Artur Burszta: Pisząc autobiografię, zdecydowałeś się na gest odsłonięcia, ale jednocześnie bardzo wyraźnie unikasz roli kogoś, kto „wie o sobie wszystko”. Czy traktujesz pisanie o własnym życiu jako próbę zrozumienia, czy raczej jako formę porządkowania chaosu, z którym nie da się już wygrać innymi środkami?
Tomek Lipiński: Na pewno pomaga to zrozumieć siebie, swoje decyzje, drogę, która doprowadziła mnie tu, gdzie jestem dzisiaj. Jednak niewątpliwie całe moje życie to nauka kontrolowania chaosu. Obce mi jest wyrachowanie, działam raczej intuicyjnie, starając się wsłuchać w wewnętrzny głos, który podpowiada mi, co robić – czy skręcić w tę, czy w drugą stronę, a może iść prosto. Oglądanie tego procesu z perspektywy przeżytych siedemdziesięciu lat jest bardzo interesujące, często zaskakujące, a na pewno pomaga stawiać kolejne kroki na obecnym, późnym etapie mojego życia.
W Twoich wypowiedziach powraca przekonanie, że tekst nie należy w pełni do autora, że autor jest raczej pośrednikiem niż właścicielem słów. Czy to doświadczenie przyszło z czasem, czy było obecne od początku – jeszcze zanim pojawiła się potrzeba opowiedzenia własnej historii wprost?
Proces tworzenia jest dla mnie tak naturalny, jak oddychanie. Od najwcześniejszych lat rysowałem, malowałem, układałem ogromne pałace – mandale z kolorowych klocków. Ten proces polega na podejmowaniu niezliczonych mikrodecyzji: czy kreskę poprowadzić tak, czy inaczej? Czy użyć tego koloru, czy innego? Nie ma tu reguł, bo reguły zabijają spontaniczność tworzenia. Dlatego jest to proces intuicyjny, a w nim tak zwany twórca jest tylko medium, przez które coś, czego przed chwilą nie było, po chwili staje się i jest. Tak samo dzieje się podczas komponowania czy pisania. Moment, w którym nieistniejące zaczyna istnieć, jest nieuchwytny, magiczny, nie do pojęcia intelektem, nie dający się zdefiniować. Jestem samoukiem we wszystkich uprawianych dziedzinach sztuki, toteż tym bardziej muszę opierać się na tym tajemnym procesie, nie mając gotowych rozwiązań, przyswojonych w procesie edukacji.
Twoje piosenki często operują bardzo prostym językiem, który jednak nie uspokaja ani nie zamyka sensu. Jak rozumiesz dziś prostotę: jako narzędzie uczciwości, formę dyscypliny, czy raczej jako ryzyko nieustannego niezrozumienia?
Ze wszystkich form poezji najbliższe mi jest japońskie haiku. Z jednej strony poddane ścisłym rygorom formalnym – z ustalonym metrum itp. Z drugiej – ta kanoniczna forma jest tylko naczyniem, w które wlewa się treść całkowicie intuicyjna, będąca zapisem doświadczenia teraźniejszej chwili, nieskończenie krótkiej i totalnie intensywnej. Ta czystość i prostota zawsze byłą dla mnie wzorem i inspiracją. Nie lubię poezji pełnej wyszukanych metafor, które zdają mi się raczej popisem intelektualnym niż zapisem aktualnego doświadczenia. Tekst piosenki powinien być według mnie prosty i komunikatywny jak telegram, a jednocześnie pozostawiać słuchaczowi dowolność osobistej interpretacji przez pryzmat własnej percepcji, osobistego doświadczenia. To kod, który każdy odczytuje po swojemu, ale jednocześnie powinien on zawierać emocje i komunikaty łatwe do spontanicznego zdekodowania.
Piszesz i mówisz o języku jak o pracy – czymś, co wymaga uwagi, wysiłku, a czasem rezygnacji z efektu. Czy z biegiem lat zmieniło się Twoje poczucie odpowiedzialności za to, co „wsącza się” w świat poprzez teksty, które trafiają do ludzi?
Zawsze miałem to poczucie odpowiedzialności za słowo, ponieważ wiem, jak bardzo sam zostałem ukształtowany przez słowa, które brałem sobie do serca. Słowo ma niezwykłą moc. To bywa inspirujące, potrafi jednak także przytłaczać. Dzisiaj, po ponad czterdziestu latach pisania piosenek, mam wrażenie, że wystarczy, że zaczynam się powtarzać. Jednocześnie to, czym teraz żyję wymagałoby raczej milczenia, jest bowiem zbyt subtelne, bym odważył się nadal przemawiać do masowego odbiorcy, a może raczej nie potrafię jeszcze nadać temu właściwej, adekwatnej formy. Dlatego nie piszę nowych piosenek.
W autobiografii bardzo wyraźnie widać napięcie między potrzebą mówienia a potrzebą milczenia. Czy są dziś obszary doświadczenia, o których wiesz, że nie powinny już zostać zamienione w tekst – nawet jeśli kiedyś wydawało się to konieczne?
Z pewnością są takie sfery istnienia, doświadczania, które wymykają się słowom i tu lepiej milczeć, jeśli nie dysponuje się geniuszem pozwalający mówić o nich bez wpadania w pretensjonalność lub banał.
Twoje pisanie często unika interpunkcji, zamykania fraz, stawiania kropek. Czy to wynika z nieufności wobec porządku językowego, czy raczej z próby ocalenia przepływu – tego, co w mowie i śpiewie wydarza się przed gramatyką?
Interpunkcja to wspaniałe narzędzie prozy, ale w tekstach piosenek i w wierszach, które w młodości pisałem, nie znajduje ona zastosowania. Wydaje mi się zbędna. Wystarcza mi podział na wersy, które są, jak wspomniałem wyżej, czymś na kształt depesz, telegramów, w których jedynym znakiem interpunkcyjnym było słowo STOP, oddzielające kolejne, proste komunikaty.
Autobiografia zmienia status wcześniejszych tekstów: piosenki zaczynają być czytane przez pryzmat życia, a życie przez pryzmat piosenek. Czy to jest proces, który akceptujesz, czy raczej coś, nad czym próbujesz zachować kontrolę?
Nie wiem, czy zgodziłbym się z takim twierdzeniem. Śpiewając swoje teksty na scenie, starałem się zawsze, by za każdym razem były one równie aktualne i równie prawdziwe, jak w chwili powstania. To nie zawsze się udawało, dlatego w swoim stałym repertuarze miałem tylko te, które w moim odczuciu spełniały to kryterium. Nie jestem piosenkarzem, śpiewam w istocie o sobie, dzielę się w nieco ekshibicjonistyczny sposób swoimi przemyśleniami, spostrzeżeniami. To musi być za każdym razem równie autentyczne, równie świeże. To nie kwesta kontroli, a raczej prawdziwości czy może uczciwości.
W Twoich tekstach rzadko pojawia się obietnica, częściej – czujność i uważność na to, co kruche. Czy uważasz, że język może dziś jeszcze pełnić funkcję pocieszającą, czy raczej jego zadaniem jest nauczyć nas życia bez fałszywego ukojenia?
Nawet, kiedy pojawia się obietnica – jak np. „jeszcze będzie przepięknie”, to widzę ją raczej jako wyzwanie, a nie przepowiednię. To my decydujemy, czy nasze życie będzie piękne, bez względu na okoliczności. Norwid napisał, że piękno jest kształtem miłości. To od nas samych zależy, czy tak jest. Nie staram się pocieszać, może raczej dodawać sił.
W trakcie ponownej lektury Twoich tekstów – które znam od lat: od pierwszego odsłuchu czarnej płyty Brygady Kryzys tuż po jej wydaniu, przez koncerty, na których byłem, po wielokrotne słuchanie w różnych momentach mojego życia – dopiero teraz uderzyło mnie, jak konsekwentnie unikasz języka wyjaśnienia na rzecz języka czujności. Jakby tekst nie miał tłumaczyć świata, lecz pilnować, by nie stał się on zbyt prosty. Czy to była świadoma decyzja, czy raczej coś, co ujawnia się dopiero po pewnym czasie?
To było na tyle świadome tylko o tyle, o ile ja byłem tego świadom, ale z pewnością taka intencja towarzyszyła mi od początku.
Czytając te piosenki dziś, w jednym ciągu, poza chronologią i poza zespołami, widzę je jako zapis pracy nad sobą – nie spektakularnej przemiany, lecz długiego procesu regulowania napięcia między strachem, odpowiedzialnością i nadzieją. Zastanawiam się, na ile taka lektura jest Ci bliska, a na ile odsłania coś, z czym wolisz się nie zgadzać.
Bliskie mi jest takie podejście do poezji, kojarzące mi się trochę z francuskim romantyzmem, w którym autor uczy się siebie, czytając to, co napisał. Ponieważ, jak wspomniałem, moment materializacji dzieła jest całkowicie nieuchwytny, czytając po latach swoje teksty, bardzo często jestem zdumiony i zachodzę w głowę, jak to się stało, jakim cudem spłynęły przeze mnie na papier. Nie wiem tego, pewnie nigdy się nie dowiem, ale w tym właśnie zawiera się ta magia tworzenia, która – przynajmniej w moim rozumieniu – nadaje sens całemu procesowi.
Znamy się długo; po raz pierwszy zagrałeś koncert na naszym festiwalu we wrześniu 2001 roku, chwilę po ataku na World Trade Center, ale dopiero teraz, po pracy nad To co czujesz to co wiesz, widzę Twoje teksty jako całość – nie dorobek, lecz praktykę: powracającą, niepewną, czasem ryzykowną. Mówię o tym też dlatego, że ostatnio wiele rzeczy zostało nazwanych i domkniętych z zewnątrz – a mimo to mam wrażenie, że dla Ciebie wciąż ważniejszy jest ciąg decyzji niż jakikolwiek bilans. Gdy patrzysz na swoje pisanie z dzisiejszej perspektywy – nie jako na dorobek, lecz jako na ciąg decyzji – co było największym ryzykiem: mówienie zbyt wprost, czy zbyt długo pozostawanie w półcieniu?
Myślę, że dokonywanie bilansu to zadanie dla odbiorców, a nie twórców. Dla mnie zawsze była to droga w nieznane, której bieg wyznaczały moje kolejne kroki. Popularność miała dla mnie sens tylko na tyle, na ile pozwalała mi, mówiąc wprost, zarabiać pieniądze, ponieważ dzięki temu mogłem żyć i nadal tworzyć. W przeciwnym razie wolałbym pozostać w cieniu. Jednocześnie nie bałem się mówić wprost, toteż właściwie nie było tej alternatywy, o którą pytasz.
Autobiografia i książka w serii „33 piosenki na papierze” nie są dla mnie podsumowaniem ani bilansem, raczej momentem, w którym to, co było, zostaje nazwane i odłożone na bok. Piszę w posłowiu do książki, że Twoje teksty działają jak sejsmograf: wychwytują drgania, zanim pojawi się wstrząs. Skoro sam mówisz dziś o nadchodzącej wielkiej burzy, zastanawiam się, czy po takim rozliczeniu widzisz dla siebie dalsze pisanie – i jeśli tak, to czy byłoby ono kontynuacją tej samej praktyki, czy pisaniem już z trochę innego miejsca?
To zabawne, bo sam często myślę o sobie jako o saperze, który ma jakiś wrodzony dar wyczuwania zakopanych min. To może być autodestrukcyjne, bo pojawia się skłonność do koncentrowania się na negatywnych stronach rzeczywistości. Myślę, że chroniczna, nawracająca depresja, która zabrała mi ponad dwie dekady życia, miała z tym coś wspólnego. Na szczęście dzisiaj, nawet jeśli wciąż jestem saperem, to w stanie spoczynku, i dużo mi z tym łatwiej. Dzięki praktyce buddyjskiej wybiłem też zęby depresji i zidentyfikowałem ją jako złudzenie, podstęp „ego” zbudowanego na nieznajomości samego siebie. Wszyscy chyba już dziś widzimy, że gęste, brunatne chmury gęstnieją nad naszymi głowami. W takiej sytuacji trzeba zachować stoicki spokój i całkowitą przytomność i jasność umysłu. Być może powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia, może, jak już wspomniałem, nie potrafię jeszcze mówić o tym, co obecnie jest treścią mojego wewnętrznego życia, a może po prostu milczenie mówi czasem więcej niż jakiekolwiek słowa.
Nasza rozmowa nie prowadzi do wyraźnej konkluzji ani deklaracji. I bardzo dobrze. Zostawia pytanie o to, kiedy mówić, a kiedy pozwolić, by mówiło milczenie. Dziękuję za nią – i proponuję na koniec milczenie.