recenzje / ESEJE

Białe księgi

Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Stelle Bianki Rolando, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 11 marca 2019 roku.

Okladka__Stelle Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Prolog. Słowo od kopisty

Zrzekam się praw do tego, co za chwilę napiszę.

Bo cokolwiek napiszę, już zostało napisane. Metafizyka? Owszem – w dzisiejszych czasach, kiedy najciekawsza moim zdaniem część polskiej krytyki literackiej radykalnie odżegnuje się od metafizycznych złogów na rzecz materializmu (zapoznając skądinąd, że wcale często marksistowski – bo o taki tu chodzi – materializm na milę trąci heglowskim idealizmem), muszę powrócić do metafizyki. Muszę – bo Stelle Bianki Rolando wydają mi się trudno ogarnialnym traktatem metafizycznym (a jednocześnie mistycznym). Metafizycznym w sensie dosłownym – czyli zarówno docierającym do mnie spoza granic pisarskiej (i nie tylko pisarskiej, wszak Stelle to w zasadzie artbook, na równych prawach operujący słowem, obrazem i działaniami  słowoobrazowymi) fizyki, jak i wystawiającym na poważną próbę granice mej czytelniczej fizjologii.

A zatem – metafizyka. Nic do napisania, wszystko napisane: mam wrażenie, że już napisałem ten tekst o Stellach, że pozostaje – jak to z palimpsestami bywa – zeskrobać wierzchnią warstwę pisma, by odsłoniło się w całej pełni to, czego jeszcze nie ma (choć już jest). Oczywiście – złudzenie, sprowokowane przez wrażenie, że i Rolando nie napisała Stelli, że to jedynie emanacja jakiegoś wyższego porządku. Kiedyś Dariusz Czaja sugerował coś podobnego o Die Kunst der Fuge – że to właściwie utwór anonimowy, że jego absolutna doskonałość sprawia, iż Johann Sebastian Bach nie jest tu kompozytorem, ale kopistą kosmicznej partytury, pudłem rezonansowym, w którym rozbrzmieć może harmonia dźwięków tak uniwersalna, że w zasadzie obywająca się bez jednostkowej inwencji. Skoro więc to nie Rolando napisała Stelle, skoro tylko objawiła mi w iluminacyjnych fragmentach coś, co spoza Stelli wyziera, skoro Stelle napisane są od zawsze, właśnie się piszą i czekają na napisanie – to być może ja też nie napisałem recenzji z tej książki, może tylko wszedłem w posiadanie czegoś, co ktoś inny napisał i teraz próbuję to nieudolnie zdekodować.

Przyjmijmy więc, że znalazłem się w czymś przypominającym początek filmu Andrzeja Żuławskiego Na srebrnym globie – że jestem badaczem jakiejś przypominającej indiańską cywilizacji, że założyłem bazę wśród ośnieżonych gór i lasów, w ruinach jakiegoś pałacu, że właśnie przybywa do mnie jeden z tubylców i padając na twarz, wręcza mi kapsułę (choć równie dobrze mogłaby to być obrośnięta wodorostami i skorupiakami butelka) ze słabo czytelnym rękopisem Przemysława Rojka zatytułowanym Białe księgi. I właśnie przystępuję do przepisywania (a raczej rekonstruowania) tego pełnego luk, nadużyć i nieścisłości, czasem wręcz bełkotliwego dokumentu.

[Scholia na marginesie Prologu: „Naturalmente, un manoscritto”.]

Księga Gwiazd

Zeszliśmy z drzew – może (jak twierdzą jedni) na sawannę, może (dowodzą drudzy) na bagna. To, co znaleźliśmy, zaczęliśmy przerabiać na coś innego, by lepiej się to nadawało do naszych celów. Naszym wyciom i chrząkaniom stopniowo nadawaliśmy abstrakcyjny sens, by móc opisywać rzeczy, których akurat nie widzimy i nie słyszymy. Okiełznaliśmy ogień. Przeczuwając naszą odrębność od przyrody, wymyśliliśmy ceremonie pogrzebowe. Włosy na plecach i torsach coraz bardziej nam rzedły, każde kolejne pokolenie rodziło się z coraz krótszymi rękami.

Coraz częściej patrzyliśmy w gwiazdy. Zrazu były one dla nas – niczym księżyc dla Man-Motha opisanego eony później przez Elizabeth Bishop – „maleńkimi dziurami w powale nieba”, ale im bardziej podejrzewaliśmy, że może być inaczej, tym większa była nasza zgroza. To mętne, widmowe i zwodnicze światło napływało do nas z jakiegoś niewyobrażalnego poza, nie poddawało się naszym prawom, które w międzyczasie uchwaliliśmy. Ciągle inne, ruchliwe, drwiło sobie z nas porządkiem tego ruchu, który nauczyliśmy się dostrzegać i przewidywać, ale nie potrafiliśmy zrozumieć. Dlatego niektórzy z nas namaszczali się na szamanów, gwiazdarzy, astrologów i astrofizyków; mówili, że znają prawdy zaklęte w mżenie świetlistej wysypki nieboskłonu – niektórych paliliśmy na stosach i niszczyliśmy na łamach czasopism naukowych, innym składaliśmy ofiary i wprowadzaliśmy ich na karty podręczników. Po latach niektórzy z nich powołali do życia Międzynarodową Unię Astronomiczną, która w geście zemsty (tym straszniejszej, że przez wieki odraczanej) w 1930 roku poupychała wszystkie gwiazdy w osiemdziesiąt osiem klatek zwanych gwiazdozbiorami – dla samych gwiazd równie obojętnych jak wszystko, co z nimi, dla nich i przez nie czyniliśmy.

[Księga Gwiazd, scholia pierwsza: „Wściekła się Wielka Niedźwiedzica i lecą z pyska płaty piany. Po Mlecznej Drodze Wóz się toczy, turkocze za nim piąte koło. Ryczy Lew ranny ponad głową, Bliźnięta płyną rzeką modrą, Byk galopuje łąką płową i pręży się na Wadze Skorpion. Tętni przez łąki Koziorożec, Strzelec go tropi nieustannie i płynie Wodnik po jeziorze, po utopionej płacze Pannie”].

Nauka – nie po raz pierwszy i nie ostatni – zawiodła tych, którzy liczyli na to, że zrozumienie przyniesie spokój. Im bardziej rozszerzał nam się kosmos, dosłownie (bo widzieliśmy coraz więcej i dalej, bo wynaleźliśmy pierwszą lunetę i teleskop Hubble’a) i metaforycznie (bo języki konieczne do jego opisania stawały się zrozumiałe dla coraz węższej grupy specjalistów), tym bardziej rozszerzał się margines niepojętego. I w gruncie rzeczy już tylko ignorancja chroni nas przed obłędem. Bo przecież gdyby świadomość tego, że gasnące światło Alfy Centauri będzie przenikać puste miejsce pozostałe w kosmosie po niegdysiejszej Ziemi jeszcze przez cztery lata i trzy miesiące po tym, jak sama gwiazda zamieni się w żużlowatego czarnego karła, była dla nas czymś doświadczeniowym, czymś więcej niż teoretyczną abstrakcją – najpewniej byśmy oszaleli, nasz rozum rozpękłby się niczym wydobyta na powierzchnię oceanu ryba głębinowa. Nic przeto dziwnego, że czujemy tęsknotę za tym, by odtwarzające mnogość mitycznych opowieści nazwy gwiazdozbiorów były czymkolwiek więcej niż tylko nazwami, że ułudną, ale pewną wiedzę horoskopów przedkładamy nad wiodącą ku kolejnym pytajnikom astrofizyczną spekulację. Wolimy wierzyć, że nasza wyobraźnia i nasz język mają jakąkolwiek władzę nad gwiezdnym zaświatem.

Tytuły zapisów wypełniających strony Stelli to nazwy gwiazdozbiorów. I jest w tych tekstach coś, co przywodzi na myśl właśnie ową prastarą – zapewne sięgającą początków naszego gatunku (a już na pewno potwierdzoną w historii cywilizacji tak zamierzchłych jak sumeryjska czy egipska) – tradycję wróżbiarską. Gwiazdy same w sobie znaczą to, co znaczą: rodzą się w wyniku skomplikowanego procesu zaburzeń grawitacyjnych w obłokach molekularnych, żyją dopóki wodór w ich wnętrzach może służyć za paliwo dla reakcji jądrowych, umierają jako puchnące czerwone olbrzymy zastygające w białe karły, jako eksplodujące supernowe. Astrologia, horoskopy dokonują translacji owej gwiezdnej samoistności na najbardziej ludzki język naszych pragnień, marzeń, oczekiwań i obaw. I o ile finalny językowy kształt horoskopu może być (choć oczywiście bywa też inaczej) doskonale zrozumiały, o tyle sama zasada tłumaczenia musi pozostać najgłębiej strzeżoną, nieprzeniknioną i ekskluzywną tajemnicą, nikt spoza kręgu wtajemniczonych nie może wiedzieć ani tego, w jaki sposób niestabilność Jaensa staje się przystojnym brunetem, którego spotkamy w przyszłym tygodniu, ani tego, jaki jest związek ciągu głównego z nadejściem czasu niesprzyjającego planowaniu dłuższej podróży. Tak właśnie działają utwory (wiersze, prozy, słowoobrazy, grafiki, dramat w konwencji commedia dell’arte) z najnowszej książki Bianki Rolando: wytwarzają pewien efekt tekstowy, który na poziomie dosłownym nie ma nic wspólnego z konkretnym podanym w tytule gwiazdozbiorem (albo ma bardzo mało, na takim mniej więcej poziomie umowności, który kazał czerwonawe widmo Marsa, będące efektem obecności w powierzchni planety dużej ilości tlenków żelaza, kojarzyć z rzymskim bogiem wojny).

[Księga Gwiazd, scholia wtóra: „Nic nie było wyjebane w kosmos. Wszystko było zapisane w gwiazdach”].

Nieprzypadkowo, pisząc o tekstach Rolando, użyłem powyżej kategorii nie estetycznych, a performatywnych: działania i wytwarzania. Paradoksalność tego monstrualnego (w najlepszym tego słowa znaczeniu) zamierzenia artystycznego, jakim są Stelle, polega na tym, że idiomatyczne sensy poszczególnych utworów (programowo uciekających w graniczną hermetyczność, o czym niebawem) są mniej ważkie niż całościowy zamysł księgi, jej – dokładnie taka, jak u Blake’a – fearfull symmetry. Chodzi więc ostatecznie nie o to, co poszczególny fragment znaczy, ale że jest on – jak wszystkie pozostałe – wytworem pewnego działania, a jednocześnie aktem swoistej spektakularnej kapitulacji wobec przemocy kosmosu. Jeśli z jednej strony mamy gwiazdozbiór, a z drugiej wiersz – to działanie, jakie między nimi zachodzi, jest ostentacyjnie nieumotywowane, jest wróżebną inkantacją, próbą zagadania rozpaczy, jaka rodzi się z zetknięcia z wiedzą, która albo pozostanie matematyczną abstrakcją, albo przywali nas swym nieogarnialnym rozmiarem. W ostatecznym rozrachunku Stelle są zatem – dosłownie – spekulacją, czyli lustrzanym odbiciem tego, co jakoby widzimy na nieboskłonie. Czyli właśnie umowności i nieumotywowania podniesionych do rangi głównych reguł – cóż bowiem w rzeczywistości łączy ze sobą poszczególne gwiazdy Hydry, odległe od siebie o trudną do policzenia ilość lat świetlnych? Nic, oprócz tego, że umówiliśmy się, że zamkniemy je w jeden arbitralny kształt. A co łączy ze sobą dowolny wiersz Bianki Rolando z odpowiadającą mu konstelacją? Może nic, może coś, może nieskończenie wiele – ale na pewno to, że tekst jest wytworem działania gwiazdozbioru.

[Księga Gwiazd, scholia trzecia: „When the moon is in the Seventh House and Jupiter aligns with Mars, then peace will guide the planets and love will steer the stars – this is the dawning of the age of Aquarius”].

Księga Morza

Jest pustynia, czysta – choć złowieszcza – potencja. Życie na pustyni to wybryk, efemeryda, zaprzeczenie pustki – ale też to właśnie na pustynnych piaskach życie odciska się najjaskrawiej: siecią śladów pozostawionych przez zwierzęta i karawany, przez anachoretów i narody wybrane ciągnące ku ziemiom obiecanym. Tylko na pozór doskonała martwota pustyni niweczy wszelkie życie – w istocie jest ona celebracją życia w jego elementarności, czyli w trwaniu wbrew śmierci. Stokroć większą zgrozą przejmuje mnie pustynia doprowadzona przez nieuchronny żywioł morza do parodystycznego wymiaru plaży. Brzeg morski to cięcie – tu urywa się każdy trop, a życie, którego ów trop jest wędrującą pieczęcią, obraca się w beztlenową siłę przeciw-życia. Ilekroć staję na plaży – zwłaszcza sam, zwłaszcza nocą – tylekroć kontempluję, jak początkowy zachwyt i ukojenie mantrycznym ruchem fal przeistaczają się we mnie w zgrozę. Widzę – niczym Aleksander Wat piszący w Prowansji swój wielki śródziemnomorski poemat – porośnięte przez wodorosty wraki i zżerane przez ryby ciała żeglarzy, widzę urągające wszelkiej widzialności potwory rodzące się w diabelskim oddechu kominów hydrotermalnych. Po mojej lewej stronie Rycerz zasiada do partii szachów ze Śmiercią, po prawej Barton Fink pilnuje paczki z odciętą kobiecą głową. Nie dzielę ekstazy z tymi, którzy wypływali stąd ku odkrywaniu nieznanego, gwiazdy bezzwrotnie zapadają za falujący horyzont.

[Księga Morza, scholia pierwsza: „A Elbereth Gilthoniel silivren penna míriel o menel aglar elenath! Na-chaered palan-díriel o galadhremmin ennorath, Fanuilos, le linnathon nef aear, sí nef aearon!”].

Dlaczego pisałem o gwiazdach – to chyba aż nadto oczywiste… Czemu jednak morze? Owszem, w zapisach ze Stelli sporo tego, co akwatyczne, lecz chyba nie aż tak, żeby zdominować ten wyobraźniowy pejzaż. Ale przecież już pierwszy wiersz otwiera tom motywem żeglugi – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że poziomy (pionowy – już wiadomo: skierowany jest ku firmamentowi) ruch znaczeń w tej książce podporządkowuje się hipnotycznej i hipnotyzującej dynamice żeglowania (a skądinąd nie od wczoraj wiadomo, że faktycznie przemieszczanie się mas wody morskiej pozostaje w tajnym związku z siłami, którymi emanuje owa „small hole at the top of the sky” Człowieka-Ćmy). Czy to dlatego, że napędzająca Biankę Rolando obsesja bezkresu właśnie w morzu znajduje jedyne ziemskie przybliżenie bezmiaru gwiaździstego nieba? Jestem zwierzęciem ziemnym, pływałem z rzadka i nigdy nie widziałem nocy z perspektywy pokładu – ale wyobrażam sobie, że jest to moment objawienia pewnego porządku absolutnego, wyczyszczona z wszelkiej przygodności chwila zawieszenia ludzkiej drobiny między dwoma najwyższymi stanami skupienia tego, co nieludzkie. I tak jak w perspektywie nieba wiersze te były symulacją tej samej znaczeniowej umowności, która pozwala iluzoryczną kreską połączyć Alnitaka, Alnilama i Mintaka w pas Oriona, tak w perspektywie morza nowe utwory Rolando są figuralną spekulacją na temat niemożności powstrzymania przepływu sensów jednym syntetyzującym opisem.

[Księga Gwiazd, Scholia wtóra: „Ave, maris stella, Dei mater Alma, atque semper Virgo, felix coeli porta”].

Księga Ziemi

Ziemi tu nie ma. Są gwiazdy na niebie. Jest morze (zapewne odbijające odwrócone światła konstelacji). Ale nie ma ziemi. Niby jest – bo są ludzie, zwierzęta, rośliny i kamienie, ale jednak nie, nie ma ziemi.

[Scholia na marginesie Księgi Ziemi: „¡Albricias! ¡Que tenemos tierra!”].

Księga Języka

Ten brak ziemi to oczywiście metafora, przy pomocy której próbuję oswoić żywioł języka Stelli. Ziemią tak rozumianą byłaby stabilność znaczenia, pewien nienaruszalny grunt sensu, który mógłby się odsłonić jako efekt interpretacyjnej translacji literatury na dyskurs krytycznoliteracki – sens, który dałoby się uziemić. I to się oczywiście da zrobić, nie ma wszak literatury absolutnie nieprzetłumaczalnej – ale byłoby to chyba praktyką trochę wbrew wyzwalanej przez Biankę Rolando językowej potencji; ta bowiem pożera kolejne możliwe uziemienia niczym stygnąca, rozrastająca się do objętości czerwonego olbrzyma gwiazda; zmywa je jak obśliniająca nadbrzeżne piaski fala przypływu. Bo morskość i gwiezdność to nie tylko takie kategorie możliwego opisu Stelli, które być może zaproponowałaby krytyka tematyczna; to również zasada pewnego projektu językowego, stawiającego programowy opór czytelniczej dehermetyzacji. A projekt ten, właśnie dlatego, że gwiezdny i morski, jest jednocześnie nieziemski.

Jak już wspomniałem, całościowy zamysł tomu Rolando przebiega w dwóch kierunkach – wertykalnym, ku gwiazdom, i horyzontalnym, poddanym rytmowi morskich fal. Co to znaczy w odniesieniu do samego języka?

Wrażenie pionowego wymiaru stosowanych przez autorkę konstrukcji składniowych, użytkowanych rejestrów stylistycznych, wykorzystywanych tropów i figur, bierze się z jednoczącego wszystkie te poziomy doświadczenia patosu. A patos – gdyby uśrednić bodaj wszystkie jego historyczne definicje – oznacza właśnie wzlot ku górze. Ateńczyk przeżywający katharsis po obejrzeniu Prometeusza skowanego odrywał się od poziomego wymiaru swych powszednich trosk w szlachetne rejestry litości i metafizycznej zgrozy; francuski rewolucjonista patrząc na Śmierć Marata nie widział zmienionej przez chorobę skóry trupa zaszlachtowanego w wannie, lecz przebóstwione ciało obywatelskiej idei podniesionej do rangi uniwersalnej, rzymskiej cnoty; romantyk – gdy tylko mógł – wznosił wzrok ponad alpejskie szczyty lub opadał spojrzeniem w bezdenną otchłań nadmorskich skał na Rugii lub pod Dover. A język użyty w Stellach jest patetyczny w sensie niemal encyklopedycznym: hieratyczny, wyczyszczony z dosadności i wulgarności, niechętny kolokwializacji, celebralnie ozdobny, rozmiłowany w dystyngowanej składni, stawiający opór ironii, przedkładający uniwersalność nad to, co doraźne. Oczywiście – nie ma tu mowy o patosie tanim, sprofanowanym, nie chodzi tu o to, by uwznioślać banał czy zawierzać jakiejkolwiek aksjologicznej tradycyjności, patetyczność utworów Rolando jest głęboko dywersyjna i rewolucyjna (choć oczywiście w sposób biegunowo odmienny od tego, jak dykcję patetyczną odzyskuje choćby Szczepan Kopyt). Gra toczy się o niepomiernie wyższą stawkę – wszak (o czym wspominałem) deklaratywna metafizyczność wymaga dziś i odwagi, i wielkiej siły przekonywania. Niemniej jednak – patos. Czyli wzniosłość. Czyli ruch oderwania od ziemi ku górze, ku gwiazdom.

O ile w perspektywie wertykalnej, zwróconej ku gwiazdom, językowy projekt Stelli jawi się jako nieziemski poprzez swój patos, o tyle na płaszczyźnie horyzontalnej, morskiej, pochłania on kolejne punkty uziemienia w ruchu niepowstrzymanej, ekstatycznej, perwersyjnej wręcz grandilokwencji. Owszem – nadmiarowość formy bywa we współczesnej polskiej poezji czymś porównywalnie często spotykanym co formalna asceza, ale jednak wielosłowie Rolando wydaje mi się zjawiskiem fundamentalnie innym: nie chodzi tu bowiem o to, by wielosłowie wykorzystać do realizacji jakiegoś zamierzenia semantycznego, ale na odwrót, niepohamowany wyciek słów ma prowadzić do natychmiastowej, procesualnej znaczeniowej hiperinflacji. Inaczej mówiąc: czytając Stelle można odnieść wrażenie, że dokonuje się tu warunkowe odwrócenie podstawowej hierarchii organizującej myśl językoznawczą Ferdinanda de Saussure’a. Jak wiadomo (lub, ostrożniej nieco: jak się najpowszechniej przyjmuje; ten jeden z kluczowych momentów Kursu językoznawstwa ogólnego do dziś rodzi wszak niejakie kontrowersje wśród egzegetów), genewski lingwista mowę (langage) podzielił na abstrakcyjny system językowy (langue) obejmujący zasoby słownikowe i reguły gramatyczne oraz na konkretne wypowiedzi (parole), będące każdorazowym aktualizowaniem określonych możliwości systemu. Z tego wynika, że akt mówienia musi być – bezwzględnie i zdroworozsądkowo – czymś wtórnym wobec systemu i względem niego mniejszym. Tymczasem zasada zdrowego rozsądku (jak w ogóle większość zasad) to coś, w co podczas czytania Stelli należy zwątpić – i tak jest w tym właśnie aspekcie: nadprodukcja słów prowadzi do tego, że wypowiedź zawsze jest tu o krok przed językiem, że system kształtuje się jako pochodna mówienia tak żywiołowego, że osiągającego rozmiary klęski naturalnej. I jeśli jest to morze, to spiętrzone w kolejne tsunami unicestwiające całe połacie lądu.

Księga Drzewa

Na tej nieziemskiej, gwiezdnej i morskiej, hipotetycznej ziemi próbują żyć – jako się rzekło – ludzie, zwierzęta, rośliny i kamienie. A pomiędzy roślinami jedna zwłaszcza powraca uporczywie – drzewo. Bardzo konkretne i – jak musi być na ziemi-bez-ziemi – zamienione na artefakt, przerobione na burtę, spoza której widać bezkres nocnego morza, o którą można się oprzeć i wyć do gwiazd. To drzewo to jesion – gałęziami zapewne sięgałby firmamentu, korzeniami zapuszczałby się w płomienną otchłań, łączyłby różne światy. I łączy – tym bardziej, im bardziej nie ma nic do łączenia.

[Scholia na marginesie Księgi Drzewa: „ Ask veit ek standa, heitir Yggdrasill hár baðmr, ausinn
hvíta auri; þaðan koma döggvar þærs í dala falla; stendr æ yfir grœnn Urðar brunni”].

Księga Katabazy

Stelle unieważniają to, co ziemskie – ale mają swoje podziemie. Tym bowiem, co sprawia, że językowy projekt nowej książki Bianki Rolando nie rozpełza się w definitywne znaczeniowe bezformie, jest jego wymiar archeologiczny, katabaza w podglebia kultury. Oczywiście, nie może być inaczej już choćby z tego tylko powodu, że dominująca nad całością tomu konwencja opisu mapy nieba skazuje autorkę na labirynt mitów i legend kilku co najmniej kultur… Ale przecież uwikłanie Stelli w inne teksty, formy, konwencje jest niepomiernie większe: bo to i vilanella, i szanty, i Kruk Poego, i commedia dell’arte, i carmina figurata/kaligramy, i Cantos Pounda, i modernistyczny poemat prozą w typie Iluminacji Rimbauda (tradycja najchętniej może tu przez Rolando podejmowana), i zaumnyj jazyk Chlebnikowa, i pasyjna medytacja kolejnych części ciała krzyżowanego Jezusa (znana na przykład z barokowego cyklu kantat Dietricha Buxtehudego Membra Jesu nostri czy choćby ze wstrząsającej, osiemnastowiecznej lamentacji wielkopostnej Dobranoc, Głowo święta). I – zapewne – jeszcze o wiele więcej. Ale przecież nie o doskonale teoretycznie rozpoznaną (i tym samym dość w gruncie rzeczy dobroduszną) intertekstualność tu chodzi.

Książka Ronaldo – również poprzez swoją osobliwą pozaprzestrzenność (nieskończoność wszechświata i radykalnie niewymiarowa oceaniczność znoszące możliwość ocalającego uziemienia) – w istocie próbuje dokonać niemożliwego zakorzenienia w czasie. Weźmy gwiazdy: czerwonawe światło Betelgezy dociera do nas przez około sześćset czterdzieści lat – ale czy rzeczywiście oznacza to po prostu, że jesteśmy w stosunku do Alfy Oriona spóźnieni o wszystkie te lata, że widzimy to, co już się tam wydarzyło? Może warto skorzystać z tego, co mówią astrofizycy o braku doskonale inercjalnych układów odniesienia we wszechświecie i zaryzykować pewien eksperyment myślowy: może tu i teraz tej konkretnej gwiazdy jest dopiero w przyszłości, w tym sensie, że aby go doświadczyć, musielibyśmy wykonać skok o tych sześć i pół wieku do przodu – ze świadomością, że Betelgeza byłaby już, niczym zając ze słynnego eleackiego paradoksu, gdzie i kiedy indziej? Wikłając się w ten sposób, dojdziemy zapewne do tego, że fascynacja Ronaldo gwiazdami ma na celu unieważnienie jakiegokolwiek przedtem i potem, że liczy się wyłącznie czas jako czysty ruch.

Na podobny efekt obliczone są intertekstualne podziemia, którymi poryta jest nieistniejąca ziemia Stelli – czytając Strzelca, Piec, Koziorożca czy Hydrę mamy nieustające wrażenie uczestnictwa w czymś, co Roland Barthes nazwał efektem deja lu, „już-czytanego”, ale przecież nie jest tak, że to po prostu spod zapisu poetki wyzierają palimpsestowo teksty kiedyś napisane. Znany z psychoanalizy mechanizm Nachträglichkeit, „naznaczania opóźnionego”, sprawia, że przeszłość jako coś znaczącego nie istnieje bez następczej interpretacji, że właściwy sens wydarzenia nadawany jest dopiero ex post w pracy pamięci – a zatem to, co późniejsze, jest z semantycznego punktu widzenia wcześniejsze niż traumatyczna scena pierwotna. Nie jest zatem tak, że dramatyczny fragment napisany przez Rolando to powtórzenie pewnej konwencji teatralnej zrodzonej w XVI wieku w Italii; to dopiero dzięki przeczytaniu Strzelca możemy ustanowić istnienie commedia dell’arte.

Gwiazdozbiory to nie przestrzeń, tylko czas, który nas od nich oddziela i z nimi łączy. Tekstowa archeologia to nie ten konkretny zapis, tylko czas, który nas od innych tekstów oddala i do nich przybliża. Morze to nie przestrzeń, tylko czas wyznaczany rytmem fal obijających się o jesionową burtę. Jesion to nie przestrzeń, tylko czas, w jakim burta rozcina morze spekulujące na gwiezdne tematy – by w końcu osiąść kilem i rufą na ziemi, której nie ma, ale która ma swoje ciągnące się w nieskończoność podziemia.

[Scholia na marginesie Księgi Katabazy: „Quid est ergo tempus? si nemo ex me quaerat, scio; si quaerenti explicare velim, nescio”].

Epilog. Słowo od kopisty

Tu urywa się rękopis Białych ksiąg Przemysława Rojka. Niestety, wiele pytań na zawsze już pozostanie bez odpowiedzi. Na przykład – dlaczego właśnie Białe księgi? Czy chodzi tylko (przypuszczenie najbardziej prawdopodobne) o nawiązanie do tytułu jednej z wcześniejszych książek Bianki Rolando, czy jednak o coś więcej? Czy autor planował – do czego wykorzystywana przezeń astrofizyczna metaforyka zdaje się wręcz nieuchronnie prowadzić – napisanie jakiegoś fragmentu o czarnej dziurze, czyli o osobliwości, w której najpełniej objawia się fiasko dostępnych nauce języków opisu przestrzeni i czasu? Nie potrafię dociec – mam przed sobą wyłącznie znaczną ilość niezapisanych (białych) kart… Na ostatniej z nich, u dołu, jest jeszcze jeden dopisek, jeszcze jedna scholia – być może pomyślana jako konkluzja całości: „the form of Love che move il sole e l’altre stelle”.

O AUTORZE

autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

powiązania

13_CYKLE__Abc__1

Niezaufane połączenia (III). Biurowa lista kontaktów

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

40. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__ Paweł KACZMARSKI__Nie stoi w sprzeczności

Nie stoi w sprzeczności

wywiady / O KSIĄŻCE Paweł Kaczmarski Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Pawłem Kaczmarskim, towarzyszącą premierze antologii Zebrało się śliny. Nowe głosy z Polski, wydanej w Biurze Literackim 20 września 2016 roku, a w wersji elektronicznej 18 grudnia 2017 roku.

WIĘCEJ
03_RECENZJE__Przemysław-ROJEK__Antropologia-rozczarowywania

Antropologia rozczarowywania. Czterdzieści dziewięć notatek symultanicznych

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki ciche psy Romana Honeta, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 21 sierpnia 2017 roku.

WIĘCEJ
11_CYKLE__Przemysław  ROJEK__Ust. z dn. 31 VII 1981, O kontroli publikacji i widowisk

[–] Ust. z dn. 31 VII 1981 o kontroli publikacji i widowisk

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

36. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
RECENZJE_komentarz_queneau

Niedziela z życia Raymonda Queneau. Trzynaście znaków zapytania

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Niedziela życia Raymonda Queneau, wydanej w przekładzie Hanny Igalson-Tygielskiej w Biurze Literackim w wersji papierowej 4 października 2016 roku, a w wersji elektronicznej 8 maja 2017 roku.

WIĘCEJ
recenzje_dziennik

Dziennik pisany czytaniem (Krynickiego)

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka, towarzysząca premierze książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, wydanej w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_gora

Gniew, dźwigar, przyimki

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Nie Konrada Góry, wydanej w Biurze Literackim 15 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_bargielska

Jestem co się zowie żarówką zgrozy

wywiady / O KSIĄŻCE Justyna Bargielska Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Justyną Bargielską, towarzysząca premierze książki Selfie na tle rzepaku, wydanej w Biurze Literackim 27 czerwca 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_joyce

Trzy fundamentalne pytania o Joyce’a

wywiady / O KSIĄŻCE Jerzy Jarniewicz Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Jerzym Jarniewiczem, towarzysząca premierze książki Portret artysty w wieku młodzieńczym, wydanej w Biurze Literackim 30 maja 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Zycie-na-Korei_1

Czy żyjemy na Korei?

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Marchewka Dawid Bujno Grzegorz Jędrek Przemysław Koniuszy Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Anną Marchewką, Przemysławem Koniuszym, Dawidem Bujno i Grzegorzem Jędrkiem, towarzysząca premierze e-booka Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego, wydanego w Biurze Literackim 18 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Roman-Honet_rozmowa-trwa-dalej

Szkicownik alfabetyczny. Notatki o poezji Romana Honeta

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Romana Honeta rozmowa trwa dalej, wydanej w Biurze Literackim 8 marca 2016 roku.

WIĘCEJ
DEBATY_Mikolaj_Borkowski_Za-pewne-wiersze

Mały literacki projekt

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Arturem Bursztą, autorem wyboru wierszy w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 23 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Podgornik_Zawsze

Ludzie na wiadukcie

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Zawsze Marty Podgórnik, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 2 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Joanna-Mueller_Karolina-Saldecka

"To jakby architektoniczna wersja matrioszek"

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Przemysław Rojek

Z Joanną Mueller o książce intima thule rozmawia Przemysław Rojek

WIĘCEJ
WYWIADY_Szymon-Slomczynski

„Jestem już gdzie indziej”

wywiady / O KSIĄŻCE Przemysław Rojek Szymon Słomczyński

Z Szymonem Słomczyńskim o książce Nadjeżdża rozmawia Przemysław Rojek.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich autorów: sześciu, czyli coda w kształcie sestyny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

14 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dycio, Ireneo Funes

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

13 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Andrzej Sosnowski, flow

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

12 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Martyna Buliżańska, trauma

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

11 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dariusz Suska, nasselar

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

10 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Filip Zawada, apofatyczny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

9 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Krystyna Miłobędzka, rodząca

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

8 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

Zmiana warty. Reaktywacja / Odmarsz. Następne pokolenia

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

7 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
12_jaką_polskę_zobaczyli_grafika_debaty

Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra: podsumowanie

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Przemysław Rojek

Podsumowanie debaty „Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra”.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Trzy-sciezki

Różnicowanie sumy

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się Filipa Zawady.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Bianka Rolando__Dziurka od Klucza jest mgławicą

Dziurka od Klucza jest mgławicą

wywiady / O KSIĄŻCE Bianka Rolando Joanna Mueller

Rozmowa Joanny Mueller z Bianką Rolando, towarzysząca wydaniu książki Stelle, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 11 marca 2019 roku.

WIĘCEJ
04_RECENZJE__Bianka Rolando__Ryba południowa

Bellulla

recenzje / KOMENTARZE Bianka Rolando

Autorski komentarz Bianki Rolando do książki Stelle, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 11 marca 2019 roku.

WIĘCEJ