Artur Burszta: Dwadzieścia jeden wierszy, pół wieku pisania, jeden nerw: poznanie przez gniew, czułość i nieustanną pracę nad językiem. Adrienne Rich – poetka, która nie rozdzielała ciała od struktury, prywatnego od politycznego, języka od władzy – zostawiła mapę, po której wciąż uczymy się chodzić. Każdy tekst to osobne laboratorium doświadczenia: od zlewu codzienności po zimne światło planetarium, od milczenia do głosu, od gniewu do troski. Idźmy więc wiersz po wierszu, Waszym wyborem i Waszym doświadczeniem przekładu.
„Kartografie milczenia” / „Cartographies of Silence” , 1977
Milczenie jako mapa, pauza jako znaczenie, przerwa jako miejsce prawdy, kiedy język okazuje się niewystarczający albo obciążony cudzą władzą. Wiersz o tym, że nie każde przemilczenie jest zgodą – czasem cisza staje się formą myślenia, formą obrony, pierwszym krokiem do własnego języka. Jakubie – jak czytasz ten tekst w kontekście polskiej debaty, która domaga się natychmiastowych deklaracji i natychmiastowych stanowisk? I czy widzisz tu lekcję: że czasem najuczciwszą reakcją na świat jest nie szybkie zdanie, lecz uważne zawieszenie głosu?
Jakub Głuszak: Może najpierw zastrzeżenie: może to ironiczne, że chociaż przekład jest oczywiście formą interpretacji, to jednak nie jestem dobry w interpretacjach powiedzmy dyskursywnych czy syntetycznych. Zawsze łatwiej mi zauważyć szczegóły niż złożyć z nich jakąś całość albo uogólnienie.
Tak więc w „Kartografiach milczenia” uderza mnie ironia między tytułem, zapowiadającym uporządkowany przegląd różnych typów milczenia, a tekstem przeplatającym niejednoznaczne refleksje z dosyć konkretnymi opisami sytuacji, które jednak są na tyle fragmentaryczne i niekompletne, że cała sytuacja pozostaje niejasna. Jak to zwykle bywa, bardziej chodzi tu o zadawanie tekstowi pytań niż o znajdowanie w nim odpowiedzi.
Nie wiem, czy można z wiersza wyciągnąć jakąś jednoznaczną lekcję, kiedy mówić, a kiedy milczeć. Pewnie ważniejsze jest móc milczeć, kiedy chce się milczeć, a móc mówić, kiedy się chce mówić – i chyba o tym jest ten wiersz, gdyby chcieć go odnieść do życiowych przygód.
„Cóż to są za czasy” / „What Kind of Times Are These”, 1995
Drzewo, polityka, przemoc, pamięć. „Nie ma niewinnych miejsc”: pejzaż jako archiwum, ziemia, która przechowuje ślady historii, nawet gdy wygląda na spokojną. Wiersz, który uczy, że natura nie jest ucieczką, tylko współświadkiem. Jakubie – który polski las dziś najbardziej przypomina ten Rich: piękny, a jednak podszyty pamięcią przemocy? I czy czytasz tu lekcję patrzenia na zieleń bez zapominania o krwi – widzenia miejsca i jego historii równocześnie?
Jakub Głuszak: Gdybym miał odpowiedzieć wprost, to oczywiście Puszcza Białowieska, ale nie chcę odpowiadać wprost. U Brechta, od którego Rich bierze tytuł, mówienie o drzewach było przestępstwem, bo jego kosztem było nierozmawianie o ludzkiej krzywdzie. U Rich jest odwrotnie – trzeba mówić o drzewach, żeby dało się rozmawiać o polityce. Teraz, ponad 30 lat po napisaniu tego wiersza, jest jeszcze inaczej: drzewa nie są ani wymówką, ani pretekstem, ale wobec kryzysu klimatycznego same w sobie stały się polityczne.
To wiersz o niedopowiedzeniu i podoba mi się, jak to niedopowiedzenie ucieleśnia, urywając się niemal wpół zdania.
„Życie w grzechu” / „Living in Sin”, 1955
Nie poddasze artystów, lecz zlew, kruche talerze, rytuały niewidzialnej pracy. Fantazja o „pięknym życiu” pęka w czasownikach i powtarzalności – w tym, czego nie widać, choć podtrzymuje wszystko. W Polsce, gdzie mit romantycznego poświęcenia i domowej „cicho-pracy” wciąż żyje, ten wiersz brzmi jak lekcja odczarowania miłości: praktyka troski zamiast mitu. Jakubie – w którym miejscu w tym tekście najmocniej słychać realność, a nie symbol? I czy ten wiersz czytasz dziś jako komentarz do lat 50., czy raczej jako tekst o naszym czasie – o pracy, która „nie liczy się”, bo dzieje się w kuchni, nie w historii?
Jakub Głuszak: Krzątanina to jedno, ale jest tu też zderzenie realności z wyobrażeniami – coś, co zawsze mnie ujmuje w projektach ideologicznych. Konkret, szczegół jako punkt wyjścia, oparcie się na materialnej rzeczywistości zamiast planowania od razu idealnego świata. To wczesny wiersz, z czasu, kiedy druga fala feminizmu jeszcze się nawet nie zaczęła, ale już jest to kąśliwa krytyka mitów tworzonych z pozycji przywileju, a przedstawianych jako uniwersalne.
Najważniejszy jest dla mnie moment, w którym bohaterka uświadamia sobie, że mity, z którymi się utożsamia, nie są jej mitami. Podobny motyw, chociaż w bardziej abstrakcyjnej postaci, powraca w „Orionie”.
„Waleta żalu zabraniająca” / „A Valediction Forbidding Mourning”, 1971
Pożegnanie z językiem, który miał nas pilnować. Gramatyka jako narzędzie posłuszeństwa, rozpad składni jako odmowa. Odejście od formy nie w geście destrukcji, ale odzyskiwania głosu – wolność w szczelinie między zdaniem a przerwą. Kiedy ostatnio poczułaś Magdo, że „poprawny” język próbuje Cię uciszyć – czy to w przekładzie, czy w codziennym dyskursie? I czy w dzisiejszej polszczyźnie rozbijanie formy to wciąż ryzyko, czy już konieczność, żeby mówić własnym tonem?
Magdalena Kleszczewska: Czytam ten wiersz przede wszystkim z perspektywy kobiety – z miejsca, w którym język od zawsze był narzędziem dyscyplinowania. „Waleta żalu zabraniająca” to dla mnie nie tyle pożegnanie z konkretną formą, ile gest odmowy wobec języka zaprojektowanego tak, by pilnować naszych granic, naszych ciał, naszych reakcji. Rich mówi o rozpadzie składni jak o wyłamaniu się z roli – ja słyszę w tym kobiece doświadczenie usiłujące przebić się przez język, który nie chce go przyjąć, który tego doświadczenia zabrania.
Kiedy myślę o polszczyźnie z perspektywy kobiecej, myślę o niekończących się bojach o feminatywy. Za każdym razem, gdy w dyskusji pojawia się argument, że „język tak nie działa”, „to brzmi śmiesznie”, czuję właśnie to: próbę uciszenia pod pozorem poprawności. Jakby nasza widzialność miała być nieustannie negocjowana, a możliwość nazwania siebie własnym imieniem była luksusem. Ta powtarzalność walki, jej mozolność, naprawdę bywa doświadczeniem śmierci, o której pisze Rich – znużenia tym, że wciąż musimy udowadniać, że istniejemy.
Czy rozbijanie formy jest więc ryzykiem? Tak. Ale jednocześnie koniecznością. Bo „męska” gramatyka wciąż potrafi obracać się przeciwko nam, narzucać ton, który nie jest nasz. Dlatego czasem trzeba ją rozszczelnić, nadłamać, oswoić tak, by mogła mówić o nas, a nie za nas. W moim doświadczeniu dopiero w takiej szczelinie – między zdaniem a przerwą, między normą a jej pęknięciem – zaczyna rosnąć nasz własny dialekt, idiolekt. Taki, w którym żądze, ból i pragnienia nie muszą być wyciszane, mogą wreszcie być zapiskami pęczniejącymi treścią. Taki, w którym metafory tworzymy same.
„Wola zmiany” / „The Will to Change”, 1971
Refren jak młot, nie ornament. Deklaracja jako działanie, wola nie jako emocja, lecz narzędzie przetrwania. Nie wyznanie – postawa. Czy w kraju, który nagradza cichość i ugodowość, słyszysz, Jakubie, w tym tekście wezwanie do jawnej, nienegocjowalnej postawy? I jak dziś rozumiesz „wolę zmiany” – taką, która nie przeprasza za swój głos?
Jakub Głuszak: To dziwny wiersz, znowu z ironicznym chyba tytułem, bo nie przedstawia jednoznacznego wezwania do działania, tylko składa się z kilku fragmentarycznych obrazów. W jednym z nich pojawia się Fidel Castro na propagandowym obrazku, zestawiony z obrazem z amerykańskiego sądu, w którym oskarżony Bobby Seale został zakneblowany i skrępowany. Chodzi o proces „ósemki z Chicago”, związany z protestami przeciwko wojnie w Wietnamie – nie będę wchodzić w szczegóły, kto chce, to doczyta w internecie.
Trochę dziwnie się poczułem, przekładając wiersz, w którym Castro pojawia się nie w jednoznacznie negatywnej roli. Może to właśnie konstruktywny dyskomfort, skłaniający do zastanowienia się, co chcielibyśmy zmienić i w jaki sposób; a może to tylko dokument czasów, w których wiersz powstał.
„Notatki końcowe” / „Final Notations”, 1991
„To nie będzie proste” / „to będzie proste” jako etyka, nie pocieszenie. Rytm odmowy łatwych obietnic; nadzieja, która nie jest znieczuleniem, lecz wyborem świadomości. Słowa, które nie wygładzają krawędzi, tylko pozwalają je widzieć i przejść przez nie uważnie. Jakubie – czy ten wiersz uczy dziś, że nadzieja bez trudności jest iluzją? I co w nim czytasz jako wezwanie do odpowiedzialności – zamiast do ukojenia?
Jakub Głuszak: Ciekawi mnie, w jaki sposób ten wiersz podpuszcza czytelnika. Można by się spodziewać regularnych powtórzeń formuły „to będzie” / „to nie będzie”, a tymczasem powtórzenia te nie mają wyraźnego rytmu, tak jakby poziom tekstualny odbijał losowość wyzwań, przed jakimi możemy stanąć. Będzie tak i będzie siak, ale raczej nie będzie łatwo.
„Nurkuję do wraku” / „Diving into the Wreck”, 1973
Zejście w materię, nie narrację. Nie opowieść o katastrofie, tylko jej blacha, szkło, sól. Prawda bez mitologii, bez oprawy – tylko to, co zostało pod powierzchnią. Jakubie – gdzie w tym wierszu najmocniej słyszysz wezwanie do patrzenia na „rzecz samą”, a nie na legendę o niej? I co z tej surowości możemy dziś wziąć do polszczyzny – żeby mówić o ranach bez heroicznego filtra, a jednak bez utraty powagi?
Jakub Głuszak: Ja wiem, czy ten wiersz taki surowy? Są w nim momenty komiczne, jak na przykład „My flippers cripple me”, co przetłumaczyłem jako „przez płetwy kuleję” – można zaplątać język jak w drabinkę sznurową. Metafora, która w ten sposób powstaje, jest więc trzypoziomowa – język jest niezgrabny jak człowiek w stroju nurka, a nurek jest niezgrabny jak próby odzyskania czegoś cennego z dominujących mitów.
Wezwania do odzyskania rzeczy samej w sobie trudno mi, znów, nie czytać ironicznie – w końcu kiedy bohaterka wiersza schodzi „po wrak, a nie opowieść o wraku”, rozumiemy, że tak naprawdę wrak oznacza co innego, wiele innych rzeczy, a cały wiersz jest o tych rzeczach opowieścią.
Nie jest to opowieść dosłowna, chociaż oczywiście osadzenie w kontekście całej twórczości Rich, jak i zawarte w wierszu tropy, każą czytać go antypatriarchalnie, ale nie jest to powiedziane bardzo wprost. Nie jestem krytykiem ani historykiem literatury, więc nie będę mówić, że polszczyźnie takiego pisania brakuje – powiem tylko, że cenię sobie takie niełopatologiczne, pełne metafor i przesunięć pisanie polityczne, w którym jednak nie ma wahania, po której stronie sporu się sytuujemy. Nie chodzi o pozór obiektywnej symetrii, która wszystko relatywizuje, tylko o język, w którym kierunek gniewu i solidarności jest jasny, nawet jeśli sama opowieść zostaje celowo poszarpana.
„Kwarto” / „Quarto”, 2011
Imię jako samookreślenie, nie etykieta. Prawo do mówienia „to jestem ja”, nie „to mi przypisano”. Tożsamość jako czynność, nie metka. Magdo – jak ten wiersz brzmi dziś w kontekście walki o prawo do własnego imienia i własnej definicji siebie? I czy polszczyzna jest gotowa, by przyjąć, że prawo do nazwania jest prawem do istnienia?
Magdalena Kleszczewska: Polszczyzna jest zdolna przyjąć więcej, niż zwykle jej przypisujemy. Język – podobnie jak tożsamość – jest czynnością, ruchem, aktem, życiem, a nie metką czy emblematem zaklętym w bursztynie. Potrzebuje tylko przestrzeni, by się rozwijać, by odpowiadać na realne doświadczenie tych, którzy się nim posługują.
W „Kwarto” słyszę jednak nie tylko afirmację prawa do własnego imienia, lecz także wezwanie do odwagi. Ten wiersz jest dla mnie o prawdzie, o ryzyku obnażenia, jakie niesie przyznanie się do tego, kim naprawdę jesteśmy. Tak – prawo do nazywania jest prawem do istnienia. Ale czy jesteśmy gotowi ponieść cenę tego prawa? Czy jesteśmy gotowi raz po raz wystawiać się na strzały, które utkwią w topografii naszych bitew?
Ostatnia zwrotka wiersza Rich działa na mnie szczególnie mocno. Jej baśniowy obraz porzucenia własnej tożsamości przywodzi mi na myśl wiersz Nuali Ní Dhomhnaill „Syrena w szpitalu”. Tam syrena budząca się z nogami, ucząca się chodzić, staje się symbolem utraty języka, a tym samym utraty tożsamości Irlandczyków. U Rich odbieram podobny ból: moment, w którym imię – to najpierwsze, najbardziej intymne narzędzie samookreślenia – zostaje nam odebrane albo narzucone.
I może właśnie dlatego powinniśmy pozwolić polszczyźnie przyjmować nie tylko nowe formy, lecz także nowe definicje siebie. Bo prawo do nazwania jest po prostu prawem do bycia.
„Potrzeby życiowe” / „Necessities of Life”, 1966
Wiersz-minimum, oddech po trzęsieniu. Zero ozdób, zero retoryki. Język jakby czekał na odbudowę – najpierw trzeba odrzucić nadmiar, by zostało to, co konieczne. W tym momencie Rich przestaje się dopasowywać i idzie w skrajne zawężenie: mniej słów, mniej masek, więcej godności. Dziś, kiedy świat domaga się ciągłego mówienia i natychmiastowych reakcji, ten tekst brzmi jak manifest ciszy, która nie jest wycofaniem, lecz wyborem. Co w tym wierszu jest dla Ciebie najczystszym gestem odmowy wejścia w kulturę nadmiaru? I czy ten surowy ton czytasz dziś jako obronę czy jako afirmację własnej siły – takiej, która nie musi tłumaczyć się w cudzym języku?
Jakub Głuszak: To jeden ze starszych wierszy w zbiorze, a brzmi bardzo współcześnie, z podmiotem wymykającym się klasyfikacjom i absurdalnymi, komicznymi obrazami: „zeskorupiała jak sucha bulwa”, „stała jak głowa kapusty”. Kluczowe jest oczywiście zdanie „zużywałam się sama, nie dawałam się użyć” – skoro tego używania czy zużywania nie da się uniknąć, niech chociaż będzie na naszych własnych warunkach.
„Planetarium”, 1971
Nauka i gniew, kosmos i pamięć o kobietach wymazanych z teleskopów i podręczników. Wiersz o odzyskiwaniu prawa do patrzenia – do własnego nieba i własnej narracji. Energia wiedzy odzyskanej spod warstw przemilczeń. Jakubie – co w tym tekście dziś najmocniej wybrzmiewa jako gest „odzyskiwania spojrzenia”? I w Twoim odczuciu: jakie „planetarium” mamy dziś w polszczyźnie – miejsce, gdzie ktoś wciąż musi dopisywać sobie prawo do światła i widoczności?
Jakub Głuszak: Zaczyna się od kobiety o kształcie monstrum, a kończy instrumentem w kształcie kobiety. Bohaterka wiersza, astronomka, przechodzi językową transformację, zostaje włączona w historię nauki, a może zaczyna ją uosabiać. Fraza „co widzimy, widzimy/ a zobaczyć to zmienić” jest trochę metafizyczną złotą myślą, a trochę trzeźwą obserwacją o działaniu władzy. Zmienić można tylko to, co widać, a samo pokazanie bywa już zmianą.
Jeśli chodzi o polszczyznę – cóż, ciągle tli się spór o feminatywy, traktowane często tak, jakby były monstrami w kształcie słów. Ale też wiadomo, że same feminatywy to tylko pretekst, objaw – tak naprawdę chodzi o cały język, o to, co się w nim będzie mieścić, a więc będzie widoczne.
„Orion”, 1969
Ciało i konstelacja, kosmos i wnętrze. Rich zapisuje własną figurę na niebie bez pytania astronomów o zgodę. Podmiot, który nie chce się domknąć w jednej formie – jak tożsamość, zanim miała słownik. Ruch poza mapą, zanim ktoś ją narysował. Jakubie – czy czytasz dziś ten wiersz bardziej jako tekst o niebie, czy o prawie do istnienia poza narzuconymi kategoriami? I w którym miejscu polszczyzna najcelniej – albo najmocniej oporuje – wobec takiego „wyjścia z ram”?
Jakub Głuszak: Och, na pewno nie jest to wiersz o niebie, tylko o tym, że nie chcę już mieszkać w cudzej konstelacji. Orion zaczyna jako cały pakiet mitologicznych figur – „daimon”, „wiking z lanego żelaza”, „król”, „mężny przyrodni brat” – które podmiotka entuzjastycznie przyjmuje. W drugiej części wiersza widać już cenę tej zgody: puste oczy, „dzieci giną moją śmiercią”. Ale kiedy bohaterka wybija się na niepodległość, Orion okazuje się postacią dosyć bezradną.
Polszczyzna to język jak każdy – można nią wyrazić wszystko, co pomyśli głowa. Opór wobec inkluzywnego języka jest polityczny. Oczywiście zawsze można się potknąć o rodzaj gramatyczny albo różnice w zakresie znaczeniowym słów (ktoś może się na przykład przyczepić, że „genius” to nie „daimon”), ale z mojego przekładowego punktu widzenia to najmniej ciekawe problemy.
Większym wyzwaniem było złapanie tonu, który szczególnie na początku ślizga się po kampie, a później poważnieje. Zmiany tonu wiersza mogą być szczególnie zdradliwe, bo czytelnik nie musi zaufać tłumaczowi, że to specjalnie!
„Czekaj” / „Wait”, 2004
Napięcie przed zmianą. Niepewność jako stan polityczny; czas zawieszenia, w którym decyzja jeszcze nie nadeszła, ale świadomość już pracuje. Oczekiwanie nie jako bierność, lecz jako czujność. Magdo – co dziś znaczy „czekać z otwartymi oczami”? I czy ten wiersz daje język do życia w czasie, który jeszcze się nie ujawnił – kiedy przyszłość dopiero się zbiera, ale już nas dotyka?
Magdalena Kleszczewska: Nie jestem pewna, czy „czekanie” w tym wierszu nazwałabym napięciem przed zmianą. Bardziej widzę w nim bierny opór, lęk przed przymusem, coś, co dziś tak często opisuje się jako „emigrację wewnętrzną”. To moment, w którym próbujemy uciec w głąb siebie, a jednocześnie czujemy, jak zewnętrzny nacisk – państwowy, rządowy, społeczny – napiera na nas z ogromną siłą, przenika do środka, wpełza w nas jak robactwo. Czekanie staje się wtedy nie oczekiwaniem na zmianę, lecz próbą ocalenia integralności, choćby na minimalnym poziomie.
Piach, który pojawia się w wierszu Rich, skojarzył mi się z „Kobietą z wydm” Kōbō Abego. Niki Jumpei fascynuje się piaskiem – jego ruchliwością, niestałością, identycznością ziaren – a jednocześnie to właśnie piasek staje się narzędziem pułapki, wtłacza go w krajobraz, w mechanizm działający ponad nim, poza nim, wbrew niemu. Niki musi nieustannie odgarniać piasek: jego codzienność zostaje zredukowana do wysiłku na rzecz systemu, który go wchłonął. Pozostaje mu podporządkowanie albo planowanie ucieczki – dokładnie ten rodzaj zawieszenia, w którym „czekanie” jest formą świadomości.
U Rich poruszyła mnie też fraza: „to nie miejsce na drobny liryzm”. Słyszę w niej echo wcześniejszej linii z „Kwarto”: „Nikt nie pisze liryków na pobojowisku”. Jakby Rich po raz kolejny diagnozowała moment, w którym odbiera nam się prawo do poetyckiego samowyrazu – moment, w którym język, zamiast być przestrzenią swobodnej ekspresji, zmienia się w pole walki.
Może więc „czekać z otwartymi oczami” znaczy dziś żyć w świadomości, że musimy pozostać czujni, zwłaszcza wtedy, gdy system próbuje nas wchłonąć w swoją ruchomą, nieustannie zsuwającą się masę, kiedy nasz świat staje się pustynią, staje się piekłem.
„Siła” /„Power”, 1978
Marie Curie: moc i poparzenie. Geniusz i rana. Odkrycie, które kosztuje ciało – wiedza jako blask i promieniowanie, które nie zna miłosierdzia. Historia, której nie da się streścić w słowie „sukces”, bo sukces tu płonie od środka. Które współczesne opowieści o kobietach brzmią dla Ciebie jak ta rana – taka, której nie da się zmieścić w narracji osiągnięcia? I czy ten wiersz czytasz dziś bardziej jako zapis pracy, czy jako przypomnienie o cenie widoczności – tej, która wciąż wypala ślady na ciele i języku?
Jakub Głuszak: Najpierw zastrzeżenie – to jeden z tych głupich problemów tłumaczeniowych, które są tyleż nierozwiązywalne, co nudne: czy „power” przełożyć jako „siła”, „moc”, „energia”? Czy jeszcze inaczej?
Czytając ten wiersz, łatwo skupić się na postaci Skłodowskiej, ale jest tam przecież i ten wykopany z ziemi stuletni flakon – dopóki się go nie otworzy, można wyobrażać sobie, że jego zawartość jest cudowna. Flakon mieści czystą, bezcielesną moc. Odwrotnie jest ze Skłodowską, której ciało nie mogło „pomieścić” promieniowania. I o ile flakon pozwala marzyć o mocy, sile bez konsekwencji, to Skłodowska jest tych konsekwencji ucieleśnieniem, ale też ucieleśnieniem siły, która została wyprodukowana cielesnym kosztem.
„Poetce” / „To a Poet”, 1974
Troska nie jako paternalizm, lecz obecność. Bliskość bez zawłaszczania, wsparcie bez kontroli; „jestem z tobą”, a nie „wiem lepiej” – język, który nie wygłasza, tylko towarzyszy. Magdo – co dziś naprawdę znaczy powiedzieć „jestem z tobą”, a nie „wiem lepiej”? I czy solidarność w polu literackim wciąż działa ciszej – bardziej jak szept niż megafon?
Magdalena Kleszczewska: Żałuję, że nie znałam tego wiersza wtedy, gdy sama – ledwie dwudziestokilkuletnia – zmagałam się z wodospadem przedwczesnego macierzyństwa, a jednocześnie próbowałam pisać, tłumaczyć, skończyć studia, jakoś znaleźć dla siebie miejsce w świecie. Wiersz „Poetce” byłby wtedy dla mnie aktem otuchy: prawdziwym „jestem z tobą” w świecie, w którym niemal wszyscy wokół „wiedzieli lepiej”, nawet ci, którzy nie mieli podobnego doświadczenia. I to było chyba najtrudniejsze: świadomość, że nawet kobiety, od których instynktownie oczekiwałam zrozumienia, też potrafią zawieść.
Dziś widzę, że słowa „jestem z tobą” oznaczają przede wszystkim rezygnację z władzy – z potrzeby narzucenia drugiemu własnych przekonań. To obecność bez przejmowania steru, towarzyszenie bez przechwytywania cudzego głosu. To uznanie, że druga osoba ma swoją drogę, swój język, a naszym zadaniem jest bycie obok, nie prowadzenie.
Dziś „jestem z tobą” znaczy dla mnie coś bardzo prostego: nie oceniam, nie ustawiam się wyżej, nie przejmuję twojej historii. Jestem obok. Czasem w milczeniu, czasem w rozmowie, ale bez tej potrzeby, by układać komuś życie po swojemu. To dużo trudniejsze niż mówienie, co „powinnaś” zrobić, ale też dużo prawdziwsze.
A solidarność w środowisku literackim? Wydaje mi się, że naprawdę częściej działa po cichu. Może dlatego, że prawdziwa solidarność jest intymna: nie potrzebuje deklaracji, transparentów, wielkich słów, jest w stanie umościć się w wierszu. I tej cichej solidarności ufam o wiele bardziej niż głośnym deklaracjom.
„The Phenomenology of Anger” / „Fenomenologia gniewu”, 1973
Gniew jako światło diagnostyczne. Nie wybuch, lecz narzędzie widzenia. Emocja nie jako słabość, tylko sposób na dotarcie do prawdy o przemocy i strukturach, które ją ukrywają. Jakubie – jak czytać ten gniew w języku, który wciąż próbuje go spłaszczyć do „przesady” albo „histerii”? I czy widzisz w tym wierszu model godności, która nie przeprasza za emocje, tylko uznaje je za źródło wiedzy?
Jakub Głuszak: Ciekawa jest społeczna pozycja gniewu w systemie genderowym. Stereotypowo to jedna z niewielu emocji, jakie wypada okazywać mężczyznom, ale dla kobiet jest zabroniona. Kobieta w gniewie to wariatka, histeryczka – ale wiadomo, że histeria czy szaleństwo oferowało kobietom jakąś drogę do wolności czy chociaż sprawczości, zrzucenia więzów konwencji.
Rich nie chce po prostu przejąć „męskiego” gniewu, ale użyć tej emocji jako narzędzia zmiany, stworzenia „nowego mężczyzny” lub też „nowego człowieka” – to znowu jeden z tych irytujących problemów tłumaczeniowych, które nigdy nie będą mieć zadowalającego rozwiązania.
Ładna jest też dyskretna parafraza Ziemi jałowej Eliota. Bohaterka „Fenomenologii gniewu” kieruje do mężczyzny słowa: „Wczoraj w nocy, w tym pokoju, płacząc,/ pytałam: co czujesz?/ czy w ogóle coś czujesz?”. Natomiast w „The Waste Land” mamy: „O czym tak milczysz? Co myślisz? No co? Nigdy nie wiem, co myślisz” – słowa, przynajmniej według literackich plotek, przypisywane zamkniętej wbrew swojej woli w zakładzie psychiatrycznym żonie Eliota, Vivienne Haigh.
Można powiedzieć, że w tym wierszu gniew jest jednocześnie „podejrzaną” emocją i jedynym narzędziem, które naprawdę coś o świecie pokazuje. Język, który chciałby go spłaszczyć do „przesady” albo „histerii”, zostaje tu odwrócony przeciwko sobie: Rich pokazuje, że to właśnie gniew pozwala zobaczyć fałsz rewolucyjnych sloganów, podróbki banknotów-słów, przemoc ukrytą w małżeńskim pokoju i w My Lai. W tym sensie wiersz proponuje model godności, który nie polega na trzymaniu fasonu, tylko na odmowie przeproszenia za to, że widzi się za dużo. Gniew nie jest tu wybuchem do opanowania, ale stanem poznawczym, pozwalającym zobaczyć, że „normalność” jest zbudowana na cudzej krzywdzie.
„Rape” / „Gwałt”, 1973
Biurokracja jako narzędzie przemocy. Trauma zderzona z formularzem, gdzie język instytucji nie opisuje doświadczenia, tylko je tresuje. Zapis zranienia i bezsilności w rubrykach, nie w metaforze. Jak ten wiersz pracuje dziś w polszczyźnie – języku, w którym kobiety wciąż muszą legitymizować swoje doświadczenie, zamiast po prostu je wypowiedzieć? I czy widzisz, Magdo, realną zmianę w języku instytucji, czy tylko ton, który stał się „cieplejszy”, ale nadal kontroluje opowieść?
Magdalena Kunz: „Gwałt” jest w moim poczuciu tekstem opowiadającym przede wszystkim o kulturze gwałtu; celowo używam tego pojęcia, które w czasach, gdy Rich tworzyła ten wiersz, nie funkcjonowało jako narzędzie opisu, a robię to dlatego, żeby pokazać, że gwałt jako zjawisko (a nie tylko doświadczenie cielesne) jest i od zawsze był wpisany w strukturę świata. Rich mówi tu oczywiście o zderzeniu z bezdusznością instytucji, która całkiem dosłownie „przemiela” tę „najczarniejszą chwilę” w jej życiu przez systemową maszynę i redukuje ją do numeru sprawy odłożonej do teczki. Ale Rich mówi to o czymś więcej: mówi o kulturze, która gwałci. Policjant, który jest twarzą tego odczłowieczonego i odczłowieczającego systemu, jest łudząco podobny do sprawcy; jest każdym mężczyzną, kolegą brata, sąsiadem, zwykłym facetem, który “miał swoje ideały”. Jego twarz mogłaby przecież, sugeruje Rich, znaleźć się na rysopisie sprawcy. Każdy wers ewokuje ten lęk: kultura, która gwałci, jest awersem i rewersem tej samej monety – przemoc nie kończy się wraz z końcem gwałtu; kultura jest jego przedłużeniem. Gwałt jest elementem kobiecego życia, doświadczenia i codzienności.
„Ballada o biedach” / „Ballade of the Poverties”, 2009
Enumeracja jako protest. Lista zamiast moralizowania; rzeczywistość, która nie potrzebuje retoryki, tylko widzialności. Godność przeciwko statystyce. Magdo – gdzie dziś widzisz „ubóstwa”, o których w Polsce wciąż nie umiemy mówić? I jak wiersz może przywrócić wagę temu, co system próbuje zneutralizować tabelą, wskaźnikiem, komunikatem prasowym?
Magdalena Kleszczewska: Wszystkie „biedy”, które wylicza Rich, widać dziś również w Polsce – i to aż boli, jak bardzo są uniwersalne. Najbardziej oczywistym ubóstwem jest dla mnie wciąż odmawianie podstawowych praw kobietom i osobom nieheteronormatywnym. Każda próba rozmowy o tym natychmiast grzęźnie w politycznych sloganach, w retoryce, która wszystko spłaszcza i wygładza. Zamiast realnych historii słyszymy komunikaty prasowe, oburzające hasła na wiecach, świętoszkowate moralizowanie. A przecież prosimy tylko o to, co elementarne: o godność, o widzialność, o uznanie za pełnoprawne istoty ludzkie. Nie zgadzam się na to, by naszymi prawami kupczono, by stały się zakładnikami cyników.
Ale ten wiersz mówi mi coś jeszcze – o niemożności zakomunikowania swojej biedy tym, którzy mają narzędzia, by coś zmienić. Enumeracja Rich jest jak rzucenie prawdy prosto w twarz ludziom, którzy inaczej by jej nie zobaczyli. Bo słowa nie docierają do tych, którzy patrzą tylko w lustro własnej narracji. Wielu decydentów nie słucha, reagują dopiero wtedy, kiedy coś zakłóci ich spokój, kiedy protest stanie się głośny, widoczny, kiedy nie da się go już zbyć tabelką czy wskaźnikiem.
I właśnie w tym widzę siłę poezji: w przywracaniu ciężaru temu, co system próbuje zneutralizować liczbami, sondażami. Wiersz może oddać głos tym, którzy na co dzień są zagłuszani. Może być lustrem rozbitym tuż przed tymi, którzy chcą widzieć tylko własne odbicie. Poezja nie rozwiązuje bied, ale odbiera wygodę udawaniu, że ich nie ma.
„Pęd” / „Tendril”, 2004
Delikatność, która pracuje jak siła. Mikroopór zamiast rewolucyjnej retoryki; ciche trwanie, które okazuje się bardziej wytrwałe niż przemoc. Wzrost, który nie robi hałasu, a jednak wszystko zmienia. Magdo – gdzie dziś w polskim życiu publicznym widzisz takie „pędy”, które rosną mimo wszystkiego? I czy kruchość bywa – paradoksalnie – bardziej wytrwała niż potęga?
Magdalena Kleszczewska: „Kruche są twoje namioty ludzkości/ stająca naprzeciw monologom siły” – ten wers trafia we mnie wyjątkowo mocno. Budujemy cywilizację, gromadzimy osiągnięcia, konstruujemy systemy, a jednocześnie jesteśmy niezwykle podatni na zranienie, krusi. I jest w tym jeszcze jedna sprzeczność, o której trudno mi nie myśleć: obok tej naszej kruchości nosimy w sobie także niszczycielską siłę. Potrafimy w jednej chwili zburzyć to, co tworzyliśmy przez lata – relacje, wspólnoty, własne plany, całe światy. Ta ambiwalencja jest chyba częścią ludzkiego losu: jedną ręką budujemy, drugą burzymy.
Może właśnie dlatego te „pędy”, o których pisze Rich, są tak cenne – bo przypominają nam, że życie wraca nawet tam, gdzie człowiek wcześniej sam sobie zrobił pustynię. Przyszłość potrafi wjechać w nasze plany „zbójeckim buldożerem”. A jednak w każdym z nas istnieje coś nieredukowalnego i niezniszczalnego – marzenia, intuicje, myśli, wola życia i tworzenia – coś, czego nawet opresja nie potrafi do końca przejąć.
W polskim życiu publicznym widzę dziś właśnie takie „pędy”: inicjatywy społeczne, organizacje pomocowe prowadzone przez kilka osób, czasem niemal bez środków. To często działania niewidoczne w mediach, bez spektakularnej retoryki, ale istniejące mimo wszystko. Rosną powoli, skromnie, bez rozgłosu, ale przetrwają więcej niż jednorazowy polityczny wiec.
I tak, myślę, że kruchość bywa bardziej wytrwała niż potęga. Delikatność nie oznacza słabości – raczej zdolność do ugięcia się, żeby nie pęknąć; do przetrwania, kiedy brutalne struktury rozpadają się pod własnym ciężarem. Delikatne słowa, literatura, też mogą działać jak siła, o ile są precyzyjne, spokojne i nieustępliwe jak roślina, która znajduje szczelinę w betonie i rośnie dalej.
„Drewno ze snu” / „Dreamwood”, 1989
Język jako materiał, nie powietrze. Słowo, które trzeba dotknąć; praca rąk, nie tylko głowy. Przywracanie materii w świecie, który próbuje wszystko przerobić na „content”. Jakubie – co ten wiersz robi w epoce, w której treść staje się produktem i przepływem, nie relacją i materią? I jak możemy dziś odzyskać dotyk języka – w świecie klawiatur i ekranów?
Jakub Głuszak: W tym wierszu w bardziej, powiedzmy, wydestylowanej postaci wracają motywy charakterystyczne dla Rich. Pierwszy to metafora mapy, porządkująca cały tekst. Drugi to doprecyzowywanie, dookreślanie. Sformułowanie „jeśli stolik byłby mapą” wraca kilka razy, za każdym razem z węższym zakresem, tak jakby tekst wiersza naśladował wybieranie drogi na mapie.
Kiedy pierwszy raz go czytałem, uderzyła mnie ta samozwrotna końcówka. Stolik pozostaje konkretnym stolikiem, a jednak jednocześnie jest też naprawdę mapą marzeń, bo wskazał drogę do powstania wiersza.
„Dziś w nocy nie przyda się poezja” / „Tonight No Poetry Will Serve”, 2011
Odmowa estetyzacji cierpienia. Język, który nie chce być narzędziem współudziału. Kiedy słowa nie mają być piękne, tylko prawdziwe. Magdo – co znaczy dziś powiedzieć „poezja nie wystarczy” bez poddania się milczeniu? I czy widzisz tu przestrogę przed kulturą, która chce, by sztuka była zawsze „użyteczna” i natychmiastowa?
Magdalena Kleszczewska: Czasami nawet poezja musi się wycofać i pozwolić przemówić samej rzeczywistości. Bywa, że próbujemy oddać coś słowami, a one popadają w patos lub kicz, zamiast prawdy. Wtedy najlepiej zawiesić głos na chwilę. Sny też mogą być poezją – dopóki nie stają się koszmarem, który roztrzaskuje język i sens.
Widzę w tym wierszu przestrogę przed kulturą, która zawłaszcza każdy element rzeczywistości, przeżuwa ją i wypluwa banał za banałem.
„Symbol oporu” / „A Mark of Resistance”, 1957
Mały gest, który nie potrzebuje sceny. Upór codzienny jako polityka; działanie bez fanfar, które zostaje, choć nikt nie patrzy. Jakubie – jakie współczesne akty sprzeciwu w Polsce przypominają Ci tę małą, twardą linię Rich? I czy czasem najbardziej rewolucyjny jest gest, który nigdzie nie trafia na plakat i nikt go nie oklaskuje?
Jakub Głuszak: To jeden z wcześniejszych wierszy, nieuwzględniony ani w tomach poetyckich Rich, ani w Collected Poems. Ale zależało mi, żeby znalazł się w naszym wyborze, bo pokazuje stylistyczne i ideowe poszukiwania autorki.
Tutaj bunt jest jeszcze niezbyt konkretny – wiadomo, że coś jest nie tak, ale trudno jeszcze o odpowiedź, co. Zamiast wielkiego programu trzeba zacząć od małego gestu. Ten kopiec jest ważny właśnie przez swoją bezradność. Nie ma złudzeń co do skuteczności, zostaje samo postanowienie.
Taka forma oporu – jeszcze bez jasno nazwanej przyczyny, ale już z bardzo wyraźnym „nie zgadzam się” – będzie u Rich wracać później w bardziej złożonych politycznie wierszach. Tutaj mamy jej wersję w stanie surowym.
Nasza rozmowa to dopiero szkic, otwarcie drzwi. Przy każdym z tych wierszy chciałoby się zatrzymać dłużej, rozwinąć każdą odpowiedź w osobną rozmowę, dopisać kolejne przypisy, dopowiedzieć konteksty. Ale może dobrze, że tego nie robimy – bo ta książka nie jest po to, żeby ją „wyjaśnić”, tylko żeby wprowadzić zamieszanie w naszym myśleniu, w języku, w sposobie widzenia świata. Parafrazując Andrzeja Sosnowskiego: „przekład sam wychodzi z domu i nigdy nie wraca” – niech z tą książką będzie podobnie. Od tej chwili niech te wiersze należą już do czytelniczek i czytelników. To oni dopiszą dalszy ciąg: swoim gniewem, swoim językiem. Bardzo Wam dziękuję za tę książkę i naszą rozmowę.