Joanna Mueller: Twój tom zaczyna się od wiersza „zgęstnienie” i mam wrażenie, że jest to ważne dla Ciebie pojęcie, a nawet metoda twórcza. Krystyna Miłobędzka dzieliła wiersze na „przecinki” (w znaczeniu prześwitów leśnych, przesiek, nie znaków interpunkcyjnych) oraz „gęstwiny”. W Twoim tomie jest trochę tych, trochę tych, wchodzą ze sobą w świadomą grę, która odbywa się zarówno wewnątrz samych tekstów, jak i w ich wzajemnym układzie na stronach. Opowiesz trochę o tym, w jaki sposób balansujesz między schludnym minimalizmem a barokowym dociążeniem? Jak forma wiersza przelewa się od rozrzedzeń do zgęstnień?
Magdalena Grenda-Kurmanow: Och, pięknie zaczynamy i do tego z Krystyną Miłobędzką.
Pisanie rzeczywiście kojarzy mi się z kondensacją i też, co dla mnie ważne, z zatrzymaniem się. Tak samo czytanie wielu wierszy kojarzy mi się z zatrzymaniem i z kolei z pewnego rodzaju dekompresją albo hm… rozczesywaniem napisanej przez kogoś gęstwiny? Nie wiem, czy mogę mówić o metodzie w samym pisaniu, bo chyba z książki wynika, że jestem wielojęzyczna albo, mniej elegancko mówiąc, niekonsekwentna. Poruszanie się w różnych rejestrach jest jednak dla mnie czymś naturalnym, a możliwość pisania różnych form odpowiada mojej potrzebie wolności i bioróżnorodności. Mogę chyba powiedzieć, że ta różnorodność jest dla mnie bardziej realistyczna czy adekwatna dla tego, kim jestem i o czym piszę, niż gdybym starała się uspójnić, przynajmniej w przypadku tej pierwszej książki (kto wie, czy powstanie kolejna i jaka może być?). Myślę też, że ze względu na długą przerwę w pisaniu, której doświadczyłam w życiu, mam pewien dystans do tego, co robię, i nie czuję potrzeby narzucania sobie sztywnych reguł, co pewnie miałoby miejsce, gdybym debiutowała kiedyś-kiedyś, wcześniej.
Kiedyś pięknie mi napisałaś, że jestem z tych gęstwinowych. Przy tym materiale, który składa się na Dech, mogłam sobie pozwolić na przetykanie cięższych tekstów bardziej przesiekowymi, co odciążyło nieco lekturę bardziej rozgadanych próz (prózek? proziaczków?). Ostateczna forma i układ książki kształtowały się przez rok–półtora. Dało mi to czas na porcję odświeżającego dystansu i kolejne próby nadania całości równowagi. Parę rzeczy wyleciało, a teksty wędrowały i zmieniały kolejność kilka razy, aż osiadły.
Na moje oko te zgęstnienia biorą się z zachwytów nad językiem, które sobie czasem zanotuję, albo innych oczarowań, które sama sobie zwerbalizuję i jakoś przetworzę. Jest tyle pociągających sposobów wyrazu, że nie potrafię sobie odmówić poszukiwań w różnych kierunkach. Czasem jest więc obsesyjnie, a czasem medytacyjnie.
Od razu w pierwszym wierszu mamy też – prócz dwóch stanów skupienia – wyzywający obraz poetki, która nie dość, że zostaje nazwana „babą” i „śluzowcem w patoantologii znaków”, to jeszcze oddaje się czynności sikania na serce i zaprasza do deptania. Twoja książka pełna jest takich scenek-obscenek, nie boisz się grubych żartów i mocnego rąbnięcia. Jak doszłaś w swoim pisaniu do wytyczania właśnie takich ścieżek, których patronką mogłaby być boginka Baubo?
Ha, ha, to zaiste wspaniała patronka dla zgęstnienia! W tekstach, co nie zawsze jest oczywiste, odwołuję się najczęściej do konkretnych przeżyć i sytuacji, które stają się punktem wyjścia do opisania jakiegoś zjawiska czy wrażenia. Przywołana w tym wierszu/proziaku baba rzeczywiście mi się przydarzyła, patrzyłam na nią przez okno tramwaju przy Dworcu Centralnym. Było dokładnie tak, jak w tekście, i wzbudziło to ogólne wzburzenie i zniesmaczenie. Jednak to tłum bezwiednie zszedł pod ziemię, a nieokiełznana baba bez cienia żenady okazała reszcie derierę i (rymując) przekroczyła pewną barierę, wykluczając się ostatecznie z ogółu czystych i okrzesanych obywateli. Coś mi się wydaje, że pisząc, a tym bardziej ujawniając się na pewnym etapie życia jako osoby piszące, podejmujemy podobne ryzyko. Kiedyś na warsztatach Wspólnego Pokoju poruszyliśmy kwestię, że pisanie może być nieraz traktowane jak wstydliwa przypadłość. Z drugiej strony jest wyzwalające.
Jeśli zaś chodzi o wspaniałe organizmy, jakimi są śluzowce, to stanowią kwintesencję instynktu i znane są z umiejętności wytyczania autorskich ścieżek. To też dobry przykład zjawiska wymykającego się utrwalonym kategoriom, ponieważ wykazują cechy roślin, grzybów lub zwierząt, a jednocześnie nie są żadnym z nich.
Czy świat pragnie być doświadczany? Trudno powiedzieć, pewnie ma nas gdzieś, ale bawi mnie myśl o dopieszczaniu go naszą uwagą tam, gdzie do tej pory było jej niewiele. Wiersz wydaje się tutaj idealnym narzędziem. Czy to jest obscena? Nie myślałam tak o swoich tekstach! Ale szydery trochę się znajdzie. Może trochę dzikości. Czytelnik musi ocenić sam.
Wiersze jako akty dopieszczania świata swoją uwagą – to piękne stwierdzenie, zapisuję w kajecie! Ale chciałam Cię zapytać o coś, do czego już dwukrotnie nawiązałaś, a mianowicie o moment tej wstydliwej czynności, jaką jest wydanie debiutanckiej książki. Dech żyroskopu to późny debiut, sporo zresztą ostatnio takich tomów, także w Biurze Literackim. Wspomniałaś o tym, że miałaś długą przerwę w pisaniu, pamiętam zresztą, jak podczas naszej pracowni Połowu w 2025 roku większość grupy dzieliła się podobnym doświadczeniem. Jeśli to nie jest zbyt intymne pytanie – czy możesz opowiedzieć, z czego wynikała ta przerwa w pisaniu, czy to był jakiś wewnętrzny impuls „nie piszę, koniec z tym”, czy po prostu okoliczności życiowe? I co najważniejsze – jak to się stało, że jednak wróciłaś do wierszy?
Nie wiem, czy nie narażę się odpowiedzią. Przestałam pisać właściwie na kilkanaście lat po tym, jak nie mogłam się odnaleźć w systemie warsztatowo-debiutowym. Nie udało mi się wtedy uzyskać żadnej odpowiedzi na temat tego, co piszę i jak nad tym pracować, może po prostu nie miałam szczęścia albo wystarczającej śmiałości. Były to czasy wysyłek tradycyjną pocztą, może na którymś etapie coś zawiodło również w tym zakresie. Miałam wrażenie, że nawet jeśli wyślę znów swoją propozycję, zestaw, cokolwiek, to i tak decyzje dotyczące publikacji zostały już podjęte i nie mam szans; że jest jakiś specjalny sposób pisania, którego akurat nie uprawiam, i zawsze będę na liście oczekujących na dopuszczenie do społeczności autorów. Oczywiście można spekulować, czy pisałam wtedy znacznie gorzej. Cóż, aż tak drastycznej różnicy nie ma, jak sądzę. W każdym razie nie wstrzeliłam się wtedy i uwierzyłam, że nie umiem pisać. A potem zajęłam się życiem w innych obszarach.
Wspomnienie powrotu jest opisane w Dechu w wierszu „urodziny”, który zadedykowałam K., czyli Klaudynie Saczuk, którą po przerwie spotkałam na urodzinach pewnego (wtedy) trzylatka. Klaudyna, która była po warsztatach na festiwalu Biura Literackiego i wybierała się na kolejne, zaczęła opowiadać o pisaniu. Jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo ta rozmowa uruchomiła we mnie cały proces, dzięki któremu dziś tutaj rozmawiamy. Stało się dla mnie jasne, że pisanie – ale nie prac naukowych, artykułów i tekstów podporządkowanych racjonalnej strukturze, tekstów bez humoru oraz bez dotykania uczuć i emocji – jest czymś, czego mi przez te wszystkie lata bardzo brakowało. Mówiąc górnolotnie, ale zupełnie szczerze, poczułam, że nagle przypomniała mi się zagubiona część mnie, która wcześniej gdzieś poległa pod stertą innych spraw. Odnalazłam (jednak) swoją stratę, a potem już poszło.
Od tego spotkania w styczniu do terminu zgłoszeń na warsztaty został wtedy niecały miesiąc. Zgłosiłam się do pracowni przed debiutem (była wtedy taka możliwość) i trafiłam do grupy Bianki Rolando. Utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę próbować dalej, więc podjęłam kolejne działania. Między innymi zapisałam się na warsztaty Wspólnego Pokoju, po których zawiązaliśmy z częścią uczestników kolektyw poetycki wcierka, w którym bardzo się wspieramy w swoich działaniach twórczych. A potem zgłosiłam się do kolejnego naboru BL i trafiłam do Połowu. Nie zaprzestałam też różnych działań warsztatowych, które bardzo sobie cenię (tu szczególnie, oprócz Wspólnego Pokoju, pragnę pozdrowić Tomka Gromadkę).
Sama wywołałaś temat warsztatów, więc muszę zapytać… o SPA (śmiech). Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi, niewtajemniczonym wyjaśnię, że w trakcie zajęć w pracowni Połowu zastanawialiśmy się – wspólnie i każdy z osobna – nad tym, co jest stawką, stłuczką i startem książki poetyckiej (S), jej podmiotem, przedmiotem, problemem ℗, a także afektem, akcją, aktywizacją (A). Myślę, że przy pisaniu warto zadawać sobie te pytania i to kilka razy, bo odpowiedzi na każdym etapie powstawania książki są różne. Trochę pamiętam, co odpowiedziałaś wtedy, gdy Dech żyroskopu był wciąż bliżej startu niż mety, ale jestem ciekawa, jakie dzisiaj, chwilę przed wyjściem książki z drukarni, jest Twoje SPA. Napisałaś mi na czacie, że amplituda uczuć w tym momencie jest dosyć szeroka – opowiesz coś o tych afektach?
A ja już nie pamiętam (śmiech). Zaczęłam pisać, bo rozpoznałam w sobie taką potrzebę. Z jakiejś niewygody działania wyłącznie w ramach rutynowej codzienności. Trudno mi zdefiniować powód, dla którego chce się wyjść z siebie, żeby podzielić się słowem. Tak jak wspomniałam, wiąże się z tym pewne ryzyko, jeśli przejmujemy się tym, jaki inni mogą nas odbierać, ale mamy jednak potrzebę wykroczenia poza siebie. Może to jest ta stłuczka, to przekroczenie.
Moja książka, o czym wiesz doskonale (chyba bardziej niż ktokolwiek inny), przechodziła rozmaite przekształcenia i traktowałam ją jak żywy twór, który nie boi się śmiałych operacji, więc moim głównym założeniem był brak początkowych założeń na temat ostatecznej formy. Te klarowały się na bieżąco. Byłam zainteresowana procesem, co może przypominać Beckettowskie „Spróbować jeszcze raz. Spudłować jeszcze raz. Spudłować lepiej”. Jednocześnie, chciałam się przy tym dobrze bawić, więc przyglądałam się temu wszystkiemu z zainteresowaniem.
O tym, co napisałam, mówię jako o opowieści o relacjach, które sprawiają zarówno przyjemność, jak i ból, jest tam sporo straty. Podmioty są różne, więc w całej książce przewijają się różne opowieści. Podczas warsztatów mówiłam chyba o napięciu między poczuciem zjednoczenia i oddzielenia, to na pewno coś, co chciałam ująć w opisanych obrazach
Jeśli chodzi o afekty, to w książce jest ich cała gama. Tak mi się wydaje. Nie brakuje melancholii.
W kwestii samej materializacji debiutu, to amplituda odczuć jest szeroka, bo bardzo różnie podchodzę do tego, co robię. Zależnie od chwili jestem do książki nastawiona entuzjastycznie lub bardzo krytycznie. Jestem ciekawa, z jakim spotka się odbiorem. I może wtedy okrzepnę. A może nie? W końcu to ja. Na pewno mam w głowie pokrzepiające słowa Kuby Pszoniaka. Nie zacytuję tego dokładnie, ale sens był taki, że jeśli wątpimy w to, co piszemy, jeśli brak nam absolutnej pewności, to znaczy, że jesteśmy we właściwym miejscu. To było pocieszające i poczułam, że moja chwiejność jest usprawiedliwiona. Pamiętam też słowa – perłę – Karola Maliszewskiego. Kiedy wysyłałam mu dokładkę wierszy do Pocztówek – akurat wracałam z Bierezina – napisałam, że wracam z kwitkiem. Odpowiedział, że być może cała książka byłaby nie do wytrzymania. To był kapitalny komentarz i spodobała mi się ta myśl. Zaczęłam patrzeć na koncepcję książki z kolejnej perspektywy.
Książka nie do wytrzymania czy nie do powstrzymania? Momentami Twoje wiersze wpadają w prawdziwie hip-hopowy, niepowstrzymany flow, co jeszcze lepiej niż w cichej lekturze ujawnia się, gdy czytasz je na głos – do dziś pamiętam „efekt wow!” w trakcie pokazu finałowego warsztatów Wspólnego Pokoju w Galerii Ewy Opałki. Ta gęsta raperska nawijka, z neurotycznym rytmem, pełna gier brzmieniowych, nieunikająca rymów, refrenów, perseweracji, a zarazem wpisana w ramę prozy poetyckiej (niech będzie: proziaki, pychota!), choć jest to rama z wyrwami w postaci np. jednowyrazowych „osunięć” albo dosadnych tąpnięć (takie trochę trompe l’oeil?) – to wszystko robi niezły zamęt zarówno Twoim podmiotom i podmiotkom (trudno w tym gąszczu uchwytnym), jak i osobie czytającej. Jestem ciekawa, jak wpadłaś na tę formę, kiedy poczułaś, że jest Twoja?
Ojej, dziękuję! Myślę, że elementy nawijki to naturalny wpływ wychowania przez Paktofonikę i Kaliber 44 (śmiech). Są takie kawałki, które, gdy wtargną do mózgu, potrafią solidnie wpłynąć na moje samopoczucie i pozwalają swobodnie dryfować w nostalgię lub inne rejony. Nie jestem znawczynią ani też piewczynią jednego gatunku muzycznego, więc ten zbiór bliskich mi utworów jest zróżnicowany. Pisanie z performatywnym rytmem wyszło odruchowo, bardzo mi pasowało rytmizowanie fraz w niektórych tekstach.
Ważne jest dla mnie, jak tekst brzmi, czytany w myślach i na głos. Kiedyś duże wrażenie zrobiła na mnie praca wideo Camille Henrot Grosse Fatigue, której elementem jest tekst poetycki Jacoba Bromberga czytany przez Joakima Bouaziza. Napisałam nawet tekst inspirowany tą pracą, który finalnie nie wszedł do książki i czeka na swoją kolej. W Grosse Fatigue Bouaziz czyta bardzo uczuciowo, a jednocześnie nie jest to tekst wykrzyczany w męczący sposób. W ogóle ta praca Henrot jest dla mnie niesamowita i lubię do niej wracać. Chciałabym sobie roić, że to, co piszę, może chwilami wywoływać podobny efekt u czytelnika. Z drugiej strony pod niektóre kawałki mogłabym na przykład podłożyć jako tło muzykę Cinematic Orchestra albo coś z tak zwanej muzyki klasycznej; z trzeciej – nieraz idę w coś jakby przyśpiewki. A z czwartej – obudzona w środku nocy nadal jestem w stanie wyrecytować „Odi et amo” Katullusa, właśnie dlatego, że nauczająca mnie niegdyś łaciny Ania Wojciechowska (pozdrawiam, Aniu!) tłumaczyła nam, jak czytać go w odpowiednim rytmie. I ten rytm pamiętam. Może z biegiem lat coraz bardziej doceniam mnemotechniczną wartość wiersza (śmiech) jako zjawisko, które w jakiś sposób organizuje doświadczenie.
Ale są też inne powtórzenia w paru najgęstszych tekstach, które bezpośrednio nawiązują do Becketta (szczególnie do „Bez” i „Dzyń”). Jego prozy niejednokrotnie mnie hipnotyzowały. Pozwoliłam więc sobie trochę pobeckettyzować, to jeden z języków Dechu.
No właśnie, dech! Bo rzeczywiście momentami beckettyzujesz aż do zadyszki (dzięki Tobie zajrzałam do „gęściochów” Becketta, dzięki za inspirację!), ale już po chwili kolejnym wierszem – krótszym, prostszym, niemal szkicowym – pozwalasz czytającym wziąć wdech, zyskać wytchnienie, wyregulować oddychanie, odrobić dług tlenowy. Te bardziej minimalistyczne formy kontrastują z proziakami – a może nie kontrastują, tylko się dopełniają w nieustannej grze luk i nadmiarów? Czy to sposób na utrzymanie poetyckiego żyroskopu w ruchu, ale bez tracenia tchu, osi i orientacji?
Zdecydowanie tak, chciałam nadać pewien rytm (niekoniecznie regularny) całej książce i umożliwić haust powietrza między podtopieniami. Wiersz tytułowy i jego „para”, kilka stron dalej, w całości toczą się w rytmie bączka.
Od czasu Połowu mam też w głowie inny utwór, kiedy o tym myślę. To wiersz „slow” naszej wcierkowej Pauliny Sieniuć, z którą wylądowałam w finale. Pozwól, że go tu przytoczę:
powoli
żeby nikt się nie
wy
pier
do
lił
po omszałych kamieniach
po śliskich trasach ślimaków
po niestabilnych mostach
po kotlecie w lecie
w równowadze i w sensie
o własnych siłach
lekko
i jakby miękko
Dechowi tej roztropności nieraz brakuje, ale czasem wyhamowuje.
Oj tak, też mam wiersz Pauliny w głowie jak mantrę. Co do rozpędzeń i wyhamowań, to Bianka Rolando w tekście „Spin” napisała, że Dech żyroskopu „jest opowieścią o kontroli i jej utratach”. Zgadzam się w pełni, ale mam też wrażenie, że Twój tomik za każdym razem, gdy się go czyta, jest o czymś innym. Dla mnie w tej chwili („teraz właśnie jest ten moment”!) to książka o miłościach i rozczarowaniach nimi (liczba mnoga celowa), o pracy tracenia oraz o dojmującej tęsknocie, która „kładzie się cieniem na przedmiotach”. A o czym Dech jest dla Ciebie w tym momencie spinu tak najbardziej?
Praca tracenia – teraz ja zapisuję u siebie w kajecie. Zgadzam się ze wszystkim, co mówisz i co napisała Bianka. Dla mnie Dech jest nadal o przepływie, jaki tworzą przewijające się w czasie relacje, o pojawianiu się i znikaniu, z rozważaniem, czy da się przyjąć te procesy bez żalu i wyczerpania. O tęsknocie za swoimi uczuciami, z kiedyś-kiedyś. O chwiejnej równowadze „teraz”.
Zaczęłyśmy Miłobędzką i do niej – zbliżając się do końca naszej rozmowy – powrócę. Jej tomy Pokrewne i Dom, pokarmy z lat siedemdziesiątych to dla mnie najwspanialsze przykłady tego, jak można zapisać owo „teraz” – z całą jego męczliwością, monotonią, traceniem i wytrącaniem z równowagi, krzątactwem, dojmującą nudą, rutyniarstwem, poświęcaniem się dla czegoś, co może wcale nie jest naszej ofiary warte. Tomy Miłobędzkiej wydają mi się niedościgłe, a jednak od czasu do czasu trafiam na poezję, która do tego wzoru się zbliża. Dech żyroskopu wydaje mi się taką właśnie książką – oczywiście rozpracowujesz tam dojmującą materię codzienności inaczej niż Miłobędzka, ale Twoje liryczne zgęstki wywołują u mnie ten sam dreszcz. Powiedz, co dalej, jakim „teraz” zajmiesz się „później”, po premierze debiutanckiego tomu? Masz już jakieś notatki czy na razie zasłużenie odpoczywasz?
Wytoczyłaś najcięższe działa! Nie wiem, czy zasługuję na takie pochwały. Rzeczywiście, nieraz w Dechu na swój sposób miłobędzkuję, choć w tym akurat orientowałam się najczęściej dopiero po fakcie. Może mi ten język „zalazł za skórę” i jest bliski temu, jak potrzebowałam przetrawić niektóre wątki opisane w książce. Są tam jeszcze inne języki, może więcej, niż sama wychwytuję.
Wolno przetwarzam wydarzenia w swoim życiu, a dzieje się sporo. Chciałabym powiedzieć, że odpoczywam, ale nie byłoby to prawdą. W notatkach mam sporo tekstów-luzaków powstałych w tak zwanym międzyczasie (którego matki mają jak zwykle pod dostatkiem, zawsze teraz), ale niech sobie leżą i dojrzewają, albo niech sczezną.
Teraz (słodkie teraz) myślę, że potrzebuję na spokojnie przejść przez proces materializacji książki, pierwszego wyjścia z siebie, i przez wynikające z tego konsekwencje, żeby w ogóle zacząć myśleć o dalszym pisaniu. Ale nie zdziwię się zanadto, jeśli, to powiedziawszy, obudzę się jutro i niecierpliwie otworzę zeszyt.
Magdo, zatem niecierpliwie czekam na materializację Dechu i na kolejne otwarcia zeszytu. Już teraz zapraszam osoby czytające do spotkań z Twoją książką. A Tobie dziękuję za rozmowę!