem, dużym i spokojnym, na powlekanym papierze:

Droga Sąsiadko,

mój przyjaciel wystawił mnie do wiatru z samochodem. Jutro wypada ostatni dzień pobytu pana Curleya, a Dzieci tak bardzo pragną Pikniku. Mężczyźni mogą pójść nad Staw pieszo, ale dla Dzieci to zbyt daleko. Widziałam, że Pani Przyjaciółka ma samochód, więc z ogromnym skrępowaniem chciałabym zapytać, czy nie mogłyby nas Panie zawieźć jutro rano nad Staw? Wiem, że proszę o wiele, ale nie mogę znieść myśli, że ominie je Piknik. Wrócić możemy pieszo, jeśli tylko uda nam się tam dotrzeć.

Z poważaniem,
Carmen Sennett

Następnego ranka umieściłyśmy całą gromadkę w samochodzie. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy siedzą na pani Sennett. Byli w doskonałym humorze. Pani Sennett ochrypła od dopytywania się ciotki, czy dzieci nie robią za dużo hałasu, i kazała się im uspokoić za każdym razem, gdy tamta przytakiwała.

Przywiozłyśmy ich z powrotem wieczorem – przynajmniej kobiety i dzieci. Xavier trzymał w rękach pustą butelkę po dżinie, którą, jak powiedziała pani Sennett, dał mu ojciec. Pochyliła się w stronę przedniego siedzenia i krzyknęła mi do ucha: – Lubi się napić, ale to dobry człowiek. – Włosy dzieci lśniły czystością, a John powiedział mi, że staw był pełen mydlin.

Po pikniku prezenty, jakimi obdarowywała mnie pani Sennett, stały się niezliczone i kilka razy dziennie za pośrednictwem dzieci musiałam zwracać puste naczynia. Nadszedł już prawie czas powrotu do szkoły w południowym Bostonie. Pani Sennett upierała się, że nie pojedzie – ojciec dzieci miał po nie znowu przyjechać, ale ona zamierzała zostać. Będzie musiał poszukać innej gosposi. Ona, pani Sennett, zamierzała zostać tutaj i przez całą zimę patrzeć na zatokę, poza tym być może odwiedzi ją jej siostra z Somerville. Powtarzała mi to w kółko, a jej turbany i chustki stawały się coraz bardziej niedbałe.

Któregoś wieczoru Mary przyszła do mnie i usiadłyśmy na starym stole na podwórku, żeby popatrzeć na zachód słońca.
– Tatuś dziś przyjechał – powiedziała – i pojutrze musimy wracać.
– Czy pani Sennett tu zostanie?
– W czasie kolacji powiedziała, że tak. Powiedziała, że tym razem naprawdę zostanie, choć wie, że mówiła tak w zeszłym roku i wróciła, ale teraz mówi poważnie.
– Ojej – powiedziałam, nie wiedząc do końca, po czyjej stanąć stronie.
– W czasie kolacji było okropnie. Cały czas płakałam.
– Czy Theresa też płakała?
– Och, wszyscy płakaliśmy. Tata też płakał. Zawsze płaczemy.
– Ale czy nie uważasz, że pani Sennett należy się trochę odpoczynku?
– Tak, chociaż myślę, że ona jednak przyjedzie. Tata powiedział, że będzie płakał każdego wieczoru podczas kolacji, jeśli tego nie zrobi, i wtedy wszyscy zaczęliśmy płakać.

Następnego dnia usłyszałam od Xaviera, że pani Sennett wraca z nimi tylko po to, aby „pomóc im się rozpakować”. Przyszła następnego ranka, żeby się pożegnać, otoczona całą piątką. Miała na sobie podróżny kapelusz z czarnej satyny i czarnej słomki przystrojony cekinami. Wysoki i posępny nad jej zniszczoną twarzą przywodził na myśl hiszpańskiego granda.
– Tak naprawdę wcale się nie żegnam – powiedziała. – Wrócę, gdy tylko uporam się z tymi niedobrymi, hałaśliwymi dziećmi.

Ale dzieci zawisły u jej spódnicy, pociągały za rękawy i z zawziętymi minami, energicznie kręcąc głowami, mówiły do niej cicho: – Nie! Nie! Nie!

1948

Tłumaczenie Juliusz Pielichowski

O AUTORACH

Andrzej Sosnowski

Poeta, tłumacz. Pracownik redakcji "Literatury na Świecie". Laureat nagród: im. Kazimiery Iłłakowiczówny (1992), Fundacji Kultury (1994 i 1999), Kościelskich (1997), "Odry" za całokształt twórczości (1998), Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2008) oraz Nagrody Literackiej Gdynia – specjalne wyróżnienie (2011). Mieszka w Warszawie.

Elizabeth Bishop

Amerykańska poetka, tłumaczka, powieściopisarka, jedna z najważniejszych poetek anglojęzycznych XX wieku. Debiutowała w 1946 roku tomem North & South. Napisała ponad 11 książek, w tym 6 tomów poetyckich. Przyjaźniła się z Robertem Lowellem, którego poezja miała duży wpływ na jej twórczość. W 1956 roku otrzymała Nagrodę Pulitzera za tom North & South – A Cold Spring. W następnych latach otrzymała wiele najważniejszych amerykańskich nagród literackich, w tym National Book Award. Mieszkała w Nowym Jorku, Paryżu, San Francisco, Meksyku, Brazylii.

Juliusz Pielichowski

ur. w 1984 r. w Gliwicach, poeta, tłumacz z języka angielskiego (J. Conrad, H.D. Thoreau, Z. Bauman). Finalista i laureat kilku projektów Biura Literackiego („Połów” 2011, Pogotowie Literackie 2012 & 2013, Pracownia Przekładowa 2017, Pracownia Prozy 2018). Na zlecenie MKiDN autor opracowania Joseph Conrad w literaturze światowej(Muzeum Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Berdyczowie, 2015). Ostatnio opublikował tom wierszy Czarny organizm (Mikołów 2019) oraz nowy przekład O chodzeniu H.D. Thoreau (Lublin 2019). Okazjonalnie krytyk i redaktor. Mieszka w Warszawie.

Marcin Szuster

ur. w 1971 r., tłumacz literatury anglojęzycznej, sekretarz redakcji „Literatury na Świecie”. Przekładał takich autorów, jak: M.H. Abrams, Marshall Berman, Harold Bloom, William Burroughs, Bob Dylan, Paul de Man czy Henry Green. Nominowany do Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. T. Boya-Żeleńskiego za przekład z języka angielskiego książki Jamesa Schuylera Alfred i Ginewra, laureat tej samej nagrody za tłumaczenie powieści Djuny Barnes Ostępy nocy (2019), za którą nominowany był również do Nagrody Literackiej Gdynia. Współautor przekładów Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania (wspólnie z Juliuszem Pielichowskim i Andrzejem Sosnowskim). Sekretarz redakcji „Literatury na Świecie”. Mieszka w Warszawie.

powiązania

Migotliwość świata

wywiady / O KSIĄŻCE Juliusz Pielichowski Marcin Szuster

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego i Marcina Szustra, towarzysząca wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Prowincje prozy

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Szkic Juliusza Pielichowskiego, towarzyszący wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Na marginesie „Do botequim i z powrotem”

recenzje / KOMENTARZE Juliusz Pielichowski

Komentarz Juliusza Pielichowskiego, towarzyszący wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

„Literatura piękna jest” albo o sztuce wybierania wierszy

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Recenzja Juliusza Pielichowskiego, towarzysząca wydaniu książki Marty Podgórnik Przepowieść w ścinkach, która ukazała się w Biurze Literackim 27 sierpnia 2020 roku.

WIĘCEJ

Dzikie wrażenia kreta (poeci trzech pokoleń)

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski Bohdan Zadura Krzysztof Siwczyk Tomasz Majeran

Zapis całego spotkania autorskiego Tomasza Majerana, Krzysztofa Siwczyka, Andrzeja Sosnowskiego i Bohdana Zadury podczas Portu Literackiego 2004.

WIĘCEJ

Czarne dziury pochłaniają wszystko

wywiady / O KSIĄŻCE Juliusz Pielichowski Réka Mán-Várhegyi

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Réką Mán-Várhegyi, towarzysząca wydaniu książki Réki Mán-Várhegyi Magnetyczna góra, w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej, która ukazała się w Biurze Literackim 6 lipca 2020 roku.

WIĘCEJ

Piętno rzeczywistości

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Recenzja Juliusza Pielichowskiego, towarzysząca wydaniu książki Réki Mán-Várhegyi Magnetyczna góra, w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej, która ukazała się w Biurze Literackim 6 lipca 2020 roku.

WIĘCEJ

Santarém, Samotność przestrzeni oraz Nie gódź się

nagrania / Stacja Literatura Andrzej Sosnowski Elizabeth Bishop Emily Dickinson Filip Łobodziński Joanna Mueller Juliusz Pielichowski Patti Smith Tadeusz Sławek

Spotkanie wokół książek Santarém Elizabeth Bishop, Samotność przestrzeni Emily Dickinson i Nie gódź się Patti Smith z udziałem Tadeusza Sławka, Filipa Łobodzińskiego, Joanny Mueller oraz Juliusza Pielichowskiego w ramach festiwalu Stacja Literatura 24.

WIĘCEJ

Cztery wiersze

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego, opublikowany w cyklu prezentacji najciekawszych archiwalnych tekstów z dwudziestopięciolecia festiwalu Stacja Literatura.

WIĘCEJ

Podskórne zło

wywiady / O KSIĄŻCE Elżbieta Sobolewska Juliusz Pielichowski

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Elżbietą Sobolewską, towarzysząca wydaniu książki Biblia i inne historie Pétera Nádasa, w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej, która ukazała się w Biurze Literackim 7 października 2019 roku.

WIĘCEJ

Poeci z Wysp 2002

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski Jerzy Jarniewicz Mark Ford Stephen Romer

Zapis całego spotkania Marka Forda, Stephena Romera, Jerzego Jarniewicza i Andrzeja Sosnowskiego podczas festiwalu Port Legnica 2002.

WIĘCEJ

Tłumaczenie opowiadań to sport wyczynowy

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Sawicka Juliusz Pielichowski

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Anną Sawicką, towarzysząca wydaniu książki Kroniki ukrytej prawdy Pere Caldersa, w tłumaczeniu Anny Sawickiej, wydanej w Biurze Literackim 15 lipca 2019 roku.

WIĘCEJ

Wiersz jak granulka czasu

wywiady / O KSIĄŻCE Juliusz Pielichowski Tadeusz Sławek

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Tadeuszem Sławkiem, towarzysząca wydaniu książki Samotność przestrzeni Emily Dickinson, w tłumaczeniu i wyborze Tadeusza Sławka, która ukazała się w Biurze Literackim 24 czerwca 2019 roku.

WIĘCEJ

„Małe me życie przebadałam –”. Samotności i przestrzenie Emily Dickinson

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Recenzja Juliusza Pielichowskiego książki Samotność przestrzeni Emily Dickinson, w tłumaczeniu i wyborze Tadeusza Sławka, która ukazała się w Biurze Literackim 24 czerwca 2019 roku.

WIĘCEJ

Kruszywo i Wiersze

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Niewiadomski Andrzej Sosnowski

Zapis całego spotkania autorskiego Andrzeja Niewiadomskiego i Andrzeja Sosnowskiego podczas Portu Legnica 2001.

WIĘCEJ

W 73, gdy rozmawialiśmy w Częstochowie

wywiady / O PISANIU Andrzej Sosnowski Marcin Świetlicki

Zapis rozmowy Andrzeja Sosnowskiego z Marcinem Świetlickim opublikowanej w cyklu prezentacji najciekawszych archiwalnych tekstów z dwudziestopięciolecia festiwalu Stacja Literatura.

WIĘCEJ

Wojna nie kończy się nigdy

wywiady / O KSIĄŻCE Hanna Igalson-Tygielska Juliusz Pielichowski

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Hanną Igalson-Tygielską, towarzysząca wydaniu książki Sroga zima Raymonda Queneau, wydanej w Biurze Literackim 23 kwietnia 2019 roku.

WIĘCEJ

Zimy i wojny

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Recenzja Juliusza Pielichowskiego książki Sroga zima Raymonda Queneau, w tłumaczeniu Hanny Igalson-Tygielskiej, wydanej w Biurze Literackim 23 kwietnia 2019 roku.

WIĘCEJ

Wczorajdzisiaj

utwory / premiery w sieci Juliusz Pielichowski

Fragment powieści Wczorajdzisiaj Juliusza Pielichowskiego. Prezentacja w ramach projektu „Opowiadania i powieści”.

WIĘCEJ

Kto za tym stoi

nagrania / Stacja Literatura Aleksandra Grzemska Aleksandra Olszewska Artur Burszta Dawid Mateusz Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Spotkanie z organizatorami festiwalu Stacja Literatura 23, w którym udział wzięli Damian Banasz, Artur Burszta, Mateusz Grzegorzewski, Aleksandra Grzemska, Polina Justowa, Dawid Mateusz, Mina, Joanna Mueller, Aleksandra Olszewska, Tomasz Piechnik, Juliusz Pielichowski, Magdalena Rigamonti i Maksymilian Rigamonti.

WIĘCEJ

Przekuwanie krzyku

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Rozmowa Joanny Mueller i Juliusza Pielichowskiego, towarzysząca wydaniu książki Santarém (wiersze i trzy małe prozy) Elizabeth Bishop w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 5 listopada 2018 roku.

WIĘCEJ

Końce poezji („druga prezentacja” Elizabeth Bishop)

recenzje / ESEJE Andrzej Sosnowski

Esej Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący premierze książki Santarém (wiersze i trzy małe prozy) Elizabeth Bishop, w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 5 listopada 2018 roku.

WIĘCEJ

O tym, jak „zadziała się” wspólnota

wywiady / O PISANIU Aleksandra Grzemska Aleksandra Olszewska Artur Burszta Dawid Mateusz Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Dyskusja redakcji Biura Literackiego z udziałem: Aleksandry Grzemskiej, Dawida Mateusza, Joanny Mueller, Aleksandry Olszewskiej, Juliusza Pielichowskiego i Artura Burszty na temat festiwalu Stacja Literatura 23.

WIĘCEJ

REM (początek)

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego do książki Sylwetki i cienie, która ukazała się w Biurze Literackim 6 grudnia 2012 roku, a w wersji elektronicznej 24 października 2018 roku. Książka ukazuje się w ramach akcji „Poezja z nagrodami”.

WIĘCEJ

Pozytywki i marienbadki

nagrania / Między wierszami Andrzej Sosnowski Anna Kałuża Jacek Gutorow Joanna Orska Kamil Zając Piotr Śliwiński Wojciech Bonowicz

O twórczości Andrzeja Sosnowskiego wypowiadają się Wojciech Bonowicz, Jacek Gutorow, Anna Kałuża, Joanna Orska, Piotr Śliwiński, Kamil Zając.

WIĘCEJ

Wrażliwość wiersza

wywiady / O KSIĄŻCE Jerzy Jarniewicz Juliusz Pielichowski

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Jerzym Jarniewiczem na temat antologii 100 wierszy wypisanych z języka angielskiego, w wyborze i przekładzie Jerzego Jarniewicza, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 24 września 2018 roku.

WIĘCEJ

Anoksja

dzwieki / KONCERTY Andrzej Sosnowski

Fragment koncertu Andrzeja Sosnowskiego oraz The Chain Smokers w ramach festiwalu Port Wrocław 2007.

WIĘCEJ

Inspiracje dla wierszy

nagrania / Między wierszami Andrzej Sosnowski Jerzy Jarniewicz

Jerzy Jarniewicz i Andrzej Sosnowski zdradzają, z której strony nadchodzi inspiracja dla wiersza.

WIĘCEJ

Pół metra pod kadrem. O podpatrywaniu Whitmana

wywiady / O KSIĄŻCE Juliusz Pielichowski Szymon Żuchowski

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego z Szymonem Żuchowskim, towarzysząca premierze książki Życie i przygody Jacka Engle’a Walta Whitmana w przekładzie Szymona Żuchowskiego, wydanej nakładem Biura Literackiego 21 maja 2018 roku.

WIĘCEJ

Sekretne życie Walta Whitmana

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Recenzja Juliusza Pielichowskiego, towarzysząca premierze książki Życie i przygody Jacka Engle’a Walta Whitmana w przekładzie Szymona Żuchowskiego, wydanej nakładem Biura Literackiego 21 maja 2018 roku.

WIĘCEJ

Biała środa 2008

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Podsumowanie projektów edukacyjnych 2007/2008, podczas którego uczestnicy spotkań z Andrzejem Sosnowskim zaprezentowali publiczności swoje wiersze.

WIĘCEJ

Wiersz i płacz

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Wykład Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący Pogotowiu poetyckiemu w sezonie 2007/2008.

WIĘCEJ

Wiersz i śmiech

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Wykład Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący Pogotowiu poetyckiemu w sezonie 2007/2008.

WIĘCEJ

Wiersz i jawa

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Wykład Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący Pogotowiu poetyckiemu w sezonie 2007/2008.

WIĘCEJ

Wiersz i sen

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Wykład Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący Pogotowiu poetyckiemu w sezonie 2007/2008.

WIĘCEJ

Wiersz i seks

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Wykład Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący Pogotowiu poetyckiemu w sezonie 2007/2008.

WIĘCEJ

Mihi i tibi

dzwieki / RECYTACJE Andrzej Sosnowski

Wiersz z tomu Po tęczy, zarejestrowany podczas spotkania “Samochód na babilońskich numerach” na festiwalu Port Wrocław 2008.

WIĘCEJ

Jeden akapit: “Kochając”

nagrania / Stacja Literatura Andrzej Sosnowski Henry Green Marcin Sendecki

Spotkanie “Jeden akapit” wokół książki Kochając Henry’ego Greena w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego z udziałem Marcina Sendeckiego w ramach festiwalu Stacja Literatura 22.

WIĘCEJ

Wiersz i taniec

dzwieki / WYDARZENIA Andrzej Sosnowski

Wykład Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący Pogotowiu poetyckiemu w sezonie 2007/2008.

WIĘCEJ

Placówka postępu: komentarz

recenzje / KOMENTARZE Juliusz Pielichowski

Komentarz translatorski Juliusza Pielichowskiego do opowiadania Josepha Conrada Placówka postępu, które prezentowane jest w ramach projektu „Klasyka od nowa”.

WIĘCEJ

Placówka postępu

utwory / premiery w sieci Joseph Conrad Juliusz Pielichowski

Premierowe opowiadanie Josepha Conrada w przekładzie Juliusza Pielichowskiego. Prezentacja w ramach projektu „Klasyka od nowa”.

WIĘCEJ

Wiersz dla czytelnika

dzwieki / KONCERTY Andrzej Sosnowski

Fragment koncertu Andrzeja Sosnowskiego oraz The Chain Smokers z okazji wydania płyty Trackless – Port Wrocław, 15 kwietnia 2007 roku.

WIĘCEJ

Awizo

dzwieki / RECYTACJE Andrzej Sosnowski

Wiersz z tomu Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, zarejestrowany podczas festiwalu Port Wrocław 2005.

WIĘCEJ

Życiorys

dzwieki / RECYTACJE Andrzej Sosnowski

Wiersz z tomu Dożynki (1987-2007), zarejestrowany podczas festiwalu Port Wrocław 2006.

WIĘCEJ

poems

dzwieki / RECYTACJE Andrzej Sosnowski

Wiersz Andrzeja Sosnowskiego z tomu poems, zarejestrowany podczas spotkania “Jestem, język, poems” na festiwalu Port Wrocław 2010.

WIĘCEJ

Dyskusja “Brzmienie i rytm”

nagrania / Między wierszami Andrzej Sosnowski Anna Podczaszy

Anna Podczaszy i Andrzej Sosnowski mówią o brzmieniu, rytmie i melodii wiersza.

WIĘCEJ

Dyskusja “Poeci a ikonosfera współczesności”

nagrania / Z Fortu do Portu Adam Wiedemann Andrzej Sosnowski Bohdan Zadura Krzysztof Siwczyk Marcin Świetlicki

Krzysztof Siwczyk, Marcin Świetlicki, Andrzej Sosnowski, Adam Wiedemann i Bohdan Zadura spierają się o ikonosferę współczesności. Port Legnica 2002.

WIĘCEJ

Dyskusja “Poezja a język niski”

nagrania / Między wierszami Andrzej Sosnowski Darek Foks Marcin Świetlicki Wojciech Wilczyk

Co poezji po wulgaryzmach? Odpowiadają Wojciech Wilczyk, Marcin Świetlicki, Darek Foks i Andrzej Sosnowski.

WIĘCEJ

Jedna linijka: z wiersza Jarosława Iwaszkiewicza

nagrania / Drażniące przyjemności Andrzej Sosnowski

Drugi odcinek cyklu, w którym Andrzej Sosnowski omawia wers z wiersza „Mapa pogody” Jarosława Iwaszkiewicza.

WIĘCEJ

Jedna linijka: z wiersza Adama Mickiewicza

nagrania / Drażniące przyjemności Andrzej Sosnowski

Szósty odcinek cyklu, w którym Andrzej Sosnowski omawia wers z wiersza Adama Mickiewicza ”[Śniła się zima. Ja biegłem w szeregu]”.

WIĘCEJ

Dom bez kantów

nagrania / Z Fortu do Portu Andrzej Sosnowski Tadeusz Pióro

Zapis spotkania autorskiego “Dom bez kantów” z Andrzejem Sosnowskim, Tadeuszem Piórą i Fantomasem w ramach 20. festiwalu literackiego Port Wrocław 2015.

WIĘCEJ

Rok 1987

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego w ramach cyklu „Historia jednego wiersza”, towarzyszący premierze e-booka pt. Życie na Korei, wydanego w Biurze Literackim 18 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ

Jedna linijka: z wiersza Tadeusza Peipera

nagrania / Drażniące przyjemności Andrzej Sosnowski

Trzeci odcinek cyklu, w którym Andrzej Sosnowski omawia wers z wiersza „Powojenne wezwanie” Tadeusza Peipera.

WIĘCEJ

Po tęczy

nagrania / Z Fortu do Portu Andrzej Sosnowski

Wiersze z książki Po tęczy. Fragment spotkania autorskiego w ramach 13. festiwalu literackiego Port Wrocław 2008.

WIĘCEJ

Komentarz do wiersza "Hegel"

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego do wiersza „Hegel” z książki Dom ran, która ukazała się 9 lutego 2015 roku nakładem Biura Literackiego.

WIĘCEJ

"Pamiętne słowa. Czemu nie?"

wywiady / O KSIĄŻCE Andrzej Sosnowski Dawid Bujno

O książce Dom ran Dawid Bujno rozmawia z Andrzejem Sosnowskim.

WIĘCEJ

O Dokumentach mających służyć za kanwę

recenzje / NOTKI I OPINIE Adam Zdrodowski Andrzej Sosnowski John Ashbery Justyna Sobolewska Kuba Mikurda

Komentarze Johna Ashbery’ego, Andrzeja Sosnowskiego, Justyny Sobolewskiej, Kuby Mikurdy oraz Adama Zdrodowskiego.

WIĘCEJ

Prawdę mówiąc

wywiady / O KSIĄŻCE Andrzej Sosnowski Bohdan Zadura

Rozmowa Andrzeja Sosnowskiego z Bohdanem Zadurą, towarzysząca premierze książki Klasyk na luzie. Rozmowy z Bohdanem Zadurą, wydanej w Biurze Literackim 15 września 2011 roku.

WIĘCEJ

Latem 1987, Chodź, Tachymetria, Glossa

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego do wierszy z książki Pozytywki i marienbadki (1987-2007).

WIĘCEJ

Na szczęście obaj jesteśmy ludźmi dyskretnymi, Brunner

wywiady / O PISANIU Andrzej Sosnowski Kuba Mikurda

Rozmowa Kuby Mikurdy z Andrzejem Sosnowskim.

WIĘCEJ

Wiersz (Trackless), Dalekowidz, Tańczące maleństwa

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego do wierszy „Wiersz (Trackless)”, „Dalekowidz”, „Tańczące maleństwa” z książki Pozytywki i marienbadki (1987-2007).

WIĘCEJ

Migotliwość świata

wywiady / O KSIĄŻCE Juliusz Pielichowski Marcin Szuster

Rozmowa Juliusza Pielichowskiego i Marcina Szustra, towarzysząca wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Prowincje prozy

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Szkic Juliusza Pielichowskiego, towarzyszący wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Na marginesie „Do botequim i z powrotem”

recenzje / KOMENTARZE Juliusz Pielichowski

Komentarz Juliusza Pielichowskiego, towarzyszący wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Prowincje prozy

recenzje / ESEJE Juliusz Pielichowski

Szkic Juliusza Pielichowskiego, towarzyszący wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Na marginesie „Do botequim i z powrotem”

recenzje / KOMENTARZE Juliusz Pielichowski

Komentarz Juliusza Pielichowskiego, towarzyszący wydaniu książki Elizabeth Bishop Amerykańska Szkoła Pisania. Szkice i opowiadania, w tłumaczeniu, wyborze i opracowaniu Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Szustra, Juliusza Pielichowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 28 września 2020 roku.

WIĘCEJ

Przekuwanie krzyku

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Rozmowa Joanny Mueller i Juliusza Pielichowskiego, towarzysząca wydaniu książki Santarém (wiersze i trzy małe prozy) Elizabeth Bishop w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 5 listopada 2018 roku.

WIĘCEJ

Końce poezji („druga prezentacja” Elizabeth Bishop)

recenzje / ESEJE Andrzej Sosnowski

Esej Andrzeja Sosnowskiego towarzyszący premierze książki Santarém (wiersze i trzy małe prozy) Elizabeth Bishop, w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 5 listopada 2018 roku.

WIĘCEJ

Pisane światłem

recenzje / IMPRESJE Alina Świeściak

Esej Aliny Świeściak towarzyszący premierze książki Sylwetki i cienie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 6 grudnia 2012 roku, a w wersji elektronicznej 24 października 2018 roku.

WIĘCEJ

Trudna kontynuacja

recenzje / ESEJE Jacek Gutorow

Recenzja Jacka Gutorowa towarzysząca premierze książki Po tęczy Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 17 września 2007 roku, a w wersji elektronicznej 12 lutego 2018 roku.

WIĘCEJ

Powiedzieć to inaczej niż tak i niż nie…

recenzje / ESEJE Julia Fiedorczuk

Szkic Julii Fiedorczuk poświęcony twórczości Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Wymiar ludzkiej egzystencji

recenzje / ESEJE Małgorzata Angielska

Recenzja Małgorzaty Angielskiej z książki Andrzeja Sosnowskiego Dom ran, która ukazała się w kieleckim magazynie kulturalnym „Projektor”.

WIĘCEJ

Teraźniejszość jest sprawą otwartą

recenzje / ESEJE Grzegorz Tomicki

Recenzja Grzegorza Tomickiego z książki Trop w trop. Rozmowy z Andrzejem Sosnowskim Grzegorza Jankowicza, która ukazała się w listopadzie 2012 roku na blogu „Szkice ciurkiem. Dekoder literacki Grzegorza Tomickiego”.

WIĘCEJ

Sam język

recenzje / IMPRESJE Grzegorz Jankowicz

Esej Grzegorza Jankowicza towarzyszący premierze książki Stare śpiewki Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Swa i jego wolność (wokół Sosnowskim)

recenzje / IMPRESJE Maja Staśko

Esej Mai Staśko o twórczości Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Poetyka ekstremalna

recenzje / IMPRESJE Jerzy Madejski

Esej Jerzego Madejskiego towarzyszący premierze książki Sylwetki i cienie Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Piosenka po końcu świata, czyli Sosnowski dzieckiem podszyty

recenzje / ESEJE Inez Okulska

Recenzja Inez Okulskiej z książki Sylwetki i cienie Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Rozkosz z nieznajomą panią

recenzje / ESEJE Paweł Mackiewicz

Recenzja Pawła Mackiewicza z książki Pozytywki i marienbadki (1987-2007) Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w książce Pisane osobno. O poezji polskiej lat pierwszych (WBPiCAK, Poznań 2010).

WIĘCEJ

Czym nie jest poezja?

recenzje / ESEJE Marcin Jaworski

Recenzja Marcina Jaworskiego z książki Dożynki (1987-2003) Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Wszystkie ciała Sosnowskiego

recenzje / ESEJE Marta Koronkiewicz

Recenzja Marty Koronkiewicz z książki Dożynki (1987-2003) Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się  w książce Wiersze na głos. Szkice o twórczości Andrzeja Sosnowskiego (WBPiCAK, Poznań 2011).

WIĘCEJ

Doktor Caligari re-cytuje świat

recenzje / ESEJE Inez Okulska

Recenzja Inez Okulskiej z książki Poems Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w marcu 2010 roku na łamach „Czasu Kultury”.

WIĘCEJ

A poem should not mean but live. Oznaki życia w późnej poezji Andrzeja Sosnowskiego

recenzje / ESEJE Agata Bielik-Robson

Esej Agaty Bielik-Robson towarzyszący premierze książk poems Andrzeja Sosnowskiego,

WIĘCEJ

"Wild water kingdom timex show / jaki dziwny letargiczny trans"

recenzje / ESEJE Jakub Skurtys

Recenzja Jakuba Skurtysa z książki poems Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Konkretna nadrealina

recenzje / ESEJE Marcin Orliński

Recenzja Jacka Gutorowa z książki Po tęczy Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Siostra stereofoniczna

wywiady / O KSIĄŻCE Karol Pęcherz Kuba Mikurda

Rozmowa Kuby Mikurdy z Karolem Pęcherzem o płycie Trackless Andrzeja Sosnowskiego & Chain Smokers.

WIĘCEJ

Nowa poezja. Mały przewodnik po tendencjach i stylach

recenzje / IMPRESJE Karol Maliszewski

Esej Karola Maliszewskiego poświęcony twórczości Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Dziewczynka z zapałkami (wypisy okolicznościowe)

recenzje / NOTKI I OPINIE Kuba Mikurda

Esej Kuby Mikurdy towarzyszący premierze książki Pozytywki i marienbadki (1987-2007) Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ

Ach, Sosnowski…

recenzje / IMPRESJE Kuba Mikurda

Recenzja Kuby Mikurdy z książki Nouvelles Impressions d’Amerique Andrzeja Sosnowskiego

WIĘCEJ