książki / SZKICE

Powlekać rosnące

Joanna Mueller

Fragmenty książki Joanny Mueller Powlekać rosnące, która ukazała się nakładem Biura Literackiego w serii Szkice 21 listopada 2013 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Praca marzenia słownego, czyli Epifania i bergamotki (confiteor)

Na marę Romy i jawę Honoraty

Na początku jest sen. Kolejny z cyklu nieprzepracowanej żałoby, z czego zdaję sobie sprawę już we wnętrzu tej sennej narracji. Młodo i nagle zmarła ciotka, matka dwójki małych dzieci, zabrana przez chorobę, co się rakiem nie cofa, w ciągu niespełna dwóch tygodni od dnia rozpoznania objawów i wydania wyroku. Śni mi się kolejny – który to już? – raz. Zwykle przychodzi jako mara pochowana za życia, domaga się w tym sennym majaku stwierdzenia, że przecież oddycha, rozmawia, je i pije, rumieni się, uśmiecha, a zatem nie umarła, więc dlaczego ci wszyscy źli ludzie zbierają się tutaj, by ją wiekiem trumny przybić i ziemią zasypać? Czasami bawi się ze mną w groteskę – nie byłam na jej pogrzebie i dlatego wciąż na nowo chce odgrywać tę niebyłą ceremonię. Ze straceńczą ironią daje instruktaż, jak zmarłego w trumnie i ziemi umieścić, by zasypanie nie okazało się tylko zasypianiem, bo to przecież największa trauma – zasnąć zbyt mocno i w trumnie się zbudzić. Co którąś noc dręczy mnie wyrzutami sumienia. Mści się obecnością za nieobecność, spóźnionym narzucaniem się – za niewczesność pamięci. Przychodzi uparcie, a ja wciąż – choć śnię o niej – to o niej nie piszę.

Wreszcie tej nocy przydarza się nam obu (bo tak właśnie, jako o naszej wspólnej, sekretnej przygodzie, nauczyłam się o tych nocnych marach myśleć) sen pogodzenia. Ona godzi się na to, że już nigdy tutaj nie wróci, ja – godzę się ze świadomością, że faktu jej odejścia z siebie nie wyrzucę, nie zepchnę w podświadomość, jak się spycha trumnę w cmentarny dół. Tej nocy śni mi się ona i śnią mi się bergamotki.

Śnią mi się, tylko… Jak streścić to, co – słowami Freuda – jest zgęszczeniem, daleko posuniętą kondensacją? Te „splecione ze sobą pojedyncze wyobrażenia”, ten „obraz zamazany, bez konturów” – to wszystko, co ojciec psychoanalizy przyrównał do „kliszy, na której zrobiono kilka zdjęć” (inaczej, po mojemu mówiąc: do anamorfozy). Nie wierząc w możliwość opowiedzenia snów – jednak opowiadam.

۞

Opowiadam o maleńkim mieście, które przycupnęło na skraju świata tak cichutko, że stało się wioską, więc swoją nazwą do dziś smutno przypomina: „Jestem Miasteczkiem, pozostanę Krajeńskie”.

Opowiadam o rodzinnej miejscowości, a ona zaprasza mnie do siebie każdym z dziecinnych wspomnień. Nęci wakacjami spędzanymi tylko z babcią. Porannymi wycieczkami rowerem po gorący pszenny chleb o kształcie koła, który potem – krajany „dla ukochanej wnusi”, zanim po niechrupiący środek zdążyli przybiec mniej niż ja hołubieni kuzyni i kuzynki – gubił długie, niemal dookolne „piętki”, smarowane potem masłem, posypywane solą, zjadane na gorąco, popijane gryzącą fusami zbożówką (którą piję teraz, gdy piszę te słowa).

Opowiadam, bo kusi mnie ta rodzinna wioska koło Piły jeszcze i zakazanymi wycieczkami „na beszong”, czyli nasyp kolejowy, o którym babcia zawsze krzyczała ze zgrozą, w takt przemykających pociągów: „Gdzie te gzuby znowu pognało, poniosło ich chyba na zgubę!”. A nas nie na zgubę poniosło, tylko na drzemę wśród traw, które nigdzie nie były tak szumiące, pachnące i bzyczące, jak na beszongu. Na ploty panieńskie, rumieńcem okraszone, nas poniosło i na plecenie wianków z bujnego kwiecia. I jeszcze na szeptane w ucho marzenia, na zabawy w kocie kolebki, na zrywanie płatków z nadzieją i smutkiem: „kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje”, na grosenki, wróżby, kołysanki.

I opowiadam jeszcze o wszystkich moich wujkach, ciotkach, kuzynach, rozsypanych po Miasteczku jak motki wysypane z koszyka, które czasami pomagałam babci gonić, nawijałam na właściwe kłębuszki, przecinając ruchem nożyc te wątki, co – zbyt zamotane – nie dawały się już rozplątać (w chwili, gdy to piszę, mam na sobie upleciony z ówczesnej zieleni sweter, który wcześniej należał do babci, a do mnie trafił, niemal jak amulet chroniący przed złem, jak zbroja dająca siłę, po jej śmierci, w roku 2004, pamiętnym dlatego, że splątał ze sobą trzy pogrzeby najbliższych i jeden, również najbliższy, ślub).

Przywodzę do opowieści również ulubioną kuzynkę, z którą snułyśmy intrygi nie mniej fantastyczne niż opowieści czytane „przy szpakach” (a ona, ta kuzynka, wdziera się w intrygę całkiem realnie, dokładnie w tej chwili, zaczepką na gadu-gadu; i myli mi tą zaczepką, tym pytaniem niedoświadczonej matki, czynione przed laty dziewczyńskie rachuby, w których obie byłyśmy zakonnicami; i miesza mi je z autentycznym czteroletnim epizodem klasztornego życiorysu, który kuzynka przeżyła samotnie i który równie samotnie przerwała nagle, po to, by niedoszłe śluby wieczyste zamienić na równie wieczysty, lecz bardziej doszły ślub z mężczyzną, a gromadkę cudzych dzieci – na narodzone niedawno własne dziecko).

(Więc odpowiadam jej na gadu-gadu krótką radą matki trochę bardziej doświadczonej i do pliku „bergamotki.doc” czym prędzej powracam). Wreszcie same ptaszyska do opowieści przywodzę, zamiast je odganiać od drzew czereśniowych, których wraz z babcią pilnowałyśmy przed zagładą do czasu, kiedy – gdzieś koło południa – czytanie stawało się silniejsze niż uważność, a natura szpaków wygrywała z naszą kulturową słabością do lektury.

Opowiadam, bo pamiętam, jak ze szpakami poradził sobie wreszcie wujek, drugi w Miasteczku konstruktor i wynalazca (drugi po panu Pikuliku – choć może on się wcale nie nazywał Pikulik? – paranormalnym twórcy różnych paramłynów, parawiatraków, parasamochodów i paralotni). Wujek ten (ojciec wspomnianej kuzynki, tymczasowo w komunikatorze niedostępnej) był przez pół życia pełen niemych wyrzutów wobec rodziców, że ci – zamiast artysty (złotnika, rzeźbiarza, a choćby i nawet, mawiał, zegarmistrza) – zrobili z niego mechanika taborów kolejowych. Musiał sobie ów młodociany brak rekompensować na starość, walcząc w czasie przedwczesnej emerytury z coraz słabszym wzrokiem, zwyciężając chorobę rogówki każdym kolejnym cudem swego warsztatu: a to meblami rzeźbionymi w stylu secesji, a to sygnetami, którymi obdzielił pół rodu Baronów, a to wreszcie użytkowymi cackami w rodzaju wiertarki odpędzającej ptaszyska od sadu czy też armaty na dziki, której głos do dzisiaj rozbrzmiewa od granicy miasteczkowych beszongów, aż po krajeńskie krańce nadnoteckich mokradeł.

Opowieść się snuje, ale wciąż ma ona raczej smak rozpuszczanej w herbacie mdląco-słodkawej magdalenki niż samej herbaty o cierpkim bergamotkowym aromacie, którą piję w każdym z tych trzech momentów – po przebudzeniu ze snu (o nim jeszcze nic nie powiedziałam), w ostatnim szlifie wiersza (o nim nie opowiem) i teraz (gdy piszę te słowa).

Wypieram ze świadomości opowieść o bergamotkach, zastępując ją historiami korzennymi, tak jak dziecko, którym byłam, wypierało choroby chronicznie związane z rodziną ojca i zastępowało je baśniowym, nieskalanym śmiercią światem rozciągającym się po zdrowej, matczynej stronie Miasteczka, zwanej Hubami.

۞

Sen jednak, o którym chcę wreszcie zacząć opowiadać, pojawił się po tej drugiej – chorej, chronicznej, mrocznej – stronie. Chcę go opowiedzieć, chociaż – powtarzam to wam i sobie – w opowieść o śnie nie wierzę. Kogo bowiem interesuje marzenie senne bardziej niż samego marzyciela? Kogo w ogóle ono interesuje, jeśli pominąć sytuację medyczną wymagającą prócz szczerości pacjenta także uwagi psychoanalityka? I czy w tym seansie właśnie sens snu jest najistotniejszy, a nie dogmatyczne przekonania lekarza i niewysławialny niepokój klienta? Wreszcie – żeby pytaniom uczynić zadość, niech padnie jeszcze jedno – czy mamy jakąkolwiek szansę oddać autentyczny zrąb snu, tak by nie gruntować go przy tym gładzią poetyckich metafor ani nie uspójniać lepikiem nazbyt zwartej narracji?

Tymczasem pytania zostawiam psychoanalitykom, a metafory remontowe – plądrującym moją kuchnię fachowcom. Klucz do snu o bergamotkach spoczywa raczej w magazynie symboli przyrodniczych niż budowniczych. Nie będzie też odprężającej pogadanki na miękkiej freudowskiej kozetce. Zamiast tego muszę uwagę rozproszyć – na pisanie o śnie i pilnowanie (raczkującej tuż obok, dobiegającej roczku, niechcącej zasnąć) Marii Kozetki.

۞

Historia o bergamotkach – czy raczej jakiś wątły zarodek historii – przyśniła mi się w listopadzie. Może w samo Święto Zmarłych, a może w którąś z kolejnych jesiennych nocy, wciśniętych między dni odliczane dokoła mszami z wypominkami. Sen wysnuł się pewnie z wyrzutu sumienia, był to bowiem kolejny listopad bez przyjazdu do domu i rytualnego odwiedzenia rodzinnych grobów. Miasteczku, które czekało na mnie z uwznioślonym (czy raczej odizolowanym) na wzgórzu cmentarzem, usprawiedliwiłam się tamtego roku egoistycznym rachunkiem: wszyscy zmarli przegrywają z jednym nienarodzonym życiem. A życie dojrzewało we mnie dziarsko i bezczelnie, atakując umysł w dzień i w nocy ostrzałem ciążowych hormonów. Kto wie zresztą, czy interpretacji owego snu nie należy szukać raczej w dosadnych okolicach przysadki mózgowej niż w wysubtelnionej sferze poetyckiej wyobraźni? Zanim jednak o interpretacji…

Zanim o interpretacji, do snu niech stuli się język, do snu! Otwieram notatnik z tamtego okresu, a że sny zapisuję raczej nieczęsto, więc z łatwością odnajduję lapidarną notatkę. „Śnią mi się bergamotki” – czytam nerwowe, chwytające chwilę, gubiące poprawność pismo. – „Ale to nie są gruszki, lecz skrzyżowanie świni i kwiatu, głównie chryzantemy. Zwierzę ma świński ryjek i cztery nogi, kolor zgniłozielony, błotnisty, za głową zaś – kołnierz z chryzantemy, jak u angielskiej królowej. I na całym ciele rosną mu kwiaty. Pożera ludzi, więc się boimy lochy z małymi grasującej koło Miasteczka”.

I co, to już, tylko tyle? Wertuję okoliczne kartki, ale nie znajduję nic więcej. Przynajmniej na temat bergamotek, bo jeśli idzie o przyczyny pojawienia się tych stworów w moim śnie, to chyba sporo może powiedzieć zapis z dnia poprzedniego. A jest to notatka z lektury nie byle jakiej, bo z dramatu „Noc jest tylko wygnanym dniem” Tymoteusza Karpowicza. W tekście tym Karpowicz z iście freudowskim zacięciem tropi stłumione ślady dnia w niejawnej treści nocy. Bohaterów, zbudzonych w środku nocy przez zagadkowe budziki, nie straszą wprawdzie świnie z kryzami chryzantem, ale kijanki w brzuchu, o których bełkocze żona bohatera, lęgną się w tekście w sposób nie mniej odstręczający. Prokurator, Wikary i Doktor szukają – każdy po swojemu: drogą sądową, mistyczną, medyczną – racjonalnych przyczyn absurdalnego przebudzenia. I nie znajdują, bo – jak to zwykle bywa u Karpowicza – tekst zostaje nagle przenicowany, a jawa i sen nakładają się na siebie i przestają być rozróżnialne. Odpowiedź jest tylko jedna i zawiera się w mojej notatce: „Przyczyną jest zawsze nieistnienie”.

۞

– Nieistnienie? – powtarzam za Prokuratorem i – tak jak on swoje akta – jeszcze raz przerzucam moje kartki. Nic z tego. Bergamotki skryły się w kilku linijkach i nijak nie chcą dać się utuczyć w narrację. A przecież, przypominam sobie, fabuła snu o kwiecistych świnkach wyglądała znacznie tłuściej niż wychudzony akapit późniejszej notatki. Jak ponownie zapisać nieistniejące? I jak nie ulec przy tym apetycznej konfabulacji?

Próbuję przypomnieć sobie, co pierwsze pojawiło się w moim śnie: obraz czy słowo? Czy najpierw ujrzałam w rodzimym krajobrazie groteskową lochę z małymi, która tym różniła się od grasujących po Miasteczku dzików oraz hodowanej przez tamtejszych rolników trzody chlewnej, że została skrzyżowana z udającym kryzę kwiatem? Czy może raczej najpierw uderzyła mnie nazwa „bergamotki” – ten oderwany od swego florystycznego signifié, przesunięty w dziedzinę fauny signifiant? I czemu (próbuję sobie przypomnieć, dyskutując jednocześnie z Epifanesem nad istnieniem lub nieistnieniem słowa „nyta”, którym u nas, w Wielkopolsce, określało się świnie, a którego on, potomek Dolnego Śląska, oczywiście nie zna), zamiast roześmiać się we śnie z absurdalnego widoku lub dziwacznej nazwy, poczułam nieokreślony, paraliżujący strach?

Pamiętam na pewno, że od początku snu bergamotki – nieważne, czy znane z imienia, czy tylko z widzenia – wieszczyły zagrożenie. To dlatego śmiech zamarł mi pod powiekami, zanim się pod nimi narodził. To dlatego również nie zdążyłam nasycić się widokiem miasteczkowych okolic, które tym razem zostały pozbawione pozytywnej symboliki z dawnych snów. Zamiast żółci kaczeńców, bieli wiatraków czy – aż wstyd się przyznać do tego sennego marzenia – fioletu fruwających krów, w których towarzystwie niejednokrotnie przelatywałam nad krainą dzieciństwa, teraz oglądałam tylko szarości błotnistych wybojów i buroty skromnego dziadkowego obejścia.

Wyraźnie sobie przypominam, że właśnie na podwórku dziadka zaczęła się akcja snu. Tym razem nie spełnił się żaden ze znanych mi schematów fabularnych, które tylekroć przekładały się z jawnych wspomnień na epizody oniryczne. Nie wdrapywałam się po drabinie na wypełniony sianem strych, nie wywabiałam z betonowych boksów hodowanych przez dziadka nutrii, nie biegałam po obejściu z bratem i starym psiskiem Benem, nie łapałam żab w przylegającym do wjazdu na podwórze rowie, o którym moja mama zawsze mawiała, że „kiedyś na pewno nie wyrobimy zakrętu i się w niego całą rodziną wpakujemy”, nie rozpakowywałam wraz z kuzynkami nadesłanych z Niemiec Zachodnich paczek żywnościowo-odzieżowych, a nawet – co od czasu śmierci dziadka i babci zdarzało się w snach coraz częściej – nie uciekałam na pobliską górkę Dębówkę przed rosnącą w siłę chorobą i coraz bardziej nieuniknionym nieszczęściem. Tak, to wiem na pewno – nie robiłam żadnej z tych rzeczy.

Nie robiłam, bo w odróżnieniu od wszystkich poprzednich snów związanych z Miasteczkiem – tym razem nie byłam dzieckiem. Więcej nawet – wiedziałam od początku, że w tej mrocznej narracji znajduję się tylko po to, by po raz pierwszy wykazać własną dorosłość przez zajmowanie się innymi dziećmi. To chyba ta nagła konieczność bycia odpowiedzialną, tak inna od dotychczasowej beztroski, wprowadziła nastrój grozy, zanim jeszcze pojawiły się bergamotki.

Kacper i Honorata – dzieci, którymi miałam się opiekować – nie pojawiły się we śnie ani przez chwilę. Chociaż… Zaraz, zaraz… Chyba jednak się pojawiły, w momencie konsolacyjnej puenty, ale tego dobrze nie pamiętam, o tym więc albo wcale, albo – domyślnie – potem. W każdym razie na początku ich realnie nie było, istniały jedynie w moim nawoływaniu, które stawało się tym bardziej natarczywe, im bardziej uparta była odpowiadająca mu cisza. Powierzonych mojej uwadze kuzynów nie było ani w domu, ani w kryjówce pod schodami, dobrze mi znanej, bo wszystkie dzieciaki z rodziny chowały się w niej z równą chęcią, ani na strychu, ani w pustej stajni, dzisiaj zamienionej na garaż dla starych, nieczynnych samochodów taty, ani nawet w piwnicy, odwiedzanej z rzadka, bo wchodu do niej strzegły straszliwe, budzące respekt dzieciarni już samą nazwą „beboki”.

Maluchów nie było nigdzie. W odruchu paniki zaszłam w końcu na brzeg rowu, tam, gdzie głębokość była największa i gdzie przewieszona nad wodą kładka zręcznie maskowała fakt, iż lada chwila rozleci się ze starości. W duchu odklepywałam na poły zapomnianą modlitwę do Anioła Stróża od Dziurawych Kładek, żeby uratował Kacpra i Honoratę, tak jak rutynowo ocalał dwójkę innych gzubów na dewocyjnym bohomazie nad łóżkiem babci. Odetchnęłam, bo nad rowem, a raczej – jak podpowiadała wyobraźnia – w rowie nie było ich także.

Właśnie wtedy tuż za mną przesunęła się cienista plama. Zbyt duża jak na cień jedenastoletniej dziewczynki i sześcioletniego chłopca, na Anioła Stróża zaś nieco za mała. To ona? Wiedziałam, że tak, nie musiałam się nawet odwracać. Nie domyślałam się tylko, a było to uczucie typowe dla wszystkich snów skondensowanych wokół mary Romy, czy tym razem pojawia się jako osoba żywa, czy raczej umarła. To zresztą było nieistotne, najważniejszy wydawał się wyrzut zarysowany bezradnymi gestami cienia. „Dlaczego – gestykulowała wychudłymi od raka rękami – dlaczego ich nie dopilnowałaś?”

۞

W internetowej encyklopedii czytam:

Bergamoty – to grupa odmian gruszy; owoce jesienne, kuliste, spłaszczone, o miąższu smacznym, rozpływającym się.

Odsyłacze naprowadzają mnie jeszcze na inny, choć także owocowy trop:

Bergamota, pomarańcza bergamota, Citrus aurantium subsp. bergamia – podgatunek pomarańczy gorzkiej, drzewo cytrusowe, uprawiane głównie na europejskim wybrzeżu śródziemnomorskim; ze skórki niewielkich, żółtych owoców – cenny aromatyczny olejek bergamotowy.

Klik, klik i do mojego kompendium wiedzy dodaję kolejną informację:

Bergamotowy olejek – olejek eteryczny otrzymywany ze skórki owocu bergamoty; ma świeży zapach, właściwości antyseptyczne i poprawiające nastrój; stosowany do produkcji perfum, kosmetyków (częsty składnik wód kolońskich), do aromatyzowania herbaty, w aromaterapii.

Z poszukiwań bardziej zaawansowanych wynika ponadto, że nie należy mylić bergamoty (gruszki tudzież pomarańczy) z bergamotką. Ta ostatnia to bylina ozdobna, zwana bergamotką pospolicie, ze względu na zapach podobny do tego, który uzyskuje się ze skórek pomarańczy. Jej oficjalna nazwa to pysznogłówka szkarłatna (dwoista, Monarda didyma), ponadto zaś określa się ją jako melisę amerykańską, indiański pióropusz czy pszczeli balsam.

Jedno znaczące, kilka znaczonych, język nie nomenklatura. Wyszukiwarka jak zwykle zadziwiła mnie zdolnościami zbiorów rozmytych, ale nie odpowiedziała na najważniejsze pytanie: dlaczego we śnie tak się wystraszyłam bergamotek? („Dlaczego, dlaczego ich nie dopilnowałaś? Nie wiesz, że po Miasteczku grasują bergamotki?!”)

۞

„Zrezygnuj z olejku bergamotowego, jeśli jesteś w ciąży, nie smaruj też nim małych dzieci” – wpada mi w oko ważna uwaga, gdy komputer zamyka ostatnie okno, a mara Romy znika. Ciąża, małe dzieci? Czy orientuję się we śnie, co się ze mną dzieje na jawie? Nie pamiętam. W tym momencie wiem jedynie, że muszę je ratować. Ratować, tylko kogo? Dzieci zmarłej ciotki? Czy raczej Ono, nieznane jeszcze ani z płci, ani z imienia, wszeptywane w lękliwe zaklęcia jako Koszmaria lub Bojanek?

Nie ma czasu na domniemania. Stoję nad tym rowem, ciężarna albo nie, i słyszę szelest. Szelest i tupot. Jeśli kroki świnek skrzyżowanych z kwiatami można nazwać tupotem. Bo oto podbiegają do mnie te ufne prosiątka, o pogłaskanie proszą, łaszą się jak kociaki, kulają jak motki, gromadką bez matki, a błoto im zlepia chryzantemowe płatki. Więc jednak najpierw było słowo – myślę – dopiero potem pokraczne ciałka. W tej chwili wcale nie boję się zwierzątek o minach (i kryzach) angielskich królowych, zapominam o ostrzeżeniu, chciałabym przywołać dzieci, żeby mogły pobawić się ze świnkami. Ale! Ale! Śmiech zamiera, słyszę gruchoczące nawoływanie maciory. „W ciąży z bergamotki zrezygnuj, małych dzieci też nią nie smaruj”.

۞

W wykładzie XI zamieszczonym we Wstępie do psychoanalizy Sigmund Freud czyni rozróżnienie między pracą marzenia sennego a pracą tłumaczącą. Pierwsze z tych zatrudnień polega na zamianie ukrytej – czyli istotnej, prawdziwej, autentycznej – treści psychicznej na to, co się we śnie bezpośrednio ujawnia w formie symboli, obrazów czy zdarzeń. Odwrotny kierunek przyjmuje praca tłumacząca, która ma na celu wydobycie ukrytej myśli spod wierzchniej warstwy treści jawnej. Tłumaczenie, czyli interpretacja, dąży do usunięcia pracy marzenia sennego. Freudowska waloryzacja jest bardzo wyraźna: marzenie senne to chorobliwe zniekształcenie, które ma zostać zniesione – uzdrowione – w wyniku zbawiennego działania psychoanalizy.

Żeby jednak uleczyć, lekarz musi najpierw poznać mechanizm schorzenia. Dlatego wykład XI w całości jest poświęcony czterem dziełom pracy marzenia sennego: zgęszczeniu, przesunięciu, przeistoczeniu myśli w obraz oraz opracowaniu wtórnemu.

۞

Zgęszczenie rządzi się zasadą przekształcenia anamorficznego. Przy czym nie chodzi mi o mechanizm, który można zaobserwować na przykład w obrazie Ambasadorowie Holbeina, gdzie zniekształcona czaszka anamorficzna staje się rozpoznawalna w momencie, gdy stajemy w odpowiednim miejscu przed obrazem. Tym razem mam na myśli typ obrazowania znany z wieloaspektowych dzieł Salvadora Dalego, których anamorficzność polega na nałożeniu na siebie kilku – pozornie nieprzystawalnych – przedstawień.

Konieczna we śnie kondensacja wynika z prostego rachunku: ukryte marzenie jest zawsze obszerniejsze od jawnego obrazu, w który się przekształca. Sen przypomina dość bałaganiarskie streszczenie, a także rodzaj filtru, przez który przedostają się tylko niektóre, zwykle przypadkowe, okruchy rzeczywistych pragnień. Dodatkowo okruchy te zostają ze sobą dowolnie przemieszane, a następnie zlepione w hybrydyczną całość. Freud posługuje się tu metaforą klatki filmu fotograficznego, na której nałożyło się kilka zdjęć. Przykładem obrazu powstającego w wyniku dokonanego zgęszczenia może być według ojca psychoanalizy mitologiczny centaur, który jest skrzyżowaniem człowieka i konia.

To sfera symboliki. Pozostaje jednak jeszcze dziedzina znacznie dla mnie ciekawsza – mianowicie język. Sen działa w tym wypadku jak dowcip lub przejęzyczenie – wyszukuje wieloznaczne słowo, aby zlepić ze sobą różnorodne myśli i poddać je poetyckiemu mechanizmowi stopienia oraz kombinacji.

(Mówię: „mechanizmowi poetyckiemu”, wiecie już bowiem, jak i ja to wiem, że w całym wywodzie wcale nie o dowcip, nie o przejęzyczenie i nawet nie o sen tak naprawdę mi chodzi).

۞

– Centaury? – myślę z przedwczesnym triumfem. – Bergamotki, pół świnie, pół kwiaty, skondensowały się jak centaury!

Po chwili jednak orientuję się, że rozwiązanie nie jest takie proste. Kondensacja kondensacją, a przecież bez odpowiedzi pozostają co najmniej dwa pytania. Po pierwsze – dlaczego kwieciste świnie, skoro już musiało dojść do takiego skrzyżowania, noszą nazwę bergamotek, chociaż nie mają nic wspólnego ani z gruszkami, ani z pomarańczami (a tylko te dwa desygnaty nazwy znałam do czasu snu)? Po drugie – jeżeli nawet jakimś cudem spotkałam się wcześniej z użyciem słowa „bergamotka” w odniesieniu do pysznogłówki szkarłatnej (czego moja pyszna główka nie zapamiętała), to dlaczego kwiatami wyrastającymi z hybrydycznych stworów były nie bergamotki, lecz – mało do nich podobne – chryzantemy? Po trzecie wreszcie – bo trzeba sobie zadać i to pytanie – dlaczego do miczurinowsko-onirycznej krzyżówki posłużyły nie konie, nie łosie, nie wilki (ani żadne z tylu gatunków zwierząt), ale właśnie świnie?

Główkuję, lecz na myśl nie przychodzi mi nic poza prostackimi uniwersalizmami ze słowników symboli. Nic, co byłoby tłumaczeniem prywatnym, jednostkowym, tylko moim. Że chryzantemy to kwiaty śmierci – cóż nowego? Że świnie kojarzy się z nieczystością, pospolitością, niskością – też mi odkrycie! I nawet fakt, że jednym ze znaczeń maciory jest matczyna zaborczość, i jeszcze to, że praca marzenia sennego doprowadziła do zgęszczenia symboli antytetycznych (kwiatów konotujących ascezę umierania oraz zwierząt unurzanych w rozpasanym życiu), a wreszcie choćby i to, że akurat jestem w ciąży, a wokół tylko śmierć – to wszystko nie mówi mi jeszcze niczego o mnie samej.

۞

(I nawet wierszyki takie jak ten, ani tamtejsze hybrydy zwierzęce, ani nazwa, co istnieje, choć przecież kraju nie ma – niczego, niczego, niczego…)

Na wyspach Bergamutach
Podobno jest kot w butach,

Widziano także osła,
Którego mrówka niosła,

Jest kura samograjka
Znosząca złote jajka,

Na dębach rosną jabłka
W gronostajowych czapkach,

Jest i wieloryb stary,
Co nosi okulary,

Uczone są łososie
W pomidorowym sosie

I tresowane szczury
Na szczycie szklanej góry,

Jest słoń z trąbami dwiema
I tylko… wysp tych nie ma.

 

۞

Drugim wyróżnionym przez Freuda dziełem marzenia sennego jest przesunięcie. Ten element wydaje się bliższy metaforze niż metonimii. Treść jawna nie włącza już w siebie żadnego składnika treści ukrytej, jak było w przypadku zgęszczenia (gdzie rządziła zasada pars pro toto), ale przenosi uwagę śniącego na wyobrażenie obce, pozornie niezwiązane z tym, co jest istotną prawdą nieuświadomionego pragnienia. Według Freuda wchodzi tu w grę mechanizm aluzji, jednak ja myślę, że słowo „przesunięcie” konotuje dodatkowo inny trop poetycki – właśnie metaforę. Szczególna to metafora, nazywana przez specjalistów metaforą in absentia, a polegająca na ukryciu tematu głównego oraz całkowitym zastąpieniu go przez będący bazą przeniesienia temat poboczny (dla odmiany w metaforach in praesentia zostają ukazane oba elementy porównania). Autor Wstępu do psychoanalizy dookreśla ów zabieg oniryczno-poetycki zdaniem bliskim optyce: „Akcent psychiczny przechodzi z ważnego składnika na inny, nieważny, tak że marzenie senne wydaje się inaczej zogniskowane i dziwaczne”.

Aluzyjność, dziwaczność, a do tego odmienne zogniskowanie wyobrażenia – to wszystko znowu (znowu!) przywodzi mi na myśl anamorfozę. Tym razem chodzi o anamorfozę najbardziej typową, którą nazwałam holbeinowską, polegającą na przesunięciu oka z miejsca niewłaściwego na właściwe, z miejsca, w którym widzimy niezrozumiały, acz fascynujący, metaforyczny kształt (treść jawną marzenia sennego), na miejsce, w którym znika tajemnica, odkrywa się niepojęte (treść ukryta marzenia), absencja staje się prezencją, a metafora zmienia się w nagą prawdę trupiego czerepu.

۞

Teoria teorią, lecz z praktyką przesunięcia Freud nie bardzo sobie poradził. Dość powiedzieć, że w wykładzie XI nie przytoczył ani jednego przykładu tego sennego działania. Przyznał za to z rozczarowaniem, że tłumaczenie aluzji zwykle przypomina spalony dowcip albo wymuszoną, naciąganą interpretację.

Ten smutek psychoanalityka jest mi bardzo bliski. Wydaje się nieodłączny od wszystkich sytuacji hermeneutycznych, które są poddane logice przesunięcia odbiorcy od miejsca niewłaściwego, które nie daje wiedzy, ale zaprasza, wciąga i osacza, do punktu właściwego spojrzenia, które najpierw zdumiewa, potem przeraża, a na końcu – rozczarowuje pełnią poznania.

Praca tłumacząca w tym momencie wywodu Freuda zaczyna przypominać jego inne pojęcie – pracę żałoby. Interpretacja psychoanalityczna ma być zniesieniem treści jawnej na rzecz treści ukrytej, podobnie jak dobrze przepracowana żałoba prowadzi do zniesienia – czyli niejako drugiego uśmiercenia – obiektu już raz przez podmiot utraconego, w zamian za co zapewnia żałobnikowi psychiczną równowagę.

Do kolekcji terminów freudowskich brakuje jeszcze jednego – melancholii. Tak, właśnie jej, bo we fragmencie poświęconym przesunięciu Freud traci swą doktrynerską pewność i okazuje się typowym melancholikiem. Melancholikiem, który wierzy w tłumaczenie, ale nie potrafi dokonać zniesienia, który zna drogę do pospolitej prawdy, ale woli kontemplować nieodgadnione symbole, który światu odkrywa jego sens ukryty, lecz sam nigdy nie odnajdzie straty.

۞

– A ja? – myślę, przesuwając się po raz kolejny od punktu A do punktu B przed Holbeinowskim obrazem. Które z odkształceń jest tylko aluzją, a które – właściwym sensem śnienia? Bergamotowa gruszka rozciągnięta w symbol maciczny? Czy zrywane z chryzantem płatki, skracające drogę od serca do kobierca, od porodu do grobu, od raczkowania do raczka, od infantylności metafor do realności inferna? Gdzie się kończy praca żałoby, a zaczyna praca śniącego w języku marzenia?

۞

Marzenie śni w języku, ale objawia się w wizualizacjach. Sprzyja temu trzeci, najciekawszy z wymienionych przez Freuda mechanizmów onirii – przeistoczenie myśli w obrazy. Praca snu dąży do przywrócenia pierwotnego stanu języka, to znaczy do zamienienia pisma literowego w pismo obrazkowe, a także ukonkretnienia, urzeczowienia i zdeleksykalizowania tego, co w mowie abstrakcyjne, wyświechtane, utarte – czyli po prostu martwe. Freud zachęca słuchaczy i czytelników swego wykładu do próby przełożenia jego tekstu na obrazki – to ma im dać namiastkę wiedzy o trzecim dziele pracy tłumaczącej. „I cieszyć się będziecie – obiecuje – jeśli zdołacie przedstawić »posiadanie« jakiegoś przedmiotu przez rzeczywiste, cielesne siedzenie na nim”.

Śmieszy mnie trochę ta obiecanka Freuda, bo przypomina absurdalne pomysły pewnego językoznawcy ze Swiftowskiego Lagado, który postulował całkowite zastąpienie słów przedmiotami, do jakich się odnoszą. Śmieszy, lecz i rozczula ta chęć powrotu do momentu, gdy praprzedmiot równał się prasłowu. Czytam więc dalej o archaicznej zasadzie, która przeciwieństwa kazała oddawać za pomocą tego samego znaku. Czytam i jeszcze raz próbuję otworzyć szyfrem słowo-walizkę z napisem „bergamotka”. Ten językowy tobołek, na którym – lub raczej: w którym – ja, Epifania z Maligno, siedzę tak rzeczywiście, że aż cieleśnie.

۞

– Szyfr do snu – drążę i drążę – musi jednak tkwić w mojej (prowadzonej już chyba od dziesięciu lat) „sylwie panicznej i epifanicznej”. Zaglądam więc znowu do właściwego brulionu. Jeśli klucz nie tkwi w słowie, to może odnajdę go w obrazie? Sama w to nie wierzę, ale – zaufawszy Freudowi – wertuję kartki. Wklejona na drugiej stronie okładki Magdalena z czaszką Georges’a de La Toura, kadłubki lalek przypominające dzieła Bellmera, wycięte z kobiecej prasy rysunki pokazujące wewnętrzne pogruchotanie rodziny (zaczytywałam się tym wtedy na umór, bo poważniejsze dzieła okazywały się niekompatybilne ze skokami hormonów), prostackie przedstawienie Wojaczkowej „kiełbasy – matki jadalnej”, parę innych, mniej ważnych grafik czy fotek. I wreszcie… jest, znajduję!!! Strona ze stanowiącym odpowiedź obrazkiem poprzedza kartkę z bergamotkową notatką, tak jak akt wklejenia go do zeszytu musiał bezpośrednio poprzedzać sen i jego zapisanie. Czuję się jak ktoś, kto po raz pierwszy w życiu odkrył czaszkę w anamorfozie. Już wiem, skąd wzięłam chryzantemę i kryzę, dziecko i świnię, matkę i… bergamotkę.

۞

Rzeźba Bombowniczka Anny Baumgart – bo właśnie to przedstawienie odnajduję we właściwym miejscu pamięci i kajetu – została pokazana na wystawie „Dzień Matki” na przełomie stycznia i lutego 2005 roku. Ja z kolei zobaczyłam ją w innym kontekście, podczas prezentacji „Polka. Medium, cień, wyobrażenie” w maju 2005 roku, ale zupełnie wyrzuciłam z pamięci, bo już niedługi czas potem, podczas wklejania obrazka, gotowa byłam przysiąc, że Bombowniczkę widzę po raz pierwszy w życiu. Sam zresztą obrazek w brulionie także musiałam zagrzebać w podświadomości. Przecież gdyby zaistniał we mnie świadomie, jawnie i wyraźnie, nie byłoby snu o bergamotkach, a jeśli nawet by był, to o ileż łatwiej i szybciej dokonałabym jego interpretacji!

Gdy patrzę teraz na pracę Anny Baumgart, przeistoczenie ukrytej myśli w jawny obraz wydaje mi się tak jasne, że aż prostackie. Bombowniczka, która już u podstaw stanowiła byt hybrydyczny (autorka uczyniła ją bowiem pół świnią, pół kobietą), a dodatkowo uległa przekształceniu wskutek sennego zgęszczenia i przesunięcia, stała się symboliczną matką moich bergamotek. To po niej odziedziczyły świński ryj, który artystka przyczepiła brzemiennej bombowniczce po to, by – jak przyznaje w jednym z wywiadów – zaprotestować przeciw sprowadzaniu kobiety w odmiennym stanie do roli nieczystej, spasionej, naturalistycznej maciory. Wymalowana na biało naga postać o naturalnych rozmiarach, dumnie wyprężona, ściskająca nienawistnie pięść i prezentująca swój wielki brzuch z nietypową dla ciężarnych buńczucznością, prócz świńskiej maski oraz wtopionych w ciało kozaków została wyposażona w jeden tylko element – czerwoną spódniczkę. Właściwie spódniczka to za mało powiedziane – zgrzebny spłachetek przyszłej Matki Polki (tę potencjalną rolę podkreśla symbolika barw) więcej odkrywa, niż zakrywa, co sprawia, że sytuacja nabiera cech typowo ginekologicznych. Nie po to jednak wspominam ową minispódniczkę, żeby jakkolwiek chwalić pomysł artystki, ale dlatego, że o gustach marzeń sennych się nie dyskutuje, a sny właśnie na owym elemencie zatrzymały swoją uwagę.

Zatrzymały, owszem, lecz w typowy dla siebie – odkształcający – sposób. Nie wiem dlaczego, ale moja kapryśna wobec Bombowniczki pamięć kilkakrotnie podmieniała bijącą w oczy (i stereotypy) ginekologiczną kieckę koloru purpury na zwiewną spódniczkę baletową, zrobioną z różowego tiulu czy kremowego muślinu. Freud nazwałby pewnie taką podmianę wyparciem, Anna Baumgart zaś oskarżyłaby mnie o bezkrytyczne przyswojenie patriarchalnych schematów. A ja cóż? Spodobała mi się, widać, wizja ciężarnej bombowniczki w baletowej paczce. Zachowała się w czułej pamięci tak, jak widziana trochę później Maria Peszek, która w spektaklu Miastomania, przepasawszy się – obejmującą ją w talii zaledwie do połowy – sukienką tutu, wcieliła się w rolę niezgrabnej willidy, by odtańcować żałość zdradzonej kochanki w stylu bliższym tuptaniu Kubusia Puchatka niż popisowym krokom balerin.

Ta omyłkowo zapamiętana część garderoby to zagubiony element mojej układanki. Konieczny był ów lapsus podświadomości, aby w marzeniu sennym doszło do skrzyżowania maciory z kwiatem. Teraz bowiem staje się jasne, że chryzantemy, które obrastały ciało świnek i układały się w sztywne kryzy okalające ich karki, zostały stworzone na obraz i podobieństwo baletowych paczek. Skojarzenie przebiegało zresztą dwutorowo: nie tylko w sferze wizualnej, lecz także brzmieniowej. Wygląd tutu (w wersji klasycznej: krótka, usztywniona spódniczka odstająca od bioder baletnicy na kształt dzwonka) przypomina przecież zarówno rozłożone płatki chryzantemy, jak i wykrochmaloną plisowaną kryzę. Dodatkowo kryza z chryzantemą łączą się ze sobą w języku, wiedzione podobnym dźwiękiem i nieodpartą pokusą fałszywej etymologii.

۞

Fikcje nudzą. Ale co pozostaje?
Zapach jaśminów o świcie w pokoju?
Nawet nagie fakty tworzą fabułę
której koniec znaczy kropka niepogody.

Język jest snem, z którego budzisz się
w języku. A może odwrotnie?
Może sen to język, z którego budzi się
prosto w sen? […]

(J. Gutorow, „Powieść”)

۞

– Dlaczego, dlaczego ich nie dopilnowałaś? Nie wiesz, że po Miasteczku grasują bergamotki?! – zarzut w głosie zmarłej był tak nieznośny, że wyrzucił mnie na granicę przebudzenia. Balansowałam na niej chwilę, jednak jawa przegrała. Szkatułka onirycznej narracji zamknęła się i zaraz otworzyła, ale w nieco innej przegródce.

Teraz, zamiast krążyć nad rowem, siedziałam w pokoju dziadka. Powrócił znany schemat – członkowie mojej rodziny dyskutowali, gromadząc się wokół stołu i legowiska obłożnie chorej babci. Jako dzieciak nie znosiłam tego wioskowego rytuału, w którym wszyscy, jedząc, gapią się przez okno i komentują przechodzące osoby oraz ich rodziny: ta zaciążyła, ten pije, tamtej teściowa zmarła, ten umrze, ta ciężko chora, tamta już dawno umarła. Między wspomnieniami a snem rysowała się jednak wyraźna różnica. Świat odwrócił się jak anamorficzna czaszka i pomieszał miejsca na zbiorowym portrecie. To nie żywi, jak dawniej, przepracowywali przy kolejnych daniach żałobę, mnożąc w mrocznych wyliczankach liczbę nieszczęśników, którzy zdążyli pożegnać się ze światem przed nimi. Tym razem wokół mediumicznego stolika wesoło zasiedli umarli. A nas, żyjących, wystawiono na pastwę tej biesiadnej, zadusznej narracji.

۞

Gniazda etymologiczne, rodziny językowe, drzewka słowotwórczych pokrewieństw, warstwy derywacyjne, rozszczepienia źródłosłowów… Wyrazy pierwobytne, do których jako etymolog muszę zdążać wbrew postępowym nurtom mowy, skrywają się w pokuśliwych uroczyskach, osaczają na manowcach, zawodzą na trudne rozstaje. Gdyby wszystkie one – poszukiwane, wytęsknione – były gniazdownikami! Nic z tego. Nie chcą dać się odnaleźć w bezpiecznych matecznikach. Ledwo wyklują się te zagniazdowniki z pramatki-macimowy, a już ich w gnieździe nie znajdziesz, już gdzie indziej rozwijają skrzydełka, dziobami sygnują pisklęcą samodzielność, szukaj ich więc jak wiatru w polu, językowy ornitologu! U celu drogi źródła nie odnajdziesz. Wypuściłeś się w zgubną pielgrzymkę do Obłędowic. Szał błędnych wywodów słownych stoi nad kolebką narodu.

 (A. Brückner, Zagniazdowniki, czyli zmącone źródła mowy, fragment zapisków widmowych)

۞

– Blumentalowa chyba niedługo pociągnie… – upierał się wujek Paech, zapamiętany przeze mnie jako ten, który przepowiedział datę swojej śmierci z dokładnością co do dnia, a może nawet godziny. Nie gorszy od niego był zresztą dziadek (jak zwykle teraz milczący), który straciwszy jedynego kompana, zapowiedział, że za rok jego też już nie będzie – i rzeczywiście go nie było.

Nie wiem czemu, ale przestałam się bać siedzących wokół mnie zmarłych. Anamorfoza snu zadziałała tak, jak kulminacyjny punkt w filmie Inni, kiedy to Nicole Kidman wreszcie orientuje się (a wraz z nią orientuje się odbiorca), że duchy, których się przez cały czas obawiała, to w rzeczywistości osoby żywe, ona sama zaś – należy do świata umarłych. Przelała się czara strachu, czerep przestał przerażać. Tren, snuty od tak długiego czasu pracą żałoby, dawno już przeszedł fazę laudatio, kiedy to nadmiernymi pochwałami próbowałam zadośćuczynić bliskim, których zawczasu nie doceniłam, przetkał się przez łkającą fazę comploratio – i teraz najwyraźniej zmierzał do puenty, do upragnionej konsolacji.

۞

„Blumentalowa i Blumental, mam dla nich kwiatki i wielki żal” – odśpiewałam nagle absurdalną pioseneczkę. A potem powtórzyłam ją jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. To było silniejsze ode mnie, wytrenowane niezliczonymi wizytami, kiedy jako dziecko zabawiałam się przedrzeźnianiem wyliczanek, w których dorośli wróżyli jednemu chorobę, drugiemu grzech, trzeciemu śmierć. Najbardziej nienawidziłam chwil, w których – aby coś przede mną ukryć – dziadkowie, wujowie i ciotki zaczynali mówić po niemiecku. I właśnie z niemczyzną walczyłam wtedy (a może do dzisiaj walczę, wypierając z siebie wszystko, co niemieckie) najbardziej zaciekle. Neologizm za nekrologizm, za szwabski sekret – słowiański kopniak. A masz, jedna z drugim, a masz!

۞

Blume – kwiat; przen. durch die ~ sagen – mówić ogródkami.
Blumen – kwiatowy; ~garten – ogródek kwiatowy.
Tal – dołek, dolina.
Baum – drzewo.
Garten – ogród.
Berg – góra; einen ~ besteigen [er-klettern] – wchodzić [wspinać się] na górę; über den ~ sein – najgorsze mieć za sobą.
Bergen – ratować, ocalać.
Motte – mól.
Motto – motto.
Mutter – matka.

۞

 

– Ukryliśmy się w drzewnym ogrodzie – usłyszałam w sieni głosy zagubionych dzieci. Tych, które miałam ratować, od świńskich grasowników ocalać. – Kacper zrywał gruszki klapsy, a ja na rabatkach sadziłam honoratki.

Dziewczynka mówiła ogródkami, z dziwnym metaforycznym zaśpiewem, ale wiedziałam, że najgorsze mamy za sobą. Zabrałam niesforną dwójkę do pokoju, który okazał się pusty. Nie było tam ani żywych, ani zmarłych, tylko nad zaścielonym łóżkiem babci unosił się wyrazisty zapach naftaliny. Sen był, a jakby go nie było. I nagle…

– Wiesz, weszliśmy na górę. A potem spadliśmy w dół. W ten dziwny ogród pełen drzew i kwiatów. Tam spotkaliśmy mamę. I usłyszeliśmy wystrzały. To były armaty na dziki. Jak bomby. I właśnie in der Baumgarten… dopadły nas bergamotki.

۞

W zasadzie nie należy usiłować części jawnego marzenia sennego tłumaczyć na podstawie innej części, tak jak gdyby marzenie senne było pomyślane planowo i przedstawione pragmatycznie. Przeciwnie, można je raczej porównać z brescjańskimi głazami, które składają się z przeróżnych odłamków kamieni, spojonych ze sobą za pomocą kitu, i to w ten sposób, że linie, które podczas tego powstają, nie oddają pierwotnych zarysów kamieni. W rzeczywistości istnieje część pracy marzeń sennych, tak zwane opracowanie wtórne, którego zadaniem jest zestawienie jakiejś całości z najbliższych sobie wyników pracy marzenia sennego. Materiał zostaje przy tym nieraz ułożony według zupełnie błędnie pojętego sensu i gdzie zachodzi potrzeba, tam zostają dodane rozmaite wstawki.

(S. Freud)

۞

Tak zastał mnie kres snu. Tak otworzył się wiersz. Mogłabym go za Freudem nazwać opracowaniem wtórnym, mogłabym i konsolacją. Otworzyłam oczy dokładnie w momencie, kiedy mara Romy, tym razem już na pewno stojąca na właściwym miejscu, próbowała położyć mi na powiekach dwie złote monety. Nie udało się jej, choć opłaciła ów gest wielką wybaczającą czułością. Nie udało się, ale kto wie, co zdążyła złożyć mi na języku?

۞

Tak skończyła się praca marzenia sennego. Tak zaczęło swą pracę marzenie słowne.

Dopijam herbatę z nutą bergamotki. Opatulam się w sweter z babcinego motka. Opatruję mottem.

Zamykam bruliony, otwieram oczy.

Zamykam interpretację, otwieram wiersz.

Zapadam się w sens.

۞

na marę romy

gdy słońce raka zagrzewa
z uroczysk się schodzą na gody
głodne gady a gzuby na zguby
wywodzi nać bergamotek
w gruszach macior głuchnie gruchanie
z matek-motków idą jak z płatka
prosiątka w kryzach chryzantem
żyć zachciewa się pannom uroczym
płacz rozpulchnia honoratkom rabatki

ale! ale! pomazańcy marzanki
skruszeni w krucht obwarzankach
nieprzepasione ubożęta zbożne
powiązane bylicy wiankiem
na nic zdadzą się wasze szeptuchy
i płonny puchowy gościniec
gdy drzema po sznureczku
zapuści was w kocią kolebkę
a puszczyk w infantylnym inferno
wykracze kołysankę

kararak! kararak! was zawołam
słomiana kikimora
zagram wam na pomorcie
zawiodę na trudne rozstaje
ościeniem bujność z kwiatów
do szpiku powysysam przez słomkę
w końcu krokiem co się rakiem nie cofa
mroczny wyrok wykrzeszę z proroków
a willidy zanim zdążą spiec raczka
po kres nadwyrężeń wytańczę

(„kararak”)


Prenatal w powidoku (kolekta)

(niech

będą wysłuchane milczki wasze
ciała które obosiecznie rozdziewacie z głodów)

 

 

Posłańcy przychodzący w przedświcie nie mają prostego zadania. Mówiono, że to będzie rozgrywka przyjemna i prosta jak szachy. A przecież achromatycznym nowinom umyka ziemska czerń, ludzka biel. Jak mają rozpoznać kolor, który Ją różni od Niego, skoro w ich skali cielesnej nie mieści się żadna płeć? Liche krzykliwe pionki opanowały uniki. Znają najlepsze pozycje. Gwałtowne ruchy skoczków kładą zwiastunnych pokotem. Słaniają się między polami. A przecież znają zaklęcie. Które nadejdzie o brzasku. Które prześwietli ich łaską. Które wypełni brzemieniem znaki.

Teraz już mogą odpocząć. Wycieńczeni i jaśni. Dokładnie jak tamci.

(2005, prenatal w powidoku: Epifanes)

Oglądamy w kinie Pręgi. Pierwsza – znacznie lepsza – część filmu jest pokrewna Gnojowi Wojciecha Kuczoka, druga – mocno pretensjonalna – to projekcja błędów wychowawczych ojca na dorosłego już syna. Rażące dziedziczności mnożą się na ekranie wprost proporcjonalnie do uchybień scenariuszowych, reżyserskich i aktorskich produkcji Kuczok & Piekorz & Żebrowski. Egzaltacja głównego bohatera sięga zenitu w scenie recytowania wiersza ukochanej. Tekst jest słaby (Kuczok-prozaik niestety nie dotrzymał obietnicy, że poetyzować więcej nie będzie), w kontekście sceny wypada jak reklamówka kawy Tchibo, a sam wygłaszający go Żebrowski wzbija się na te wyżyny patosu, gdzie kochanką mężczyzny bywa już tylko Poezja (to autentyczne autookreślenie gwiazdora).

Film – odwrotnie niż książkę – ratuje puenta. On i ona w publicznej toalecie: mają do rozwiązania najbanalniejszą łamigłówkę. Ona znika w kabinie, on patrzy w lustro, ona wychodzi, „nie mogę tego zrobić sama”, on przełyka ślinę, jej już nie ma, na lustrze osiada para, nie, para musiała być wcześniej, bo jest tu już przecież imię „WOJCIECH”, więc cofam projektor pamięci, ona znika w kabinie, on patrzy w lustro, na lustrze osiada para, on przełyka ślinę, ona wciąż w kabinie, on pisze palcem na lustrze swoje imię, i teraz dopiero ona wychodzi, „ty zobacz, ja nie mogę”, już jej nie ma, on patrzy w lustro, przełyka ślinę, cofa się, przełyka ślinę, sprawdza. Na lustrze, po dwóch ruchach palca, zaczyna brzemiennieć znak. „WOJCIECH” zamienia się w „OJCIEC”.

Najgłębsze rozdzielenie bohaterów następuje w punkcie, który ich najmocniej łączy. Z kina wychodzą objęci, ale osobni. Milczenie-zawieszenie, typowe po obejrzeniu kolejnej porcji ruchomych obrazków, tym razem nie daje się przerwać. Łatwo wymierzyć krytykę, trudniej wyplątać się z pęt puenty. Puenta bowiem – jak wyjaśniają sobie długo potem, ale przeczuwają już teraz – znaczy dla niego i dla niej zupełnie co innego. Jak w prostackich trikach optycznych: jeśli widzisz królika, nie dostrzeżesz kaczki.

„…raczej dobrze. To rodzaj akceptacji. Masz imię, o które walczyłeś przez lata, a że w nim widzisz siebie nowego, to…”
„…raczej źle. W imieniu kryje się ten, z którym całe życie starałeś się walczyć…”

(prenatal w powidoku: Epifania)

Zostawiłaby cię chętnie, jak tamta, w łazience, z zabawnymi wskaźniczkami, najprostszymi, najtańszymi, bo i tak nie na sto procent, przecież cenisz sobie skrzętne rachunki, a tu się okazuje, że bywa nieobliczalna, to się schowało nie w nazwisku, tym waszym, ale w imieniu, tym jej, jak nierychliwy, ale sprawiedliwy płomień, zwodliwy blask księżyca zwiastujący pełnię, jeszcze nie wie, prosi, żeby nie w pracy, zadzwoni, jak wróci, teraz czas na twoje akordy czekanikowej grosenki, których rytm dla niej wybrzmiewał już od dawna, w cyklicznych, ale nierównych odstępach sonat księżycowych, więc i ta przedłużająca się aria na strunie g nie powinna jej niepokoić, a tym bardziej ciebie, ale masz rację, powinniście to sprawdzić, w domu, nie tutaj, ona woli bardziej uroczyście, już teraz przecież przeczuwa, że te nieczułe wskaźniki to tylko początek ciągu upokorzeń, więc chce to odroczyć, tak jak zawsze cytatem odraczała autobiografię, ironią czułość, a słowem ciało, chociaż wie już na pewno, że ten wyrok wyręczy wszelkie próby odroczeń, może dlatego jeszcze przez moment szuka dla niego metafory, nieważne: pomrocznej, proroczej czy raczej uroczej, znajdzie ją za dwa dni, ale dzisiaj jeszcze tego nie wie, jest 29 czerwca 2005, a przed nią, bladą linią niebiańskiej kreseczki, rysuje się nagi fakt, tak.

I wtedy, odczekawszy na właściwy moment, wlałem ostatni odczynnik, widząc, obserwując bardzo wyraźnie kształtujący się krzyżyk. Krzyż. Plus. Puls.

(R. Kobierski, Harar)

(prenatal w powidoku: Steiner)

Odkrywanie źródeł. Plątanie się w gmatwaninie strumyków, żeby wyłowić inicjalny punkt. Tęsknota za przejrzystym miejscem, z którego wybija puls. Przez lata, które upłynęły od zwiastowania humanistyce nowiny dekonstrukcji, wpisywano w nas przekonanie, że wszelkich ruchów wiodących ku źródłom należy się wystrzegać, a w najgorszym razie – bardzo wstydzić. Wyrazem dobrego tonu w tym okresie była literacko-filozoficzna negacja różnorakich mateczników czy raczej ojczyzn języka. Jeśli zaś nawet teksty dekonstrukcyjne sięgały do tematu pierwotności, to ukazywały zupełnie nową wizję Genesis: oto z raju został wygnany sam raj. W odróżnieniu jednak od biblijnych pierwszych rodziców nie zawstydził się on swej utraty. Ten ponowoczesny Eden nie tylko nie przysłonił figowym listkiem haniebnego znaku banicji, lecz wręcz przeciwnie – chichocząc jak pijany Noe, zaczął swą nagą prawdę eksponować.

Znak utraty, zarówno w wykładni kanonicznej, jak i apokryficznej czy blasfemicznej, stał się uwarunkowaniem genetycznym, chociaż przybierał różne formy. Krótko po pierwszych rodzicach grzeszne znamię wywalczył sobie – zabijając brata – Kain. Inny śmiałek – zmagający się z aniołem Jakub – zapłacił za swe żądanie błogosławieństwa wywichniętym stawem biodrowym. Przykłady biblijnych bohaterów można by mnożyć, a także rozciągać je na świat osób niezapisanych w Księdze. Tradycja chrześcijańska dolicza przecież do całego ciągu genetycznych naznaczeń grzech pierworodny, którym od chwili poczęcia skalani są wszyscy śmiertelnicy, dopóki nie zanurzy się ich w oczyszczającym źródle chrztu.

Doktryna dekonstrukcji postąpi, rzecz jasna, zupełnie odwrotnie – w rzekomej haniebności znamion ujrzy ich chwalebność. Ze znaków zostanie zdjęte brzemię odsyłania do utraconej rzeczywistości. Raj wygnany z raju tak dalece zagubi się w sobie, że już wyłącznie po ziemskiej stronie znaczącego będzie szukał historii swego niebiańskiego signifié. Nagość wygnańców zacznie znaczyć już tylko nagość (radosną, rozpasaną, autoerotyczną), a nie, jak dawniej, karę za grzech pierworodny. Także samego grzechu nie będzie trzeba zmywać w sakramentalnym rytuale – siłą napędową tej zmąconej wyrazistości stanie się oderwanie od źródła, a nie tchórzliwy powrót do jego wód.

Odwrócona Genesis dekonstrukcjonistów to główny temat podejmowany w Gramatykach tworzenia George’a Steinera. Filozof czyni kolejny krok w niepokornym dążeniu ku „rzeczywistym obecnościom” (a droga to szczególnie trudna w świecie „po wieży Babel”, w którym wciąż pogłębia się „zerwany kontakt” znaczących i znaczonych, rzeczy i słów). W próbie znalezienia alternatywy dla projektu dekonstrukcji Steiner cofa się ku praźródłom, jednak czyni to bez potępianej przez Derridę logocentrycznej naiwności. Jego gramatyka tworzenia nie skupia się wyłącznie na rajskim Ur języka (co spychałoby go w krąg dobrotliwych russoistów), ale z drugiej strony – nie wyrzeka się pytań o początek, zwłaszcza w imię tak wywyższanej przez gramatologię „schyłkowości bez ojców”. Steinera interesuje dwudziestowieczna świadomość, która ujrzała upadek wszystkich możliwych utopii. Mesjanizmy, pojęte jako socjologiczne czy językowe wycieczki w stronę utraconego raju, zostały przez przymus historii wpisane w inny porządek syntaksy. Dotąd rządziły nimi czas przyszły i nadzieja dopełnienia, dzisiaj stanowią żałosne znaki niedokonania, pozostawione daleko poza horyzontem teraźniejszości. W tej sytuacji, twierdzi Steiner, człowiekowi pozostaje rozważanie zupełnie nowego zjawiska: „minionych przyszłości”.

W skorygowanej Genesis pojawia się w ten sposób trzeci, ostatni akt. Wygnaniec nie jest już zastrachanym niewolnikiem raju, który przez swój grzech utracił, jak to było w kanonicznej wersji Księgi, a także we wszystkich utopiach bliskich wizji Rousseau. Ludzka figurka unika jednak także nietzscheańsko-derridiańskiego losu „raju wygnanego z raju”. Bohater nie musi zatem kontemplować ani sztucznego śmiechu, którym jego ponowoczesny krewniak zakrywał pustkę po wykastrowanej tęsknocie, ani też mechanicznego pląsu, którym tamten rytualnie zmywał grzeszność każdego spojrzenia wstecz. Steinerowska gramatyka tworzenia umieszcza marnotrawnego banitę na powrót w mateczniku, ale naznacza go tragiczną świadomością tego, co w ziemskiej wędrówce mógł zyskać, a co jednak – nie wiadomo dlaczego – utracił.

To brzemienne „nie wiadomo dlaczego” jest blizną odróżniającą bohatera trzeciego aktu Genesis od jego pobratymców. Zrujnowana utopia przestaje być prywatnym problemem grzesznika, który wyłącznie sam siebie wini za jej klęskę (jak w pierwszym przypadku), ale nie jest też wsteczniackim mitem, tak po prostu zdeptanym butami heterotopicznych dekonstrukcjonistów. „Nie wiadomo dlaczego” wyrzuca utopię poza obręb gry w opozycje. Stanowi błąd tak mały, że niedostrzegalny, a jednak brzemienny w skutki (jak „niezależne zmienne” dla wrażliwych na pierwotne przekształcenia systemów w teorii chaosu). Jest wreszcie tym nieprzewidywalnym czynnikiem, który uniemożliwia wszelką gramatykę (ta bowiem to nic innego, jak skończony zbiór kodyfikujących zasad), nawet jeśli miałaby być nią – oparta właśnie na owym „nie wiadomo dlaczego” – gramatyka tworzenia.

On budzi się i próbuje wrócić do źródła. W ciemności słucha, jak wybija obok, a przecież wie, że zostało podzielone i że już nigdy nie będzie po prostu nią. Przyzwyczajony do mroku odkrywa znak wygnania. W mniej sennej, dziennej chwili strzegłaby go bardziej zazdrośnie. Teraz jej dłonie, wzorem średniowiecznych Ew, spoczywają nieco wyżej. Strzegą. Otulają. Nie dopuszczą. Przesunięte źródło. Podzielone przez połączenie. Arytmetyka wrażliwych systemów. Trzepot motylich skrzydeł na jednej półkuli, tornado na drugiej. Jedna stała, dwie niezależne zmienne. Ona budzi się, on zasypia. Nie wiadomo dlaczego.

(wygnacie moich posłańców
każę wam słuchać umarłych)

Nie będziesz go miała, zabieramy je, ja i babcia, tak, ona żyje, ale ty nie, raz, dwa, trzy, baba w babę patrzy, a z gry w matrioszki wypadasz ty, mało podobna córa wyrodna, i żadnych genów spisanych w gestach, musisz oddać też imię, czym je chciałaś wykarmić, słowa są jałowe, a w tobie, Epifanio, tylko smutek i śmierć.

Nikt nam go nie odebrał, ale tam nie wchodź, nie można go jeszcze zobaczyć, to nie ono kwili, to skrobie jakieś ditko domowe, zazłe myszkuje, z włosów gniazdko wije, a taki zwiastun ponoć znaczy obłęd, naprawdę musisz tam wchodzić, jeszcze poczekaj, jak się te myszy teraz zlecą do mnie, to i ono urodzi się z myszką, masz rację, głupie zamawianie, więc wejdź, leży tam, na chusteczce, Tomcio Paluch, maleńki jak glista, co ma znaczyć ta mara nieludzka?

Miałam taki koszmarny sen:

(29.06.2005, gonadotropina kosmówkowa)

Przywrócony rajowi wygnaniec odbywa w nim coś na miarę czyśćcowej, a może nawet piekielnej kary. Patrzy z perspektywy niemal Adamowej na wszystko, co czynił po upuszczeniu raju, jednak – w odróżnieniu od pierwszego rodzica – w każdym z tych konkretnych zdarzeń dostrzega nieskończoną liczbę potencjalnych sobowtórów, cieni, przedrzeźniaczy. Dana mu została perspektywa upragniona przez bohaterów Borgesa – widzi nie tylko „rzeczywistą obecność”, ale też wszystkie jej możliwe warianty. Ta metafora to oczywiście namiastka spojrzenia Boga, dla którego historia ludzkości nie jest dwuwymiarową strzałką, lecz raczej złożeniem nieskończenie wielu wykluczających się wymiarów. W rzeczywistości ta gigantyczna anamorfoza pozostaje dla ludzkiego umysłu niedostępna. Na szczęście zresztą, bo inaczej ten lichy skrawek myślącego mięsa rozpękłby się od nadmiaru znaczeń w ułamku sekundy.

Dla ujęcia Steinerowskiego wizja człowieka w piekle potencjalności stanowi element kluczowy. Sama wariantywność jest charakterystyczna dla wszystkich projektów gramaturgicznych (nazwę je tak, żeby uniknąć zarówno określenia „gramatyczny”, jak i „gramatologiczny”, a także z uwagi na „demiurgiczność” ukrytą w tym neologizmie). Warto tu wymienić choćby strukturalizm i generatywizm, które najbardziej wpłynęły na humanistykę drugiej połowy zeszłego stulecia.

Steinerowska gramaturgia różni się jednak od nich już w punkcie wyjścia. O ile tamte zostały stworzone jako idealny model generowania kolejnych struktur, o tyle ta ostatnia skupia się właśnie na błędach systemu, na nieprzewidywalnościach, które rujnują utopie, na tym, co się zawsze modelom wymyka, choć „nie wiadomo dlaczego”. Piekło potencjalności strukturalisty czy generatywisty polega na uświadomieniu sobie (już tam, w drugim raju, z którego nie ma powrotu), że jakaś struktura nie pasowała do wzoru i dlatego się on nie sprawdził. A przecież – myśli sobie zawiedziony gramaturg – gdyby dano mi jeszcze jedną szansę, mógłbym to naprawić i osiągnąć sukces! Z całej trójki tylko gramaturg Steinera nie łudzi się niewczesnym gdybaniem, tylko on nie szuka bonusowych szans. Nie szuka, bo niemal boleśnie odczuwa, jak wiele ich stracił. Wcale nie ze swojej winy, ani przez błędy systemu, nawet nie przez nieczułość Boga. Po prostu: „nie wiadomo dlaczego”.

Szczególnym wcieleniem gramaturga i głównym bohaterem Steinerowskich wykładów staje się artysta. Filozof pyta, dlaczego właściwie poeta, muzyk albo malarz uzurpuje sobie miano nowego Adama czy boskiego Demiurga, a także – jaki wpływ ma ta perspektywa na konkretne dzieło. Gramatyki tworzenia odzierają artystyczne lepienie świata z romantycznej pozłotki. Podważają nawet autorską sygnaturę wieńczącą utwór. Steinera mniej interesuje gotowa rzeźba, bardziej – kształty tworzone przez glinę, którą odrzucono. Ciekawszy zdaje mu się notatnik pełen szkiców do obrazu niż oprawiony w ramy portret. W muzyce nie zajmują go dźwięki, ale ustępująca im pola cisza. Także w wierszu nie widzi wiersza, lecz gmatwaninę linijek, które skreślono, by mógł ocaleć jeden tylko tekst. Tworzenie – rozpaczliwa bezradność; sygnowanie – płacz dziecka w ciemności; dzieło – pole bitwy usiane trupem. („W sercu formy mieszka smutek, ślad utraty”).

Doskonałe zawsze pyta o historię swego powstania. Nie da się nic ukryć, nic skłamać. Wyczuje każdy fałsz i wahanie. Geneza jest w nie wpisana. Przesyca każdy żywy skrawek.

Przestrasza gdybaniem. Krzykliwie obecne, a poznało śmierć. Igra bez troski z każdą wersją siebie. Choć odganiamy zmory, bajamy: tylko ono jest.

Stratygraficzne „dlaczego” nigdy go nie nudzi. Choć my zasypiamy znużeni. We śnie więc straszy nas stratą. Grozi: nie będzie mnie.

 

(prenatal w powidoku: Frazer)

Przykład magii sympatycznej przytaczany w Złotej gałęzi Frazera. Pierwiastka (kobieta, która dotąd nie rodziła), by nie ujrzeć nienarodzonych maleństw zstępujących przed nią do grobu, zabija konika polnego, owija go w całunową szmatkę i opłakuje rozpaczliwie, „jak Rachel”. W drugim akcie rytualnego zamawiania pierworódka chwyta jeszcze kilka pasikoników, a potem, zanosząc się płaczem, obrywa im nóżki i skrzydełka. Kładzie skatowane owady obok umarłego i każe im, jak wynajętym płaczkom, lamentować nad zmarłym. Na koniec kopie dołek imitujący grób swego dziecka, składa w nim ciało konika i zasypuje je wraz z dogorywającą kompanią polną. Po tak spełnionym pogrzebie ciężarna dziewczyna ociera łzy, zaczesuje rozczochrane włosy i strząsa z siebie ziemiste ślady żałoby. Odtąd ona sypia spokojnie, on nie musi zmyślać pocieszeń, ono wciąż rośnie.

(prenatal w powidoku: lingwiści)

 

Myślenie Steinera, nakierowane na grozę i piękno tego, co za Leibnizem nazwał „wielką tajemnicą możliwego zaistnienia”, okazuje się zadziwiająco bliskie słowiarskim rejonom poezji. Czym innym bowiem jest postulowane przez filozofa stratygraficzne poznawanie dzieła, jeśli nie – praktykowanym przez lingwizujących poetów – prenatalnym badaniem mateczników języka? Lingwiści (poczynając np. od Chlebnikowa, przez Leśmiana czy Przybosia, po Karpowicza, Białoszewskiego oraz Miłobędzką) skupiają się nie tyle na akcie zwieńczenia skończonego tekstu, ile na sferze, która pozostaje przed/poza nim. Dokładniej mówiąc, interesuje ich tajemnicze „przedzero” mowy, ciemna otchłań panowania Matek, gdzie rozgrywają się chtoniczne bitwy o ostateczne zwycięstwo aktualnego nad potencjalnym. W efekcie, by zacytować Steinera:

Stworzone dzieło niesie w sobie mniej lub bardziej jawną deklarację, że mogło nie zaistnieć lub też zaistnieć zupełnie inaczej. Ukształtowany byt zawiera w sobie przypomnienie nieustannie obecnej możliwości niestworzenia („nienarodzenia”).

Być może poetykę lingwistyczną należałoby przemyśleć w tym kontekście na nowo? Zobaczyć w składających się na nią figurach już nie ciemne dziwactwa czy ornamentacyjne koncepty, ale bolesne ślady utraty zamieszkałe w sercu formy? Może warto pojąć słowiarstwo jako świadome eksponowanie niedokonanych stanów mowy w „rzeczywistej obecności” konkretnego wiersza? W ujęciu tym poeci-lingwiści zaczęliby przypominać już nie przeuczonych zadufków schowanych w bezpiecznym więzieniu języka, lecz raczej bezradnych wygnańców przywróconych rajowi. Ich pieśni zaś wtedy dopiero odzyskałyby w naszej lekturze „zerwany kontakt” między słowem a światem. Stałyby się lamentem „minionej przyszłości”, chwalebnym trenem zszytym z pohańbionych skrawków języka, którym nie było dane zaistnieć. Jak bowiem pisze Steiner:

To właśnie obecność oraz stała możliwość niebycia nadaje twórczości charakter cudownego „daru” i bolesnej prawdziwości.

 

(prenatal w powidoku: Chlebnikow)

Konik polny, ukatrupiony przez brzemienną dziewczynę Frazera, wyskakuje jak Filip z konopi z wczesnego wiersza Wielemira Chlebnikowa:

Крылышкуя золотописьмом
Тончайших жил,
Кузнечик в кузов пуза уложил
Прибрежных много трав и вер.
„Пинь, пинь, пинь!” — тарарахнул зинзивер.
О, лебедиво!
О, озари!

(„Кузнечик”)

W przekładzie filologicznym:

Konik polny

Skrzydełkując złotym pismem najdelikatniejszych żył
Konik polny w pudło brzucha ułożył
Przybrzeżnych wiele traw i wierzeń.
„Piń, piń, piń!” – tararachnął zinziwier.
O łabędziwo!
O, rozjaśnij!

Dla Romana Jakobsona, wielkiego poszukiwacza istoty języka, tekst ten stał się przykładem poetyckiej przemiany potencjalnego w aktualne. W szkicu „Podświadome modelowanie werbalne w poezji” badacz analizuje autotematyczne zapiski poety dotyczące „Konika polnego”. Jest ich kilka, pochodzą z różnych lat i stanowią stratygraficzne docieranie do źródła własnego aktu twórczego. Chlebnikow przyznaje, że u pierwocin tekstu neologizmy łączyły się w zgodne stadła w sposób najradykalniej zaumny. Głoski nabrzmiewały brzmieniem, litery wylewały na papier – „nie wiadomo dlaczego”. Z biegiem czasu jednak poeta zaczął dostrzegać w swym utworze zupełnie nowe znaczeniowe warstwy. Autoanaliza Chlebnikowa ukazuje wiele nienarodzonych wariantów „Konika polnego”, a także drogę, jaką musiał przejść język pozarozumowy, by ostało się tylko jedno tekstowe królestwo, a w nim – tylko jeden pasikoń.

Czy jednak na pewno z chtonicznej walki słownych bóstw ocalało tylko to? Wręcz przeciwnie! Wspólna interpretacja dwóch rosyjskich utopistów ukazuje, jak z pierwotnej materii werbalnej wyłaniają się ciekawe, wieloaspektowe fantazmaty, niestety – trudno przekładalne na polszczyznę. Już pierwszy, pozornie niewinny neologizm kryłyszkuja skrył w sobie uszkuja, czyli statek piracki. Również tytułowy pasikonik przestaje przypominać ukatrupione przez pierworódkę zwierzątko, zwłaszcza jeśli dostrzeże się fonetyczne i morfologiczne podobieństwo słów kuznieczik (pasikonik) i uszkujnik (pirat). Zielony owad Chlebnikowa powinien się po polsku nazywać raczej kuźnikiem polnym (tu ważne skojarzenie z rosyjskim kowalem – kuzniec), pasiknownikiem lub knujnikiem polnym (od słowa kozni – knowania) czy ponikiem kolnym. Ostatnia z moich słownych lepianek jest chyba najbliższa odkryciu poety, który dopiero po latach pojął, że jego utwór opowiada historię konia trojańskiego i że to właśnie on – zdradziecki kolec ukryty w pluszowym ciele konika pony – jest prawdziwym bohaterem Kuznieczika.

Ukrycie słowa w słowie to dla Chlebnikowa radość tak wielka, jak dla dziecka odkrywanie matrioszki w matrioszce. Zabawę maskotkami ze skrawków języka nazywa „mową dwuwypukłą”, a same anamorficzne nieńki określa jako „słowa dwulicowe”. Poeta zaprasza do skończonego dzieła wszystkie jego możliwe, niedokończone wersje, szkice najbardziej nawet poronione, nieśmiałe skojarzenia, którym mniej wrażliwi twórcy kazaliby pozostać za progiem. Dlatego tak wiele tutaj zgiełkliwych tararachnięć, naśladujących „trach” uderzenia i „tarara” przyśpiewki (być może nuconej przez zasmuconą Arachne?). Dlatego tak różne mają twarze Zinziwierowie – barbarzyńscy najeźdźcy, przybywający w koniu trojańskim z dalekiego Zanzibaru, czy może raczej godni wiar (wier), ucztujący wśród traw potomkowie Zeusa, przynoszący w swym rosyjskim imieniu leczniczy ślaz? Dlatego wreszcie żaden łabędzi śpiew nie jest śpiewem rzeczywiście ostatnim, lecz z siłą krzesiwa-lebiediwa zapala kolejne iskry zaumnego Miłabędzistanu. Nie wiadomo dlaczego? Wierszu – zwiastunie „małego wejścia boga ognia” – „rozjaśnij!”.

Nie sztuka dostrzec, że pora słownego brzmienia jest porą godową języka, jest dla słów miesiącem zalotów, podczas gdy pora słów wezbranych rozumem, kiedy uwijają się pszczoły czytelnika, jest porą jesiennej obfitości, porą rodziny i dzieci.

(W. Chlebnikow, „O poezji współczesnej”)

 

 

Wiosna fonetyki, jesień semantyki, w zaklinaniach-bajaniach nadchodzi wiesień, pora na pograbki, lament polnych koników, zaumne parasomnie, zanim pęknie pudełko brzucha, zanim krzykiem roztrąbi swe nadejście Dada: Fiat!

O AUTORZE

Joanna Mueller

Urodzona w 1979 roku w Pile. Poetka, eseistka, redaktorka, wielodzietna mama. Wydała cztery tomy poetyckie: Somnambóle fantomowe (Kraków 2003), Zagniazdowniki/Gniazdowniki (Kraków 2007, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia), Wylinki (Wrocław 2010) i intima thule (Wrocław 2015, nominacje do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy i do Silesiusa) oraz dwie książki eseistyczne: Stratygrafie (Wrocław 2010, nagroda Warszawska Premiera Literacka) i Powlekać rosnące (Wrocław 2013). Redaktorka książek: Solistki. Antologia poezji kobiet (1989–2009) (Warszawa 2009, razem z Marią Cyranowicz i Justyną Radczyńską) oraz Warkoczami. Antologia nowej poezji (Warszawa 2016, wraz z Beatą Gulą i Sylwią Głuszak). Tłumaczona m.in. na języki: czeski, serbski, rosyjski, ukraiński, niderlandzki, angielski, niemiecki (Mystische musthaves, Berlin 2016). Mieszka w Warszawie, gdzie m.in. współprowadzi seminarium o literaturze kobiet Wspólny Pokój.

powiązania

Hista & her sista

utwory / zapowiedzi książek Joanna Mueller

Fragment zapowiadający książkę Joanny Mueller Hista & her sista, która ukaże się w Biurze Literackim 3 maja 2021 roku.

WIĘCEJ

Łemkowski palimpsest, odwrotność wymazania

recenzje / ESEJE Joanna Mueller

Recenzja Joanny Mueller, towarzysząca wydaniu książki Katarzyny Szwedy Bosorka, która ukazała się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

WIĘCEJ

Santarém, Samotność przestrzeni oraz Nie gódź się

nagrania / Stacja Literatura Andrzej Sosnowski Elizabeth Bishop Emily Dickinson Filip Łobodziński Joanna Mueller Juliusz Pielichowski Patti Smith Tadeusz Sławek

Spotkanie wokół książek Santarém Elizabeth Bishop, Samotność przestrzeni Emily Dickinson i Nie gódź się Patti Smith z udziałem Tadeusza Sławka, Filipa Łobodzińskiego, Joanny Mueller oraz Juliusza Pielichowskiego w ramach festiwalu Stacja Literatura 24.

WIĘCEJ

Poetyckie książki trzydziestolecia

nagrania / Stacja Literatura Anna Kałuża Jakub Skurtys Joanna Mueller Joanna Orska Karol Maliszewski

Spotkanie z udziałem Anny Kałuży, Karola Maliszewskiego, Joanny Mueller, Joanny Orskiej oraz Jakuba Skurtysa w ramach festiwalu Stacja Literatura 24.

WIĘCEJ

Waruj

nagrania / Stacja Literatura Anna Adamowicz Dawid Mateusz Joanna Łańcucka Joanna Mueller

Spotkanie wokół książki “Waruj Joanny Mueller i Joanny Łańcuckiej z udziałem Joanny Mueller, Joanny Łańcuckiej, Anny Adamowicz oraz Dawida Mateusza w ramach festiwalu Stacja Literatura 22.

WIĘCEJ

Zerwane ze smyczy

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Łańcucka Joanna Mueller Sylwia Głuszak

Rozmowa Sylwii Głuszak z Joanną Łańcucką i Joanną Mueller, towarzysząca wydaniu książki Waruj Joanny Łańcuckiej i Joanny Mueller, wydanej w Biurze Literackim 16 września 2019 roku.

WIĘCEJ

Czysty układ

wywiady / O PISANIU Joanna Mueller Roman Honet

Rozmowa Romana Honeta z Joanną Mueller, opublikowana w cyklu prezentacji najciekawszych archiwalnych tekstów z dwudziestopięciolecia festiwalu Stacja Literatura.

WIĘCEJ

Straż graniczna w Morzu Własnym

recenzje / KOMENTARZE Joanna Łańcucka Joanna Mueller

Autorskie komentarze Joanny Łańcuckiej i Joanny Mueller, towarzyszące wydaniu książki Waruj, która ukazała się w Biurze Literackim 16 września 2019 roku.

WIĘCEJ

Dziurka od Klucza jest mgławicą

wywiady / O KSIĄŻCE Bianka Rolando Joanna Mueller

Rozmowa Joanny Mueller z Bianką Rolando, towarzysząca wydaniu książki Stelle, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 11 marca 2019 roku.

WIĘCEJ

Kto za tym stoi

nagrania / Stacja Literatura Aleksandra Grzemska Aleksandra Olszewska Artur Burszta Dawid Mateusz Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Spotkanie z organizatorami festiwalu Stacja Literatura 23, w którym udział wzięli Damian Banasz, Artur Burszta, Mateusz Grzegorzewski, Aleksandra Grzemska, Polina Justowa, Dawid Mateusz, Mina, Joanna Mueller, Aleksandra Olszewska, Tomasz Piechnik, Juliusz Pielichowski, Magdalena Rigamonti i Maksymilian Rigamonti.

WIĘCEJ

Przekuwanie krzyku

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Rozmowa Joanny Mueller i Juliusza Pielichowskiego, towarzysząca wydaniu książki Santarém (wiersze i trzy małe prozy) Elizabeth Bishop w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 5 listopada 2018 roku.

WIĘCEJ

O tym, jak „zadziała się” wspólnota

wywiady / O PISANIU Aleksandra Grzemska Aleksandra Olszewska Artur Burszta Dawid Mateusz Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Dyskusja redakcji Biura Literackiego z udziałem: Aleksandry Grzemskiej, Dawida Mateusza, Joanny Mueller, Aleksandry Olszewskiej, Juliusza Pielichowskiego i Artura Burszty na temat festiwalu Stacja Literatura 23.

WIĘCEJ

Wiersz doraźny: Dzień gniewu

utwory / premiery w sieci Grzegorz Wróblewski Jakub Kornahuser Joanna Mueller Karol Maliszewski Przemysław Owczarek Zbigniew Machej

Pozakonkursowy zestaw „Wierszy doraźnych 2018” autorstwa Jakuba Kornhausera, Zbigniewa Macheja, Karola Maliszewskiego, Joanny Mueller, Przemysława Owczarka, Grzegorza Wróblewskiego.

WIĘCEJ

Tribute to John Ashbery

nagrania / Stacja Literatura Asja Bakić Bagio Guerra Bogusław Kierc Dawid Mateusz Joanna Mueller John Ashbery Kacper Bartczak Llŷr Gwyn Lewis Lynn Suh Marcin Sendecki Radosław Jurczak Roman Honet Ryan van Winkle Szymon Słomczyński Tomasz Bąk

Spotkanie autorskie “Tribute to John Ashbery” w ramach festiwalu Stacja Literatura 22.

WIĘCEJ

Ogród o rozwidlających się skojarzeniach, czyli jak nie rymuje Kosenda

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Impresja Joanny Mueller na temat zestawu wierszy Z analogowych remisji Lucjusza Blancjusza Patryka Kosendy, laureata 12. edycji „Połowu”.

WIĘCEJ

Wersy jak mansjony. O anarchitektonicznej poezji Macieja Konarskiego

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Impresja Joanny Mueller na temat zestawu wierszy Poza geometrią Macieja Konarskiego, laureata 12. edycji „Połowu”.

WIĘCEJ

Dzieci szybciej zrozumieją

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Maria Liczner

Rozmowa Marii Liczner z Joanną Mueller, towarzysząca premierze książki Piraci dobrej roboty, wydanej nakładem Biura Literackiego 23 października 2017 roku.

WIĘCEJ

Hmm, aha, pff, czyli o piraceniu pisania

recenzje / KOMENTARZE Joanna Mueller

Autorski komentarz Joanny Mueller w ramach cyklu „Historia jednego tekstu”, towarzyszący premierze książki Piraci dobrej roboty, wydanej nakładem Biura Literackiego 23 października 2017 roku.

WIĘCEJ

trofea i tropy, wnyki i wymyki

dzwieki / RECYTACJE Joanna Mueller

Wiersz z tomu intima thule, zarejestrowany podczas spotkania “Poeci na nowy wiek” na festiwalu Port Wrocław 2015.

WIĘCEJ

Nowe sytuacje w Trybie żeńskim: Joanna Mueller

nagrania / Z Fortu do Portu Joanna Mueller

Zapis spotkania autorskiego “Nowe sytuacje w Trybie żeńskim” z Joanną Mueller w ramach 19. festiwalu literackiego Port Wrocław 2014.

WIĘCEJ

Nakręć wiersz z Połowu

nagrania / Z Fortu do Portu Artur Burszta Joanna Mueller

Zapis spotkania autorskiego z laureatami konkursu “Nakręć wiersz” w ramach 20. edycji festiwalu Port Literacki 2015.

WIĘCEJ

Szczodrość dla mniej oszukanych

wywiady / O KSIĄŻCE Jacek Dehnel Joanna Mueller

Rozmowa Joanny Mueller z Jackiem Dehnelem, towarzysząca premierze książki Zimowe królestwo, wydanej w Biurze Literackim 23 stycznia 2017 roku.

WIĘCEJ

Nigdy to “ydgin” pisane wspak

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Justyna Bargielska

Rozmowa Joanny Mueller z Justyną Bargielską, towarzysząca premierze książki Siedem przygód Rozalii Grozy, wydanej w Biurze Literackim 9 lutego 2017 roku.

WIĘCEJ

Brodząc w habitusie

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Szymon Żuchowski

Rozmowa Joanny Mueller z Szymonem Żuchowskim, towarzysząca premierze książki Tropizmy w przekładzie Szymona Żuchowskiego, wydanej w Biurze Literackim 1 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ

Maria przez Martę odzyskana

recenzje / ESEJE Joanna Mueller

Recenzja Joanny Mueller z książki Seans na dnie morza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w wyborze Marty Podgórnik.

WIĘCEJ

Niewymuszone gry z tożsamością

recenzje / ESEJE Joanna Mueller

Połów 2011. Fragment eseju Joanny Mueller Kuter do bazy! – o poezji Macieja Taranka.

WIĘCEJ

Trochę ziemia nieznana

wywiady / O KSIĄŻCE Jakub Głuszak Joanna Mueller

Rozmowa Joanny Mueller z Jakubem Głuszakiem, towarzysząca premierze książki 21 wierszy miłosnych, wydanej w Biurze Literackim 12 lipca 2016 roku.

WIĘCEJ

Poeci na nowy wiek

nagrania / Z Fortu do Portu Joanna Mueller Julia Szychowiak Justyna Bargielska

Zapis spotkania autorskiego “Poeci na nowy wiek” z Justyną Bargielską, Joanną Mueller i Julią Szychowiak w ramach 20. edycji festiwalu Port Literacki 2015.

WIĘCEJ

Blisko intymnego świata

wywiady / O PISANIU Joanna Mueller Karolina Sałdecka

Rozmowa Karoliny Sałdeckiej z Joanną Mueller.

WIĘCEJ

Poeci: Joanna Mueller

nagrania / Między wierszami Joanna Mueller

Dziewiąty odcinek programu literackiego „Poeci”, w którym Wojciech Bonowicz rozmawia z Joanną Mueller.

WIĘCEJ

Rozmowa o książce Sposoby na zaśnięcie

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Podczaszy Bohdan Zadura Filip Zawada Jerzy Jarniewicz Joanna Mueller Marianna Sztyma Tomasz Broda Zbigniew Machej

Dzieci zadają pytania autorom i autorkom książki Sposoby na zaśnięcie, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 13 lipca 2015 roku.

WIĘCEJ

Nie papier, nie nożyczki. O Nakarmić kamień Bronki Nowickiej

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Esej Joanny Mueller towarzyszący premierze książki Nakarmić kamień Bronki Nowickiej, która ukazała się 29 czerwca 2015 roku nakładem Biura Literackiego.

WIĘCEJ

Marsjańska gościnność

wywiady / O KSIĄŻCE Jerzy Jarniewicz Joanna Mueller

Rozmowa Joanny Mueller z Jerzym Jarniewiczem towarzysząca premierze książki Woda na Marsie, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 25 maja 2015 roku.

WIĘCEJ

Anarchistyczna szczepionka Podsiadły – testowana na dzieciach

recenzje / ESEJE Joanna Mueller

Szkic Joanny Mueller towarzyszący premierze książki Przedszkolny sen Marianki Jacka Podsiadły, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 20 kwietnia 2015 roku.

WIĘCEJ

Bohaterki rodzą się zmęczone

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Marta Podgórnik

Z Martą Podgórnik o książce Zawsze rozmawia Joanna Mueller.

WIĘCEJ

Komentarz do wiersza "dąsy, musy, winy"

recenzje / KOMENTARZE Joanna Mueller

Autorski komentarz Jonanny Mueller do wiersza „dąsy, musy, winy” z książki intima thule, która ukazała się 12 stycznia 2015 roku nakładem Biura Literackiego.

WIĘCEJ

"To jakby architektoniczna wersja matrioszek"

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Przemysław Rojek

Z Joanną Mueller o książce intima thule rozmawia Przemysław Rojek

WIĘCEJ

Andrzej Falkiewicz o książce ta chwila

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Falkiewicz Joanna Mueller

Wybór Joanny Mueller autokomentarzy Andrzeja Falkiewicza z książki ta chwila, która ukazała się nakładem Biura Literackiego w serii Proza 19 grudnia 2013 roku.

WIĘCEJ

Komentarz do szkicu Prenatal w powidoku (kolekta)

recenzje / KOMENTARZE Joanna Mueller

Autorski komentarz Joanny Mueller do szkicu „Prenatal w powidoku (kolekta)”.

WIĘCEJ

W miejscu otwierania się cielesności „rytm traumi refrenem” litanii

wywiady / O KSIĄŻCE Anita Jarzyna Joanna Mueller

Z Joanną Mueller o książce Powlekać rosnące rozmawia Anita Jarzyna.

WIĘCEJ

Liryzm lawirujący

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Esej Joanny Mueller towarzyszący premierze książki Nadjeżdża Szymona Słomczyńskiego.

WIĘCEJ

W trasie najczęściej beżowy

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Szymon Słomczyński

Z Szymonem Słomczyńskim o książce Nadjeżdża rozmawia Joanna Mueller.

WIĘCEJ

Całkiem nieźle kombinują. Jak Fisz, ale nie Stanley

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Esej Joanny Mueller towarzyszący premierze książki Warszafka płonie, która ukazała się 4 kwietnia 2013 roku nakładem Biura Literackiego.

WIĘCEJ

W rytmie obrotów podmiotów – o wierszach Szymona Słomczyńskiego

recenzje / NOTKI I OPINIE Joanna Mueller

Joanna Mueller, współredaktorka antologii Połów. Poetyckie debiuty 2012 o wierszach Szymona Słomczyńskiego.

WIĘCEJ

W klinczu konstrukcji i konstytucji – o "apokaliptycznych apokryfach" Seweryna Górczaka

recenzje / NOTKI I OPINIE Joanna Mueller

Joanna Mueller, współredaktorka antologii Połów. Poetyckie debiuty 2012 o wierszach Seweryna Górczaka.

WIĘCEJ

Otwarty proces o ubezwłasnowolnienie

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Esej Joanny Mueller opublikowany w 2012 roku na łamach „Wakatu”.

WIĘCEJ

Kuter do bazy!

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Joanna Mueller współredaktorka antologii Połów. Poetyckie debiuty 2011 o twórczości Katarzyny Kaczmarek, Macieja Taranka i Joanny Żabnickiej.

WIĘCEJ

Maria przez Martę odzyskana

recenzje / ESEJE Joanna Mueller

Recenzja Joanna Mueller z książki Seans na dnie morza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w wyborze Marty Podgórnik.

WIĘCEJ

Bardziej wykład niż wylew

wywiady / O KSIĄŻCE Jacek Dehnel Joanna Mueller

Z Jackiem Dehnelem o książce Rubryki strat i zysków rozmawia Joanna Mueller.

WIĘCEJ

Lunch z Benem i Dżej Lo

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Marta Podgórnik

Z Martą Podgórnik o książce Rezydencja surykatek rozmawia Joanna Mueller.

WIĘCEJ

Wiersz w drodze – krymu mir, cry & crime

recenzje / KOMENTARZE Joanna Mueller

Autorski komentarz Joanny Mueller do wiersza „krymu mir, cry & crime” z książki Wylinki, wydanej w Biurze Literackim 18 listopada 2010 roku.

WIĘCEJ

Co to dzisiaj znaczy być poetą?

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Esej Joanny Mueller towarzyszący premierze książki Stratygrafie.

WIĘCEJ

Nowe sytuacje w Trybie żeńskim: Joanna Mueller

nagrania / Z Fortu do Portu Joanna Mueller

Zapis spotkania autorskiego “Nowe sytuacje w Trybie żeńskim” z Joanną Mueller w ramach 19. festiwalu literackiego Port Wrocław 2014.

WIĘCEJ

Macierzyństwo i kobiecość

recenzje / ESEJE Paulina Małochleb

Recenzja Pauliny Małochleb z książki Powlekać rosnące (apokryfy prenatalne) Joanny Mueller, która ukazała się w 2014 roku w „Nowych Książkach”.

WIĘCEJ

Komentarz do szkicu Prenatal w powidoku (kolekta)

recenzje / KOMENTARZE Joanna Mueller

Autorski komentarz Joanny Mueller do szkicu „Prenatal w powidoku (kolekta)”.

WIĘCEJ

Pępkowe

recenzje / IMPRESJE Anita Jarzyna

Esej Anity Jarzyny towarzyszący premierze książki Powlekać rosnące Joanny Mueller.

WIĘCEJ

W miejscu otwierania się cielesności „rytm traumi refrenem” litanii

wywiady / O KSIĄŻCE Anita Jarzyna Joanna Mueller

Z Joanną Mueller o książce Powlekać rosnące rozmawia Anita Jarzyna.

WIĘCEJ

Otwarty proces o ubezwłasnowolnienie

recenzje / IMPRESJE Joanna Mueller

Esej Joanny Mueller opublikowany w 2012 roku na łamach „Wakatu”.

WIĘCEJ

Artystki, które robią książki

recenzje / ESEJE Anna Kałuża

Recenzja Anny Kałuży książki Waruj Joanny Łańcuckiej i Joanny Mueller, wydanej w Biurze Literackim 16 września 2019 roku.

WIĘCEJ

Blisko intymnego świata

wywiady / O PISANIU Joanna Mueller Karolina Sałdecka

Rozmowa Karoliny Sałdeckiej z Joanną Mueller.

WIĘCEJ

Dom, w którym straszy tak pięknie

recenzje / ESEJE Michał Tabaczyński

Recenzja Michała Tabaczyńskiego z książki Joanny Mueller intima thule, która ukazała się w czasopiśmie „Fabularie”.

WIĘCEJ

Intima thule: topografia intymności

recenzje / IMPRESJE Katarzyna Szopa

Esej Katarzyny Szopy towarzyszący premierze książki intuma thule Joanny Mueller, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 12 stycznia 2015 roku.

WIĘCEJ

Macierzyństwo i kobiecość

recenzje / ESEJE Paulina Małochleb

Recenzja Pauliny Małochleb z książki Powlekać rosnące (apokryfy prenatalne) Joanny Mueller, która ukazała się w 2014 roku w „Nowych Książkach”.

WIĘCEJ

Pępkowe

recenzje / IMPRESJE Anita Jarzyna

Esej Anity Jarzyny towarzyszący premierze książki Powlekać rosnące Joanny Mueller.

WIĘCEJ

Żywioły języka

recenzje / ESEJE Jarosław Borowiec

Recenzja Jarosława Borowca z książki Stratygrafie Joanny Mueller, która ukazała się w marcu 2011 roku na łamach “Nowych Książek”.

WIĘCEJ

Joanna Mueller: Wylinki

recenzje / ESEJE Anna Kałuża

Recenzja Anny Kałuży z książki Wylinki Joanny Mueller.

WIĘCEJ