recenzje / IMPRESJE

Polska: tyle, ile znaczy z perspektywy dżdżownicy

Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Polskie znaki Wojciecha Bonowicza.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

I.

No więc ten tytuł. Jest fascynujący – a zatem przyciągający (Rudolf Otto w swej słynnej Świętości pisał o elemencie fascinans rzeczywistości sakralnej, o tym, co pozaracjonalnie przywabia do bóstwa). Ale skoro już piszę o fascynacji, to na myśl przychodzą mi też inne możliwe – i całkiem też prawdopodobne, że najzupełniej dowolne – etymologiczne zawikłania tego słowa. Dlatego myślę o fasces, wiązkach rózeg, noszonych w starożytnym Rzymie przez liktorów na oznaczenie, że oto zbliża się urzędnik, w którego mocy pozostaje karać kogoś na ciele, a w razie konieczności nawet i na gardle. A tytuł nowej książki poetyckiej Wojciecha Bonowicza przyciąga – i jednocześnie tak jakby chłostał. Nie, bynajmniej nie tymi “znakami” – wszelka znakowość już się w poezji i w refleksji o tejże doszczętnie wyświechtała, znaki, znaczenia, znaczące do spółki ze znaczonymi na nikim już wrażenia zrobić pewnie nie mogą. Ale ta Polska? Aż chciałoby się zapytać – choć nie za bardzo wypada, wszak to własność intelektualna nie byle lada czyja – co z tą Polską?

Z Polską jest problem nie lada. Polska bywa wciąż jeszcze owym postawem sukna, o którym mowa hen, u Henryka Sienkiewicza, za który każdy ciągnie chcąc udrzeć dla siebie kawał jak najznaczniejszy – i nie bez powodu sięgam po tak obciachową metaforykę pochylając się nad Polskimi znakami Wojciecha Bonowicza. Bo sprawa jest poważna i trzeba jej, moim zdaniem, poświęcić chwil kilka już teraz – gdyż wydaje mi się, że jeśli potraktować tytuł omawianego zbioru z minimalną choćby powagą, z najbardziej elementarnym zaufaniem, to może się okazać, że poeta dokonuje z tymi tak uwierającymi Polską i polskością wierszami czegoś niepomiernie ważnego.

II.

Do pisania niniejszego tekstu zasiadam teraz – późnym wieczorem 27 kwietnia 2010 roku. Czyli wszystkiego dwa i pół tygodnia po tym, co wstrząsnęło. I co wstrząsa do dziś – gdyż wygląda na to, że wydobyło na powierzchnię polskiego dyskursu publicznego nade wszystko zatrważające pokłady odstręczającej bezrefleksyjności. Okazało się oto, że nie za bardzo stać nas na rozsądne (czy też raczej “rozsądkowe”, czyli racjonalne, w najszerszym tego słowa znaczeniu krytyczne) przepracowanie tego, co bezdyskusyjnie traumatyzujące. Poruszające swą serdeczną spontanicznością gesty zakrojone tak na międzyludzką, jak i na patriotyczną skalę żałoby i współczucia, unoszone wyjątkowo wysoką falą emocji, opadły i wyziera spod nich naga skała tradycyjnie polskiej – nad którą biadał Witold Gombrowicz – niemożności. I dlatego zamiast zbiorowego, dyktowanego wolą ogółu namysłu nad kondycją polskiej sfery politycznej, gdzie doraźne partyjne pragmatyzmy winny dziś ustępować przed gruntownie przebudowanym wspólnictwem idei, zamiast wyraźnego oczyszczenia języków publicystyki, celującej dotychczas w dorabianiu tym, którzy zginęli, jednako szkodliwych i zmuszających do kuriozalnych niejednokrotnie zachowań gąb bądź to idiotów, bądź to krzyżowców, mamy to, co mamy. Czyli uwłaczającą elementarnej godności i równie elementarnej inteligencji wojnę na wyniszczenie prowadzoną przez pewne wysokonakładowe dzienniki – a w ludzie paniczny, zatrącający jakąś zaiste makabryczną delectatio morosa lęk przed końcem żałoby, przed obniżeniem natężenia tych pięknych uczuć, z którymi, nie bójmy się tego powiedzieć, było nam tak dobrze, tak szlachetnie. A w ramach racjonalizacji – coraz groźniej pleniące się teorie spiskowe, ten zatrważający substytut namysłu.

Nie piszę tu jednakowoż o tym po to, by drzeć szaty: po prostu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że książka Wojciecha Bonowicza nie mogła się ukazać w bardziej stosownym momencie, że żaden moment nie był stosowniejszy do tego, by poezja ta mogła wybrzmieć tak mocno (a nie wierzę tym, którzy chcą mi wmówić, że czytanie poezji jest niezależne od tego, w jakim czasie i miejscu czytanie owo się odbywa, że czytającemu dostępna jest jakaś nirwana bezkontekstowości, wątpliwa moim zdaniem łaska wyjścia z hermeneutycznego koła aktualnej – egzystencjalnej, społecznej, politycznej – sytuacji komunikacyjnej). A w Polskich znakach, jak mi się zdaje, chodzi nade wszystko właśnie o wyrwanie Polski ze spetryfikowania, z bezmyślności, z rigor mortis braku autorefleksji. I o ile jest kwestią czystej i niewolnej od grozy przygodności to, że moje rozumienie tych wierszy konstytuuje się w takim a nie innym momencie, o tyle nie sposób nazwać przypadkiem tego, że wiersze z Polskich znaków mogły znaleźć swe miejsce, miejsce doskonale wyważone, w żałobnym numerze “Tygodnika Powszechnego”. Obok – dodajmy – mądrego i ważkiego tekstu publicystycznego tegoż samego Wojciecha Bonowicza.

III.

Cóż to jednak znaczy: przemyśleć polskość? Jak Polskę zredefiniować, gdzie szukać znaków Polski zdolnej do autorefleksji? I czy nie nazbyt zuchwałe to zadanie, rozpisane na ledwo trzydzieści kilka stron książki poetyckiej, wypełnionej w większości wierszami krótkimi, w swej lapidarności, ornamentacyjnej i znaczeniowej powściągliwości pobrzmiewającymi niekiedy dykcją Ryszarda Krynickiego bądź Zbigniewa Herberta? A skoro padły już w kontekście stylistycznej kontekstualizacji nazwiska Krynickiego i Herberta, powiedzmy też od razu: Bonowicz daje nam książkę osobliwie powściągliwą – wyciszoną, skupioną, skoncentrowaną, surową, nie rozmieniającą się ani na tandetę łatwych wzruszeń, ani na słowiarską efektowność, fingującą ponowoczesne figuratywne odwlekanie sensu w nieskończoność. Autor Wierszy ludowych zdaje się mieć świadomość, że gra o wielką stawkę – o odbicie z polskiej rzeczywistości kilku co najmniej poziomów zabazgranych tynków, tak aby wyłoniły się spod nich – unaoczniły – znaki jakiejkolwiek istotności, będące w mocy sprowokować ruch zamkniętych w języku znaczeń. Dlatego też Polskie znaki są książką niezwykle konsekwentną w swej funkcjonalnej językowej ascezie, rzadko dziś spotykanej – nie miejsce tu na lingwistyczne gierki, na figuratywność li tylko ornamentacyjną. Raz jeszcze powtórzmy: poeta zaprasza nas do zadania ogromnego, do przemyślenia Polski, tego naszego – jak genialnie w jednym z felietonów pisał Antoni Słonimski – obrotowego przedmurza, które wcale często odgranicza nas od nas samych.

Dlatego też wracam do pytania otwierającego poprzedni akapit – i od razu nań odpowiadam. Możliwości zredefiniowania Polski i polskości – i znowu, zgodnie z lekcją Zygmunta Freuda na temat konieczności powtarzania sceny patogennej aż do jej oswojenia, sięgnę po najbardziej doraźny społeczno-polityczny kontekst odbiorczy, w jakim przyszło mi potykać się z wierszami Bonowicza – są dwie. Pierwsza z nich to apoteoza – tej patronują ultrasarmacka Psalmodia polska Wespazjana Kochowskiego i hiperromantyczne Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Adama Mickiewicza, a z rzeczy piszących się na naszych oczach aktualizują ją choćby poezja Wojciecha Wencla i publicystyka Tomasza Terlikowskiego, także (a raczej zwłaszcza) ta najaktualniejsza, którą znaleźć można na łamach “Gościa Niedzielnego” lub “Gazety Polskiej”. Polskość i Polska, będące przedmiotem owej apoteozy, poddane zostają tu swego rodzaju przemyśleniu, by tak rzec, retrorewolucyjnemu: wpisywane są na prawach wielkiej metafory w jakąś skostniałą w mity, nienegocjowalną logikę sensu mesjanicznego, prometejskiego, krucjatowego, martyrologicznego. I nie jest to – jak powiada wzgardzicielom ciała dobry prorok Zaratustra – droga, na której spotkalibyśmy znaczące Polskę wiersze Wojciecha Bonowicza. Ten bowiem przyjmuje za swoją drugą możliwość: radykalne krytyczne otwarcie, na które ważyli się ongiś Cyprian Kamil Norwid, Stanisław Brzozowski, Stanisław Wyspiański czy Gombrowicz. A chodziłoby o to – mówiąc obrazowo Norwidem – aby olbrzym, jakim jest Polak, ustąpił miejsca karłowi, którym w Polaku jest człowiek. Czy też – nie mniej obrazowo posiłkując się autorem Trans-Atlantyku – o to, by ojczyzna ugięła kolan przed synczyzną…

IV.

W jaki jednak sposób odbywa się u Bonowicza owo wyzwalanie człowieka i syna z Polaka i ojca? Poprzez powrót do gestów absolutnie rudymentarnych: do patrzenia i mowy. Czy też raczej – precyzyjniej nieco rzecz ujmując – do mówienia, którego prawomocność zawisa od uważnego spoglądania.

Mówienie – a właściwie jego odmowne zrazu warunkowanie – pojawia się już w pierwszym utworze, zatytułowanym “Nagroda”: “Być może nigdy nie napiszę już nic / lepszego. Nie wolno tak myśleć. // W nocy spadł śnieg i nasz dach / spuchł i ugiął się. Chcę wyjść ale coś // mnie powstrzymuje. Czy to że ludzie poznikali / jakby ich nigdy nie było? Nie. Myślę // że powstrzymuje mnie ich głos tłumiony / ciągle przysypywany czymś dziś także śniegiem”. Tytuł następny, brzmiący nader ogólnie – “Poeta” – wprowadza drugi ze wspomnianych wyżej motywów, patrzenie właśnie: “Poeta musi patrzeć. Poeta przygląda się / wpatruje nawet gdy odwraca wzrok / jest poetą. Poeta nie może / zamknąć oczu. Wewnątrz / ma drugie oczy ale / czy one wystarczą? Nie, nie wystarczą. / Przekleństwo poezji z tym wpatrywaniem się / wypatrywaniem. Poeta gdy inni śpią / nie śpi. Czuwa. Nad wielkim okiem / które nie należy do niego”.

Książka otwiera się obrazkiem nader konwencjonalnym: pierwszy znak Polski zdaje się wpisywać w stereotyp naszego kraju rodem z Hamleta, gdzie wszak norweski król Fortynbras zjawia się w Danii po drodze do pewnego kraju śnieżnego i mroźnego, którego mieszkańcy celują w przemieszczaniu się na łyżwach i saniach… Tu jednak zimowa sceneria staje się figurą niemoty, ta zaś – nieobecności. By zaś przemówić mógł poeta (czy też, by mogło się ziścić marzenie prześmiewczo nieco wyrażone w wierszu “Fragment”: aby “znów był ich dzień: powrót podmiotu.”), zjawić się musi świat, a w nim – ludzie. “Nagroda” uruchamia zatem doniosłą perspektywę etyczną, konstytutywną moim zdaniem dla zrozumienia tego, co dzieje się w książce Bonowicza; także tego, czym autor Hurtowni ran egzorcyzmuje Polskę. A chodzi o wyrzucenie złego ducha ideologicznie zamocowanego uogólnienia i oczyszczenie duszy polskiej do postaci skupionej, wyciszonej empatii. Poeta, o którym mowa w pierwszym tekście, chciałby zagadać pustkę – ale nie może odezwać się do momentu, w którym nie dojdzie do dialogicznego zakorzenienia jego słów. Słowa wypowiedziane w próżni, w próżni też się bezpotrzebnie rozpływają. I z tego inicjalnego fiaska wypływa radykalnie etyczne wezwanie, którym jest drugi tekst, dopełniający pierwszy w sposób zgoła nieodzowny: utykające, jąkające się, afatycznie wyskandowane – jakże odmienne od gładkiego flux lirycznego “Nagrody” – zobowiązanie do partycypacji w tym, co pojedyncze. A szczególnie znamienne jest tu frazeologiczne przesunięcie z ostatnich dwóch wersów “Poety”: piszący nie znajduje się pod opiekuńczym spojrzeniem “wielkiego oka należącego do nikogo” – choć taka opiekuńczość, dysponentka reguł, zdejmowałaby z niego część odpowiedzialności za świat – lecz zobowiązany jest do sprawowania kontroli nad nim, do przejęcia całości ciężaru etycznego samostanowienia.

To prowokacyjne manifestowanie konieczności powrotu do prostego, uważnego spojrzenia, które wyzwolić ma z unieobecniającej niemoty ku ostrożnemu, wyważonemu mówieniu (prowokacyjne, bo postulowane w zbiorze już w tytule przywołującym Polskę, a wszak Polskę przyzwyczajono nas postrzegać, słyszeć, o Polsce zwykliśmy mówić sub specie aeternitatis) najmocniej bodaj wyrażone zostało w wierszu “Dżdżownica”: “Ja jestem tutaj. Jeśli chcesz oglądać / złocone dinozaury antyki z greckiej drużyny / świętych na włóczniach królowe jednego popędu / zaostrzonych rewolucjonistów i ich otępiałe ofiary / przykłady z węgla wosku szorstkie modele wiedzy / musisz pójść na piętro. Tu / jestem ja.” Trudno sobie z jednej strony wyobrazić wiersz pod względem lirycznej dykcji, poetyckiego frazowanie bardziej przywodzący na myśl Zbigniewa Herberta, a z drugiej – deklarujący postawę równie mocno antyherbertowską. Odzywająca się tu dżdżownica jest stworzeniem obciążonym nader charakterystycznym zespołem symbolicznych znaczeń: w – by tak rzec – dyskursie oficjalnym ma status tzw. zwierzęcia pożytecznego (spulchnia glebę, co z kolei podnosi tejże gleby walory rolnicze itd.). Ale przecież dżdżownica jest też figurą gołej obrzydliwości, skoncentrowaną ohydą. I w całej tej dwuznaczności konstytuuje się ona – niczym, chciałoby się powiedzieć, abiekt, pomiot Julii Kristevej: byt budujący swą tożsamość na zinterioryzowanej świadomości bycia odrzuconym – w swej podmiotowej suwerenności w utworze Bonowicza. Jej mocno zaznaczona obecność: dwukrotnie podkreślone zajmowanie (“jestem”) na wyłączność określonego miejsca (“tu”) przez właśnie tę, a nie żadną inną pojedynczość (“ja”) jak najdosłowniej – otwierając i zamykając tekst – osacza, warunkuje wszystko inne. A wszak tym innym są całe pokłady prehistorii i historii, kultury i cywilizacji – zideologizowane uzasadnianie odejścia od optyki dżdżownicy: optyki skrajnie prywatnej, przyziemnej, nieznaczącej, a tu biorącej w mocny, szyderczy nawias wszystkie te “złocone dinozaury”, “królowe jednego popędu”, “antyki z greckiej drużyny”. Jest tak, jakby apodyktycznie rozdający niedyskutowalne racje w kwestii smaku pan Cogito przegrywał w tym utworze Bonowicza z punktem widzenia jakiejś mutacji któregoś z obrzydliwców Franza Kafki: Odradka, głodomora, kreta-olbrzyma, zamienionego w robaka Gregora Samsy.

V.

I nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dopiero z tak właśnie usankcjonowanego – antyideologicznie, prywatnie, abiektalnie wręcz – sposobu oglądu rzeczywistości możliwe są do pomyślenia takie wiersze Bonowicza jak choćby “Mój sen z zegarkami”, “Powstaniec”, “Cień”, “Powrót” czy “Komentarze”. Czyli utwory reinterpretujące najbardziej drażliwe, najmocniej stabuizowane tropy polskości: sowieckie obozy pracy, powstanie warszawskie, zagładę, Katyń czy dewastację współczesnej polskiej rzeczywistości polityczno-medialnej, kostniejącej w propagandowe liczmany – reinterpretujące zawsze z perspektywy dżdżownicy, która swoim tak bliskim ziemi, odmiennym spojrzeniem bywa, że widzi lepiej. Nie mącą jej widoku wyższe piętra (bo i tak nigdy na nie dotrze), zagracone ideologicznym złomem tak bardzo, że niepodobna spod tego śmietnika wydobyć czegokolwiek, co przybliżałoby do zrozumienia jakkolwiek pojmowanej istoty czegokolwiek.

A przecież czasem bez zrozumienia, że “ziemi jest wszystko jedno / czy przyjąć ma twarz czy krocze” niepodobna przybliżyć się do eidos Katynia; niektórym niedostępne będzie dotknąć gułagu póki nie dostrzegą, że tam “zegarki były z oczami”. A dym ze spalonych ciał albo będzie tłumił mowę, dławiąc i zmuszając do kaszlu, albo będzie wszystkim – symbolem, metaforą, alegorią, figurą żałoby, nostalgii, posłannictwa czy pamięci – tylko nie dymem.

A więc również – nie ciałem.

O AUTORZE

Przemysław Rojek

Nowohucianin z Nowego Sącza, mąż, ojciec, metafizyk, capoeirista. Doktor od literatury, nauczyciel języka polskiego w krakowskim Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, nieudany bloger, krytyk literacki. Były redaktor w sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego, laborant w facebookowym Laboratorium Empatii, autor – miedzy innymi – książek o poezji Aleksandra Wata i Romana Honeta.

powiązania

Sześćdziesiąt trzy zdania (trzydzieści cztery pierwsze)

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

45. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Krótka (historycznoliteracka) rozprawa między trzema osobami: Belfrem, Kontrabasistą i Szachistą

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

43. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Białe księgi

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Stelle Bianki Rolando, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 11 marca 2019 roku.

WIĘCEJ

Niezaufane połączenia (III). Biurowa lista kontaktów

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

40. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Nie stoi w sprzeczności

wywiady / O KSIĄŻCE Paweł Kaczmarski Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Pawłem Kaczmarskim, towarzyszącą premierze antologii Zebrało się śliny. Nowe głosy z Polski, wydanej w Biurze Literackim 20 września 2016 roku, a w wersji elektronicznej 18 grudnia 2017 roku.

WIĘCEJ

Antropologia rozczarowywania. Czterdzieści dziewięć notatek symultanicznych

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki ciche psy Romana Honeta, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 21 sierpnia 2017 roku.

WIĘCEJ

[–] Ust. z dn. 31 VII 1981 o kontroli publikacji i widowisk

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

36. odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Niedziela z życia Raymonda Queneau. Trzynaście znaków zapytania

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Niedziela życia Raymonda Queneau, wydanej w przekładzie Hanny Igalson-Tygielskiej w Biurze Literackim w wersji papierowej 4 października 2016 roku, a w wersji elektronicznej 8 maja 2017 roku.

WIĘCEJ

Dziennik pisany czytaniem (Krynickiego)

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka, towarzysząca premierze książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, wydanej w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ

Gniew, dźwigar, przyimki

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Nie Konrada Góry, wydanej w Biurze Literackim 15 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ

Jestem co się zowie żarówką zgrozy

wywiady / O KSIĄŻCE Justyna Bargielska Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Justyną Bargielską, towarzysząca premierze książki Selfie na tle rzepaku, wydanej w Biurze Literackim 27 czerwca 2016 roku.

WIĘCEJ

Trzy fundamentalne pytania o Joyce’a

wywiady / O KSIĄŻCE Jerzy Jarniewicz Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Jerzym Jarniewiczem, towarzysząca premierze książki Portret artysty w wieku młodzieńczym, wydanej w Biurze Literackim 30 maja 2016 roku.

WIĘCEJ

Czy żyjemy na Korei?

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Marchewka Dawid Bujno Grzegorz Jędrek Przemysław Koniuszy Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Anną Marchewką, Przemysławem Koniuszym, Dawidem Bujno i Grzegorzem Jędrkiem, towarzysząca premierze e-booka Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego, wydanego w Biurze Literackim 18 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ

Szkicownik alfabetyczny. Notatki o poezji Romana Honeta

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Romana Honeta rozmowa trwa dalej, wydanej w Biurze Literackim 8 marca 2016 roku.

WIĘCEJ

Mały literacki projekt

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Arturem Bursztą, autorem wyboru wierszy w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 23 marca 2015 roku.

WIĘCEJ

Ludzie na wiadukcie

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Zawsze Marty Podgórnik, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 2 marca 2015 roku.

WIĘCEJ

"To jakby architektoniczna wersja matrioszek"

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Przemysław Rojek

Z Joanną Mueller o książce intima thule rozmawia Przemysław Rojek

WIĘCEJ

“Jestem już gdzie indziej”

wywiady / O KSIĄŻCE Przemysław Rojek Szymon Słomczyński

Z Szymonem Słomczyńskim o książce Nadjeżdża rozmawia Przemysław Rojek.

WIĘCEJ

O tomie Rafała Wojaczka Wiersze i proza 1964-1971

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze antologii Wiersze i proza 1964-1971 Rafała Wojaczka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich autorów: sześciu, czyli coda w kształcie sestyny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

14 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dycio, Ireneo Funes

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

13 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Andrzej Sosnowski, flow

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

12 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Martyna Buliżańska, trauma

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

11 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dariusz Suska, nasselar

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

10 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Filip Zawada, apofatyczny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

9 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Krystyna Miłobędzka, rodząca

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

8 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Zmiana warty. Reaktywacja / Odmarsz. Następne pokolenia

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

7 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra: podsumowanie

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Przemysław Rojek

Podsumowanie debaty “Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra”.

WIĘCEJ

Różnicowanie sumy

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się Filipa Zawady.

WIĘCEJ

Lekcja języka (obcego)

felietony / Przemysław Rojek

1 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ

Wielość razy mnogość

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Manatki Bogusława Kierca.

WIĘCEJ

Utrata suchości

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Skaleczenie chłopca Filipa Wyszyńskiego.

WIĘCEJ

O niepowtarzalnych okolicznościach

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki O dwa kroki stąd Tadeusza Pióry.

WIĘCEJ

Miłobędzka jak świat

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki znikam jestem Krystyny Miłobędzkiej.

WIĘCEJ

Powrót podmiotu odłożony

recenzje / ESEJE Paweł Mackiewicz

Recenzja Pawła Mackiewicza z książki Polskie znaki Wojciecha Bonowicza.

WIĘCEJ

Alt + a i inne polskie znaki Wojciecha Bonowicza

recenzje / ESEJE Marcin Jurzysta

Recenzja Marcina Jurzysty z książki Polskie znaki Wojciecha Bonowicza.

WIĘCEJ

Nie (wy)obrażać sobie za wiele…

recenzje / IMPRESJE Konrad Wojtyła

Recenzja Konrada Wojtyły z książki Polskie znaki Wojciecha Bonowicza.

WIĘCEJ