wywiady / O KSIĄŻCE

John Lennon ścichapęk

Adam Poprawa

Filip Łobodziński

Rozmowa Adama Poprawy z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca wydaniu książki Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukazała się w Biurze Literackim 30 listopada 2020 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Adam Poprawa: W latach siedemdziesiątych, kiedy wiadomości o Beatlesach – docierające do ich polskich entuzjastów – ciągle jeszcze były przypadkowe i trudno było je sprawdzić, ktoś opowiedział w radiu taką oto historię. Otóż Lennon, usłyszawszy o podobieństwie swoich książek do Joyce’a, sam postanowił zobaczyć, czy jest coś na rzeczy. I miał powiedzieć: „Przeczytałem trzydzieści stron Ulissesa, nic nie zrozumiałem, straciłem pół dnia, ale znalazłem tatusia”. Oczywiście, to apokryf, choć przekazany przez redaktora pewnie z dobrą wiarą. Dziś wiemy więcej. Autorzy Antologii z fragmentów wypowiedzi Lennona z różnych lat poskładali wcale zgrabny i przekonujący autokomentarz. Beatles przyznaje się zatem do Lewisa Carrolla, ale z dodatkiem satyryka, twórcy komiksów, medaliera, rzeźbiarza i ilustratora Ronalda Searle’a. Podobieństw z Joyce’em – tyle że chodzi o Finnegans Wake ‒ nie wyklucza, choć z zastrzeżeniami. Wymienia też, jako pomocnika przy pisaniu drugiej książki, Johnniego Walkera. Poza tym sięgnął do dzieł o Edwardzie Learze oraz Geoffreyu Chaucerze – po to, by zrozumieć, o czym piszą recenzenci jego, Lennona, książek. Pytanie byłoby dubeltowe. Jak pan sądzi: czy Lennon nie był jednak bardziej oczytany, niż sam opowiada? Przede wszystkim zaś: jak pan go widzi w tradycji literatury angielskiej, nie tylko tej purnonsensowej? Na ile Lennon jest kontynuatorem, na ile innowacyjnym oryginałem?

Filip Łobodziński: Dorzuciłbym do tej galerii patronów-żyrantów jeszcze Hilaire’a Belloca, Amerykanina Ogdena Nasha, T.S. Eliota i rysowników W. Heatha Robinsona i Jamesa Thurbera – bo nie zapominajmy o groteskowych rysunkach, którymi Lennon zapełniał niektóre strony swoich dwóch pierwszych książeczek. Rysunki późniejsze, od 1967 roku, są wierne innej kresce, bardziej dynamicznej, i to już jest czysty Lennon. Wracając do tekstu – mam wrażenie (bo badaczem nie jestem), że już w początkach Beatlesów musiał być swoistym erudytą, nie molem bibliotecznym, ale jednak bardzo wrażliwym na pewne impulsy literackie młodzieńcem. Rozpoznawał tony, które szczególnie sobie upodobał – absurd, nonsens, makabra – ale gdy sam siadał do pisania, wzbogacał je o własne alikwoty. A te własne alikwoty to rzeczy jak najbardziej realne. Mamy w jego tekstach silne echa sytuacji polityczno-społecznej w Anglii, później także w Ameryce, mamy też łatwo czytelne rozrachunki z własną chybotliwą sytuacją rodzinną. Pierwsze dwie książki Lennona to czas, kiedy jeszcze nie był gotów mierzyć się z wczesną utratą matki, ale nieobecny ojciec jest tu obecny w tle kilku tekstów – i jest to obecność niefajna. Lennon jest zatem kontynuatorem, ale też oryginałem – przed nim nonsens nie miał takiego zahaczenia w rzeczywistości, przed nim też nie miał chuligańskiego sznytu. Niektóre teksty Lennona nie są bowiem „sztubackie”, jak lubią upupiać mentorzy, ale właśnie po sowizdrzalsku rozrabiackie.

À propos sztubactwa. Richard Ellmann relacjonuje pewien epizod z życia Joyce’a, który miał wtedy dwadzieścia jeden lat, tak więc zgodnie z ówczesnymi standardami raczej nie był już młodzieniaszkiem. Przyda się dłuższy cytat. „Uczestniczył [Joyce] również w żartobliwych wyborach nowego papieża na miejsce Leona XIII (który zmarł w 1903 roku). Najbardziej prawdopodobnym kandydatem był w tym czasie kardynał Rampolla. Joyce grał na początku rolę urzędnika konklawe; radził wchodzącym kolejno kardynałom: »Jak nie umiecie pisać, postawcie łaskawie krzyżyk«. Po obliczeniu głosów oświadczył: »Rampolla – nic« i jego przyjaciele jeszcze przez szereg lat powtarzali to powiedzenie. Joyce wygrał wybory, przekupiwszy kardynałów, żeby na niego głosowali. Kiedy go poproszono o błogosławieństwo, wymówił się twierdząc, że zostawił je w walizce. Powyższe zdarzenia zdradzają owo upodobanie do szczeniackiej błazenady, którego Joyce nigdy się nie wyrzekł”. Tłumaczka Ewa Krasińska docisnęła, mówiąc o „szczeniackiej błazenadzie”, w oryginale jest „callow foolery”. W każdym razie ważne są nie inwektywy – że coś niby jest szczeniackie czy sztubackie – lecz ich adresaci. Czy bez takich upodobań Joyce zacząłby Ulissesa od wielkiej, olśniewającej sceny parodii mszy? Ma pan rację przywołując ‒ odnośnie do Lennona – tradycję sowizdrzalską. Dodać też warto wcale istotną w europejskiej kulturze tradycję błazeństwa. Pamięta pan pierwszą oficjalną płytę z nagraniami Beatlesów dla BBC? Na pierwszej ścieżce po kolei się przedstawiają i mówią o swoich instrumentach. Kończy – po Harrisonie – Lennon: „Też gram na gitarze, a czasami gram głupka”. A skoro angielski rzeczownik „fool” oznacza i głupka, i (historycznego) błazna, bez przesady możemy uznać, iż Lennon skorzystał z okazji, by się przedstawić: „bywam błaznem”.

„Sometimes I play the fool”, oczywiście, że pamiętam, bo nawet niedawno słuchałem. Mamy tu pewien kłopot słownikowo-emocjonalny, bo słowo „błazenada” ma wydźwięk lekko pejoratywny, podczas gdy „błazen” niekoniecznie – i tego bym się trzymał. „Błazen”, czyli ktoś, kto niby rozśmiesza, ale tak naprawdę demaskuje nasze przywary, słabości, niedostatki. Kpina, ironia i autoironia to przymioty właściwie chyba immanentne dla kultury angielskiej – a także dla bliskiej mi życiorysowo hiszpańskiej, zwłaszcza tej średniowiecznej i Złotego Wieku. Może z tego powinowactwa wziął się A Spaniard in the Works, czyli w mojej wersji Hiszpańskie oko konia tłucze? Oczywiście angielskie chuligaństwo literackie jest inne niż hiszpańskie, ale łączy je ta ochota, by przekłuć balon, wchodząc na salony w czapce z dzwoneczkami, rozejrzeć się po stołach zastawionych homarami oraz pulardami, i zapytać, czy jest chleb z dżemem. Skądś pamiętam, że na jakimś wyfraczonym przyjęciu Lennon właśnie takie pytanie postawił. Żałuję, że polska literatura jest o tyle uboższa w takich – że użyję słowa naszych dziadków – frantów. Oczywiście, nie cała książka jest takim balonokłuciem, są tam szarże w różne inne strony, zwłaszcza w ostatniej, pisanej już w latach siedemdziesiątych części, ale każde wytrącenie z rutyny powinno działać ożywczo na umysły.

Tak, też słyszałem tę historię z dżemem lub gdzieś o niej czytałem. Tyle że – i to by potwierdzało błazeńskie braki kultury polskiej – ten, kto ją opowiadał, postarał się o seriozny kontekst. Mianowicie Lennon miał na owym wystawnym przyjęciu poprosić o chleb z dżemem, żeby przypomnieć w ten sposób o swoim robotniczym pochodzeniu… Nim przejdziemy do książek Lennona, chciałbym pana zapytać o ogólniejszą, hmm, zasadę przekładania. Przed panem dwa tomy Lennona przetłumaczył Robert Stiller, o którym też jeszcze najpewniej parę zdań powiemy. Czy założył pan przekład polemiczny? Czy w trakcie pracy porównywał pan swoje rozwiązania ze Stillerowskimi? Czy, przeciwnie, założył pan, że ten przekład nic a nic pana nie obchodzi?

Ja już znałem przekład mistrza Stillera – a ściślej, spolszczenie – więc o „nic-nie-obchodzeniu” nie mogło być mowy. Mój przekład z konieczności więc musiał być polemiczny lub też uzupełniający, bo szanując pracę Stillera, pragnąłem, by moja praca nie była kosmetyczną poprawką, a wejściem w sedno, odmiennym oświetleniem tekstu oryginału. Są u Stillera koncepty, które obezwładniają pomysłowością, są też takie, z którymi fundamentalnie się nie zgadzam, ale to dlatego, że – jak podejrzewam – Stiller miał na celu co innego niż ja. On był zajadłym, zażartym, rozpalonym publicystą także jako tłumacz, więc jego przekład miał funkcję również diatryby czy ostrego felietonu na tematy wówczas go zajmujące. Ja chciałem stworzyć coś, co będzie uwolnione od czasu powstawania (co rzadko się udaje). To, co szczególnie mi przeszkadzało u Stillera, to nader częste nawiązywanie do polskich realiów polityczno-społecznych pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wiele z nazwisk, nazw i problemów, do których aluzje robi Stiller, dziś jest nieczytelnych. Chciałem po prostu napisać po polsku taką książkę, którą Lennon mógłby napisać, gdyby świetnie znał polszczyznę – ale nadal był Anglikiem.

Może od razu detaliczny przykład? U Lennona: „Why were Prevelant ze Gaute, unt Docker Adenoid getting so friendly?”. Co Stiller oddał tak: „Dlaczego Precedens de Kohl i Smutas Poliponos tak się zaprzyjaźnili?”. Ówczesna aktualizacja (już czuć oksymoron i translatorskie ryzyko), chodziło o kanclerza Kohla i premiera Mazowieckiego, konkretnie o ichni znak pokoju podczas mszy w Krzyżowej. U pana natomiast, tak jak w oryginale, ukrywają się de Gaulle i Adenauer: „Dlaczego to Prawident dźwi Gol i doker Adyndauer tak się zaprzyjaźnili?”. W tym wypadku więc, owszem, uwolnił pan tekst przekładu od czasu powstania tłumaczenia, ale uhonorował czas powstania oryginału, i nie jest to wyjątkowe miejsce w pana książce. Jeśli można, szkoda mi tylko olśniewającego nibyniemieckiego spójnika użytego przez Lennona, „unt”. Również dlatego, że Lennon a Niemcy to osobny temat… Nie chciał pan tego „unt” zostawić?

I tu właśnie mamy problem, którego się obawiałem i który stawia pytanie o sens pytania – przy przekładzie dysponowałem niewyraźną kopią skanu wydania z 1964 roku i w niektórych miejscach były ubytki, plamki, zatarcia. I – jak widzę – tu akurat doszło do zatarcia, które zinterpretowałem jako plamkę skrywającą słowo „and”. A tu taka konfuzja. Można by tu uciec w bok, mówiąc tak: nagromadzenie wynaturzeń przekracza w tych tekstach wszelkie dopuszczalne w dobrym towarzystwie granice, chciałem więc przynajmniej ocalić spójniki, by czytelnicy orientowali się, że to spójnik, a nie kolejny element ciągu dziwnych słów, które ktoś gotów byłby odczytać na przykład jako pseudołaciński czasownik „dźwigolunt”.

A to mnie pan zaskoczył tą kopią skanu! To cokolwiek szewski stan, taki bezobuwny… Ale kilkanaście lat temu Tymon Tymański powiedział mi, że nie ma żadnej płyty Miłości. Zderza się. Wracając zaś do przekładu, przekładów, i tym razem ogólniej. Zgoda, Na własne kopyto – bo tak nieboszczyk Stiller nazwał swoją wersję wydanych łącznie dwóch Lennonowskich książek – jest przedsięwzięciem imponującym. Tyle że był Robert Stiller, by tak rzec, osobą o wielokierunkowej nadaktywności. Oryginalność stanowiła przy tym nie tyle jego cechę, ile pierwszą zasadę. Dawało to efekty istotne i pożyteczne (apologia Wiecha jako po prostu dobrego pisarza), lecz także intrygująco wątpliwe (podniesienie rangi pisarstwa Iana Flemminga), a czasem niewątpliwe pudła (wskazanie na prezydenta Kwaśniewskiego jako osoby posługującej się piękną polszczyzną). I cały ten rozmach widoczny jest również w Lennonie Stillera. Obie polskie wersje dzieli wielka różnica. Pomijam skomentowaną już przez pana strategię adaptacyjną, nie wchodzę w szczegóły i pewnie wyjaskrawiam. Stiller spolszcza Beatlesa tak, że ten zagęszczony język zbyt mocno zwraca na siebie uwagę, bywa, że przesłania świat przedstawiony. Proza Lennona/Stillera traci czasami na płynności. Owszem, Lennon pisał efektownie, że ho, ho! Ale Stiller dociska niekiedy te efekty do efekciarstwa. Pańskiego zaś Lennona lepiej się czyta, także właśnie płynniej. Jasne, nie trzeba wysiłku, żeby zauważyć, co Lennon i pan wyrabiacie z językiem, niemniej – może to paradoksalnie zabrzmi – osiągnął pan, wypracował efekt swego rodzaju naturalności. W Przestworzonych rzeczachLennon to taki trochę ścichapęk: nie popisuje się nieustannie jak u Stillera, mówi natomiast niby normalnie, en passant to i owo przekręca – aż czytelnik orientuje się, że już jest razem z Lennonem/Łobodzińskim po drugiej stronie języka.

Jak pan słyszy, zacukałem się dłuższą chwilę, bo, po pierwsze, zawsze mnie onieśmiela, kiedy ktoś mnie chwali, choć mam też jakieś przekonanie o własnej wartości jako tłumacza, a po drugie, bo nie dosłyszałem z kolei pytania. Ale to chyba nie jest typowy wywiad, raczej rozmowa dwóch wielbicieli słowa jako materii plastycznej. Nie chciałbym jakoś szczególnie odnosić się tu do pracy Stillera. Jak wspomniałem wyżej, znam ją i działałem w kontrze do jego koncepcji, ale zarazem muszę pochylić czoło przed jego fantazją i w ogóle pomysłem (jeśli on sam na to wpadł) lub przyzwoleniem (jeśli go na to namówiono), by się za te wczesne dwa Lennony zabrać. Stiller miał w sobie sporo chuligana literackiego, to widać też w jego artykułach polemicznych z „Literatury na Świecie” czy z felietonów. Chuligana w pozytywnym brzmieniu. Ale dotyka pan tu znacznie głębszej sprawy, czyli strategii tłumackiej. Kiedyś miałem na ten temat krótką dyskusję z moim serdecznym i znakomitym kolegą Danielem Wyszogrodzkim. Spotykamy się translatorsko na paru polach, łączy nas miłość do Boba Dylana, Daniel ma na koncie świetne przekłady Leonarda Cohena. Otóż obydwaj zgodziliśmy się, że Daniel to typ tłumacza, który się chowa za twórcą oryginału, ja zaś jestem tłumaczem ofensywnym, który niejako tworzy autora na nowo po swojemu. To zdawałoby się sugerować, że jest mi blisko do Stillera. I na tym właśnie polega ta niesamowita alchemia przekładu: gdyby ktoś poddał nasze teksty surowej analizie, wyszłoby pewnie, że jest mi równie daleko do Stillera, jak do Wyszogrodzkiego. W tym sensie, że Stiller niejako usuwa autora i wstawia siebie, Daniel podsuwa autorowi z cienia karteczki z polskim tekstem, a ja dopasowuję autorowi nowy strój. To oczywiście generalizacje, bardzo ryzykowne, zważywszy, że każdy przekład to jest osobny świat, osobne napięcia, osobna historia. Moja praca zawsze polega na tym, by słuchać autorów, starając się wyobrazić sobie, jakim tonem, jakim głosem, jakim stylem mówiliby, gdyby umieli w polski – ale wciąż pozostając sobą, czyli tymi ludźmi, których ukształtowały ich własne, obcojęzyczne ekosystemy. Niemniej podejrzewam, że gdyby ktoś wziął na tapet całą stertę różnych niepodpisanych przekładów i osobno listę ich tłumaczy, to mógłby z dużym prawdopodobieństwem wskazać, które są moje. Niedawno producent polskich wersji filmów animowanych przysłał mi tekst jednej piosenki z klasycznej produkcji 101 dalmatyńczyków z pytaniem, czy to moje, bo w archiwach było niepodpisane, a przekład liczy sobie co najmniej 25 lat. Ja 25 lat temu już tłumaczyłem piosenki filmowe, więc teoretycznie mógłby to być mój. Ja za grosz nie pamiętałem, czy to robiłem, bo nie prowadziłem wówczas zapisków, a rzecz dotyczyła filmu, który miał mnóstwo wersji i rozpajęczeń – była wersja klasyczna, klasyczna reanimowana, wersja aktorska, 101 dalmatyńczyków 2 i 102 dalmatyńczyki, razem pięć. Zwariować można. Ale wystarczyło jedno spojrzenie, bym był pewien, że polska wersja, którą mi przesłano, jest bardzo fajna – i nie jest moja. Jakoś nie odnalazłem siebie w tym tekście. Czyli styl przekładu też istnieje.

Jasne, że istnieje. Złośliwcy powiadali, że Barańczak tłumaczy Szekspira, Cummingsa, Dickinson, Donne’a, Larkina i wszystkich innych na jedno kopyto. To oczywiście nieprawda, aczkolwiek wyrazisty styl Barańczaka w jego przekładach jest widoczny. Właśnie on zresztą w głośnych i żywo komentowanych tekstach translatologicznych walnie się przyczynił nie tylko do docenienia tłumacza, ale i traktowania go jako autora pełnogębnego. Dzisiaj mocno się o to upomina Jerzy Jarniewicz. Tłumaczenie – dobre tłumaczenie – sprowadza się do napisania danej książki w języku docelowym, jak go określają przekładoznawcy. Dlatego powiedziałem wcześniej o pana książce. No a w przypadku Lennona pisanie po polsku nie może nie być jeszcze intensywniejsze, te tomy wymagają od autora/tłumacza jeszcze więcej inwencji. Trzy przykłady à propos. Lennon: „Things like this were getting Victor down, if not lower”. U pana: „Przez takie historie Victor upadał na duchu, a nawet wywracał się na nim jak długi”. Dopisał pan trochę Lennonowi, choć można było na przykład, że te historie ciągnęły Victora w dół, a nawet niżej. Bynajmniej nie protestuję, bo pana wersja jest zabawna, przekonująca, tylko pytam: dlaczego to zdanie pan rozbudował? Numer drugi, w oryginale: „They were overjoyced, and grapenut abun and beyond the call of duty”. Pan zaś: „Ze zdradości i dźwięczności skakali wprost jak małe joysiątka, stanowczo poza zakres obowiązków”. Śliczne te joysiątka – jak się domyślam, szło, tak jak i w „overjoyced”, o ukłon pod adresem autora Finnegans Wake? I wreszcie „Ah forgive you in de name of Fatty Waller de great savious of ma people”. Tymczasem u pana „Ja wybaczać ci w imię Ojca Goriot, wielkiego zabawiciela mego ludu”. Nie powiem, jako miłośnik Balzaca ucieszyłem się z tej aluzji, niemniej, skąd on się u pana wziął, skoro u Lennona chodziło o Fatsa Wallera? Zazwyczaj – i dobrze – ocala pan oryginalne personalia.

Czasem jest tak, że się nie mogę oprzeć – i kiedy ułoży mi się jakaś fraza, którą uważam za zręczną, to już żal mi z niej rezygnować. Stąd ten rozbudowany Victor. Zresztą nie wiem, czy napisałbym frazę „historie ciągnęły Victora w dół”, jakoś mi nie brzmi. Ot, takie moje fumy. „Joysiątka” też wskoczyły nagle same, zdanie obudowałem wokół nich, a że Joyce’a Lennon czytał (choćby z doskoku), nie mamy obydwaj wątpliwości. Swoją drogą – kogo nasi muzycy mogliby czytać, by dać się tak usynowić? Witkacego? Schulza? Leśmiana? Z Fatsem Wallerem żałowałem trochę jego samego, ale uznałem, że ważniejszy jest tu Ojciec („In the name of Father” przeszedł w „In de name of Fatty”, skąd doszło skojarzenie z Wallerem. Dlatego ja też „szukałem ojca”, którego mógłbym tu postawić w trudnej sytuacji. Dlatego „Ojciec w niebiesiech” zmienił się w „Ojca Goriot”, bo ten ojciec jakoś jest w Polsce kojarzony, bardziej chyba niż Waller, a na wprowadzanie tu „Ojca Dyrektora” odważyłby się pewnie Stiller, gdyby dziś pisał Na własne kopyto, ale ja od takiej dekontekstyzacji i rekontekstyzacji wolę trzymać się z dala. „Goriot” teoretycznie mógł się pojawić u Lennona, bo Lennon na pewno słyszał o Balzacu.

Tytuł pierwszej z tych książek, In His Own Write, oddał pan jako John Lennon na własnej z wielu druk. Słyszę Dylana, pańskiego Dylana: „Jak wiele dróg”. Na okładce pierwszego wydania jest zdjęcie Lennona w dylanowskiej czapce, co w sumie sporo znaczy. Pan też założył, żeby już w tytule, tak to ujmę, przypomnieć Lennonem o Dylanie?

Zupełnie nie przyszło mi to do głowy. Nie, proces myślowy był inny – jak oddać homofoniczność słów „right” i „write”. W końcu „in his own right” znaczy tu mniej więcej „na swój sposób” albo „na własny rachunek”. A skoro on zamiast „right” użył „write”, tworząc niełatwy do pomyślenia tytuł „John Lennon w swoim własnym pisaniu” – ten sens, ale oczywiście z wdziękiem! – szukałem czegoś, co ocali homonimiczność, „osobność” i związek z książką, czyli czymś innym niż piosenki, z których był dotąd znany. Szperałem więc w głowie po słowach, które kojarzą się z pisaniem, wydawanie, książką – i stąd mój tytułowy „druk”. Ale jeśli panu przyszło do głowy skojarzenie z Dylanem, a czapki faktycznie mają identyczne (mowa o okładce debiutanckiego albumu Dylana) i podobnie postawione kołnierze, to tym lepiej. Tak to jest, jak człowiek chce dotrzeć z Leżajska do Sanoka, a przez przypadek zahaczy o Wenecję.

Książkowy debiut Lennona pojawił się poniekąd przypadkiem. Historię relacjonuje Jon Savage we wstępie do łącznego wydania In His Own Write i drugiego tytułu, A Spaniard in the Works (1997). Najkrócej: w pracy amerykańskiego dziennikarza Michaela Brauna Love Me Do: The Beatles’ Progress (1964; dziś beatlesologiczna klasyka) znalazło się kilka paraliterackich drobiazgów, które zafascynowały Toma Maschlera, późniejszego szefa działu literackiego w pewnym wydawnictwie. Zapytał więc Amerykanina o autorstwo tekstów. Okazało się, że napisał je John Lennon. Maschler poznał zatem Lennona, dowiedział się, że te drobiazgi powstawały ot tak, notowane na przykład na kartkach hotelowej papeterii, bez zamiaru drukowania. Namówił Lennona do dalszego pisania i rysowania, i tak dopełniła się zawartość debiutu. Druga książka była już zwykłym obstalunkiem wydawniczym. Jak natomiast zaświadcza notka z numeru 10 (maj 1964) pisemka „The Beatles Monthly Book”, tytuł został wymyślony przez McCartneya. Skoro już jesteśmy przy tym periodyku: w zeszycie 25 (sierpień 1965) Wspaniała Czwórka rozmawia o nowym albumie Help!. McCartney wspomina Yesterday, na co Lennon, że on już nie musiał nic dokładać do płyty. „Dobra, zamiast tego dołożę książkę. Pamiętajcie, moi drodzy, A Spaniard in the Works już więcej niż miesiąc leży w waszych księgarniach. Kupcie go szybko, nim pokryje się kurzem i zżółknie!”. W jednej zaś ze scen filmu Help! wyciąga swój drugi tomik z innej księgi, przyciska do ust, po czym zabiera się do czytania… A pytanie do pana byłoby takie: jak postrzega pan obie książki Lennona, zestawione z jego piosenkami. Taka aksjologia porównawcza nie byłaby chyba od rzeczy? Tak więc: czy Lennon pisarz jest tak wielką postacią jak Lennon autor piosenek i Lennon muzyk?

Jako autor przekładu i człowiek bezpośrednio zainteresowany w dobrym przyjęciu książki nie mogę odpowiedzieć inaczej jak : „Wielki to muzyk i wielki pisarz”. Obydwa wiemy, że to nie do końca prawda. To, że o Lennonie wiemy i pamiętamy, jest zasługą piosenek. Gdyby piosenek nie było, tylko te dwie książeczki – a może jedna, bo pewnie drugiej by nie było – to pozostałyby pewnie ciekawostką o umiarkowanym nakładzie. Lennon-pisarz klasyfikowałby się pewnie jako jeden z iluś kontynuatorów angielskiego nonsensu. Może zyskałby pochlebne recenzje, ale dziś byśmy o nim pewnie nie mówili, szczególnie w języku innym niż angielski. To podobnie jak z Tarantulą Boba Dylana, którą krytyka mogłaby po prostu wpisać w post-bitnikowską tradycję – te książki ukazują nam inne, niesamowite oblicze legendarnych twórców muzycznych, ale właśnie dlatego, że zostały stworzone przez legendarnych twórców muzycznych. Są produktem ubocznym – świetnej jakości, ale korzystającym z blasku twórczości muzycznej. Bez cienia wątpliwości podchodzę do Lennona-pisarza jako do człowieka, który wspaniale operuje językiem, ma jego głęboką świadomość, jest poszukiwaczem nowych zjawisk językowych. Myślę, że nie dorównuje Carrollowi czy Joyce’owi, ale obydwaj patrzyliby nań z aprobatą.

Na jego obronę – hi, hi – można by powiedzieć, że Ci dwaj parali się pisarstwem systematycznie (choć Carroll był intelektualnie i artystycznie aktywny w różne strony), a Lennon tylko z doskoku. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdyby postanowił być przede wszystkim pisarzem, to by tych dwóch zakasował; nie wchodziłbym w taką historię alternatywną. Została nam trzecia książka, która u pana dała tytuł całej trylogii. Ukazała się w roku 1986, już po śmierci Lennona, nie mógł już odpowiadać za kształt całości. Nie chcę oskarżać Yoko Ono o przesadne pilnowanie treści tej publikacji, niemniej trochę dziwi, że w tekście autobiograficznym, zatytułowanym zresztą dokładnie jak piosenka (The Ballad of John and Yoko) i datowanym na 1978 r., Lennon ma nadal ostry dystans do Beatlesów, poniekąd dezawuuje swoje lata w zespole. W 1978 r. jeszcze mu nie przeszło? Jeśli zaś idzie o kwestie literackie, to poza tym, co poznaliśmy z dwóch tomików wcześniejszych, tu autor okazał się olśniewającym aforystą. No, takim aforystą, któremu wyciąga się bon moty z tekstów, ale ranga ich nielecca. „Własne niedobory w zakresie namiętności nadrabiała uprawą ogródka”. „Gdy tylko zaleczono mu niedomagania wymowy, jego słowo stało się prawem”. „Jej ciało zadrżało konwulsyjnie, jak gdyby przez jej ciało przebiegł silny prąd literacki”. „Przez większość życia trzymałem się blisko siebie – przecież mogłem siebie potrzebować w każdym momencie”. Dużo jest w trzeciej książce takich autonomizujących się wyimków. Niemniej, niemniej – z dwiema poprzednimi łączy się panu tak całkiem bez kłopotów?

To nie jest kłopot. To jest raczej świadomość, że te książki powstawały w kompletnie innych epokach życia Lennona. Tamte były płodami wyobraźni młodego człowieka, który właśnie dotarł „to the toppermost of the poppermost”, spełnił marzenia i zasadniczo czuje się swobodny. Zaś Skywriting by Word of Mouth, czyli w mojej wersji Przestworzone rzeczy, to Lennon dojrzały, po bardzo różnych przejściach, nie do końca pewien, czy wiedzie życie, o jakim marzył. Wmawia sobie, że tak, ale pożycie z Yoko w okresie po narodzinach Seana to pozornie tylko idylla z pieczeniem chleba, zabawami z synkiem itp. To ciągła jazda heroinowa Yoko i jego samego, to jej coraz częstsze romanse, to wreszcie nieustannie powracające myśli, czy by jednak nie zrobić czegoś znów do spółki z Paulem McCartneyem. (Nawiasem – jedna historyjka w JL na własnej z wielu druk powstała „we współżyciu z Paulem”). Istnieją podstawy do przypuszczeń, że gdyby Chapman nie zdołał dokonać morderstwa na Lennonie, do jakiejś współpracy mogłoby między Johnem a Paulem dojść, zwłaszcza że jest też podejrzenie o całkiem możliwym rozwodzie Lennona z Yoko Ono. Ona w 1979 i 1980 r. bywała już w nieźle skonsolidowanych związkach pozamałżeńskich, a Double Fantasy było ponoć rozpaczliwą próbą Johna, by ją zatrzymać przy sobie. Z trzeciej strony jeszcze w 1979 r. dzwonił do May Pang, swojej kochanki z czasów „straconego weekendu”… Wracając zatem do głównego wątku – trzecia książka MUSIAŁA być inna. Teksty są dłuższe, w większości mniej rozchybotane gramatycznie i słowotwórczo, opowiastki są bardziej satyryczne niż nonsensowne. A rozpoczynająca całość krótka próbka autobiografii powstała chyba jeszcze w czasie, gdy między Lennonem a Ono bywało dobrze. Nie sądzę, by ta część pierwotnie miała wejść w skład potencjalnej trzeciej książki, gdyby Lennon sam zawiadywał jej wydaniem. Całą ta książeczka jest zredagowana przez Yoko, ale, jak można sądzić, same teksty nie są naruszone. Co zaś do zadry beatlesowskiej – to prawda, że w latach 1977 i 1978 już jej mógł nie czuć. Ale primo, myślę, że kotłowało się w nim wciąż kilka uczuć – z jednej strony spotykał się prywatnie z McCartneyem, z drugiej irytował się, że McCartney niemal nie może usiedzieć spokojnie bez sięgania od razu po jakiś instrument i brzdąkania, zaś secundo – jeszcze w 1980 r. podczas pamiętnego ostatniego wywiadu rzeki, jakiego Lennon udzielił Davidowi Scheffowi, chętnie opowiadał o piosenkach Beatlesów, ale bez cienia sentymentu. Jak ktoś, kto już z tego wyrósł. (Inna rzecz, że Yoko była przy wywiadzie obecna). Podsumowując – Przestworzone rzeczy są bardzo inne od Wielu druk i Hiszpańskiego oka, ale w tym samym sensie (toutes proportions gardées), co Burza w zestawieniu z Tytusem Andronikusem. Pisali je dwaj różni ludzie, których łączyło DNA, imię i nazwisko oraz część przeszłości. Między 24-letnim Lennonem z wiosny 1965 r. a 38-letnim Lennonem z 1978 r. jest przepaść, wykopana nie tylko przez Yoko Ono.

Cieszę się z tego tytułu Przestworzone rzeczy – jest w nim dający oddech „przestwór”, „prze-stworzenie” (czyli stworzenie z naddatkiem) i „niestworzone rzeczy”. Może w księgarniach ktoś go zauważy.

O AUTORACH

Adam Poprawa

ur. w 1959 r. Pisarz, poeta, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. Nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” 2010. Autor m.in. tomów prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014), przetłumaczył Epifanie Jamesa Joyce’a. Mieszka we Wrocławiu.

Filip Łobodziński

ur. w 1959 r. Iberysta, dziennikarz, muzyk i tłumacz z języków: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, katalońskiego, portugalskiego oraz ladino. Laureat Nagrody Instytutu Cervantesa w Warszawie w 2005 r. za najlepszy przekład literacki. Przez lata pracował jako dziennikarz (TVP, Polsat News, Trójka, Inforadio, „Non Stop”, „Rock’n’Roll”, „Machina”, „Przekrój”, „Newsweek”), a obecnie współprowadzi program telewizyjny „Xięgarnia”. Współzałożyciel Zespołu Reprezentacyjnego (od 1983, sześć płyt) oraz dylan.pl (od 2014, jedna płyta), specjalizującego się w wykonywaniu przekładów piosenek Boba Dylana. W Biurze Literackim ukazały się przetłumaczone przez niego książki Dylana: Duszny kraj(2016) oraz Tarantula(2018), Patti Smith: Tańczę boso i Nie gódź się oraz Salvadora Espriu Skóra byka. Mieszka w Warszawie.

powiązania

W owalu cyklonu, w oku stadionu

recenzje / ESEJE Adam Poprawa

Recenzja Adama Poprawy, towarzysząca premierze książki Puste trybuny, która ukazała się w Biurze Literackim 14 czerwca 2021 roku.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 7 Skóra byka

nagrania / Między wierszami Filip Łobodziński Salvador Espriu

Siódmy odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Klasyka europejskiej poezji: Blake, Espriu, Todorović, Župančič

nagrania / Stacja Literatura Filip Łobodziński Jakub Kornahuser Jakub Skurtys Joanna Orska Miłosz Biedrzycki Miroljub Todorović Oton Župančič Salvador Espriu Tadeusz Sławek William Blake

Spotkanie wokół książek Wyspa na Księżycu Williama Blake’a, świnia jest najlepszym pływakiem Mirjoluba Todorovicia, Kielich upojenia Otona Župančiča oraz Skóra byka Salvadora Espriu z udziałem Tadeusza Sławka, Jakub Kornhauser, Miłosza Biedrzyckiego, Filipa Łobodzińskiego, Joanny Orskiej i Jakuba Skurtysa w ramach festiwalu Stacja Literatura 25.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 3 Przestworzone rzeczy

nagrania / Między wierszami Filip Łobodziński John Lennon

Trzeci odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Lot kuli w bilardzie elektrycznym

recenzje / ESEJE Filip Łobodziński

Szkic Filipa Łobodzińskiego, towarzyszący wydaniu książki Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukazała się w Biurze Literackim 30 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Przestworzone rzeczy (3)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński John Lennon

Fragment zapowiadający książkę Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukaże się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Przestworzone rzeczy (2)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński John Lennon

Fragment zapowiadający książkę Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukaże się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Przestworzone rzeczy (1)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński John Lennon

Fragment zapowiadający książkę Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukaże się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Santarém, Samotność przestrzeni oraz Nie gódź się

nagrania / Stacja Literatura Andrzej Sosnowski Elizabeth Bishop Emily Dickinson Filip Łobodziński Joanna Mueller Juliusz Pielichowski Patti Smith Tadeusz Sławek

Spotkanie wokół książek Santarém Elizabeth Bishop, Samotność przestrzeni Emily Dickinson i Nie gódź się Patti Smith z udziałem Tadeusza Sławka, Filipa Łobodzińskiego, Joanny Mueller oraz Juliusza Pielichowskiego w ramach festiwalu Stacja Literatura 24.

WIĘCEJ

Kataloński poeta numer jeden

wywiady / O KSIĄŻCE Filip Łobodziński Xavier Farré Vidal

Rozmowa Xaviera Farrégo Vidala z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca wydaniu książki Salvadora Espriu Skóra byka, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 4 maja 2020 roku.

WIĘCEJ

Historia jednego przekładu, czyli ażeby dojść do Salvadora Espriu

recenzje / KOMENTARZE Filip Łobodziński

Komentarz Filipa Łobodzińskiego towarzyszący wydaniu książki Salvadora Espriu Skóra byka, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 4 maja 2020 roku.

WIĘCEJ

Skóra byka i inne wiersze (2)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński Salvador Espriu

Fragment zapowiadający książkę Salvadora Espriu Skóra byka, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 4 maja 2020 roku.

WIĘCEJ

Skóra byka

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński Salvador Espriu

Fragment zapowiadający książkę Salvadora Espriu Skóra byka i inne wiersze, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 4 maja 2020 roku.

WIĘCEJ

O niezgodzie w literaturze

nagrania / Stacja Literatura Beata Stasińska Filip Łobodziński Jan Rojewski Konrad Góra Rami al-Aszek

Spotkanie z udziałem Ramiego Al-Aszeka, Konrada Góry, Filipa Łobodzińskiego, Jana Rojewskiego, Beaty Stasińskiej i Magdaleny Rigamonti w ramach festiwalu Stacja Literatura 24.

WIĘCEJ

Podważać samego siebie

wywiady / O KSIĄŻCE Filip Łobodziński Grzegorz Kwiatkowski

Rozmowa Filipa Łobodzińskiego z Grzegorzem Kwiatkowskim, towarzysząca premierze książki Karl-Heinz M. Grzegorza Kwiatkowskiego, wydanej w Biurze Literackim 18 listopada 2019 roku.

WIĘCEJ

Obcy astronom

nagrania / Stacja Literatura Anna Skrobiszewska Filip Łobodziński Rafał Skonieczny

Spotkanie wokół książki Obcy astronom Grzegorza Ciechowskiego z udziałem Anny Skrobiszewskiej, Rafała Skoniecznego i Filipa Łobodzińskiego w ramach festiwalu Stacja Literatura 23.

WIĘCEJ

Pieśń torby na pawia i Tarantula

nagrania / Stacja Literatura Bob Dylan Filip Łobodziński Jerzy Jarniewicz Nick Cave Tadeusz Sławek

Spotkanie autorskie wokół książek Tarantula Boba Dylana oraz Pieśń torby na pawia Nicka Cave’a z udziałem tłumaczy Filipa Łobodzińskiego i Tadeusza Sławka w ramach festiwalu Stacja Literatura 23. Prowadzenie Jerzy Jarniewicz.

WIĘCEJ

Poza czasem, poza stylem

wywiady / O KSIĄŻCE Aleksandra Olszewska Artur Burszta Filip Łobodziński

Rozmowa Artura Burszty i Oli Olszewskiej z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca wydaniu książki Patti Smith Nie gódź się, która ukazała się w Biurze Literackim 18 lutego 2019 roku.

WIĘCEJ

Nie gódź się (2)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński Patti Smith

Fragment zapowiadający książkę Nie gódź się Patti Smith, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 28 lutego 2019 roku.

WIĘCEJ

Nie gódź się (1)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński Patti Smith

Fragment zapowiadający książkę Nie gódź się Patti Smith, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 28 lutego 2019 roku.

WIĘCEJ

Poezja z nagrodami: Po sobie

recenzje / KOMENTARZE Adam Poprawa

Adam Poprawa, juror Nagrody Poetyckiej Silesius, odpowiada na pytania w ankiecie dotyczącej książki Po sobie Julii Szychowiak, wydanej w formie elektronicznej w Biurze Literackim 30 maja 2018 roku. Książka ukazuje się w ramach akcji „Poezja z nagrodami”.

WIĘCEJ

Polarną nocą i po drugiej stronie lustra

wywiady / O KSIĄŻCE Dawid Mateusz Filip Łobodziński

Rozmowa Dawida Mateusza z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca premierze książki Tarantula Boba Dylana w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, wydanej nakładem Biura Literackiego 15 stycznia 2018 roku.

WIĘCEJ

Elementy osnowy pajęczyny

recenzje / ESEJE Adam Poprawa

Recenzja Adama Poprawy książki Tarantula Boba Dylana w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, wydanej nakładem Biura Literackiego 15 stycznia 2018 roku.

WIĘCEJ

Muzyka z poezją

nagrania / Stacja Literatura Bob Dylan Filip Łobodziński Kamil Sipowicz Patti Smith

Spotkanie autorskie “Muzyka z poezją” wokół książek Duszny kraj Boba Dylana i Tańczę boso Patti Smith z udziałem tłumacza Filipa Łobodzińskiego w ramach festiwalu Stacja Literatura 22. Prowadzenie Kamil Sipowicz.

WIĘCEJ

Pan z Tamburynem

nagrania / Stacja Literatura Bob Dylan Filip Łobodziński

Koncert piosenek Boba Dylana z książki “Duszny kraj” z udziałem Filipa Łobodzińskiego i Jacka Wąsowskiego w Aparthotelu Czarna Góra w ramach festiwalu Stacja Literatura 22.

WIĘCEJ

Wysokie morza

recenzje / ESEJE Adam Poprawa

Recenzja Adama Poprawy książki Puste noce Jerzego Jarniewicza, wydanej nakładem Biura Literackiego 4 grudnia 2017 roku.

WIĘCEJ

Tarantula (2)

utwory / zapowiedzi książek Bob Dylan Filip Łobodziński

Fragment zapowiadający książkę Tarantula Boba Dylana, w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 8 stycznia 2018 roku.

WIĘCEJ

Tarantula (1)

utwory / zapowiedzi książek Bob Dylan Filip Łobodziński

Fragment zapowiadający książkę Tarantula Boba Dylana, w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się nakładem Biura Literackiego 8 stycznia 2018 roku.

WIĘCEJ

Boso, ale w akordach

recenzje / ESEJE Filip Łobodziński

Recenzja Filipa Łobodzińskiego towarzysząca premierze książki Tańczę boso Patti Smith, wydanej w Biurze Literackim 7 sierpnia 2017.

WIĘCEJ

Tańczę boso (2)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński Patti Smith

Fragment zapowiadający książkę Tańczę boso Patti Smith w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, która ukaże się w Biurze Literackim 7 sierpnia 2017 roku.

WIĘCEJ

Prosty liryk

wywiady / O KSIĄŻCE Adam Poprawa Marcin Sendecki

Rozmowa Adama Poprawy z Marcinem Sendeckim, towarzysząca premierze książki W, wydanej w Biurze Literackim w wersji papierowej 27 grudnia 2016 roku, a w wersji elektronicznej 3 lipca 2017 roku.

WIĘCEJ

Przemyt mroku

recenzje / ESEJE Adam Poprawa

Recenzja Adama Poprawy z książki wizyjna Martyny Buliżańskiej, wydanej w Biurze Literackim 26 czerwca 2017 roku.

WIĘCEJ

Historia spóźnionego tytułu

recenzje / KOMENTARZE Adam Poprawa

Autorski komentarz Adama Poprawy do przekładu Epifanii Jamesa Joyce’a, wydanych w Biurze Literackim w wersji papierowej 23 sierpnia 2016 roku, a w wersji elektronicznej 27 marca 2017 roku.

WIĘCEJ

Pływak woli mierzyć się z kanałem La Manche niż z górnym biegiem Wkry

wywiady / O KSIĄŻCE Filip Łobodziński Jerzy Jarniewicz

Rozmowa Jerzego Jarniewicza z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca premierze książki Duszny kraj Boba Dylana, wydanej w Biurze Literackim 20 lutego 2017 roku.

WIĘCEJ

Like a Rolling Stone. Spowiedź tłumacza

recenzje / KOMENTARZE Filip Łobodziński

Komentarz Filipa Łobodzińskiego o trudnościach z tłumaczeniem Boba Dylana, towarzyszący premierze książki Duszny kraj, wydanej w Biurze Literackim 20 lutego 2017 roku.

WIĘCEJ

Debiut po debiucie

nagrania / Stacja Literatura Adam Poprawa Arkadiusz Żychliński Bronka Nowicka Tadeusz Dąbrowski

Spotkania autorskie “Debiut po debiucie” z udziałem Adama Poprawy, Tadeusza Dąbrowskiego, Bronki Nowickiej i Arkadiusza Żychlińskiego w ramach festiwalu literackiego Stacja Literatura 21.

WIĘCEJ

Przyziemna metafizyka

wywiady / O KSIĄŻCE Adam Poprawa Jerzy Jarniewicz

Rozmowa Jerzego Jarniewicza z Adamem Poprawą, towarzysząca premierze książki Epifanie Jamesa Joyce’a, wydanej w Biurze Literackim 23 sierpnia 2016 roku.

WIĘCEJ

Niedomknięte arcydzieło

recenzje / ESEJE Adam Poprawa

Fragment posłowia do książki Portret artysty w wieku młodzieńczym Jamesa Joyce’a, wydanej w przekładzie Jerzego Jarniewicza w Biurze Literackim 30 maja 2016 roku.

WIĘCEJ

Recenzja Radości

recenzje / ESEJE Filip Łobodziński

Recenzja Filipa Łobodzińskiego z książki Radości Grzegorza Kwiatkowskiego.

WIĘCEJ

Skaczemy po górach, czyli rysowanie grubą kreską najważniejszych punktów odniesienia

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Adam Poprawa Artur Burszta Bartosz Sadulski Grzegorz Jankowicz Paweł Kaczmarski Piotr Czerniawski Przemysław Witkowski

Głosy Artura Burszty, Piotra Czerniawskiego, Grzegorza Jankowicza, Pawła Kaczmarskiego, Adama Poprawy, Bartosza Sadulskiego i Przemysława Witkowskiego w debacie “Barbarzyńcy czy nie? Dwadzieścia lat po ‘przełomie'”.

WIĘCEJ

Książki z Biura: Odcinek 3 Przestworzone rzeczy

nagrania / Między wierszami Filip Łobodziński John Lennon

Trzeci odcinek cyklu Książki z Biura. Nagranie zrealizowano w ramach projektu Kartoteka 25.

WIĘCEJ

Lot kuli w bilardzie elektrycznym

recenzje / ESEJE Filip Łobodziński

Szkic Filipa Łobodzińskiego, towarzyszący wydaniu książki Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukazała się w Biurze Literackim 30 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Żeby w sam raz to nie…. (coś, co mogłoby być listem do Filipa Łobodzińskiego, choć nie całkiem)

recenzje / ESEJE Tadeusz Sławek

Recenzja Tadeusza Sławka, towarzysząca wydaniu książki Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukazała się w Biurze Literackim 30 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Przestworzone rzeczy (3)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński John Lennon

Fragment zapowiadający książkę Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukaże się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Przestworzone rzeczy (2)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński John Lennon

Fragment zapowiadający książkę Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukaże się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Przestworzone rzeczy (1)

utwory / zapowiedzi książek Filip Łobodziński John Lennon

Fragment zapowiadający książkę Johna Lennona Przestworzone rzeczy, w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, którą ukaże się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ