Ola Kołodziejek: Asia, czytając Syte stypy, doświadczyłam pewnego fizycznego przeżycia, dosłownie poczułam Twoją książkę w ciele. Czytałam te wiersze i czułam ścisk w gardle. Ale im dalej byłam w lekturze, i im bliżej jej finału, tym bardziej gardło puszczało, rozluźniało się. Najpierw nie wiedziałam, co się dzieje, ale teraz, po całości, już chyba wiem. Chodzi o to, że w żadnym, choćby najbardziej prywatnym doświadczeniu, nie jesteśmy same. Napisałaś książkę szalenie intymną, a zarazem wspólnotową. Wiesz, że na te stypy nigdy nie będziesz szła sama?
Joanna Mueller: Olu, dziękuję. Twoje pytanie jest jak dłoń położona na ramieniu. Pojawia się dokładnie w momencie, gdy tomik został wysłany do druku, a ja poczułam się w tej sytuacji okropnie samotna (a Ty mówisz, że jednak nie sama!). Chodzi chyba nie tylko o pustkę po wyfrunięciu poetyckiego dziecka z gniazda („odlot kresek z framug przedramion”), bo to już kolejne odejście (trzynasta książka!), mam je jako autorka przepracowane, oswojone. Poczucie osamotnienia bierze się raczej stąd, że ono napędza Syte stypy od początku, mimo wielu osób zamieszkujących te wiersze, nawet wbrew dedykacji tomu, który poświęcam „moim miłościom”.
Poczucie „bycia samą” bywa gardłowe, trzewiowe, głodowe, erotyczne, dogłębnie cielesne – i może to wpłynęło na Twój fizyczny odbiór tomu. Ale jest to także doświadczenie paradoksalne, bo największą samotność często odczuwamy wśród ludzi: w tłumie, w kręgu najbliższych, przy tych, których kochamy. Stąd pewnie wziął się motyw stypy – wyobraziłam sobie wizytę podmiotki na własnej uczcie pogrzebowej: czy to nie jest sytuacja skrajnej samotności? Ale żeby nie było pomnikowo i patetycznie, użyłam liczby mnogiej – styp jest wiele, raz w tonie serio, raz buffo, niekiedy w wierszach dłuższych, kiedy indziej w miniaturach. No i wyszła z tego moja mała funeralna antologia. Cieszę się, że dałaś się do niej zaprosić!
Pomówmy o bohaterce Twoich wierszy. Szwenda się ulicami Warszawy dziewczyna w pełni życia, a pełnia życia oznacza też nierzadko potworne zmęczenie, o które jeszcze zapytam. Przeżyła dużo miłości – romantycznych, macierzyńskich, przyjacielskich. Stopami zwierszyła pół świata. Możliwe, że kiedy szwenda się – również po gruzach (np. relacji), nosi w kieszeni małą empirię. Potrafi dużo, m.in. epicko rapuje, ale czasem odmawia dniom włączania jej w rytm.
W jednej kieszeni małą empirię, w drugiej kieszonkowy wulkan (by obok Katarzyny Sobczuk przywołać Annę Świrszczyńską). Ma też nieodłączny plecak, a tam obok dziecięcych gniotków, piórnika i notatnika taszczy, owszem, parę relacyjnych gruzów. Szwendolino stanowi rodzaj ucieczki, zacierania śladów, błądzenia (także wśród znaczeń), ale przede wszystkim jest otwarciem na przygodność i na to, co ona z nami zrobi. Samotne długodystansowe spacery stały się dla mnie w pewnym momencie – gdzieś w okolicach pandemii – istnym korytarzem życia. Bez nich – i bez wierszy, które udaje mi się w czasie szwendania wychodzić – odmowa włączania w rytm dni mogłaby zamienić się w potężną depresję. Jeszcze potężniejszą moc ratunkową ma pływanie, ale na to rygor dnia nie daje mi zbyt często okienka. I oto, ups, nieświadomie dokonałam zrównania bohaterki, podmiotki i autorki! Wstyd, na studiach uczyli czegoś innego! (śmiech)
Szwendanie to ważny motyw Twoich wierszy i – jak mówisz – także Twoja metoda twórcza. Pozornie bezcelowe włóczenie się ma zresztą potężną tradycję literacką – od spacerów po Oxbridge u Virginii Woolf po eseje z książki Zew włóczęgi Susan Sontag. Sama jestem namiętną spacerowiczką, tym bardziej więc muszę zapytać: jak, krok po kroku, wychodziłaś tę książkę?
Kiedy zaczynałam ten tomik, myślałam, że będzie zupełnie inny. Pierwotnie nosił roboczy tytuł Pieśni o mieście na kościach, a impulsem do tamtej wersji książki była wspólna przygoda, w którą wplątałam się wraz z niemiecką poetką Uljaną Wolf. Zostałyśmy zaproszone przez berlińskie Forum Humboldta do międzynarodowego projektu Palace Stories, w ramach którego pisałyśmy o postpamięci w dawnych republikach sowieckich. Punktem wyjścia naszej pary były budynki: niemiecki Palast der Republik oraz polski Pałac Kultury i Nauki. Na początku ten projekt wydawał mi się absurdalny, ale uwielbiam poezję Uljany, więc zdecydowałam się na tę współpracę głównie ze względu na nią. Zamiast planowanych trzech czy czterech wierszy napisałyśmy z Uljaną duży cykl (Muzeum Of Patrz-Work Technologies [MOPT]), który dość daleko odbiegł od tematu „pałacowych historii”. W całości ukazał się w piśmie „Radar” 2025 nr 2/14 (https://e‑radar.online/att.e‑radar.online/00/00/00/07/91/radar,2,2025,791.pdf) w wersji trójjęzycznej (dzięki tłumaczeniom Karoliny Golimowskiej, Dagmary Kraus i Jurija Zawadzkiego). Niektóre wiersze, w nieco zmienionych wersjach, włączyłam też do tomu Zmieszane.
Ale do brzegu! Praca z pamięcią miejsca, jakiej wymagał ten projekt, sprawiła, że zapragnęłam napisać większą całość z perspektywy warszawskiej szwendaczki. Uznałam, że wyjdę nieco z cienia PKiN i napiszę o Grochowie – dzielnicy, w której mieszkam przez niemal całe moje warszawskie życie, a która stała się jedną z „moich miłości”. Do tego dostałam półroczne stypendium M.St. Warszawy, więc myślałam, że teraz to już na pewno będą wiersze topograficzne. Tyle że realność i poezja wspólnie przywaliły topografii toporkiem i projekt powędrował w zupełnie inną stronę. Zresztą zgodnie z ideą spaceru, który nie ma celu, przeczy wszelkim intencjom, mapom i zamiarom.
Ostatecznie z Pieśni o mieście na kościach ostał się w Sytych stypach tylko jeden wiersz – alice in ost, który otwiera tom. Potem już moja poetycka Alicja wymknęła się samej sobie („straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi”), pobiegła jak zwariowana za białym królikiem, wpadła w czasoprzestrzenną dziurę i zaczęła wygadywać różne dziwne rzeczy. Topografia warszawska, w tym grochowska, też w tomie są, bo zaraz spod „żabrołaka chmurodrapa” (PKiN) trafiamy w okolice szpitala na Szaserów, potem spotykamy się (i to w sensie ścisłym, koleżanko od Wysokich spacerów…) na Kajakowej (przelotem przez „żołny sójki bogatki”), a później to już jest istny rollercoaster po przestrzeniach: oddziałach położniczych i psychiatrycznych, działkach, parkach, torach, sypialniach, tingel-tanglach, trasie W‑Z, lasach, górach i morskich głębinach. Ten ruch, niepowstrzymane gnanie napędzane nienazwaną siłą – choć może kluczem do niej jest motto z Chlebnikowa – to chyba w ogóle istota poezji, nie sądzisz?
Oczywiście! A skoro jesteśmy w ruchu i przywołałaś motto z Chlebnikowa, poszwendajmy się chwilę po rozproszonych w książce 12 wierszach, w tytułach których „L” skacze z miejsca na miejsce po czteroliterowych słowach. Przy tych wierszach często notowałam sobie na marginesie: „stypa po trulach”.
Adrienne Rich w Fenomenologii gniewu napisała coś, co miało być pierwotnie mottem mojego tomu:
Prawdziwą miłość czułam jedynie
do dzieci i innych kobiet.
Wszystko poza tym to żądza, politowanie,
samowzgarda, politowanie, żądza.
To wyznanie kobiety.
(tłum. Jakub Głuszak, w: Fenomenologia gniewu. 21 wierszy politycznych, Kołobrzeg 2025)
To „wyznanie kobiety”, straszliwie gorzkie i bardzo mi bliskie, ostatecznie zdecydowałam się zastąpić cytatem z poematu Chlebnikowa. Ten rosyjski poeta jest zresztą moją niespełnioną miłością – w czeluściach komputera mam zaszyte trzy czwarte doktoratu na jego temat. Utopista Chlebnikow wierzył, że poszczególne głoski i litery mają w siebie wdrukowane konkretne znaczenia, które sprawdzają się we wszystkich językach. W jego teorii, ale też praktyce poetyckiej, L (El) było literą miłości. Napisałam na temat miłosnego „L” sporo stron mojego niedoszłego doktoratu, a kiedy dotarło do mnie, że Syte stypy będą przede wszystkim książką o miłości – w każdym stadium: od zakochania, przez pasję i szał, ale też codzienną pracę nad nią, aż po zgliszcza – z zakurzonych nieco tomów Chlebnikowa wywołało mnie „El łabędzia, lubienia, lulania”.
Cykl 12 wierszy, których tytuły są zawsze czteroliterowe, zapisywane wersalikami i zawierają miłosne „L”, przydarzył mi się przygodnie. Masz rację, to poniekąd „stypa po trulach” –- jednak o ile tam słychać było głównie lament czy skowyt po miłości, zatem celebrowaliśmy ceremonię pogrzebową, o tyle tutaj goście oraz gościnie (czytelnicy i czytelniczki) mogą przysiąść, by odetchnąć na stypie, czyli uczcie pocieszenia, gdzie żałobne jadło przegryza się aż do sytości konsolacją. Syte stypy są według mnie książką bardziej pogodną i sprawczą niż trule. Owszem, widać w nich gruzy, ale w tych ruinach wciąż odbywa się żywa praca miłości, „L” drąży swoje sekretne korytarze, sensy udają się na tajne schadzki, a podmiotka, która dawno powinna już pogrzebać swoje starzejące się, łaknące dotyku, niedokochane ciało, za nic ma powinności, więc wybiera tryb SLUT, STUL lub SOLO. Możliwe, że po wszystkim czeka ją, jak pisze Rich, wzgarda i politowanie (ten gorzki ton przebija się w niektórych wierszach), ale zbyt mocno urzeka ją w tej chwili „dźwięk El – libertas i lubow’”, żeby i tym razem zrezygnowała z siebie w imię narzuconych jej racji i samopoświęceń. „Biegnie swoboda (…) nie przewracając się w śnieg” – i ona, wyrwana ze strategii freeze podmiotka, biegnie razem z nią.
Na Twoich stypach czuję się ugoszczona jak w restauracji molekularnej (w rzeczywistości nigdy w takiej nie byłam, ale wiem, że istnieją i mam wyobraźnię), gdzie jedzenie zmienia się w awangardowy eksperyment, a pomidor potraktowany ciekłym azotem całkiem zmienia swoją fizjologię i eksploduje na języku jakąś kompletnie nieoczekiwaną smakową przygodą. Składniki, z których mistrzowsko pichcisz nam swoje wiersze, mają te nieoczywiste faktury i wybuchowe mieszanki smaków, i oczywiście nie mówię tu nic odkrywczego o Twojej poezji, ale jednak przy każdej Twojej kolejnej książce czuję się tak, jakbyś zapraszała mnie na tę ucztę po raz pierwszy. Pytanie (które zagryzam sobie frazami z Twojej braggi!) brzmi: „Jak gotując konsekwentnie na tych samych kościach, zachować świeżość i niewyczerpywalność składników i smaków?”
Też nigdy nie byłam w restauracji molekularnej, ale moja córka ma zestaw do przyrządzania takich potraw, więc może kiedyś osobiście spróbuję. I proszę – nie na kościach, nie na kościach, bom wege 🙂
Oczywiście nie o jedzenie było Twoje pytanie, choć ten temat też się w książce pojawia, m.in. w wierszach o macierzyńskim karmieniu córki „żarciem i truciem” (motyw gastronomicznej matki obrabiałam już w Powlekać rosnące, ale wraca i tu, jak to z dziecięcymi traumami bywa).
Pytasz o smakowitość wierszy – i to mi oczywiście schlebia (zauważyłaś, że w tym słowie jest „chleb”?!), ale też nie ma w tym nic niezwykłego, bo gotuję poezję z tego, co – jak każda użytkowniczka języka – mam pod ręką. W życiu często sama wymyślam potrawy, ale potem na wszelki wypadek sprawdzam w necie, czy można tak zrobić, czy zmieszanie dwóch składników nie wywoła rewolucji – i najczęściej znajduję przepisy dowodzące, że ktoś już wcześniej wymyślił to, co ja. A jeśli nie znajduję? Cóż, wtedy i tak robię po swojemu, z nadzieją, że nie pozabijam tych, których karmię.
Tą zasadą posiłkuję się (sic!) także w pisaniu, przy czym działa ona tu na odwrót. Zaglądam w cudze poetyckie receptury i rozsmakowuję się w nich, ale sama staram się przygotowywać dania zupełnie inaczej. Wertuję też własne książki kucharskie, ale nie po to, by używać sprawdzonych przepisów, tylko właśnie dlatego, żeby ich nie powtórzyć. Mam podobną obsesję do Krystyny Miłobędzkiej, która przyznała kiedyś, że wręcz neurotycznie dba o to, by podobne frazy nie pojawiały się w jej poezji więcej niż raz.
Tak się oczywiście nie da, wiem to, bo korzystamy z językowej spiżarki o ograniczonej objętości. Każda osoba pisząca ma też pewne przyzwyczajenia, swój kulinarny idiom – ja na przykład lubię przedobrzyć, wsypać za dużo przypraw (w Sytych stypach sporo jest ostrej papryczki), odmierzyć coś na oko, wkroić do ratatuja tyle warzyw, że gar nie mieści, kipi, zalewa palniki. Potrawy często mi się nudzą, dlatego nieustannie eksperymentuję – w nowej książce obok pokaźnych eintopfów (quasipoematów) jest sporo czekadełek, amuse-bouche na jeden gryz, gorzki smak przełamuję kwaskiem ironii, ale nie uciekam też od słodyczy, chyba zwłaszcza w wierszach dla córek.
Rozgadałam się kulinarnie, co jest dla mnie, przyznam, pewnym przekroczeniem, bo od dzieciństwa to właśnie w poezję uciekałam od wiecznego ględzenia o jedzeniu. Ale ten tomik, który już w tytule ma sytość, a w środku mnóstwo głodu, chyba do takiego właśnie bulimicznego rozgadania zachęca.
Jedna z pierwszych uwag, zanotowana przeze mnie na marginesie Styp, brzmi: książka o zmęczeniu. Stypy uświadomiły mi, jak często tkwimy w poczuciu niedosytu i przesytu jednocześnie. I jakie to jest obłąkańcze i wyczerpujące.
Tak, Syte stypy biorą się ze zmęczenia, które momentami wydaje się wręcz śmiertelne. Jest w książce taki jednozdaniowy tekst przewrotnie zatytułowany „Pełnia”. Przyszedł mi do głowy, gdy zobaczyłam reklamę sygnowanej przez Nosowską kolekcji biżuterii o tej właśnie nazwie. Pomyślałam: ej, Kaśka, złotka, świecidełka, serio? I to jeszcze w takim uduchowionym tonie, że kula, harmonia, doskonałość, menopauzalne dopełnienie? Lubię Nosowską i błyskotki, ale zaczęłam się wtedy zastanawiać, czym dla mnie jest pełnia. I wtedy, w tamtym momencie, skojarzyła mi się nie z czymś pozytywnym, tylko z mozołem, utrudzeniem, przepełnieniem. Dobre jest tu słowo „skonanie”, pojęte nie tylko jako potworne zmęczenie, ale też jako kres, sytuacja, kiedy jeśli dołożysz choć jedną cegiełkę, jeden więcej stres, lęk, cel, to czeka cię zgon. Wiadomo, myślałam o tym metaforycznie, ale w książce jest też wiersz, w którym przepracowana podmiotka ląduje w szpitalu z zagrożeniem życia, i to wcale nie jest zmyślona historia. W tym kontekście pełnia przestaje być błyskotką i cackiem, a staje się funeralną wiązanką.
Jednak żeby nie zamykać się w prywatnym kręgu, dorzucę coś, co zachwyciło mnie w książce Niezatapialne. Czarny feminizm i ssaki morskie Alexis Pauline Gumbs (którą zresztą znam na wyrywki, matronuje mojemu pisaniu, pożyczyłam sobie z niej motto). Gumbs używa figury „menopauzalnej planety”, pisze: „Pieśń pochwalna dla menopauzalnej planety, która zna siebie na tyle dobrze, by przejrzeć na wylot twoją niedorzeczność”. Podoba mi się przekorna werwa Niezatapialnych, hydrofeminizm podszyty śmiechem, choć też z poważnym namysłem nad płcią, rasą, kolonializmem i polikryzysami. I właśnie ten śmiech menopauzalnej planety (podobnie jak „śmiech Meduzy” Cixous), która umie przejrzeć naszą arcyludzką, narcystyczną niedorzeczność, potrafi – mnie przynajmniej – wybić z lamentu nad własnym zmęczeniem. Planetarna kula w wydaniu Gumbs to pełnia, która rozbija moją egobańkę. Polecam tę kurację!
Skoro mowa o tym, co gojące: cały czas szukałam pretekstu, żeby zboczyć w naszej rozmowie w historię jednego wiersza, przedostatniego w książce. To absolutnie wspaniały, zamaszysty, obfity, rozbuchany, dissujący i samochwalski właśnie (jak to bragga;), a zarazem podszyty beką kawałek, skontrastowany (przez co również nim wzmocniony) ze zwartym, oszczędnym, surowym wręcz wierszem zamykającym całość. Zatem, jeśli można, poproszę o nawijkę-historyjkę o „Sutej stypie”.
Ta bragga wzięła się przede wszystkim z mojej miłości do polskich raperek, na czele z Ryfą Ri, z której nawijki wzięłam motto innego wiersza. Fascynują mnie teksty hip-hopowe, ich poetyckość, flow, werwa, emancypacyjny potencjał. Często ruszają mnie mocniej niż wiersze z książek.
Inna rzecz to doświadczenie sprzed kilku lat. Tuż przed swoim czytaniem na festiwalu poetyckim wkurzyłam się na jednego faceta, który postanowił objaśnić mi świat, a w efekcie gdy wyszłam na scenę, zamiast po prostu przeczytać swój wiersz z kartki – zaczęłam go na wkurwie rapować. To był któryś wiersz z Waruj, nie pamiętam który, za to wciąż mam w ciele tamto doznanie wzmocnienia głosu przez rapowanie. Potem próbowałam odtworzyć tamtą wyzwalającą siłę w raperskich kawałkach w Hista & her sista.
„Suta stypa” też pragnie przekuć niemoc w moc: „nie ma rady/ radę muszę dać choć czuć malizną w bezsile wieku” etc. Podmiotka tej braggi wlazła już w smugę cienia czy ciemny las wieku średniego, wie, co to oznacza zwłaszcza dla kobiety (a o czym pisze choćby Mona Chollet w Czarownicach), ale ma na to wywalone, bez eufemizmów i cudzysłowów. To jeden z pierwszych wierszy, które napisałam do tego tomu, tytuły różnią się jedną literą, więc można uznać, że stanowi pieśń przewodnią książki. Ale jest też utworem żałobnym à rebours – raperską wersja „Anielskiego orszaku”, tylko że denatka wcale nie unosi się z ziemi ku wyżynom nieba, tylko otwiera oczy i zaczyna nawijać: „słaba impra zamiast konsolacji dostajesz siebie jak zegar po przodku”. Potem wstaje, twerkuje, wylewa z siebie antylament. Trochę creepy, ale poza motywami hiphopowymi uruchamiam tu też stylistykę gier komputerowych, a w nich, wiadomo, „pasek żyćka wciąż nie mówi pas! gdzie game over tam respawn”.
Poezja to dla mnie taki respawn. W Sytych stypach – i w życiu, które się podczas ich pisania rozgrywało – zdarzyło się kilka „gameoverów”, pasek life schodził do poziomu low (nie love), a jednak powstała książka o kilku równoległych levelach. Bragga długo szukała swojego miejsca w tomie, w końcu wylądowała jako przedostatnia, robiąc miejsce w puencie swojej słabszej (choć niby „stalowej”) siostrze „snutej w sad i saudade”. Co śmieszne – zauważyłam to dopiero teraz – w obu sąsiadujących wierszach pojawiają się biel, blizna i bielizna. Zatem: stypa jako czysta kartka do respawnowania? No, jakoś tak.