recenzje / ESEJE

Gniew, dźwigar, przyimki

Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Nie Konrada Góry, wydanej w Biurze Literackim 15 listopada 2016 roku.

Okladka__Nie Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

2

„Anger is a gift”

2

Pierwsze słowa tego tekstu – cytat z pieśni Rage Against the Machine. Jedna linijka. Ostatnie też będą autorstwa Zacka de la Rocha i jego kolektywu. I też będzie to jedna linijka. W sumie dwuwiersz, dwuwers, dystych. Kolejny dopisany do tych – jeśli dobrze liczę – tysiąca stu pięćdziesięciu dziewięciu i pół, które wypełniają Nie.

2

Bo przecież tak naprawdę wszystko, co napiszę, będzie odpowiedzią na wezwanie Konrada wyrażone w zdaniu zamykającym jego posłowie do książki: „Ostatnia linijka ostatniego dystychu jest przeznaczona do napisania przez odbiorcę”. Skoro zatem przeznaczona – więc odpowiadam, piszę. Takie, widać, przeznaczenie.

2

A skoro tak, to już teraz musi pojawić się ten właśnie urwany, zawalony dystych wieńczący Nie: „Jesteś jutro i kto z tobą?”

2

Z wyżej wymienionych powodów każdy fragment mojego pisania będzie zaczynał się tą samą cyfrą, dwójką. Pisze Góra w innym miejscu swej Próby wyjaśnienia tak: „Pierwotną numerację dwuwierszy porzuciłem z  przekonania, że nie oddałaby charakteru złożonej ofiary; żadna z ofiar nie była w końcu pierwsza, sześćsetna czy ostatnia. Pozostawienie uporczywie nawracającej liczby 1 wydaje mi się rozwiązaniem bliższym dla niemożliwego pojęcia tej sytuacji.” Ustawiam się przeto w pozycji niejako podwójnie wtórnej. Po pierwsze dlatego, że – co być może oczywiste – komentarz nie może wyprzedzić komentowanego, znaczące znaczonego. Po drugie – chciałbym zawsze pozostać w dotykowej relacji z jedynkami (z wszystkimi na raz, bez odróżniania, rozróżniania, różnicy i poróżnienia) Konrada Góry, mierzącymi się z „niemożliwym pojęciem” tego, co naprawdę wydarzyło się 24 kwietnia 2013 roku między godziną 8:45 a 8:46 w złożonym z fabryk odzieżowych, sklepów i banku budynku Rana Plaza w Szabharze w Bangladeszu. Poemat Góry wyrasta z pragnienia ocalenia zawalonego życia tysiąca stu dwudziestu siedmiu śmierci – a każda była jednokrotną śmiercią jednokrotnego, dla samego siebie absolutnego życia – przed opresją statystyki i buchalterii rozmieniających zwielokrotnioną pojedynczość na hierarchię i kolejność, spłaszczających fraktal w linie; próbuje więc unieważnić listę w imię jednostki, by zbiór stał się tym samym co element. Ponawiam ten gest – ja, wyzwany (pro-wokowany) przez niedokończenie finalnego dystychu, ja, wezwany (in-wokowany) przez formułę dedykacji, niemożliwy „Nikt, inny”. Ponawiam, powtarzam – nie-różnicując, przesuwając się o jedną cyfrę dalej w cień poematu stojącego w cieniu zawalonych ośmiu pięter.

2

Tak zatem: ocalenie jednostkowości każdego uśmierconego w Rana Plaza, absolutnego i uniwersalnego życia. Zadanie równie niemożliwe jak odtworzenie (i to wyobraźniowe, i to naoczne; trzeba by sięgnąć po zdjęcia, plany, wykresy i rysunki, a to byłoby kapitulacją przed innymi awatarami statystyki i buchalterii, hierarchii i kolejności, linii i listy, zbioru nicującego element) ośmiu pięter z jednego gruzowiska.

2

Jedne z pierwszych słów, jakie wypowiedział Konrad, gdy już wziął do ręki swoje zawalone w formę książki Nie (zwykło się w takich sytuacjach mówić, że książka jeszcze pachniała farbą drukarską; tego nie wiem, nie wąchałem, ale zakładki w ostatniej chwili wkładane w drukarni między strony owszem, sklejały się z nimi, więc faktycznie kartkowane przez autora egzemplarze poematu ledwo zdążyły ostygnąć): że to, co napisał, wypacało się z niego, że powstawanie Nie miało w sobie coś zwierzęcego… I od razu przychodzi mi na myśl to, co Góra wywiódł w innym swoim posłowiu (na marginesie – jednym z najbardziej nieprawdopodobnych komentarzy interpretacyjnych, jakie zdarzyło mi się w ostatnich latach czytać, tyleż bezwzględnie celnym i przenikliwym, co stanowiącym integralną literacką glossę do komentowanego korpusu tekstów), tym dołączonym do przysposobionego przezeń wyboru wierszy Anny Świrszczyńskiej, Kona ostatni człowiek: że lapidarność, oschłość, ostentacyjna nieozdobność języka poetki ma w sobie coś z mowy człowieka pierwotnego, z kanciastego, wysilonego bełkotu kogoś, kto dopiero co próbuje się otrząsnąć z płodowego błota.

2

Takie właśnie jest pierwsze moje wrażenie po lekturze Nie – która to lektura działa jak cios obuchem w potylicę (jeszcze tego nie powiedziałem, więc mówię teraz, teraz na to pora: nowa książka Góry to jeden z najmocniejszych, najwyrazistszych, najświetniejszych momentów polskiej poezji ostatnich lat): że słucham głosu rwącego się, skandującego, z trudem wydobywanego z gardła ściśniętego gniewem. W tej książce wszystko drga (niczym generatory prądotwórcze na nielegalnie dobudowanych piętrach w Rana Plaza, których wibracje nadwątliły i tak już niezbyt stabilną konstrukcję budynku, przyczyniając się do jego zawalenia; co próbuje obalić Konrad Góra? czy aby nie nasze rozumienie tego, co i jak było naprawdę, spacyfikowane przez wszelki obliczony na nazbyt pośpieszne wyjaśnienie/usprawiedliwienie dyskurs?), ale nic się nie porusza: odpychające swą monotonią równoważniki zdań, ubóstwo orzeczeń, zawsze niemal przesuniętych, zwalonych w podrzędne konstrukcje syntaktyczne, a więc poza główny nurt snutej tu, zmartwiałej opowieści kogoś przemierzającego bezsensowne gruzowisko życia, uporczywy przerost niemożliwych obrazów nanizanych na natręctwo rzeczowników. Martwica zdewaluowanej semantyki.

2

A z drugiej strony – zniewalające piękno języka, często zapuszczającego się w rzadko odwiedzane rejony polszczyzny (dziewiąty spośród tysiąca stu pięćdziesięciu dziewięciu i pół pierwszych i jedynych dystychów: rzeczownik „rzez”, oznaczający ślad po uderzeniu siekiery w pień, przez nieliczne tylko słowniki odnotowywany), niezwykła sugestywność, zdziczała melodia powidoków lokujących się daleko poza polem najszerszego nawet kąta widzenia. I nieostatnia to ze sprzeczności konstytuujących Nie, poemat traktujący wszak o niemożliwości pojęcia.

2

Gniew, który przywołałem już dwakroć w tym, co piszę… Tytułowe „nie” wyobrażam sobie zrazu tak – patrzę w ekran telewizora, widzę obrazy tego, co pozostało z Rana Plaza: nieobeszłe pobojowisko, zapylone żałobną bielą tynku, poskręcane i niekompletne zwłoki, walające się między szkieletami więźb metki znanych odzieżowych marek; widzę to wszystko i odpowiadam trzykrotnym zaprzeczeniem. Pierwsze moje nie – bo współczucie; drugie – bo wstyd; trzecie – bo gniew właśnie, gniew ogarniający i współczucie, i wstyd, i samego siebie. „Gniew jest darem” – a w tym przypadku oznacza to nie tylko to, co oznacza w sensie ścisłym, czyli coś dar-mo udzielonego, ale też coś po trzykroć dar-emnego. Żałosna, nic niewarta próba odwrócenia tego, co naprawdę. Ale jest też drugie znaczenie tytułu wielkiej lamentacji Konrada Góry, to, o którym pisze on w swym posłowiu: zaimkowe, pochodne od żeńskich (większość ofiar szabharskiego niepojętego stanowiły kobiety: „Pospolite, masowe morderstwo / kobiet”) form takich jak „one” (jak w tym dystychu, jak wszystkie inne – pierwszym, jedynym i każdym: „i wrócę sam, większy / o straconego. O nie.”. I to nie – inaczej niż tamto intuicyjnie pierwsze, bardziej oczywiste – nie niweczy, nie zaprzecza. Na odwrót: ustanawia, ocala, potwierdza, jest językowym zamianowaniem osoby, konstatacją faktu istnienia. A przecież – pozostaje też owym fundamentalnym, gniewnym unieważnieniem dokonanego zła. Dwie najważniejsze, oksymoroniczne (druga konstytuująca sens sprzeczność) potencje dzieła Góry – oskarżać i współczuć, lamentować nad śmiercią i ocalać zawalone życie, zaprzeczać i potwierdzać – domknięte w trzech literach.

2

Tak jak w dedykacji Konrada, którą pozostawił (i nie) na moim egzemplarzu książki. Poprosiłem: „czy podpiszesz mi książkę?”; w odpowiedzi Konrad bez słowa wziął podsunięte mu przeze mnie Nie, zapytał o imię (dopiero co się poznaliśmy), wziął długopis, a potem postawił przecinek po wydrukowanym na stronie tytułowej, wiadomym słowie, i dopisał moje imię w wołaczu. „Nie, Przemku”. Jest dedykacja? Jest. I nie ma, bo na moje pytanie Konrad odpowiedział odmownie. Ale czy rzeczywiście odmownie? Tak – jeśli przyjąć, że tytułowe „nie” oznacza elementarne zaprzeczenie; a przecież sam autor twierdzi, że nie oznacza. Jeśli zatem chodzi o „nie” w pełni zgodne z wprost wyrażoną intentio auctoris, to wówczas dedykację Konrada powinienem przeczytać jako „[o] nie, Przemku”. Niegramatyczne, eliptyczne – tak jak niegramatyczne jest użycie zaimkowego „nie” jako samodzielnego słowa; i właśnie tym bardziej dobitne, nieznoszące odmowy. Konrad Góra, tak często w swych wierszach penetrujący obrzeża językowej normy, wzywa mnie do afirmacji, wprowadza do kaplicy, w której odprawia się Dziady, święto substancjalnej figuracji (w zaklęciu, w uroku, w językowym przywołaniu) utraconego. O nie, Przemku, będzie nam – mnie piszącemu i tobie, piszącemu o napisanym – chodzić. O nie, Przemku, upominam się swoim poematem.

2

A zatem – proste równanie, elementarna matematyka. Minus i minus dają plus. Nie jako zaprzeczenie unieważnione zostało nie wskazującym, osobowym, odrzeczownikowym. Podwojone nie oznacza w sumie tak.

2

I jeszcze takie mnie naszło olśnienie, tak na mnie tekst poematu podziałał: nie przeczytane od tyłu to ein, czyli (po niemiecku, choć nie tylko po niemiecku) „jeden”, tak niepomiernie tu ważne. Jak wszystko inne – bo poemat Góry jest wielkim równaniem wszystkiego: każdy dystych da się przeczytać osobno, ale przecież podziały między nimi są zatarte (czasem pierwsze pół słowa kończy jeden dwuwers, a wtóre pół drugi/pierwszy dwuwers zaczyna), powstaje więc pytanie, jak czytać Nie. Od początku do końca? W dowolnej kolejności – skoro opresja Listy nie ma tu żadnego znaczenia? A może należy zebrać tysiąc stu sześćdziesięciu recytatorów i niech czytają jednocześnie (i niech głos tego jednego z nich zamilknie w połowie)?

2

Od lewej do prawej – czy od prawej do lewej? Stąd moje olśnienie: nie/ein. Czytać Nie/nie-czytać.

2

Jesteśmy – zaprzeczające przeczenie (ein/nie) jedynki Konrada Góry i postępujące po ich śladach moje dwójki – tymi wszystkimi drobinami gramatyki, przyimkowymi guślarzami, które/którzy przemieniają zaprzeczenie w potwierdzenie, negację w afirmację, nieistnienie w byt, śmierć w życie. Bez tej przyimkowej transfiguracji tytułowe „nie” poematu byłoby tylko tym, co przeczy.

2

Wyobraźnia przestrzenna autora Nie, rozgniewane szaleństwo (w sensie bodaj takim, jaki szaleństwu nadał Michel Foucault: jako dyskurs podejrzenia stawiającego w cudzysłów nadmiar rozumu, tej hybris, która obiecuje wszystko wyjaśnić, uprawomocnić i rozgrzeszyć, a przecież prowadzi nas pewną ręką od Politei do Auschwitz) stawiających opór obrazów ma dla mnie logikę biegunową – chaotyczny ruch pokrywa przestrzeń między dwoma nieruchomymi porządkami: stabilnością ożywionej i nieożywionej natury (to, co drzewne, ziemne, mineralne; przychodzi mi do głowy inny wers Konrada, ten, po którym rozpoznałem wejście w przestrzeń mojej poetyckiej świadomości kolejnego wielkiego poety: „To wszystko metal, stop mięsa i ziemi”) i konkretem tekstylno-cielesnych artefaktów (epifanie okaleczonych ciał, nazwy materiałów używanych w przemyśle odzieżowym). I widzę w tym coś rozpaczliwego, coś jakby próbę znalezienia dwóch punktów oparcia, które można przeciwstawić dwóm iluzorycznym dynamikom. Dynamika pierwsza: iluzja Kapitału, piętrowe oszustwo, ruch w górę – że można bez konsekwencji dobudować kolejne poziomy w kompleksie Rana Plaza (i iluzja pochodna, może najważniejsza, ale nie-jedyna przecież: że przychodzący tam pracownicy są bezpieczni). Dynamika druga, w dół: rozpadający się budynek, bezwzględna, absurdalna pozapojęciowość wydarzenia (weźmy same liczby: czterdzieści pięć sekund, tysiąc sto dwadzieścia siedem śmierci, uśredniając – trzy setne sekundy na jedno zawalane życie). Nie godząc się na niewyrażalność tego, co naprawdę, wystawiamy się na niebezpieczeństwo uwiedzenia przez inną iluzję, której fundatorem jest Spektakl: zwielokrotniona w setki fotografii rzekoma naoczność, pornografia pozorowanej, niekosztownej żałoby, statystyka, analiza i wykres – a efektem tego wszystkiego jest utrzymywanie nas w komfortowym na zewnątrz (i podtrzymywanie innej iluzji pochodnej: że kupując ubrania z metką „made in Bangladesh” jesteśmy niewinni). Poemat Konrada Góry to dźwigar, nienaruszalny element obróconej w gruz budowli, przerzucony nad chaotycznym pobojowiskiem iluzji – wpierw wznoszonych ku górze, potem w niespełna minutę osypujących się w dół (pewien mój znajomy, absolwent filozofii, który otarł się w swym życiu zawodowym o symulakryczną rzeczywistość korporacji, wysnuł kiedyś wniosek, że najlepszą metaforą nieposkromionej zachłanności Kapitału jest tabelka programu Excel: teoretycy Konsumpcji nie uznają granic w prognozowaniu Wzrostu – podobnie jak architekci Rana Plaza nie brali pod uwagę wytrzymałościowych  parametrów kolejnych dobudowywanych pięter – bo nie zna ich arkusz kalkulacyjny, pozwalający windować Wzrost do wielkości praktycznie nieskończonych; nieuniknione fiaska tej iluzji wzrostu/rozbudowy poddawane są pragmatycznej ekonomii wyparcia w iluzję Spektaklu, pozwalającą sądzić, że to, co wydarzyło się naprawdę, bytuje jedynie w przestrzeni podglądania, równie odległej od rzeczywistości jak Dziki Zachód od swej nicującej platonizm, disneylandowej reprezentacji, analizowanej ongiś przez Jeana Baudrillarda).

2

Tak zatem – Nie jako dźwigar przerzucony nad iluzją Kapitału zawaloną w iluzję Spektaklu, wsparty o dwa punkty nieruchome: porządek natury, minerału i pierwiastka, z którego wychodzi i do którego powraca wszelkie biologiczne życie, i porządek tekstylnego artefaktu, na który zamieniony został sens zawalonego istnienia tysiąca stu dwudziestu siedmiu robotnic i robotników Rana Plaza. I kiedy tak myślę poemat Konrada Góry, nie może nie przyjść mi do głowy wielki wiersz Czesława Miłosza, Biedny chrześcijanin patrzy na getto. Tam – w pierwszych dwóch częściach – podobnie: trzydzieści określeń na materialne pozostałości życia kilkuset tysięcy zamieszkujących dzielnicę Żydów, ujętych w złowieszczy nawias przez obrazy nicestwiącej je przyrody (powtórzoną inkantację o mrówkach i pszczołach dokonujących bluźnierczej transsubstancjacji wątroby, płuc i kości, i ten niebywały, wyraźnie wyodrębniający dwa pierwsze fragmenty dwuwers: „Jest już tylko piaszczysta, zdeptana, z jednym drzewem bez liści / Ziemia.”; po całym tym jazgocie gruzowiska rzeczy zamienianego w pogorzelisko tak bardzo obraża i zawstydza swą bezwzględną nagością „Ziemia”, wyrzucona do osobnego wersu). Rozpięty ponad pustacią niegdysiejszego getta wiersz Miłosza zdaje się apelować – skupmy się na materialnych pozostałościach życia, skupmy się na ostatnim drzewie, skupmy się na czymkolwiek, na czym jeszcze da się skupić, by móc skupić się na nich. Powiada Konrad Góra: wbijmy wzrok w mineralizujące się po śmierci życie, zaciśnijmy gniewne pięści na metkach naszych ubrań, patrzmy na nie.

2

Beznadziejnie żałobna horyzontalność ziemi getta u Miłosza przełamuje się wertykalnością jednego bezlistnego drzewa – i od drzewa też zaczyna się Nie.

2

Jeszcze glossa (im dłużej piszę o Nie, tym mocniej na poziomie somatycznym doświadczam tego, co powiedział Konrad o „wypacaniu” się zeń poematu; ze mnie również zaczynają wyciekać coraz to nowe glossowania, margines mego pisania rozszerza się w coraz to nowe przestrzenie nie-rozumienia) o dynamice, która rozprasza i rozgrzesza: jeden z najbardziej haniebnych tekstów, jakie w ostatnich latach powstały w tym udręczonym języku polskim – oświadczenie w obronie czci jednego z dowódców powojennego podziemia niepodległościowego, o którego niektórych akcjach zbrojnych nawet IPN powiedział (i jest to ocena aż nadto wyważona w odniesieniu do kogoś, kogo w sposób uzasadniony można podejrzewać o czyny, jakich nie powstydziliby się dokonujący czystek na Polakach Ukraińcy z Wołynia), że „noszą one znamiona ludobójstwa”. Pominę autorów oświadczenia, pominę źródło (wstyd nie pozwala na przywołanie), ale – choć z najgłębszą odrazą – zacytuję: „Oczywiście ubolewać należy nad ewentualnymi niewinnymi ofiarami walk w drewnianym terenie zabudowanym, które poniosły śmierć bez intencji dowództwa akcji i [w] wyniku gwałtownej dynamiki pola walki. Śmierć kobiet i dzieci, poza przypadkami wykorzystywania ich jako tarcze bojowe przez komunistycznych bojowników z bojówek PPR, była wynikiem np. uduszenia w płonących budynkach czy przypadkowego postrzału lub, w najgorszym razie, niesubordynacji pojedynczego żołnierza.” Podkreślam: ewentualne niewinne ofiary gwałtownej dynamiki pola walki… Kolejna iluzja – iluzja Wojny; spotęgowany przez nią pęd (nie bez powodu Prędkość i polityka, najważniejsza praca Paula Virilio, który wszak właśnie ruch uczynił podstawową zmienną swej wizji cywilizacji, jest opowieścią o postępującej militaryzacji zachodniego świata) i towarzysząca mu niemożność odróżnienia pozwalają na usprawiedliwiające przemianowania: motywowanych etnicznie egzekucji  na „przypadkowy postrzał”, palenia całych rodzin spędzonych do wiejskich chat na „uduszenie w płonącym budynku”. I tak jak Kapitał ma swoją iluzję (swego idola, cielca, Baala) Wzrostu, której/którego upadek może zwekslować na iluzję Spektaklu, tak iluzją jest Wojna absolutnego dobra (któremu wolno wszystko) z bezwzględnym złem (wobec którego wszystko wolno). Przeciwko temu – przeciwko dynamikom tak gwałtownym i tak druzgocącym, że kuszącym rozmienianą na pseudonimy nienazywalnością, która jest jedną z emanacji zobojętnienia – konstytuował się wiersz Miłosza, przeciwko nim rozpłomienia się zwierzęcy, mineralny, drzewny i tekstylny gniew Konrada Góry. Grzebmy w gruzowisku aż do zawsze płodnego (bo nawożonego śmiercią) gruntu, wznośmy piramidy z nadpalonych metek, patrzmy w twarze ofiar.

2

To jedno słowo: ofiara. Można go użyć jako synonimu czyjejś śmierci na skutek przemocy bądź wypadku – i to znaczenie oczywiście jak najbardziej odpowiada temu, o czym w Nie pisze Konrad Góra. Ale jest też znaczenie drugie, sakralne – ofiara jako żertwa, zwierzę składane na ofiarę na ołtarzu (dosłownym bądź metaforycznym) czegoś lub kogoś. I kiedy w swym posłowiu Góra używa frazeologizmu „charakter złożonej ofiary”, to – gramatycznie rzecz ujmując – nie ma wątpliwości, że chodzi o to drugie znaczenie. A to bardzo niebezpieczna gra: używane dziś najpowszechniej w odniesieniu do planowej eksterminacji pewnych grup etnicznych (zwłaszcza Żydów) podczas II wojny światowej hebrajskie słowo Szoah pojawiło się przecież właśnie jako wyraz sprzeciwu wobec terminu Holokaust – jako nazbyt łatwo aktualizującego całopalne, ofiarnicze sensy (by można było mówić o ofierze – argumentowano – potrzebne jest założenie wyższego sensu ludobójstwa i świadomości tych, którzy go doświadczyli, co kłóci się z bestialską, nieludzką nonsensownością Zagłady). Użycie przez Górę tego właśnie znaczenia słowa „ofiara” (w posłowiu, przypominam, zatytułowanym aż nazbyt czytelnie: Próba wyjaśnienia – tego, co w poemacie, ale też tego, co wydarzyło się naprawdę) postrzegam jako szarżę na bezsens, równie gwałtowną i gniewną jak poprzednio opisany szturm poety na nazbyt pośpieszne, łatwe, usprawiedliwiające, zmieniające jednostkowość i niewyrażalność na anonimowość i liczman usensownienia. Nie – ta tyleż rozedrgana, co kontemplacyjna lamentacja niepodzielnego czasu, miejsca i wydarzenia – to zapis oświecenia (wy-jaśnienia), prawdy, że tych tysiąc sto dwadzieścia siedem pierwszych, jedynych i każdych śmierci złożono na blasfemicznych ołtarzach Kapitału, Wzrostu, Spektaklu i Konsumpcji. Które to ołtarze wznieśliśmy my, przyodziani – a Nie chce to nasze przyodzianie zaprzeczyć, ogołocić nas i prawdę, ogołocić nie.

2

Może właśnie dlatego Konrad Góra sięga po dystych? Jest prymitywny, prosty i brutalny jak sama prawda – ale ma też w sobie coś z magicznej inkantacji, z zaklęcia, czyli z takiego użytkowania słowa, które niczego nie nazywa, jednocześnie manifestując moc powoływania rzeczy do istnienia. Jest gnostycki, obnaża zakrytą, przeto prawdziwą logikę rzeczy tego pozornego świata. Take a red pill. Take a blue pill.

2

A więc pisząc o Górze, jestem myszą, która rodzi górę. Niczym w sokratejsko-platońskiej metaforyce prawdy jako alethei, „odsłaniania”, przy której konieczna jest asysta filozofa, „akuszera” prawdy. Bo tę prawdę nosi już w sobie Konrad, noszę ją ja. Nosimy ją wszyscy. Nosimy nie, te prawdziwe.

2

Jak w słowach kończących Wytępić całe to bydło, potworną opowieść Svena Lindquista o cyklicznej naturze jądra ciemności: „Ty już to wiesz. Ja również. Nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by to, co wiemy, zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski.”

2

„No more lies”.

O AUTORZE

autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

powiązania

03_RECENZJE__Przemysław Rojek__

Białe księgi

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Stelle Bianki Rolando, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 11 marca 2019 roku.

WIĘCEJ
13_CYKLE__Abc__1

Niezaufane połączenia (III). Biurowa lista kontaktów

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

40. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__ Paweł KACZMARSKI__Nie stoi w sprzeczności

Nie stoi w sprzeczności

wywiady / O KSIĄŻCE Paweł Kaczmarski Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Pawłem Kaczmarskim, towarzyszącą premierze antologii Zebrało się śliny. Nowe głosy z Polski, wydanej w Biurze Literackim 20 września 2016 roku, a w wersji elektronicznej 18 grudnia 2017 roku.

WIĘCEJ
03_RECENZJE__Przemysław-ROJEK__Antropologia-rozczarowywania

Antropologia rozczarowywania. Czterdzieści dziewięć notatek symultanicznych

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki ciche psy Romana Honeta, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 21 sierpnia 2017 roku.

WIĘCEJ
11_CYKLE__Przemysław  ROJEK__Ust. z dn. 31 VII 1981, O kontroli publikacji i widowisk

[–] Ust. z dn. 31 VII 1981 o kontroli publikacji i widowisk

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

36. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
RECENZJE_komentarz_queneau

Niedziela z życia Raymonda Queneau. Trzynaście znaków zapytania

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Niedziela życia Raymonda Queneau, wydanej w przekładzie Hanny Igalson-Tygielskiej w Biurze Literackim w wersji papierowej 4 października 2016 roku, a w wersji elektronicznej 8 maja 2017 roku.

WIĘCEJ
recenzje_dziennik

Dziennik pisany czytaniem (Krynickiego)

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka, towarzysząca premierze książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, wydanej w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_bargielska

Jestem co się zowie żarówką zgrozy

wywiady / O KSIĄŻCE Justyna Bargielska Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Justyną Bargielską, towarzysząca premierze książki Selfie na tle rzepaku, wydanej w Biurze Literackim 27 czerwca 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_joyce

Trzy fundamentalne pytania o Joyce’a

wywiady / O KSIĄŻCE Jerzy Jarniewicz Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Jerzym Jarniewiczem, towarzysząca premierze książki Portret artysty w wieku młodzieńczym, wydanej w Biurze Literackim 30 maja 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Zycie-na-Korei_1

Czy żyjemy na Korei?

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Marchewka Dawid Bujno Grzegorz Jędrek Przemysław Koniuszy Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Anną Marchewką, Przemysławem Koniuszym, Dawidem Bujno i Grzegorzem Jędrkiem, towarzysząca premierze e-booka Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego, wydanego w Biurze Literackim 18 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Roman-Honet_rozmowa-trwa-dalej

Szkicownik alfabetyczny. Notatki o poezji Romana Honeta

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Romana Honeta rozmowa trwa dalej, wydanej w Biurze Literackim 8 marca 2016 roku.

WIĘCEJ
DEBATY_Mikolaj_Borkowski_Za-pewne-wiersze

Mały literacki projekt

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Arturem Bursztą, autorem wyboru wierszy w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 23 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Podgornik_Zawsze

Ludzie na wiadukcie

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Zawsze Marty Podgórnik, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 2 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Joanna-Mueller_Karolina-Saldecka

"To jakby architektoniczna wersja matrioszek"

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Przemysław Rojek

Z Joanną Mueller o książce intima thule rozmawia Przemysław Rojek

WIĘCEJ
WYWIADY_Szymon-Slomczynski

„Jestem już gdzie indziej”

wywiady / O KSIĄŻCE Przemysław Rojek Szymon Słomczyński

Z Szymonem Słomczyńskim o książce Nadjeżdża rozmawia Przemysław Rojek.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich autorów: sześciu, czyli coda w kształcie sestyny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

14 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dycio, Ireneo Funes

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

13 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Andrzej Sosnowski, flow

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

12 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Martyna Buliżańska, trauma

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

11 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dariusz Suska, nasselar

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

10 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Filip Zawada, apofatyczny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

9 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Krystyna Miłobędzka, rodząca

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

8 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

Zmiana warty. Reaktywacja / Odmarsz. Następne pokolenia

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

7 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
12_jaką_polskę_zobaczyli_grafika_debaty

Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra: podsumowanie

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Przemysław Rojek

Podsumowanie debaty „Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra”.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Trzy-sciezki

Różnicowanie sumy

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się Filipa Zawady.

WIĘCEJ
WYWIADY_gora

Jeszcze nikt nie oślepł od odwracania wzroku*

wywiady / O KSIĄŻCE Dawid Mateusz Konrad Góra

Rozmowa Dawida Mateusza z Konradem Górą, towarzysząca premierze książki Nie, wydanej w Biurze Literackim 15 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_gora_komentarz

Nigdy dotąd

recenzje / KOMENTARZE Konrad Góra

Autorski komentarz Konrada Góry towarzyszący premierze książki Nie, wydanej w Biurze Literackim 15 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ