Artur Burszta: Czytając Ja które nie, trudno myśleć o tej książce jak o kolejnym tomie czy powrocie po latach – to raczej zapis innego miejsca, innego widzenia świata i języka. Czy Ty też tak to widzisz, czy raczej jest to dla Ciebie naturalna kontynuacja tego, co robiłeś wcześniej?
Tadeusz Sławek: To jest książka „po latach”, co nie znaczy, że w ciągu „tych lat” nic się nie działo. Było sporo przekładów (Biuro Literackie ma tu swój udział) i kilkadziesiąt esejów na głos i kontrabas z kontrabasistą znamienitym Bogdanem Mizerskim jako współautorem. Od 2005 roku, od eseju „Drzewo aniołów” poświęconego Williamowi Blake’owi, współtworzy je sopranistka Opery Bytomskiej Joanna Kściuczyk-Jędrusik. Nie drukowałem tych tekstów, bowiem żyły dla mnie wyłącznie na koncercie, więc słowa w nich dojrzewały niejako w innym, akustycznym, porządku. Jakbym tracił zaufanie do słowa wydrukowanego, oddzielonego od wypowiadającego; przez te lata rzeczywiście narastało wahanie, a może słuszniej powiedzieć „ważenie” słowa. Tytuł książki Ja które nie zawiera jakiś ślad tego „ważenia”. Ja „nie” chce wypowiedzieć słowa, ale „rozważając” (jeszcze jedna modalność „ważenia”) w końcu je wypowiada, bo ostatecznie tylko język ma do dyspozycji. Ale zajęło mu to wiele lat, więc może przez to ma lżejsze sumienie, że nie nadużyło słów i cierpliwości czytelnika. Więc „waży się” (to już trzeci rodzaj „ważenia”) zapisać i wydrukować. Ale z wahaniem, raczej jako próby niż premierowe, galowe przedstawienie.
W wielu miejscach tej książki podmiot nie chce mówić z pozycji tego, który wie i nazywa, lecz raczej z pozycji kogoś, kto dopiero próbuje dosłyszeć sens. Czy to jest dla Ciebie doświadczenie czasu życia, które oddala od potrzeby silnego „ja”, czy raczej świadoma decyzja etyczna – by zrobić miejsce czemuś innemu niż własna tożsamość?
Dziękuję za czasownik „próbować”. Próby Montaigne’a są moją ulubioną lekturą. Filozof, który zresztą był także wojskowym, urzędnikiem administracyjnym, dyplomatą docieka siebie, ale w trakcie tych wysiłków spostrzega, że co, wydawało mu się, zostało już uchwycone jako „ja”, „wyciekło” i rozpuściło się w świecie. Trzeba więc zacząć na nowo. Pięćdziesiąt kilka lat byłem nauczycielem (czyli właściwie „kim?”; pytanie, kim jest nauczyciel, jest fundamentalne, ale nie czas, by zająć się nim w tej rozmowie) i dobrze znam potrzebę, a nawet konieczność konstatowania swojej niewiedzy. Kto przychodzi do adepta i mówi „wiem”, mówi też w domyśle: „ty nie wiesz, a teraz ja cię nauczę” (co zawsze brzmi jak pogróżka) – tym samym nie będzie dobrym nauczycielem. Sprawnym urzędnikiem dydaktycznym owszem, ale nie nauczycielem. „Uczyć” to „uczyć się we wspólnej przestrzeni nie-wiedzy”.
A co do „doświadczenia życia”: uczy ono ostatecznej przewagi wielkoduszności nad małodusznością, przebaczenia nad zemstą, pokory nad zadufaniem, wycofania nad brylowaniem. Dusza człowieka jest „wielka”, gdy patrzy poza i ponad sobą, ale także poniżej siebie. Dusza człowieka jest mała, gdy patrzy na siebie, ustawia siebie na pierwszym miejscu. Dzisiejsza polityka Putinów i Trumpów to pokaz chorej małoduszności, w której inni istnieją jako ofiary człowieka małodusznego.
Lekcją starości jest to, że w każdym z nas toczy się nieustanna rozmowa wielu „innych”, słuchać ciągły szum głosów, przesuwa się kalejdoskop widoków. Uzmysławiamy sobie, jak, na szczęście, bardzo byliśmy przez cały czas „nieszczelni”.
Mówisz o „ważeniu” słowa i o pewnej nieufności wobec jego nadmiaru. Pisałeś kiedyś, że były momenty, kiedy trzeba było słów bronić, żeby zachowały swoją dzikość i nie poddały się gotowym znaczeniom. Dziś żyjemy w świecie nadprodukcji języka, natychmiastowych komentarzy i komunikatów, które zużywają się jeszcze szybciej. Czy Twoje nowe wiersze są próbą ocalenia słowa, czy raczej próbą nauczenia się, jak mówić mniej, żeby w ogóle jeszcze coś usłyszeć?
Zawsze podziwiałem Andrzeja Szubę, znakomitego tłumacza i poetę, który od kilku dziesięcioleci zapisuje krótkie, najczęściej trzylinijkowe, wiersze-medytacje. Czy „ocala” słowo, czy też milknie, aby więcej „usłyszeć”? Znów bezcenny czasownik „usłyszeć”: w narastającym zgiełku i wrzasku słyszymy coraz mniej, bowiem hałas zagłusza wszystko i przyciska nas do ziemi. Myślę, że chodzi tu o szczególny rodzaj namysłu, który nie tylko spowalnia nasze reakcje (niedolą dzisiejszego świata jest niemal fizjologiczna potrzeba natychmiastowego, a więc na ogół bez-myślnego, odzewu odreagowania), ale także pozwala na pracę polegającą na odkrawaniu od słów tego, co w nich zbędne, niekonieczne. Przypomina to pracę rzeźbiarza, który pozbywając się kawałków kamienia, zostawia to, co zamierza przedstawić jako „formę”. Wydaje mi się, że w dobie mediów a‑społecznościowych (bo takie one w istocie są), które starają się odzwyczaić nas od jakiegokolwiek pustego miejsca, dekoncentrują, zniekształcają naszą uwagę rozpraszaną przez nieprzerwanie napływające komunikaty, moglibyśmy zacząć właśnie od pracy nad stanem skupienia. Ten termin zaczerpnięty z fizyki jest przydatny, bowiem łączy nasze przyzwyczajenia związane z techniką (stała obecność telefonu) z naszą lichą kondycją egzystencjalną.
Te wiersze są powściągliwe, jakby wypowiadane z wahaniem, jakby każde zdanie musiało najpierw sprawdzić swoją konieczność. To zupełnie inny rytm niż rytm współczesnej komunikacji, która nie zna pauzy. Skąd bierze się w tych wierszach ta potrzeba spowolnienia?
Czytałem ostatnio wywiad z Mattem Damonem, który wyznał, że Netflix wymaga od scenarzystów, aby tak często jak to możliwe powtarzali linie dialogowe lub sytuacje po to, aby widz, który w międzyczasie przejrzał dziesiątki komunikatów w telefonie trzymanym nieprzerwanie w ręku jak amulet, mógł nadążyć za akcją. Nieuwaga ta tyczy się wszystkiego, a przede wszystkim tego, że nie jesteśmy już w stanie odróżnić tego, co ważne od banału. Przywrócić uwagę jest palącym zadaniem. Dlatego też staram się ważyć słowa, to znaczy traktować je z należytą uwagą.
Mówisz o przywracaniu uwagi jako o pilnym zadaniu. Czy poezja może jeszcze uczyć skupienia, czy raczej jest dziś praktyką dla tych, którzy już je w sobie odnaleźli?
Poezja jest domeną ćwiczenia i praktyki. Z pewnym patosem można powiedzieć, że to ćwiczenie duchowe, jeśli przez duchowość pojmować nieustannie nurtujące człowieka chęci do wychylenia się poza siebie i swoje podwórko. Poezja ćwiczy takie „wyjścia” poza dobrze znane znaczenia słów tak, iż znajdujemy się w jakiejś między-przestrzeni: nie porzucamy bezpowrotnie dobrze znanych sensów, zabieramy je z sobą, ale teraz zmierzamy w innym niż sugerowany przez nie kierunek. Poza tym nie sądzę, by dało się odnaleźć w sobie skupienie „raz na zawsze”.
To sprawa ciągłej praktyki i ciągłego ruchu, a więc i ciągłej nauki.
Uderza w tej książce obecność rzeczy drobnych, codziennych: gestów, przedmiotów, chwil, które nie chcą być metaforą czegoś większego, lecz istnieją same przez się. Jakby sens nie znajdował się już w wielkich ideach, lecz w uważności wobec tego, co najbliższe. Czy to przesunięcie jest odpowiedzią na doświadczenie współczesności, czy raczej powrotem do czegoś pierwotnego?
Lata temu Jolanta Brach-Czaina zaskoczyła nas wspaniałą książką Szczeliny istnienia, która była wielką medytacją nad człowiekiem jako bytem „krzątaczym”, spełniającym się w codziennych, małych, pozornie nieważnych czynnościach. Blake’owskim odpowiednikiem tego jest jedno z jego „przysłów piekielnych” mówiące o tym, że nieskończoność jest zakochana w wytworach czasu. Mądre i uważne przeżycie danych nam chwil jest jedynym sposobem, w jaki możemy zbliżyć się do nieskończoności. Wtedy biegniemy na ratunek wszystkiemu-co-istnieje, ocalamy to przed zniewalającym banałem, a zatem i nudą. Doskonale wiedziała o tym Emily Dickinson.
Mankament wielkich idei polega na tym, że szybko zaczynają przesłaniać jednostki, zmierzając w stronę masy. Aby zachować tę masowość trzeba wykreować przeciwnika naszej wielkiej idei i zachęcić do pokonania go. Wielkie idee łatwiej zarażają nienawiścią, a tym samym są wymarzonym narzędziem populistycznych polityków. Nie da się zbudować silnego bloku politycznego wokół przekonania, że warto nasłuchiwać szmerów w sąsiednim pokoju, bo otwierają przed nami możliwość lepszego zrozumienia mojego świata. Łatwo natomiast powołać do życia monstrualne projekty typu MAGA operujące „wielkością” już w swej nazwie, ale warunkiem jest natychmiastowe skonfliktowanie tej grupy z wszystkimi, którzy do niej nie należą. Wielkim ideom spieszno do wojny, deportacji, nietolerancji. Rzecz przedstawia się zupełnie inaczej, gdy zaczynamy od małych, codziennych spraw, które zaczynają zataczać coraz szersze kręgi, aż w końcu mogą nawet zmienić system. Przykładem polska Solidarność z lat 80., zanim stała się przybudówką władzy. Wielkie idee wykazują tendencję do autokompromitacji.
W Twoich esejach homerowskich pojawia się obraz człowieka, który próbuje „przetłumaczyć” świat na ludzką miarę – nie po to, by go raz na zawsze zrozumieć, ale by w nim zamieszkać. Czy dziś taka praca przekładu jest jeszcze możliwa, czy raczej tracimy język, który pozwala nam łączyć to, co ludzkie, z tym, co nas przekracza?
Tristramie Shandy, byłeś, jesteś i będziesz ofiarą błahego przypadku – wołał Lawrence Sterne do swego bohatera. Wojna trojańska jawi mi się jako głęboko ukryty w historii schemat dziejów człowieka, który trzeba odtworzyć i przypomnieć. Stąd książka o Troilusie i Kresydzie Williama Szekspira, która stara się ostrzec, na podstawie wątków trojańskich, iż dzieje to historia epizodów przemocy, w których rozum, choć obecny, nie pełni wcale funkcji kontrolnej zdolnej do moderowania wydarzeń. Ustępuje nie tylko przed namiętnością, ale także przed wyobrażeniem o tym, czy ma być rozum w politycznym obrazie świata, w którym liczy się siła i prestiż. Hektor sprzeciwia się oddaniu Heleny jej prawowitemu mężowi Menelaosowi, wykładając rzeczowo racje prawne i moralne. Ale konkluzja jego wywodu jest sprzeczna z tą linią rozumowania: Hektor decyduje się na wojnę w imię przyszłej sławy, jaka otoczy wojowników. Trochę to przypomina wywoływanie wojny, po to, aby uzyskać pokojową nagrodę Nobla za jej (mocno niepewne) zakończenie. Szekspir nie zostawia złudzeń: siła stoi ponad prawem i nic nas przed nią nie ocali.
W takim świecie trudno „zamieszkać” bez budowania zapór, murów granicznych i płotów. Literatura ma moc otwierania horyzontów i niwelowania granic właśnie dlatego, że kontaktuje z sobą odległe fakty i epoki, pozwala doświadczać tego, że to, co minione, nie jest wcale nieaktualne. W ten sposób konstruuje intelektualną sferę wolną od dominacji. Ale szkolne losy literatury nie budzą optymizmu.
Jeśli literatura ma taką moc, to dlaczego tak rzadko jej doświadczamy? Czy problem leży w sposobie, w jaki ją czytamy i uczymy?
Bo olśnienie, a raczej to, co dzisiaj uważane jest za takowe, stało się łatwo dostępne. Internet i media a‑społecznościowe podpowiadają niezliczone źródła satysfakcji, wystarczy kliknąć. Tymczasem literatura, słowo pisane, stawia warunki: wymaga czasu, uwagi, chęci wielokrotnej lektury, zawieszenia pospiechu. W Buddenbrookach Manna jest taki moment, w którym główny bohater, zasobny i szacowny kupiec, zasiada do przypadkowo znalezionej lektury, którą jest książka Schopenhauera i nagle napełnia „go wielka, wdzięczna radość. Odczuwa nieporównywalną z niczym satysfakcję, widząc, jak potężny, górujący umysł ogarnia życie…” (przekład Jerzego Kocha). Dokonuje się, pisze Mann, przejście z ciemności do światła, od tępego niezrozumienia do nagłego jasnowidzenia…”. Ale to wymaga odniesienia tekstu także do własnego życia z jego ułomnościami. A poza tym, „radość” nie kojarzy się z warunkami szkolnej lektury, zwykle czytanej „zadaniowo”. Bezinteresowność literatury zderza się z interesownością porządku życiowego.
Pisząc o Stroniu Śląskim i o naszej Stacji Literatura, mówiłeś o sytuacjach, w których zacierały się role i ludzie uczyli się od siebie nawzajem, nie wiedząc już, kto jest nauczycielem, a kto słuchaczem. Jak powstaje taka wspólnota, która nie jest projektem ani instytucją, lecz wydarza się między ludźmi? I czy dziś jest ona trudniejsza do osiągnięcia niż kiedyś?
Z pewnością jest trudniejsza z racji tego, że „postęp” w zakresie technik komunikacyjnych jest tak raptowny, że skrócił pokolenia: dawniej można było założyć, że dwudziesto- i trzydziestoparolatek należeli do tej grupy rówieśniczej, czytali, słuchali z grubsza podobnych rzeczy, dysponując podobnym instrumentarium. Dzisiaj odległość pięciu, sześciu lat czyni kolosalną różnicę: inne platformy komunikowania, inne grupy zainteresowań, inny język, który w nich obowiązuje. Kiedy ostatnio rozmawiałem z grupą studentów wspominając o Taco Hemingwayu, spotkałem się ze zdumieniem: to inny świat, inna mowa, inne dźwięki, inny rejestr społeczny. Był dla nich „stary”.
Gdybym miał odpowiedzieć na Twoje pytanie, jak taką wspólnotę próbować tworzyć, powtórzyłbym, że od zdania sobie sprawy z przestrzeni wspólnej nie-wiedzy. Nie wiemy, ani ja–nauczyciel, ani oni–adepci, dlaczego, choć mamy do dyspozycji tyle możliwości czynienia dobra, otacza nas tak wiele zła. W innej wersji: dlaczego wśród powszechnego pragnienia prawdy kłamstwo i mistyfikacja zdominowały dyskurs społeczny? Spróbujmy znaleźć się w tym gąszczu.
Pojawia się tu wspólna przestrzeń niewiedzy jako punkt wyjścia. Czy to znaczy, że wspólnota nie rodzi się już ze wspólnego języka ani doświadczenia, lecz właśnie z uznania tego, czego nie rozumiemy?
Diogenes poszukiwał „człowieka”, jednostki, indywiduum i był rozczarowany, bo znajdował jedynie obywateli polis, wspólnotę, przedstawicieli grupy. Dzisiaj miałby odwrotny problem: znajdowałby głównie skupione na sobie jednostki, natomiast trudno byłoby mu doszukać się wspólnoty. Dlatego myślę, że to czego nie rozumiemy, jest dobrym początkiem. Niczego nie obiecuje, ale gromadzi wokół problemu, pozwala go zobaczyć z wielu stron i punktów widzenia.
W tym sensie żyjemy raczej obok siebie niż razem – w świecie silnych jednostek, ale słabych wspólnot. Myślę o Fortach, Portach, Stacjach i TransPortach jako o miejscu, które próbuje taką wspólnotę na chwilę stworzyć – bardziej jako przestrzeń przejścia niż celu. Tak było przez trzydzieści lat. Czy literatura nadal potrafi budować takie doświadczenie – bycia razem w drodze, nawet jeśli opiera się ono także na tym, czego nie do końca rozumiemy?
„Przejście” jest dobrym słowem, bowiem nauczanie jest niekończącą się wędrówką. Kto więc uczy (się), ten zamieszkuje czasowo, biwakuje, po czym rusza dalej. Wybitny matematyk i filozof francuski Michel Serres niestrudzenie przypominał, że pedagogika to towarzyszenie uczniowi w drodze do szkoły. To oczywiście sprzeciwia się modelowi myślenia akcentującemu skutki i wyniki, czyli „szkołę”; nie proces wędrówki z licznymi przygodami i pobłądzeniami, ale dojście do celu. Taki mamy w zasadzie model szkoły, nad czym od lat ubolewam. Jest przestępstwem wobec młodej duszy i umysłu wymagać szybkiej specjalizacji w imię przyszłości. Kształcić się to szukać, błądzić, nabijać sobie guzy i doznawać olśnień, tymczasem piętnastolatek już wybiera przedmioty pod kątem przyszłego zawodu. Jeszcze nie zaczął wędrówki, a już – naszym zdaniem – doszedł do celu. Nic dziwnego, że od razu zaczyna pytać o sensowność uczenia się czegokolwiek, co w jego wyobrażeniu, nie łączy się bezpośrednio z profesją.
Rola literatury w rozszczelnieniu tak skonstruowanej szkoły jest trudna do przecenienia, ale obawiam się, że programy nie potrafią i nie chcą jej wykorzystać. Literatura to laboratorium życia i próba znajdowania się w trudnych sytuacjach, sztuka pytania, a tymczasem nacisk kładziemy w szkole na odpowiedzi. Podoba mi się to, co napisała Krystyna Koziołek, wyśmienita nauczycielka, w swej książce Czas lektury: gdy lektura przestała być fascynująca, nie należy skłaniać głowy, lecz podnieść spojrzenie i sięgnąć po teksty właśnie trudne, bowiem nic tak jak trudność nie potrafi zadziwić, wybić z przyzwyczajeń, zmusić do namysłu. Nudzi uczniów Mickiewicz, dajmy im krótki wiersz Trakla albo Celana. Tak poznaje się moc i smak literatury. Tak też ocala się język: zmuszając go do pracy w nieznanym środowisku.
Spotykasz tu ludzi o kilka pokoleń młodszych, którzy wchodzą w język i w świat w zupełnie innych warunkach niż te, które ukształtowały Twoje doświadczenie. Czy ich obecność coś w Twoim myśleniu zmienia? Czy można jeszcze mówić o przekazywaniu doświadczenia, czy raczej o wzajemnym uczeniu się niepewności. I czy to spotkanie w jakiś sposób wraca w tej książce?
Zmienia w tym sensie, że moje i tak już bardzo słabe poczucie znaczenia tego, co mówię, słabnie jeszcze bardziej. Obawiam się, że młodzi dzisiaj nie chcą sobie pozwolić na to, by próbować poznać i rozumieć doświadczenia innych. A skoro mowa o niepewności, to warto się zastanowić, czym dzisiaj jest „pewność”. Wydaje mi się, że to wynik biegłości i skuteczności w orientowaniu się w świecie cyfrowym, a za jego pośrednictwem w świecie rzeczywistym., jakoś wobec cyfrowego – wtórnym. Tak rozumiana „pewność”, to szybkość w komunikowaniu się, a cudze doświadczenia wymagają czasu; być może nawet przenosin do świata analogowego. Zauważmy, że dotyk stał się dzisiaj podejrzany, a przecież to ten zmysł zakotwicza nas najmocniej w fizycznym świecie. Czas pandemii pogłębił tę nieufność.
Stąd moja obawa: jeśli miałbym się dzielić niepewnością z ludźmi, którzy nade wszystko cenią pewność, czy, spowalniając ich, nie robię im w istocie krzywdy? Czy młody podróżny, który często uważa, że już dotarł do celu, pokusi się na wyprawę do Erebu, by jak Odyseusz, rozmawiać ze zmarłymi, bo tylko tak może odnaleźć drogę do domu. Odyseusz to wielka figura, trzeba do niej powracać.
Twoja książka nie brzmi jak podsumowanie, lecz raczej jak otwarcie, jakby wraz z wiekiem nie rosła potrzeba domknięcia, ale przeciwnie, zgoda na niedokończenie. Czy z czasem człowiek mniej chce coś ogłosić światu, a bardziej chce słuchać i być w relacji?
Oczywiście, „otwarcie”, bo każda próba jest otwarciem, spojrzeniem w stronę tego, co niedokończone. Nie wiem, kto i jakim językiem mógłby dzisiaj pokusić się o „podsumowanie”. Mówiliśmy już o takich hydraulicznych metaforach jak „nieszczelność”, czy „wyciekanie”; w starości ciało staje się coraz bardziej nieszczelne fizycznie, podatne na słabości, choroby, obniżenia stanu ducha. W starszym wieku niedokończoność nas jako pewnego zamierzenia życiowego staje się coraz bardziej uderzająca. Zbliża się koniec danego nam czasu, ale nie jest wcale równoznaczny z tym, co wymarzylibyśmy sobie jako finał, zwieńczenie naszego życia jako kompletnego przedsięwzięcia. Poza tym starość nie oznacza wcale gwarancji dostępu do jakiejś szczególnej mądrości: każdy wiek ma swoje szaleństwa i mądrości.
Czy wiersz jest Ci dziś potrzebny jako forma wypowiedzi, czy raczej jako praktyka życia – sposób ustawiania siebie wobec świata, który nieustannie próbuje nas przyspieszyć, uprościć, zdefiniować?
Raczej jako praktyka życiowa, dlatego tak niewiele publikowałem, jakby wierząc w algebrę Sterne’a, który wywodził, że człowiek żyje 364 razy prędzej niż pisze: opis jednego dnia zabrał mu rok!
Gdyby spojrzeć w przyszłość nie w kategoriach planów, lecz ciekawości: co jeszcze chciałbyś sprawdzić w języku, który wciąż jest Twoim narzędziem i miejscem zamieszkania? Co w nim pozostaje dla Ciebie nieodkryte?
Język jest sondą, którą zapuszczamy w rzeczywistość badając, czy nie zapuściliśmy się niebezpiecznie blisko płycizn i raf. Także dlatego, że dzisiejszy dyskurs publiczny ledwie sięga kostek, obawiam się, że jesteśmy blisko rozbicia. Chciałbym sprawdzić, czy możliwy jest jeszcze język, który wyprowadzi nas na szerokie, otwarte wody, z błękitnym niebem nad głową. Aby to zrobić, trzeba wielu lektur pozornie nie na temat, niezwiązanych z zawodem i własnymi planami, ale rozszerzających pole widzenia. Nie jest to łatwe zadanie, kiedy piętnastolatek myśli o życiu w kategoriach zawodu. „Być nie na temat” jawi mi się jako dobre określenie człowieka wielkodusznego, bo życie jest w gruncie rzeczy nietematyzowalne. To jest wszystko to, co dzieje się wtedy, kiedy stawiamy jedną stopę przed drugą w trakcie marszu. Kto odważyłby się zawrzeć to w jednym nagłówku, jednej profesji, jednym szkolnym przedmiocie? Już pod koniec XVIII wieku Friedrich Schiller w Listach o estetycznym wychowaniu człowieka (zwróćmy uwagę, Schiller mówi o estetycznym wychowaniu!) przenikliwie ostrzegał przed cywilizacją, w której człowiek jest odbiciem swego zawodu. Na ogół, kiedy pytają nas, kim jesteśmy, odpowiadamy odruchowo wymienieniem profesji. A głębiej? Wcześniej? Nim zaczniemy być prawnikiem, nauczycielem żołnierzem? Kim jesteśmy?
W tę stronę chciałbym zmierzać, wiedząc, że zadanie to niewykonalne.
Dziękuję za tę rozmowę i za drogę, którą wspólnie przeszliśmy.