Artur Burszta: Matkitaski są książką, w której język przestaje być „językiem matki” rozumianym jako źródło czy schronienie, a zaczyna funkcjonować jako zadanie: coś, co trzeba wykonywać, podtrzymywać, powtarzać, często bez widocznego efektu. Czy pisałaś ten tom z myślą, że macierzyństwo i język należą do tego samego porządku pracy – pracy niewidzialnej, niekończącej się, społecznie niedoszacowanej?
Uljana Wolf: Uważam, że „język matki” jest konstrukcją przecenianą przez społeczeństwo, wyobrażeniem, które wiąże jednostkę za pomocą jednego, czy też pojedynczego, języka z określonym pochodzeniem, zazwyczaj kojarzonym z ojczyzną. W języku polskim nazywa się go więc bardzo praktycznie „językiem ojczystym”. W ten sposób zarówno język, jak i jednostka mogą być w wielu sytuacjach kontrolowane i regulowane. W rzeczywistości jednak większość ludzi żyje w wielojęzyczności, a każdy język ojczysty jest konglomeratem wielu języków, które mniej lub bardziej świadomie w sobie przechowujemy. Moja praca nad językiem polega być może właśnie na wydobywaniu tej ukrytej świadomości na powierzchnię, na przenoszeniu jej na płaszczyznę języka poezji. Język ojczysty, o którym mówię, nie jest doskonały ani wypolerowany, lecz oscyluje we współbrzmieniu z innymi językami. Momentami staje się przy tym dla nas samych na tyle obcy, że – w przejęzyczeniu, błędzie, podobieństwie – kryje w sobie możliwość innego języka. Jest on tylko good enough (wystarczająco dobry), i w tym ponownie pokrywa się z moim rozumieniem macierzyństwa, opartym na koncepcji „good enough mother“ (wystarczająco dobrej matki) Winnicotta. Postrzegam je jako stan oscylującej tożsamości, którego zadaniem jest zapewnienie możliwości pluralizmu tej nowej, jeszcze niezdefiniowanej egzystencji – dziecka, matki lub ojca, albo kogoś trzeciego pomiędzy nimi, albo nowego słowa, kto wie.
Tytułowe „task” przesuwa akcent z tożsamości na czynność. W tej książce język nie „jest”, lecz się wydarza: w mamrotaniu, poprawianiu, zacinaniu się, tłumaczeniu, ciągłym zaczynaniu od nowa. Czy Matkitaski są próbą odebrania językowi figury pochodzenia i zastąpienia jej językiem jako praktyką – działaniem wpisanym w relacje władzy, opieki i zależności?
Być może zadaniem poezji jest sprawianie, by język stawał się podobny do samego siebie – i tym samym pozwalanie mu na to, by nie był sobą. Te dzikie, czasem dziecinne halucynacje sąsiedniego słowa, które tylko brzmi lub wygląda podobnie jak słowo „wlaściwe”, pozwalają nam na nowo myśleć i działać w języku, na nowo łączyć świat. Być może bowiem uda nam się odkryć związek między pojęciami, które wydają się tak bardzo odległe, a brzmią, jakby były sobie bliskie? Nie dlatego, że związek ten jest poparty jakąś istniejącą rzeczywistością lub opiera się na wspólnym pochodzeniu, wspólnym źródle słów – ale dlatego, że pobudza nas do nowego, relacyjnego myślenia. W moim eseju nazwałam to działanie językowe „etymologicznymi ploteczkami” (etymologischer Gossip). Czasami pomaga tu porzucenie pewnych wyobrażeń – w języku niemieckim słowo „Aufgabe” (angielskie „task”, polskie „zadanie”) zawiera w sobie również słowo „Aufgeben” („surrender”, „poddanie się”) – na przykład wyobrażenie, że trzeba wszystko zrozumieć. Bo przecież rozumienie, ten racjonalny dostęp do świata, jest tylko jedną z modalności, jakie oferuje język. Także melodia, oddech, rytm lub samogłoski zapisane kodem Morse’a są ewidentnymi zdarzeniami, które przechodzą przez nasze ciała i kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości. Ich „tryb mamrotania” jest właśnie tym innym sposobem rozumienia.
W tym miejscu muszę zrobić małą dygresję i opowiedzieć pewną historię. W moim debiutanckim tomiku z 2005 roku – kochanie ich habe brot gekauft (kochanie, kupiłam chleb) – znajduje się wiersz, który jest odpowiedzią na dwa wersy z wiersza „odpryski” Romana Honeta z tomu pójdziesz synu do piekła. Romana poznałam podczas polsko-niemieckich warsztatów tłumaczenia WIR, które odbyły się na początku lat 2000. w Berlinie i podczas których wraz z berlińskim poetą Alexandrem Gumzem przetłumaczyłam jego wiersz na język niemiecki. Wersy te brzmią następująco:
ukochana kuleczko – powiadam,
(a mówię do mojej siostry), (…)
kuleczko, mówię tobie –
wstań
Mój wiersz natomiast nosił tytuł „jak kuleczka trafiła do wiersza” i kończył się wersami: „nazywam się kuleczka/ dorastałam/ handlując językiem na granicy”. Po warsztatach WIR wyjechałam w ramach studiów do Krakowa, uczyłam się tam polskiego i spędziłam trochę czasu na rezydencji pisarskiej w Krzyżowej na Śląsku. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że tamto spotkanie z – dosłownym – słowem sąsiadującym, z sąsiednim językiem, było inicjacją dla mojej pracy nad przekładem, do której zaliczam nie tylko tłumaczenie, ale także pisanie wierszy. „Ja” w wierszu identyfikuje się tu jako siostra, do której obcy język zwraca się per „kuleczko” z wiersza Honeta (po niemiecku Murmelchen), a jednocześnie rozpoznaje się jako coś „mruczącego” (ang. to murmur, to mutter), co toczy się tam i z powrotem między językami. Z perspektywy czasu zadziwiające jest jeszcze coś innego, a mianowicie fakt, że to wczesne mruczenie rozumiane jako zadanie (ang. task) wiersza, jest pokrewne z mamrotaniem i mammrotkami, tak obecnymi w matkitaskach. W międzyczasie powstało kolejne tłumaczenie wiersza, tym razem na angielski, opublikowane w 2023 roku w kochanie, today i bought bread. Tłumaczka Grace i ja długo rozmawiałyśmy o tym słowie. W języku angielskim „kuleczka” to „marble”, ale powiedzenie „how the marble came into the poem” byłoby tylko połową wiersza. I to błędną połową, a nawet dwiema, ponieważ, po pierwsze, „marble” może również oznaczać „marmur”, a po drugie, cały wers natychmiast budzi skojarzenia z wyrażeniem „to lose your marbles” – stracić rozum. Wiersz nie traci jednak rozumu dlatego, że znajduje kuleczkę, tylko raczej zyskuje wgląd w potajemną wielojęzyczność poezji jako takiej. Stało się więc jasne, że nie możemy tu pracować ze słowem „marble”. Ostatecznie zdecydowałyśmy się posłuchać podobieństw, myślenia relacyjnego, etymologicznych ploteczek i przetłumaczyć ten fragment semantycznie „błędnie”, ale poetycko poprawnie: „how the little murmur came into poetry”.
W matkitaskach pojawiają się fragmenty po angielsku, które nie są ani cytatem, ani klasycznym przełączeniem kodu. Działają raczej jak obcy impuls w ciele wiersza. Czy angielski jest tu językiem zewnętrznym, narzędziem dystansu – czy językiem pracy, który pozwala powiedzieć coś, czego niemiecki „język matki” nie dopuszcza?
Jak już wspomniałam, nie uważam języka ojczystego za język pojedynczy. Jeśli pomyśleć o nim jak o rozciągliwej strukturze, to może on zawierać w sobie wszystkie inne języki i wyrażać wszystko – za pomocą tych języków i poruszając się pomiędzy nimi. A co się tyczy roli angielskiego w moim życiu: byłam żoną amerykańskiego poety, przez pewien czas mieszkałam w Nowym Jorku, tłumaczę z języka angielskiego. Moje dzieci wychowują się w środowisku dwujęzycznym. Dlatego też angielski nie jest dla mnie językiem obcym, ale językiem codziennego życia. Jednak nawet ten język nie pojawia się w wierszach jako „sam w sobie”, nie jest nienaruszony ani doskonały. Jest ciągle wycierany przez kontakt, nie daje się opanować (w sensie: dobrze poznać), bo wciąż dziwnie się przekształca poprzez kontakt z dźwiękami lub ciałami innych słów. W tomiku obecne są również inne języki – pojawiają się na przykład słowa polskie, hiszpańskie, włoskie. Znajdziemy tu również język rosyjski – kolejny język imperialistycznej władzy, który poprzez wielojęzyczne przeskoki w wierszach sam się wyobcowuje. Rosyjski jako język mojego wschodnioniemieckiego dzieciństwa również należy do palety „języków matki, które są good enough”, czyli do wystarczająco dobrych języków ojczystych. Ale także ten język staje się obcy poprzez zastosowane zabiegi podobieństw; dzięki nim zostaje pozbawiony mocy – z „matki” (rosyj. мать) – robi się „mat”, w wersji niemieckiej „muł”, w kolejnym kroku po polsku „mecz”, po niemiecku „Matsch”, a więc gra – rosyj. матч – w której nie ma zwycięzców, nie ma wygranych, nie ma poprawnych tłumaczeń, nie ma partnera (ang. match).
To książka głęboko translacyjna, choć tłumaczeniu nie podlegają wyłącznie słowa między językami. Tłumaczone są doświadczenia, role, relacje, ciała. Czy myślisz o translacyjności jako o podstawowej kondycji egzystencjalnej – stanie permanentnej nieadekwatności między tym, co się przeżywa, a tym, co da się powiedzieć?
Bardzo podoba mi się określenie „książka translacyjna”. Być może myślenie translacyjne jest podstawowym motorem mojego pisania, przy czym nie chodzi tu o tworzenie odpowiedników w różnych językach, ale o obszar pomiędzy językami, o rodzaj niekończącej się reakcji łańcuchowej. Dla mnie to jest translacyjnością: ciągłe wzajemne „odpowiadanie” między wszystkimi formami naszego istnienia – doświadczeniami, rolami, relacjami, ciałami, dźwiękami, słowami, spółgłoskami, samogłoskami. Nie jako tworzenie odpowiedników (czyli wyrażania tego samego innymi słowami), ale jako proces od-powiadania: wypowiadania i alienacji (wyrażania czegoś innego tymi samymi słowami). Nie chodzi więc o to, że prawie wszystko w życiu można nazwać tłumaczeniem, jak chciał nam pokazać „zwrot translacyjny” (translational turn) w kulturoznawstwie i literaturoznawstwie. Jeśli bowiem zbytnio rozszerzymy to pojęcie, możemy stracić z oczu to, co naprawdę jest tutaj przedmiotem negocjacji. A do tego, co jest przedmiotem negocjacji, co musimy mieć na uwadze, należą amortyzacja, ustawa o ograniczeniu napływu imigrantów, pushbacki, AI slopy – przeciwieństwa tłumaczenia. Z jednej strony nieograniczona dostępność wszystkich możliwych danych, zdjęć, tekstów, do celów szkoleniowych i manipulacyjnych. Z drugiej strony dyktat niedostępności, gdy zamyka się granice, zbombardowane państwa oficjalnie określa się mianem bezpiecznych krajów pochodzenia, a jurysdykcje przenoszone są na obszary eksterytorialne. To są nieadekwatności, na które nasz język powinien reagować.
Wielojęzyczność matkitasków nie prowadzi do porozumienia ani syntezy; raczej produkuje tarcia, przesunięcia, błędy. Czy ten hybrydyzm jest dla Ciebie formą oporu wobec idei „czystego” języka i spójnej tożsamości – czy raczej zapisem życia w stanie ciągłego rozszczepienia?
To jest wspaniałe pytanie, które zawiera już w sobie odpowiedź. Chodzi zawsze o oba te aspekty, i ani ja, ani czytelniczka (którą również jestem) nie musimy nigdy podejmować decyzji na rzecz jednego z nich.
Książka jest wyraźnie podzielona na części, ale ten podział nie porządkuje materiału w klasyczny sposób – raczej go destabilizuje. Czy myślałaś o strukturze matkitasków jak o sposobie radzenia sobie z nadmiarem: języka, opieki, relacji?
Praca nad kompozycją książki jest jednym z najbardziej ekscytujących momentów w procesie pisania. Dzięki porządkowaniu wierszy dzieje się coś magicznego: udaje się odkryć większe ruchy, tematy lub obrazy, których nie było się świadomym podczas pisania. Układanie, komponowanie jest wspaniałym sposobem tłumaczenia, dzięki któremu można na nowo spojrzeć na własne teksty z innej perspektywy. Wiersze w matkitaskach powstawały przez długi czas dziesięciu lat, a niektóre z nich, na przykład cykl „Calamity Jane”, są jeszcze starsze, ale do tej pory nie znalazły się w żadnej książce. Dzięki ułożeniu wierszy zrozumiałam, co łączy moje przemyślenia w tak różnych obszarach jak macierzyństwo, wielojęzyczność i polityka językowa. Być może należy to podsumować w ten sposób (nie wpływając zbytnio na odbiór przyszłych czytelników): nie pochodzenie (biologiczne, etymologiczne, narodowe), ale wyobrażone pokrewieństwo oparte na podobieństwie jest kluczem, dzięki któremu możemy myśleć o świecie w nowy, bardziej sprawiedliwy sposób. Poszczególne rozdziały książki są próbą przeanalizowania tej myśli w różnych kontekstach: MATKISTASKI – MOTHER MASK – MUTATAS – MATRIOSZKI. Jest tu zatem prolog, który przywołuje mityczne sceny z matką lub ojcem (Atena, Medea) i pokazuje je w kontekście współczesnym. Wiersze w pierwszym rozdziale (MATKITASKI) dają przestrzeń dziwnym, płynnym, zabawnym i absurdalnym doświadczeniom językowym oraz cielesnym związanym z macierzyństwem. Są zapisem obserwacji pracy opiekuńczej i procesu pisania, a także zbiorem kreatywnych sił poddawanych deformacji, które powstają na przykład w wyniku nadmiernego zmęczenia lub w konfrontacji z roztargnieniem dzieci. W rozdziale MOTHER MASK przeciwstawia się temu przypadek szalonej symbiozy, a mianowicie historia kobiety, która słynną bohaterkę westernów za wszelką cenę chciała uczynić swoją matką. Trzeci rozdział MUTATAS otwiera w pewnym sensie metapoziom macierzyństwa, odnosząc się do językowych przodków czy prekursorów, takich jak Friederich Hölderlin, poetki dadaistyczne Emmy Hennings i Hannah Höch, surrealista Max Ernst czy ekspresjonista Max Beckmann na emigracji. W ostatnim rozdziale MATRIOSZKI poruszane są kwestie międzypokoleniowego przekazywania wzorców, historii i języka. Tu znajduje się także wyobrażenie języka przyszłości, który należy do „grammar girls”.
Książka wyraźnie odmawia pocieszenia: nie oferuje ani języka źródła, ani języka rozwiązania. Pokazuje język jako pracę bez końca. Czy to właśnie było dla Ciebie największym ryzykiem matkitasków – odebranie językowi jego funkcji kojącej?
Dla mnie ten język jest właściwie bardzo pocieszający – zwłaszcza dlatego, że często jest tak zabawny, absurdalny. Pocieszenie tkwi w możliwości bycia niedoskonałym, nieporadnym, niezdarnym i figlarnym. Wiersze te wymykają się za pomocą wielojęzycznego humoru narzucanym nam ograniczeniom: ciała, pracy opiekuńczej, jednojęzyczności, Europy Środkowej, granic zewnętrznych, równoczesności połogu i tragedii na Morzu Śródziemnym. Podczas pisania często myślałam: nie możesz tu teraz użyć tego figla, ale potem i tak go zapisywałam, żeby zobaczyć, co się stanie. Wiersz nie może uczynić świata bardziej sprawiedliwym, ale może stworzyć język, który pozwoli nam być bardziej współistniejącymi, bardziej ze sobą splecionymi. Taki sposób myślenia o wspólnocie nigdy nie będzie skończony – ponieważ podobieństwo zawsze pociąga za sobą kolejne podobieństwa, a jeden malapropizm rodzi kolejny. Bo któż wie, gdzie był początek i gdzie leży granica, która oddziela moje od twojego?
Dziękuję za rozmowę, uważność i gotowość do wejścia w językowe ryzyko tej książki.
Z niemieckiego przełożyła Karolina Golimowska