Artur Burszta: Tytuł Alis Ubbo niesie w sobie obietnicę schronienia – dawna nazwa portu, miejsca bezpieczeństwa, pierwszego brzegu po nieznanej wodzie. A jednak w Twojej książce port nie jest miejscem zatrzymania, lecz przestrzenią napięcia, ruchu, światła, błysku. Czy „bezpieczna zatoka” w Twojej poezji naprawdę chroni, czy raczej wystawia – na światło, na widoczność, na możliwość przemiany?
Agata Puwalska: Wydaje mi się, że nie tylko w mojej książce, ale w ogóle, port nie jest miejscem zatrzymania. To prawda, w pierwszej chwili fraza „bezpieczny port” albo „przybicie do bezpiecznej przystani” kojarzy nam się z jakimś zatrzymaniem, ostatecznym zacumowaniem, zakończeniem podróży – jak w przypadku Odyseusza. Zadanie zostało wykonane i można odetchnąć (śmiech).
Ale przecież to zatrzymanie w porcie zwykle nie jest definitywne. Port nie jest miejscem, w którym przechowuje się statki, do którego wyłącznie się dopływa, jest też miejscem, z którego się wyrusza, miejscem w którym tak naprawdę ruch następuje nieustannie w obu kierunkach i rzeczywiście z mojej perspektywy port jest – tak, jak powiedziałeś – „przestrzenią napięcia, ruchu, światła, błysku”, miejscem, gdzie pracują dźwigi, gdzie wciąż się coś przeładowuje, w którym lśni blacha, a światło określa drogę.
Nie chodzi zresztą tylko i wyłącznie o ruch w znaczeniu czysto fizycznym, ale także o taką intelektualną ruchliwość, kłębowisko myśli i poglądów – w portach od wieków ta wymiana myśli następowała w pierwszej kolejności. I choć może w obecnych czasach, w dobie Internetu i powszechnego połączenia „wszystkich wszędzie naraz”, wydawać by się mogło, że ta funkcja portu straciła na znaczeniu, to jednak nadal ma wpływ na to, co kojarzymy ze słowem „port”.
A jeśli chodzi o bezpieczeństwo? „Bezpieczne zatoki” bywają zgubne, bo można w nich utknąć. Często to, co w pierwszej chwili wydaje się schronieniem, tylko je udaje, a tak naprawdę naraża na niebezpieczeństwo, bo ogranicza. W tym sensie mój „poetycki bezpieczny port” jest rzeczywiście bardziej miejscem ruchu, niż stagnacji, miejscem, w którym staram się podejmować ryzyko – „non sine periculo” padło w jednym z filmów Guy’a Ritchie’ego i chyba się z tym zgadzam (śmiech), równocześnie licząc się z tym, że skutek może być różny. Myślę jednak, że poezja czasem najlepiej doświetla miejsca ciemne, pominięte, że język poetycki ma zdolność wydobywania na powierzchnię wszelkich paradoksów i absurdów, a dzięki temu niesie w sobie możliwość przemiany („kiedy słowa układam/ nieoczekiwanie/ siebie układam”).
W poprzednich tomach ruch był gwałtowny: szarpnięcie, przeskok, skok w bok, impuls. Tutaj ruch jest falowy, pulsacyjny, bardziej jak oddychanie niż marsz. Czy to oznacza wejście w inny rytm widzenia świata – taki, w którym nie tyle atakujesz rzeczywistość, ile dajesz jej czas, by się ujawniła?
To niezmiernie ciekawe, że rytm wiersza zestawiasz z rytmem widzenia świata, bo rzeczywiście chyba jedno wpływa na drugie. Dla mnie osobiście melodia wierszy, ich rytm, brzmienie są bardzo ważne. Ważyk w swoim eseju „Amfion. Rozważania nad wierszem polskim” pisał, że poezję od prozy niekoniecznie odróżnia podział na wersy, ale właśnie wyrazisty rytm tekstu, melodia, która pozwala łatwiej tekst zapamiętać, bo w końcu takie były korzenie poezji. Tym samym teksty, które wyglądają czasem na prozę, są poezją, nie tylko ze względu na obrazowanie czy też nagromadzenie środków stylistycznych, lecz właśnie ze względu na rytm i melodię – ze współczesnej poezji polskiej można tu na przykład przywołać wiersze Jakuba Kornhausera. Ponadto rytm i melodia są istotne również dlatego, że przekazują bardzo określone emocje i nastroje, i w tym sensie pokazują konkretny, choć zapewne niepełny i chwilowy, być może także subiektywny, ale jednak, obraz świata.
Rzeczywiście dotychczas w moich książkach więcej było „gwałtownych” ruchów, choć ta ich „gwałtowność” była jednak przemyślana i różnorodna. Rytm, który w hace! był bardzo wyrazisty, obrazował nadmiar i przytłoczenie, przeszedł w PARANOI w bebop, żeby wywołać wrażenie zapętlenia i lęku. Jeszcze inny, właśnie taki rwany, skokowy, pojawiał się w otwartych światach, bo tam oddawał wielość obrazów, głosów, perspektyw. Wydaje mi się, że w każdej z tych książek był w pewnym sensie dyktowany przez opowieść.
I tak też się stało w Alis Ubbo. Tu opowiadana historia wymagała większej płynności, innego tempa, momentów zatrzymania, refleksji i powolniejszego ruchu. Zresztą rytm tej książki w obrębie jej samej także trochę się różni. Inny jest w pierwszej części, czyli „dzienniku pokładowym: jestem miastem kilku miast”, tu rzeczywiście ma falowy charakter, inny w części środkowej, zatytułowanej „lekkość odniesień: wędka sięga w ocean”, czyli w nieco partyturowym poemacie fragmentów. Pojawiają się tu słowa, frazy, strofy zanurzone w ciszy, w bieli stron, szczątkowe wypowiedzi wyrwane z kontekstów, przełamane kropką. Jeszcze inaczej jest z kolei w części trzeciej, czyli w „zagubionych narracjach”, których rytm można by rzeczywiście przyrównać do miarowych oddechów, ale o różnej długości.
Właśnie w tym przesunięciu rytmu – z gwałtowności w oddech – wybrzmiewa u Ciebie coś, co można by nazwać dojściem do innego sposobu wiedzenia świata.
Myślę, że wierszy nie planuje się szczegółowo, to nie jest tak, że zakłada się określoną rytmikę, melodię, a później te założenia realizuje jak zadanie do odrobienia. Wydaje mi się, że ich forma, brzmienie są zawsze ściśle związane z tym, o czym się pisze. Zatem intensywny rytm nie jest atakowaniem świata, raczej obrazem tego, jak ten świat do mnie mówi.
Mam wrażenie, że zachodzi tu pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne, bo tak jak treść kształtuje formę, tak czasem w pewnym stopniu forma wpływ na treść, wydobywa ukryte znaczenie, stawia rzeczy w innym świetle i w ten sposób kształtuje też samo postrzeganie. Tak jak każdej kolejnej książki – w moim przypadku – nie byłoby bez poprzedniej, ponieważ każda kolejna była w jakim sensie dla mnie pójściem gdzieś dalej w poezji, zapuszczeniem się w inny rejon, tak też jest z historiami, które znalazły w tych książkach swoje miejsce. Możliwe więc, że żeby dojść do takiego rytmu widzenia świata, w którym się zatrzymuję i – jak powiedziałeś – pozwalam się światu ujawnić, musiałam przejść przez te wszystkie poprzednie rytmy i właśnie w nich zobaczyć świat. W tym sensie rzeczywiście zmieniający się rytm wierszy zmienił mój sposób widzenia czy też „wiedzenia” świata, myślenia o nim.
Agamben przywołany w książce stawia pytanie o powrót i dalszą drogę – o ten niewyraźny moment, w którym człowiek nie wie: zawrócić czy wyjść jeszcze dalej. W Twojej książce ten moment wydaje się trwać, jakbyś pozwalała czytelnikowi zamieszkać w niepewności. Czy Alis Ubbo jest opowieścią o czasie zawieszenia między „do domu” a „w świat”?
Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach wielu z nas niestety „mieszka w tej niepewności”, a ja może poprzez skondensowanie, podkręcenie tego wrażenia w wierszach, po prostu to uwidaczniam. Obecnie „wyjście w świat” nie zawsze wynika z naszej inicjatywy. Bywa, że nie wymaga nawet naszej decyzji, że dzieje się mimowolnie, bo świat sam do nas przychodzi – w sieci, mediach społecznościowych, prasie. Wydaje mi się, że kiedyś to „wyjście w świat” było procesem dużo bardziej świadomym, zależało od naszej decyzji, a dzisiaj czasem wyruszamy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Z drugiej strony w jakimś stopniu zawsze niesiemy w sobie nasz dom, bo chyba nie jest możliwe zupełne odcięcie się od swoich korzeni, zazwyczaj w jakiś sposób – czy to przez kontynuację, czy negację – się do nich odnosimy. Ten nasz dom bywa źródłem siły, ale i ograniczeń.
Możliwe więc, że dzisiejszy człowiek już od najmłodszych lat nieustannie i jednocześnie płynie w obu tych kierunkach, możliwe, że cały czas ścierają się w nim zarówno „świat”, jak i „dom”. Wydaje mi się, że nie jest to zawieszenie pomiędzy, ale właśnie taki ciągły ruch w różne, czasem przeciwne strony. Ten ruch na pewno może wywoływać poczucie konfliktu, sprzeczności. Być może pojawia się wtedy pytanie, co jest moje? Co jest we mnie prawdziwe, autentyczne?
W motcie z Agambena, otwierającym Alis Ubbo, a pochodzącym z bardzo pięknej książki Pinokio. Przygody pajacyka podwójnie skomentowane i potrójnie zilustrowane, jest również mowa o tym, że w pewnym momencie człowiek, „porzucając ziemię i skacząc do morza, by płynąć „na oślep”, uwalnia się od konieczności rozróżniania tych kierunków, od konieczności rozróżniania, który z nich jest autentyczny. Być może Alis Ubbo jest więc także opowieścią o próbach odejścia od tych opozycji, o poszukiwaniu narracji, które nie opierają się wyłącznie na zero-jedynkowych alternatywach, na rozłącznych, a przez to czasem wykluczających wyborach.
Powtarzasz zdanie, które można czytać jak deklarację tożsamości: „jestem miastem kilku miast”. To fraza, która nie buduje „ja”, ale je rozprasza po miejscach. Czy współczesny podmiot potrzebuje już nie jednego zakorzenienia, lecz sieci miejsc – i czy to właśnie w tej sieci odnajduje się najbardziej realnie?
Fraza, którą przytaczasz, pochodzi z poematu, otwierającego książkę. Jest on napisany w formie dziennika pokładowego. Proces pisania i dojrzewania tego poematu był dość długi. Najpierw powstawały raczej krótkie wiersze, które miały być pewnego rodzaju wpisami w dzienniku, ale coś mi w tej formie nie grało. W pewnym momencie zrezygnowałam więc z podziału na wiersze, więcej, potraktowałam poszczególne frazy jako materiał, ułożyłam je na nowo, dbając o melodię, starając się zbudować szerszą opowieść. Układając całość, zdałam sobie sprawę, że „dziennik pokładowy” można czytać również jako pisany z perspektywy jakiegoś abstrakcyjnego podmiotu, wykreowanego dzięki językowi, który oddziela się od jednostek, patrzy i opowiada je z zewnątrz („wody czarne plamy atramentu pod białymi żaglami ludziki ich gesty wydłużone nosy/ złote chmury nad miastem// na smyczy chodzą tu ludzie zwierzęta/ grają na lirze z jaja wykluwa się głos”). Każdy dziennik ma daty, daty w tym dzienniku są puste. Poemat kończy się słowami: „na grzbietach lwów/ stawiam miejsce do ukrycia rzeźbię opowieść jak kształt// a wszystko to parawan czerwony śledź”. Czy zatem nie jest to fałszywy trop? Być może myśli i refleksje zawarte w poemacie są perspektywą bliżej nieokreślonej zbiorowości. W końcu jak pisze Italo Calvino: „Miliony oczu podnoszą się na okna mosty kapary i jakby przebiegały po niezapisanej kartce”, a fragment ten w nieco szerszej wersji jest mottem do „dziennika”. Jakie znaczenie ma tak wykreowana perspektywa? Być może jest to jakaś forma rozproszenia „ja”, zresztą chyba takie niewyraźne, rozpadające się „ja” było obecne w moich wcześniejszych książkach, a może przeciwnie – raczej próba scalenia rozproszonej perspektywy.
Ale bardzo ciekawe jest też zawarte w twoim pytaniu rozproszenie „ja” po miejscach. Myślę, że może nie jest to kwestia potrzeby, ale okoliczności. Współczesny człowiek dużo częściej zmienia miejsce zamieszkania niż kiedyś. To naturalne, że miejsca, w których pomieszkuje, gromadzą się w nim i kształtują go, stając się elementem jego tożsamości. Z drugiej strony to nasze zakorzenianie się nie zawsze związane jest przecież z miejscami. Coraz częściej ludzie zakorzeniają się w konceptach i ideach, we wspólnotach, które tworzy się wokół wspólnej pasji, które są wolne od geografii i miejsca zamieszkania. Wydaje mi się, że im bardziej różnorodna sieć tych korzeni, tym różnorodniejsza, bardziej wielowątkowa jest tożsamość, tym mniejsze niebezpieczeństwo zatracenia w czymś, co nas zdominuje.
Może dlatego w Alis Ubbo to, co najbardziej ulotne, natychmiast odzyskuje ciężar w ciele. Idziemy dalej. Morze w tej książce nie jest metaforą „duchowej wędrówki”. Jest fizjologią: falą, uciskiem w brzuchu, solą, blizną światła. Jaką rolę pełni ciało w Twoim pisaniu? Czy somatyczność ma tu być gwarantem realności, czymś, co przytrzymuje przed ucieczką w czystą abstrakcję?
Tak, morze, ocean są u mnie fizjologią, piszę „fala to puls to blizna/ wojsko w marszu”. Cieszę się więc, że zwróciłeś na tę fizjologię uwagę, podobnie ucieszyłam się, jak o Solarisie Lema w kontekście moich wierszy pisał Jakub Skurtys w eseju, który ukazał się w Dzienniku Literackim. U Lema ocean jest niezależnym organizmem, istotą czy istnieniem zupełnie odmiennym od człowieka i dla niego niezrozumiałym, a jednak takim, które niezmiernie intensywnie na człowieka wpływa. Być może ten wpływ, przejawiający się w wytwarzaniu awatarów osób, które kiedyś były bliskie bohaterom tamtej książki, a które od nich odeszły, to jakaś dziwna próba komunikacji.
Gdy myślałam nad odpowiedzią na to pytanie, które należy do tych trudniejszych (śmiech), przypomniałam sobie o operowej adaptacji Solaris wystawianej w Łaźni Nowej przez krakowski Teatr Stary, na której byłam w zeszłym roku. Tam w rolę oceanu wcielił się zespół instrumentalny, któremu towarzyszył śpiew generowany za pomocą algorytmu komputerowego i wzbudzany głosami aktorów. Wielowymiarowa muzyka, wspomagany sztuczną inteligencją śpiew, w ogóle szeroko rozumiane dźwięki rzeczywiście kreowały odmienny i niepojęty organizm, którego oddziaływanie – nie tylko na bohaterów sztuki, również na widza – było dojmujące, miało wręcz taki somatyczny charakter.
Dla mnie brzmienie, ale też w ogóle język mają bardzo cielesny wymiar („z jaja wykluwa się głos”). Język nie jest płaskim systemem kodów, jest przestrzenny, odczuwalny. Słowa niosą w sobie barwę, zapach i smak, bo to w języku właśnie kryje się zmysłowość. Myślę więc, że u mnie droga była chyba odwrotna – od języka do ciała. Język, który ma dla mnie materialny wymiar, uświadomił mi własną cielesność („nieraz słowa blokują się same osuwają/ z głowy wypadają z ust jak niejadalny towar/ (…) w żołądku pojawia się ucisk to skutek uboczny/ rządzi znów ciałem”). W moich poprzednich książkach ciało było przywoływane rzadko, o ile w ogóle, w tej już jest. W Alis Ubbo połączyłam więc umysł z ciałem („myśl. uwieranie ciała/ dreszcz jak przeczucie”), dodałam do mojego pisania i myślenia o człowieku brakujący element układanki, czyli tę kruchość, ułomność, ale i piękno, związane z cielesnością, która bywa że ogranicza („ciało skręcone jak sznur”), ale przecież potrafi też uskrzydlać („ciało z kropli i iskier/ i dróg świetlnych”).
Z tego, co mówisz, wynika, że ciało nie tyle „urealnia”, ile nadaje wierszowi kierunek – jakby to ono decydowało, gdzie ma iść język. A co z urealnieniem?
Cóż, zawsze z nim jest problem (śmiech). W wierszach cały czas balansuję – temu, co realne, bo czerpię z tego, co rzeczywiste, co mi się wydarza, staram się dodać głębię abstrakcji. W życiu urealnia mnie dźwięk, brzmienie, myśli wypowiadane na głos od razu zyskują inny walor, inaczej się do nich podchodzi. Spacer, marsz, skupienie się na obrazach, które właśnie widzę, a nie tych, które powracają w głowie.
Mimo wszystko, jak powiedział Max Jacob, „Tajemnica jest w tym życiu, realność w innym”, być może to urealnienie nie zawsze jest dostępne, być może nie zawsze trzeba też tak usilnie o nie walczyć.
Twoje wcześniejsze książki „hakowały” język – rozrywały nawarstwione sposoby mówienia. Tutaj język jest bardziej jak igła, delikatny instrument, który dotyka, ale nie rozrywa. Czy Alis Ubbo jest próbą napisania książki, w której siłą nie jest krytyczne napięcie, lecz troska i czułość języka?
Może nawet bardziej niż sposoby mówienia, te moje wcześniejsze książki „hakowały” niektóre schematy myślowe, które znajdują swoje odzwierciedlenie w języku. A jeśli chodzi o napięcie – myślę, że pewna jego doza zawsze jest książce potrzebna, choć oczywiście różnie się to napięcie może kształtować, na różne sposoby można je wyrażać. W hace! było bardzo wyraźne, z kolei w otwartych światach uległo już pewnej zmianie: „podaruję ci ten lekki nastrój, gdy konflikt nie jest widoczny/ i odpalę nam racę, która podryfuje jak zgubiony sens” (śmiech).
Natomiast zgodzę się z tobą, że w Alis Ubbo próbowałam korzystać z języka nieco inaczej niż dotychczas. Podchodziłam do niego z większym dystansem, zdumieniem, traktowałam jako coś zewnętrznego, jako materię, tworzywo: „stawianie kolejnych liter jak montowanie haków// mogę się uchwycić. Podciągnąć”. Myślę, że dzięki temu podejściu spróbowałam „dotknąć” słów, po które wcześniej nie sięgałam (np. wspominane już przez nas ciało), bo wydawały mi się wcześniej trochę ryzykowne. Przy Alis Ubbo już tych obaw nie miałam.
Takie „materialne” podejście do języka znalazło również odzwierciedlenie w nawiązaniach do rzeźby: „rzeźba napędzana powietrzem, rzeźba z pary”, jak również w zestawieniu rzeźby z narracją: „rzeźbię opowieść jak kształt”. Z kolei dystans i zdumienie pozwoliły mi na większą powolność i wyczekanie, które jest chyba obecne w całej książce, ale szczególnie w drugiej jej części, czyli poemacie „wędka sięga w ocean”, w którym pomiędzy poszczególnymi frazami znajdują się puste, ciche przestrzenie. Ta tytułowa wędka wyławia pojedyncze bloki tekstu, zdania, a czasem wyłącznie słowa. Sięga po fragmenty. Tekst nie płynie tutaj, raczej pojawia się nagle jak znalezisko, a tym, co płynie, jest cisza i czas. Podobnie jest w wierszu „dzielnica farbiarzy”, w którym „tłum cieni/ na linie/ opuszcza żółwia” (symbol „powolności”), a towarzyszy temu rozpoznanie języka jako igły, jako narzędzia, materialności, która dotyka, która jest niezależnym bytem. Bo w końcu „nie o to chodzi żeby język miał wybieg/ i perliste wygięcie/ raczej żeby był/ igłą która dotyka/ i kroplami w próżni”.
Być może rzeczywiście jest to więc jakiś rodzaj wyczulenia na język, które kreuje mniej widoczne, „podskórne” napięcie, wynikające między innymi z postrzegania języka właśnie w takim materialnym kontekście, bo przecież język – tworzywo może stać się również balastem, a narracje, które „wyławia” obciążeniem („kobieta i mężczyzna unoszą się na rybie/ podróżują w przestworzach/ mają wędkę/ raczej jako balast”).
Często piszesz o patrzeniu, które chce widzieć, ale nie zawłaszczać. To piękne i bardzo trudne – bo spojrzenie z natury jest władcze. Czy poezja może nauczyć patrzenia nieposiadawczego, spojrzenia, które dopuszcza świat zamiast go opisywać?
Władysław Strzemiński w swojej Teorii widzenia zwracał uwagę na to, że to, co widzimy, jest następnie przetwarzane przez nasz umysł, że na nasze widzenie ogromny wpływ ma to, co sobie z niego uświadamiamy. W tym sensie można powiedzieć, że „narośl staje się okiem”. Narośl, czyli to wszystko, co w nas jest, co nas ukształtowało, wpływa też nasze spojrzenie. Zatem odległość między oglądem a poglądem jest doprawdy niewielka i bardzo łatwo jest przejść od jednego w drugie. Trochę tak jak w znanym z fizyki kwantowej zjawisku, czyli paradoksie obserwatora, zgodnie z którym już sama obecność obserwatora, sam proces obserwacji czy pomiaru wpływa na obserwowany obiekt. W tym kontekście można powiedzieć, że „regułą jest nieprzewidywalność w tym świecie/ stworzonym z ruchu i światła //podglądanie //unicestwia obraz”. Tak bardzo chciałoby się nazwać, opisać, ułożyć, a jednak wszystko się wymyka. Ta wspomniana przez ciebie władczość prowadzi do bezbronności. Wydawałoby się więc, że nie da się patrzeć, nie zawłaszczając, że w naszym spojrzeniu zawsze jest element nas, który deformuje to, na co patrzymy.
A jednak wydaje mi się, że poezja niesie w sobie taki niezawłaszczający, a dopuszczający potencjał, że czasem w wierszu „plany nakładają się na siebie” i pojawia się ta „subtelna niepewność. unikanie pomiaru”, które – wymykając się nieco autorowi – w jakimś sensie po prostu dopuszczają świat, nie starając się go jednocześnie formować czy deformować.
Jeśli spojrzenie nieposiadawcze jest możliwe, to chyba właśnie wtedy, gdy patrzy nie jedna osoba, lecz wiele – gdy wzrok staje się wspólnotą. W tej książce pojawia się też chór, głosy zbiorowe, figury wielu patrzących i mówiących – jakby „ja” nie chciało już być samo. Czy w pewnym momencie pisania zdałaś sobie sprawę, że ten tom domaga się wspólnoty głosu, nawet jeśli jest to wspólnota zbudowana ze śladów, postaci świetlnych, ledwie słyszalnych?
„[C]hór nosi czołówki/ wydaje tylko wysokie dźwięki. nie chce zakłócić przestrzeni” – tak, masz rację, decyzji o wprowadzeniu chóru nie podjęłam od razu, przyszła stopniowo. Kiedy powstawały wiersze z ostatniej części książki, napisał mi się tak po prostu pierwszy z fragmentów chóralnych. Wiedziałam, że nie mogę z niego zrobić kolejnego wycentrowanego wiersza, że ten chóralny wiersz, musi być skonstruowany odmiennie. Początkowo myślałam, że będzie czymś w rodzaju motta, otwierającego tę część, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Zrozumiałam, że może powinnam ten chór lepiej wykorzystać, że nie bez przyczyny pojawił się on właśnie w tej części książki, czyli „zagubionych narracjach”. Przecież zagubione to jednocześnie utracone, zapomniane jak i odnalezione, ale również te, które błądzą: „narrację tworzy się z zaprzeczenia sobie/ przenika się do cudzej opowieści przekształca/ plot tym swoim niepokornym istnieniem/ wskazuje na luki”. Pomyślałam więc, że dobrze byłoby dopisać kolejne partie chóru, wpleść je pomiędzy wiersze tak, żeby stanowiły jakiś rodzaj kontrapunktu czy odbicia, swoisty komentarz czy też dialog z wierszami z tej części.
Poza tym istotne było dla mnie również umieszczenie w tej części odwołania do korzeni literatury, do źródeł poezji, jej oralnego charakteru, który niesie w sobie element rytuału i misterium, ale też pierwiastek wspólnoty. Może się to wydawać dzisiaj zaskakujące, ale pierwszą personą dramatyczną był chór, czyli persona zbiorowa, dopiero później wprowadzono aktora. Scena początkowo nie należała więc do jednostki, ale do pewnej zbiorowości.
Wydaje mi się, że trochę sobie dyskutuję z taką klasyczną koncepcją chóru. Starałam się nieco pozbawić mój chór patosu („chciałby opowiedzieć prostą historię ale one go nudzą/ nie ma cierpliwości by czekać”), uczynić go raczej subtelnym („nie chce zakłócić przestrzeni”), delikatnie zarysowanym („chór to duch bez twarzy”) i jak słusznie zauważyłeś niestety – ledwo słyszalnym („chór nuci”). Ale nawet mimo takiego trochę fantasmagorycznego charakteru, jednak jest i myślę, że odgrywa ważną rolę w tej części.
A jednak bohaterka bywa tu sama, stoi na brzegu, obserwuje, nasłuchuje. Czy samotność jest w Twojej poetyce warunkiem uważności – nie samotność dramatyczna, lecz cicha przestrzeń skupienia, bez której nie da się zobaczyć tego, co subtelne?
Wprowadziłabym tu jednak chyba rozróżnienie między przebywaniem samemu (jakimś rodzajem „samości”) a samotnością, bo dla mnie są to dwa różne stany i niekoniecznie się na siebie nakładają. Będąc sami, nie zawsze czujemy się samotni, przeciwnie, czasem czujemy się tak właśnie wśród innych.
Ta dramatyczna samotność, o której wspominasz, kojarzy mi się raczej z jakimś wyobcowaniem, oddzieleniem od ludzi i bywa, że najwyraźniej ujawnia się właśnie w konfrontacji z innymi. Przytoczyłabym tu fragment „dziennika pokładowego”, a mianowicie: „samotność to brak zrozumienia/ podróż w substancji o nieznanej sile wyporu/ w ciemności samolot zamyka ulicę”. Ta niemożność skomunikowania się, pokazania naszej perspektywy i zrozumienia cudzej, nieumiejętność odczytania komunikatów niewerbalnych, objęcia całokształtu sytuacji, określenia warunków brzegowych jest dla mnie właśnie taką podróżą „w substancji o nieznanej sile wyporu”, podróżą, w której trudno się rozeznać i której finał może być zaskakujący.
Z tego też względu może najpierw trzeba „samemu sobie być miejscem”? Tak, zgadzam się z tobą, że to bycie samemu, ta cicha przestrzeń skupienia jest dla mnie ważna, jest warunkiem uważności, bo jak napisałam w hace!: „uważność w nadmiarze potrafi być zabójcza”. Ta cicha przestrzeń jest wreszcie dosyć istotną potrzebą nie tyle nawet, żeby dostrzec subtelności, bo akurat często widzę je od razu, ale by je w sobie ułożyć, ze sobą powiązać. Z tego też względu bohaterka, tak bardzo delikatnie zarysowana, chyba najbardziej widoczna w drugiej części książki, rzeczywiście stoi na brzegu i nasłuchuje. Jest w końcu obserwatorem.
Brzmi to tak, jakby uważność w Alis Ubbo była nie tyle stanem, ile ruchem – gestem wycofania, który jednocześnie przybliża. Nowe wiersze często podważają pozycję obserwatora: czasem obserwator się wycofuje, znika, staje się przezroczysty. Czy wierzymy jeszcze w spojrzenie neutralne? Czy współczesna poezja bardziej przypomina immersję niż obserwację – wejście w świat, a nie patrzenie na niego?
Tak jak powiedziałam już wcześniej, myślę, że spojrzenie zupełnie neutralne, „nieobciążone” osobą, która patrzy, nie jest do końca możliwe. Zawsze, w mniejszym czy większym stopniu, to nasze spojrzenie jest jednak pewnym spotkaniem patrzącego i świata, zderzeniem tego, co widzimy i tego, co jest w nas, co wpływa na to, jak przetwarzamy obraz, który zapisuje się na naszej siatkówce oka. W tym sensie taki przetworzony już przez naszą świadomość „zapis nie jest śladem czy kontynuacją/ a zniekształceniem”. Nawet więc obserwując i starając się zachować neutralność, w jakimś niewielkim stopniu wchodzimy jednak w świat.
Wydaje mi się, że poezja jest więc takim nieustannym balansowaniem między wspomnianą przez ciebie immersją, zanurzeniem w świecie, jego zmysłowości, a przyjmowaniem pozycji obserwatora. Czasem nie wiadomo, co daje większą neutralność. Myślę, że paradoksalnie obie te strategie jednak się uzupełniają, przynajmniej ja staram się je obie stosować. Zdarza się, że immersja, wchłonięcie wielu perspektyw, tę neutralność wzmacnia, z drugiej strony obserwator ma świadomość obrazu, może budować narrację, opowieść o świecie i nas samych, a w końcu jest to od wieków podstawowy sposób przetwarzania świata przez człowieka. Z tego względu w Alis Ubbo obserwator jest obecny, choć czasem się wycofuje: „obserwator ucieka/ od/ opowieści otwierają przed nim nowe rejony”, bo wtedy właśnie odsłaniają się nowe miejsca, odmienne perspektywy.
Nie można również zapominać, że nasze narracje – o świecie, czy o nas samych – zawsze tworzymy w języku, który sam w sobie niesie subiektywne brzemię – brzmienie i barwę słów, ich wieloznaczność. Z samej swojej istoty język nie obejmie więc jednocześnie wszystkich perspektyw, nie poruszy wszystkich wątków, nie opowie historii w pełni – „ta opowieść ta rzeźba z listewek i płótna/ która tylko imituje ruch. udaje życie”. A mimo wszystko warto opowiadać, warto poszukiwać utraconych, czyli „zagubionych narracji”, nawet jeśli czasem wydają się nieprawdziwe, lecz zgubne, bo w ich wielości być może wspomniana neutralność się ukrywa.
I chyba dlatego naturalne staje się pytanie o przestrzeń – o to, jak wiersz organizuje swoje wnętrze. Obecna tu architektura – windy, mosty, poziomy, bramy, wody pod spodem – układa się jak mapa miasta i zarazem jak mapa myśli. Czy pisząc ten tom, czułaś się bliżej urbanistyki niż klasycznej liryki – czy wiersz może być przestrzenią przejścia, a nie tylko wnętrzem emocji?
Te urbanistyczne elementy rzeczywiście się u mnie często przewijają, pojawiały się już w poprzednich książkach – „żurawie” w hace!, ronda w PARANOI, bramy w Funky, dźwigi, mosty, windy w otwartych światach. Postrzegałam je zawsze jako naturalne elementy wiersza, nie myślałam o nich jako o kontrze do wiersza klasycznego, choć teraz, gdy o to pytasz, myślę, że pewnie stanowią emanację wchodzenia przeze mnie w dyskusję z poetykami awangardowymi, które w końcu także stały się już klasyką.
Masz rację, w Alis Ubbo również jest ich sporo. Sam port jest pojęciem rodem z urbanistyki, ale najbardziej charakterystyczne są chyba windy, postrzegane bardziej jako część architektury miasta, a nie budynku, które szybko i bez wysiłku przenoszą człowieka z jednego punktu miasta do drugiego. Nagle można się znaleźć w zupełnie innej scenerii, w innym otoczeniu, zmienia się też perspektywa. Winda wynosi, ułatwia, oszczędza czas. Zmiana perspektywy jest nagła, więc bardziej dojmująca. Często te miejskie windy usytuowane są w pobliżu punktów widokowych, następuje więc także efekt oddalenia obiektywu, przestrzeń się otwiera, jest się wyżej, widzi się szerzej.
Wydaje mi się, że taki efekt można również uzyskać wierszu, gdy zestawia się ze sobą rzeczy odległe, nagle zmienia scenerię, przechodzi od rzeczy mniejszych do potężnych, tak by konkret uzyskał głębię abstraktu. Myślę, że ten zabieg najbardziej widoczny jest w wierszach, które tworzą trzecią część książki, czyli „zagubionych narracjach”. Właśnie w tej części, która jest swoistym finałem książki, w której dochodzi chyba do pewnej syntezy, te bardziej intensywne ruchy były mi potrzebne. Bywa jednak również i tak, że potrzebujemy stopniowej zmiany perspektywy, wysiłku, powolności i marszu. Że sami na własnych nogach musimy przejść określoną drogę – wtedy nie skorzystamy z windy. Taka właśnie jest z kolei część pierwsza Alis Ubbo.
A czy wiersz jest dla mnie przestrzenią? Myślę, że tak, że jest miejscem, w którym te swoje emocje mogę odpowiednio rozegrać, ustawić – „sztywna przestrzeń udaje przyczepność lepiej nie kończyć/ kropką”. Wtedy wykorzystuję różnego rodzaju windy, bramy, mosty i chociaż nie zawsze wspomniane przez ciebie przejście dotyczy bohaterów wiersza i jego warstwy fabularnej, bo np. obserwator w Alis Ubbo jest raczej unieruchomiony, to jednak mam nadzieję, że właśnie w sferze myśli i emocji osoby czytającej to przejście następuje.
Piszesz, że „porzucenie własnej opowieści wymaga odwagi”. Czy to zdanie odnosi się także do Twojej drogi poetyckiej? Do decyzji, by nie powielać wcześniejszych gestów, nie wracać do tych samych impulsów, lecz pozwolić językowi przepłynąć w inną stronę?
Być może w pewnym stopniu tak, choć nie do końca. Są wybitni poeci czy poetki, którzy bardzo ściśle trzymają się jednego sposobu pisania wierszy, poeci, o których czasem mówi się, że piszą jeden wiersz i nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, ich dzieło zachwyca. Mnie natomiast trochę pociąga takie poetyckie „łazikowanie”, zapuszczanie się w rejony, w których jeszcze nie byłam, balansowanie – jak daleko mogę od siebie odejść, żeby siebie nie stracić, zachować własną dykcję. W moim przypadku, może bardziej niż odwaga, jest to więc jakaś potrzeba ruchu.
Myślę sobie jednak, że to zdanie o porzuceniu własnej opowieści można też czytać jeszcze w innym kontekście. Moja opowieść to moja perspektywa, mój punkt widzenia, patrzenie na świat przez pryzmat siebie. To bardzo naturalne dla każdego z nas. Odejście od tego, co znamy, od własnego filtra, choćby na moment, jest niezwykle trudne. Wymaga wysiłku. Literatura jest tym medium, które – myślę, że najlepiej ze wszystkich dziedzin sztuki – nam to umożliwia, bo pozwala na wejście w cudze myśli, ułatwia empatyzowanie z kimś od nas odmiennym. Niemniej to porzucenie własnej opowieści – poza wysiłkiem – wymaga też odwagi, bo nie zawsze to, z czym się zetkniemy, nam się spodoba, być może powie nam coś o nas samych, czego nie chcemy wiedzieć. Uwielbiam książki, które mnie estetycznie czy intelektualnie zachwycają, które prowadzą mnie w rejony, do których sama bym nie trafiła, książki, które są impulsem do myślenia. Ale cenię też bardzo takie, które mnie drażnią, które wywołują niepokój, stawiają mnie wobec czegoś „nie do pomyślenia” i sprawiają, że moje perspektywa, choć trochę, się przesuwa.
W Alis Ubbo świat oglądamy często przez pryzmat obrazu – ale bywa moment, kiedy obraz przeszkadza, kiedy lepiej jest zamknąć oczy. Czy dla Ciebie równie ważne, co patrzenie, jest odpatrzenie – uwolnienie się od nadmiaru widoków, by w ogóle móc zobaczyć coś prawdziwego?
Twoje odpatrzenie skojarzyło mi się z jednym z wątków książki Césarego Aira’y w przekładzie Barbary Jaroszuk Epizod z życia malarza podróżnika. Główny bohater, malarz Rugendas, ulega wypadkowi, w wyniku którego jego twarz zostaje zmasakrowana, męczą go bardzo silne migreny i odczuwa nadwrażliwość na światło. Kiedy na argentyńską miejscowość, w której przebywa, napadają Indianie, Rugendas bardzo chce ich namalować, zrobić rysunki z tego zdarzenia. Wpada na pomysł, żeby na głowę narzucić mantylę, czyli koronkową chustę, która z jednej strony zakrywa jego twarz i ogranicza światło, ale też zakłóca pole widzenia. Okazuje się jednak, że patrzenie na świat „zza mantyli”, częściowe przysłonięcie widoku daje świetny efekt i paradoksalnie dobrze wpływa na pracę artysty.
Myślę, że od nadmiaru widoków chyba nigdy do końca nie można się uwolnić. Przynajmniej mnie jest trudno. Czasami nie pomaga nawet wspomniane zamknięcie oczu, bo w końcu myślimy obrazami, więc niektóre z nich właśnie w myślach do mnie wracają. Ich nadmiar rzeczywiście może przeszkadzać, więc częsta jest u mnie „walka o wyeliminowanie obrazów i logiczny ciąg” (śmiech).
Nasza uwaga nie jest nieskończona („zza okna niezidentyfikowany pojazd umyka uwadze/ albo inaczej/ uwaga oddala się szybko”) i bywa, że wchłaniamy różnego rodzaju widoki i detale w sposób pośpieszny, chaotyczny, a nawet podświadomy, co wywołuje jedynie niepokój. Te obrazy gromadzą się w nas, narastają i żeby się od nich uwolnić, potrzebujemy czasu bez bodźców wzrokowych. Wówczas mogą nam się spokojnie wyświetlić w głowie, przepłynąć. Paradoksalnie na tym chyba też polega „odpatrzenie”, na zamykaniu oczu i sięganiu do tego, co zapisało się, nawet nieświadomie, w naszym umyśle: „w zamknięciu oczu w pochyleniu karku w palcach/ rozpostartych /koczuje ludzkość”, na poświęceniu tym widokom naszej uwagi. Ten rodzaj „odpatrzenia” to też swoiste odczynianie zaklęcia, uwolnienie się od ich wpływu.
O nadmiarze obrazów myślę też często w kontekście wiersza. Pisząc wiersz, często przenoszę do niego te moje obrazy. Dla mnie jest to więc jakaś forma uwolnienia, odwrotnie niż dla osoby czytającej. Zdarzało się, że chciałam przebodźcować czytelnika, na przykład w hace!, bo był to jeden z wątków tej książki. W Alis Ubbo dążę do czegoś innego, o czymś innym chce opowiedzieć, dlatego równie ważne, co wyraziste obrazy, było dla mnie, by czytelnika nimi nie zmęczyć, by utrzymać jego uwagę, a obrazom dać oddech i przestrzeń, żeby wybrzmiały. W Alis Ubbo obraz jest więc raczej „pulsujący(m) punkt(em) za którym podąża oko”.
I dlatego w Alis Ubbo obraz nie dominuje, lecz prowadzi – jakby patrzenie musiało najpierw zwolnić, żeby móc naprawdę zmienić głos. Gdy spojrzymy na całą Twoją drogę – od tomu haka! przez Paranoia Bebop, Funky Forest aż po tę książkę – widzimy przesunięcie z napięcia i kontr na delikatny, ciągły przepływ. Co było w tym procesie najtrudniejsze? I czy to przesunięcie było świadome, czy przyszło z czasem, wraz z doświadczeniem i światem?
Tak jak już wspomniałam wcześniej, odpowiadając na pytanie o rytmie, myślę, że był to raczej proces, a zmiany były uświadamiane w trakcie. Ja wpływałam na wiersze, pisząc je, kształtując odpowiednio, ale też wiersze wpływały nam mnie, bo w końcu również jestem ich czytelniczką. W moim widzeniu świata, myśleniu o nim następowały pewne przesunięcia, choć gdybym jeszcze raz miała napisać hakę!, to nadal byłaby intensywna i zadziorna (śmiech).
A co jest w tym procesie najtrudniejsze? Chyba te momenty przejścia między jedną książką a drugą, chwile niepewności, kiedy ma się świadomość, że określony sposób pisania już się nie sprawdza, a nie jest się jeszcze przekonanym do tego nowego. Kiedy widać, że wiersze, które się pisze, już nie pasują do poprzedniej książki, że są już z jakiegoś nowego porządku, ale jeszcze się nie wie, czym on jest. Z drugiej strony właśnie wtedy, na początku, kiedy dopiero coś się wyłania, świadomość tworzenia jest najsilniejsza, jest więc to również moment – przynajmniej dla mnie – ogromnie fascynujący, pełen ekscytacji.
Oczywiście, przy kolejnych książkach doświadczenie pisania jest większe, technicznie jest więc łatwiej, ale pojawia się obawa, że pula tego, co się powiedziało, pisząc, pula doświadczeń, obrazów, z których się czerpie, zaczyna się kurczyć, więc może wcale łatwiej nie jest? Zapadła mi w pamięć jedna rozmowa z Miłoszem Biedrzyckim, gdy skończyłam pisać hakę! i zaczynałam PARANOIĘ, Miłosz wtedy powiedział, że ten proces przechodzenia od jednej do drugiej książki ma kształt spirali. I ja się z tym zgadzam, przy rozpoczynaniu każdej kolejnej książki jest się o stopień wyżej, ale jednak wciąż na początku (śmiech).
Brzmi to tak, jakby każda Twoja publikacja była nie tylko nowym gestem, ale też nowym sposobem słuchania świata. W tej książce jest niezwykle czułe miejsce dla czytelnika – nie jako odbiorcy, lecz jako kogoś, kto też stoi na brzegu i patrzy. Czego oczekujesz od czytelnika? Uważności? Zgody na powolność? Gotowości, by nie wszystko zrozumieć od razu, ale pozwolić, żeby tekst w nim „pracował”?
Wspomniana przez Ciebie uważność czy zgoda na to, by tekst w tobie pracował są chyba takimi warunkami sine qua non czytania.
Nie mam natomiast żadnych specjalnych oczekiwań do czytelników, tak jak nie mam swojej wyimaginowanej czytelniczki ani żadnego wzorca czytelnika, nie chcę ich formatować. Bardzo ich szanuję, uważam, że wiele potrafią poczuć i zrozumieć, dlatego piszę tak, jak wydaje mi się najlepiej, najciekawiej, dlatego też nie chcę im niczego ułatwiać, bo to byłoby protekcjonalne.
Poezja to sztuka, zależy mi na tym, by wiersze, które piszę, były dobre. Nie piszę na zamówienie, nie mogę się ograniczać cudzymi preferencjami, bo wówczas wiersz stawałby się bardziej produktem niż wierszem. Sądzę, że paradoksalnie wiersze pisane w oderwaniu od wszelkich oczekiwań w największym stopniu przykuwają uwagę, wzbudzają określone emocje, dają impuls do zastanowienia. Jako czytelniczka takich wierszy szukam, jako poetka tak staram się pisać. Z drugiej strony wiem, że moje wiersze mogą nie trafić do wszystkich, ale myślę, że nie jest to kwestia jakiś braków w mojej poezji czy u osoby czytającej. Po prostu tym razem, w tej książce się nie spotkaliśmy, ale może to spotkanie zdarzy się w innej.
Gdybyś mogła powiedzieć komuś, kto dopiero wchodzi do tej książki, jedno zdanie – nie instrukcję, lecz słowo towarzyszące na drogę – co by to było? Czego, Twoim zdaniem, w tym morzu, mieście i świetle nie trzeba się bać?
Chyba posłużę się cytatami z Alis Ubbo, w pierwszej chwili przyszło mi więc na myśl „defensio! defensio!” (śmiech), ale tak na poważnie to może „wyobraźnia biegnie daleko”?
Niech więc czytelnik wchodzi w tę książkę z tą myślą – że wyobraźnia potrafi otworzyć przestrzenie, których wcześniej nie widział. Dziękuję za rozmowę.