Artur Burszta: Andrzeju, porozmawiajmy o „Europie” – o języku, jego cięciach, duchach i maszynach. I o tym, co się dzieje, kiedy ten tekst przechodzi przez tłumacza. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z „Europą”? Jak wyglądało to spotkanie – nie tylko gdzie i kiedy, ale też jakim byłeś wtedy czytelnikiem, czego szukałeś w poezji?
Andrzej Sosnowski: Wydaje mi się, że tomik The Tennis Court Oath kupiłem jesienią 1989 w Toronto. Wcześniej napotykałem wzmianki o „Europie” w jednym czy drugim tekście o Ashberym, zapewne też w wywiadach; utwór nie figurował w znanych mi wówczas wyborach wierszy Ashbery’ego ani w antologiach. Gdybym od razu wiedział, że będę próbował „Europę” przetłumaczyć, pewnie zacząłbym to robić znacznie wcześniej.
„Europa” zaczyna się od jagód, dzieci, lotu i słońca na placu, ale nie opowiada żadnej „historii o Europie”. Wydaje się, że wszystko rozgrywa się w samym języku – w jego przełamaniach, w tym, jak się nawarstwia i myli tropy. Co się właściwie dzieje w tym tekście? I co się w nim rozgrywa poza tekstem?
Myślę, że nic się nie rozgrywa poza tekstem, a jaki to tekst, każdy widzi. Co się w nim i z nim będzie działo, zależy od czytających. „Jagody” pojawiają się nawet kilka razy; przypuszczam, że Ashbery był uczulony na słowo „berry”, które często widywał w błędnym zapisie swojego nazwiska: „Ashberry”. Kiedy tłumaczył we Francji detektywistyczne i szpiegowskie powieści dla zarobku, na przykład Genevieve Manceron czy Noëla Vexina, podpisywał się „Jonas Berry”. Swoją drogą, ten wyraz, „berry”, „jagoda”, jest może takim naprawdę elementarnym przykładem nieprzekładalności, bo autorem „Europy” nie jest, dajmy na to, Andrzej Jagodziński. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że „jagody” to także „policzki”, znajdziemy się jeszcze dalej od słownych realiów oryginału.
A może „Europa” to wiersz wojenny? Wiersz o klęsce mowy? O próbie znalezienia formy na stratę? Na przemilczenie?
Chyba nie. Coś z wojny rzeczywiście przewija się przez cały utwór, dość widmowo i anachronicznie, bo jest to pierwsza wojna światowa, ponadto w wydaniu sensacyjno-młodzieżowym, jako że Ashbery raz po raz sampluje powieść dla nastolatek 1917 roku pt. Beryl of the Bi-plane Williama Le Queux. Akcja toczy się w czasie pierwszej wojny w Anglii, nad Anglią, kanałem La Manche i wybrzeżem francuskim. Tytułowa Beryl z dwupłatowca jest pilotką, a także obserwatorką, nawigatorką i narzeczoną Ronalda Pryora, świetnego lotnika i wynalazcy wyciszacza, dzięki któremu jego maszyna może bezdźwięcznie krążyć nad pozycjami niemieckimi we Francji i Belgii, siejąc zniszczenie. Ale wróg zewnętrzny i wewnętrzny nie śpi – w Anglii uwijają się szpiedzy, którzy śledzą bohaterów, chcą wykraść wyciszacz, zniszczyć samolot, zlikwidować Beryl i Ronalda.
Język w „Europie” wydaje się nie tyle narzędziem, co żywiołem. Nie tłumaczy świata – on się odtwarza sam. Jak to było: czy tłumacząc ten tekst, miałeś wrażenie, że przekładasz język, czy że język przekłada ciebie?
Nie tłumaczy, bo nie jest narzędziem, środkiem służącym opisowi czy tłumaczeniu, lecz tworzywem, jak farba i dźwięki w malarstwie i muzyce. Druga połowa lat 50-tych i pierwsza 60-tych to czas szczególnej fascynacji poetów takich jak Frank O’Hara i Ashbery swobodami, jakimi cieszyli się współcześni im malarze i kompozytorzy. Wydaje mi się, że zwłaszcza Jackson Pollock, Robert Rauschenberg i Jasper Johns, a z kompozytorów Anton Webern i John Cage mogą przychodzić na myśl podczas lektury „Europy”.
Jak zatem tłumaczy się coś, co nie chce być przetłumaczone? Wchodzisz w ten tekst z myślą, że musisz znaleźć „ostre linie”, czy raczej pozwalasz sobie dryfować po jego rozszczepieniach i rozbłyskach?
Słowa i frazy w tym tekście przeważnie mają tyle wolności, że mogą spokojnie czekać na wielorakie decyzje co do swojego znaczenia lub jego braku. Można odnieść wrażenie, że w wielu miejscach obowiązuje nieokreśloność, nieoznaczoność, jakby z Cage’a czy Heisenberga. W przypadku najbardziej dezorientujących niedookreśleń pojawia się po prostu możliwość wyboru ciekawszego, bardziej obiecującego z „fałszywych” tropów, z braku jakichkolwiek innych. „Europa” roi się od sygnałów, także literalnie – mrugają szpiegowskie latarki, pracują skierowane w niebo reflektory: „I jeszcze raz otworzyło się światło i zaczęło sygnalizować morsem w błyskach i rozbłyskach N.F., N.F.”. Co znaczy to „N.F.”, popularny pisarz nie wyjaśnia; gdyby to miało być jasne, Ashbery pewnie by tego sobie nie wziął.
Czy były wersy, które próbowałeś uchwycić, a one i tak ci się wymykały? I co wtedy – pozwalasz im mówić „własnym językiem”, ryzykując, że coś stracisz, czy jednak zawsze próbujesz znaleźć ich polski ekwiwalent? Gdzie stawiasz granicę między byciem wiernym a byciem wolnym?
Większość, jak to ujmujesz, „się wymykała”, ale pozwolić im mówić własnym językiem chyba musiałoby znaczyć: pozostawić je w ich oryginalnym brzmieniu.
Skoro większość wersów nie daje się uchwycić, to czy można powiedzieć, że „Europa” jest poematem, który w ogóle wymyka się historii? Że język robi tu coś zupełnie innego niż opowiadanie o wojnie, o kryzysach, o ruinach – że raczej bawi się szczątkami narracji, niż je porządkuje?
Myślę, że jest niemal dokładnie tak, jak mówisz, przy czym można się zastanawiać, czy określenie „bawi się” jest rzeczywiście trafne. I utwór nie „wymyka się” historii, ponieważ już się w niej jakoś tam zapisał.
„Europa” powstaje w 1962. Po kryzysie sueskim. W cieniu zimnej wojny. Przed wojną w Wietnamie. W erze atomu i telewizji. Ale to nie jest wiersz-manifest. Czy widzisz w nim polityczność? A jeśli tak – to jaką?
„Europa” powstawała w 1958, kiedy Ashbery mieszkał u Harry’ego Mathewsa w Paryżu. Przypuszczam, że można, przyjmując pewną perspektywę, widzieć kontynent europejski jako wielopiętrową ruinę, spiętrzenie pokładów zniszczeń, warstwa na warstwie, ale nie sadzę, aby taka diachroniczna wizja mogła być dla Ashbery’ego w jakikolwiek sposób inspirująca czy rzeczywiście interesująca. Jego raczej ciekawi daleko posunięty demontaż języka, uwalnianie słów i fraz, zakłócanie kontekstów, zwielokrotnianie enigmatycznych sygnałów, przy czym niewątpliwie cała ta sygnalizacja jest ostatecznie trwale niepokojąca. I to jest ciekawa rzecz, w jaki sposób nad tym rumowiskiem „panuje” taka stała atmosfera nieokreślonego zagrożenia, nurtującego niepokoju. Czasem się mówi, że on przywiózł ze sobą z Ameryki nastrój, czy może raczej klimat czasów McCarthy’ego. Ale destrukcje w „Europie” nie składają się na słowny ekwiwalent realnej destrukcji i katastrofy, na coś takiego, co wybrzmiewa w utworze Konrada Góry NIE.
„Europa” – czytana dziś – trafia do nas w zupełnie innych warunkach niż w 1958. Czy to wciąż jest książka, która potrafi „mówić” do współczesnych, czy raczej – jak czasem się sugeruje – echo pewnej zamkniętej już przygody języka?
Chyba mówi do i dla, a czasem może też za, całkiem konkretnych ludzi – mam na myśli poetki i poetów zarówno w Ameryce, jak i w Anglii, dla których Tennis Court Oath jest najważniejszą książką Ashbery’ego. Nie jest to zbyt liczna grupa, ale niewątpliwie elokwentna i żarliwa. U nas, jak pamiętam, Przemysław Suchanecki przetłumaczył cały ten radykalnie eksperymentalny tom – taki przekład to ewenement. Zdaniem tych anglosaskich autorek i autorów późniejszy Ashbery po prostu zdradził starą dobrą sprawę, sprawę rewolucji i awangardy. Dla nich „Autoportret w wypukłym lustrze” brzmi może trochę jak Let’s Dance dla miłośników takich wcześniejszych płyt jak Heroes czy Scary Monsters.
A w Polsce? Jak dziś czytać „Europę”, żeby nie została tylko wspomnieniem awangardowej przygody? Czy to tekst, który może jeszcze nas kształtować – sposób myślenia o języku, o obrazie, o doświadczeniu – czy raczej funkcjonuje obok naszego pola wrażliwości?
Jak dziś czytać – po prostu czytać albo nie czytać, dla utworu nie ma to znaczenia. Może je mieć dla różnych ludzi, którzy będą czytali. Ale nie „dla nas”; nie istnieje takie pole, które byłoby „naszym polem wrażliwości”.
Jeśli „Europa” rozmontowuje język, żeby zobaczyć, jak działa, to jaką lekcję daje nam dziś? Czy wciąż mówi coś o możliwościach języka – czy raczej stawia nas wobec jego granic? A może to właśnie na tych granicach zaczyna się prawdziwa literatura?
Lekcji raczej nie udziela, a już na pewno „nam” jej nie daje – co do „możliwości języka”, czy może raczej wiersza, to pewnie tak, daje do zrozumienia, gdzie można się w wierszu znaleźć i co tam może się dziać. Ale chyba nie wiadomo, czy tam są jakiekolwiek granice, no i czy jest ktoś, kto cokolwiek mógłby wiedzieć o granicach języka czy literatury.
Zapewne nie ma nikogo, kto wiedziałby coś pewnego o granicach języka czy literatury – ale warto iść w te miejsca, gdzie można się w wierszu znaleźć i próbować zobaczyć, co tam się dzieje. I faktycznie „po prostu czytać albo nie czytać”. Dziękuję, Andrzeju, za rozmowę.
Dziękuję.