Artur Burszta: Po tylu latach Kędzierzyn jest dla Ciebie bardziej miejscem czy stanem pamięci?
Janusz Rudnicki: Jedno drugiego nie wyklucza. W Kędzierzynie jestem z pamięci miejsc, poza nim – z pamięci ludzi.
Niektórzy powiedzą o tej książce, że jest powrotem do prozy. Ty też to tak widzisz?
Powrót? Człowiek na rondzie wylazł dwa lata temu, nie? To tak dawno? Poza tym, byłem przecież obecny, trochę w „GW”, trochę w „Notatniku Literackim”, a najbardziej na moim profilu. Na nim mam zasięgi większe niż w prasie, co za paradoks.
Więc nie, nie byłem zablokowany, może niedostatecznie wydajny, chociaż jak na mnie to też nie, ja wiesz, staram się używać słów, a omijać wyrazy, więc siłą rzeczy jestem kompaktowy. Niemcy mówią: „In Kürze liegt die Würze”. Chat zaproponował niezłe tłumaczenie: „W skrócie jest sedno i uczucie”. Albo: „Krótkie cięcie, dobre ujęcie”.
Zdarza się też, że z pamięci zwierząt, w książce występuje człowiek zwany Koniem.
Powiedziałeś, że starasz się używać słów, a omijać wyrazy. To dlatego piszesz coraz krócej?
Chcesz powiedzieć, że włączyłem w końcu dyktafon? No niech ci będzie, przy czym, przy czym. Część „Warszawa Śródmieście” to w zasadzie one-man show. Na tym dworcu siedziałem sam, nikogo oprócz tych sprzedawców w tych sklepikach nie było. Człowiek na walizce z książkami to ja, śpiący pijak – mój ojciec, matka z synem – moja matka ze mną, kioskarz, trochę jak narrator, też ja. Role rozpisane na monodram.
Czyli tym całym dworcem jesteś Ty? Ile osób mieszka w Januszu Rudnickim?
No jedna, która ma roztrojenie jaźni.
Drożdżówka, chodzik, płaszcz, skrzypiący but, robot odkurzający. Skąd Ci się bierze słabość do takich rzeczy?
No, taki już gościu ze mnie, od pomniejszania rzeczy wielkich i powiększania małych. Niech będzie, że mnie to jara. Przedmioty i ludzie, mój klimat.
Skrzypiący but to mój faworyt, emocji w nim tyle, że serce mi on uciska.
Dlaczego właśnie skrzypiący but?
No proszę cię, z uwagi na jego kontekst! A, i musisz wiedzieć, że to nie wymyślone, chociaż chciałbym być tak zdolny, jak bywa czasami rzeczywistość, wolałbym samemu na to wpaść.
W tej książce śmiech i smutek siedzą bardzo blisko siebie. Zawsze tak było?
Artur, proszę cię. Chaplin grał samotnika, a przecież nim nie był. Ja i samotność? Zdarzają się momenty, że za nią tęsknię. Rozpacz? Tu bardziej, ale to naturalne, jeśli umrze ci, kurwa mać, brat.
Brat wrócił do tej książki dlatego, że odszedł, czy dlatego, że był ważny od zawsze?
Jedno i drugie.
Bardzo mocno wracają matka i brat. Ale nie jako figury rodzinne czy sentymentalne wspomnienia. Mam rację?
Nie, nie, z czytelnikami przecież, nie ma pośród nich ani jednego, któremu nikt jeszcze nie umarł. To wspólna sprawa, która łączy.
Wraca brat, bo wiadomo, coś się stało, z matką z kolei to czasami przypadek. Dam ci przykład, opowiadanie „Fotolotnia”, idę zrobić w budce zdjęcie do nowego dowodu, nie? Jest noc i silny wiatr, taki, że lata w powietrzu kotara, jeśli terkocze w powietrzu no to jak skrzydło, na zdjęciu aż przerażająco podobny jestem do matki, to są dwa fakty, tak? Ich zderzenie prowokuje i powoduje tekst, coś trzeciego, więc powstaje on na zasadzie metafory, która jest przecież niczym innym jak zderzeniem dwóch słów, z których powstaje trzecie, nowe. To tak jakby z dwóch rodziców powstawało dziecko, które ma z mamą coś wspólnego, z tatą, ale jest inne, sobą jest. Więc to nie jest zawsze tak, że wiesz, że o matce, bo to matka.
Wiele Twoich tekstów zaczyna się od zderzenia dwóch obrazów. Tak właśnie rodzi się opowiadanie?
Często, tak. Lub z jednej pojedynczej sytuacji, w którą później dmucham, wiesz, jak w hucie szkła.
O, opowiem ci coś. Odebrałem niedawno w Warszawie nowy dowód. Szedłem do urzędu, mając okropny katar, alergiczny, leciało ze mnie jak z rynny, nie miałem już chusteczek i, nie uwierzysz, zrywałem liście i smarkałem w nie. Wszedłem do urzędu, wyciągnąłem numerek i od razu chciałem do toalety, po papier, ale widzę na ekranie, że ja prawie od razu. Siadam przed urzędniczką, a ona patrzy na mnie tak, jakbym był nie wiem, UFO jakimś? I pyta, czy ja się na pewno dobrze czuję, mówię, że ten katar alergiczny, nie zarażę, ona wydaje mi ten dowód, ale taka jakaś jakby lekko przestraszona, no nic, pędzę do toalety po papier i w lustrze widzę jakiś zielony pysk, wiesz, cały od tych cholernych liści. A potem patrzę na dowód i kiedy widzę drugą stronę, a na niej „Organ potwierdzający Prezydent Miasta Stołecznego Warszawa”, to… No taki wzrusz mnie wziął. Bo tyle skakałem po Europie jak jakaś rtęć bez termometru i w końcu go znalazłem. Przybiłem do ostatniego portu, ale nie jako żeglarz, a zielony jakiś ludzik. No, to masz taki „Wpis osobisty”.
W wielu Twoich książkach wracają ludzie boczni, przeoczeni, stojący gdzieś obok głównego nurtu. Co Cię do nich ciągnie?
Ich za dużo. A mnie samego za mało.
„Ich za dużo. A mnie samego za mało” brzmi jak zdanie z tej książki. Z wiekiem zrobiło Ci się bardziej tłoczno od ludzi czy od własnych wspomnień?
Znowu, tłoczno od ludzi i od wspomnień, strasznie dużo tego echa z przeszłości.
Mam czasem wrażenie, że bardziej od tematów interesują Cię ludzie, których literatura zwykle omija. Skąd bierzesz takie postacie?
Mnie bardziej interesują historie same w sobie niż ich wymowa. Powiem ci szczerze, że ona często wisi mi wiesz koło czego. Człowiek jako zapomniany listonosz, którego poczta przeoczyła tak, że zapomnieli wstrzymać mu wypłatę. On ją pobiera i czuje się winny, dlatego chodzi po ludziach, mówiąc, że nie ma żadnej poczty, czy to nie rozbrajające? A kiedy zamarza, to dopiero wtedy staje się kimś, nie wystarczy?
„Pan spod Trzynastki” i relacja z robotem odkurzającym są jednocześnie śmieszne i bardzo smutne. Mam wrażenie, że coraz bardziej interesują Cię relacje ludzi z rzeczami i przedmiotami. To właśnie tam dziś najłatwiej ukrywa się samotność?
Wiesz co? Ja ją po prostu ogrywam. Wiesz czemu? Bo ona wdzięczna do ogrywania jest.
Dlaczego właśnie samotność jest tak wdzięczna do ogrywania?
Bo to coś jak solo na trąbce z niemym chórem w tle.
W tej książce prawie nie ma wielkich wydarzeń historycznych ani polityki, a jednocześnie cały czas czuć doświadczenie pokolenia, biedy, transformacji, starzenia się świata. Historia najmocniej zostaje właśnie w codzienności?
Yes. Ja już to gdzieś chyba napisałem, że jestem taką kurą, która dziobie okruchy dnia powszedniego.
A po co Ci większa historia niż dzień powszedni?
No właśnie.
Po latach wracasz tutaj do czegoś bardzo prostego i bardzo trudnego zarazem: do czułości. Ale jest to czułość wobec ludzi śmiesznych, przegranych, czasem żenujących. Tylko taka czułość jeszcze Cię interesuje?
Czuły punkt ta czułość. No taka chyba najbardziej. Przy czym, ta moja to taka z rykoszetu, ona jest zawsze czymś przełamana. Ta bezpośrednia, manifestacyjna mnie trochę mierzi. Od wylewu uczuć wolę już bardziej wylew krwi do mózgu. Widok samotnej kobiety na wczasach, która zamawia sobie dwa drinki, na przykład, zdziwiłbyś się, jak ona mnie przejmuje, czasami odwracam głowę, żeby nie musieć się nią przejmować, za nią cierpieć. Taki jestem „gruboskórny”.
Opowiedziałeś o kobiecie, która na wakacjach zamawia sobie dwa drinki. Takie obrazy najbardziej Cię dziś przejmują?
Teraz myślę, że ona mogła być wdową. A przejmuje mnie za wiele, nawet widok niewidomej, na przykład na przystanku, stąd „Fotolotnia”. A teraz chodzi za mną pewne zdanie, jechałem taksówką, z innymi, wspólny przejazd, żeby taniej, z tyłu siedziała para, kłócili się, tak dosyć dosadnie, i kiedy wysiadali, kierowca, chyba z Gruzji, powiedział: „Pani dobra, pan zły”. I wiem, że nie da mi spokoju to zdanie do czasu, kiedy je zużyję w tekście.
„Tak wiele z wczoraj, tak mało z jutra” brzmi jak tytuł mocno rozliczeniowy. Bardziej próbujesz tutaj coś zatrzymać czy już pozwalasz rzeczom odchodzić?
Musisz pamiętać, że wiele z tych rzeczy to twór wyobraźni, więc jako takie są nieśmiertelne. A tym faktycznym pozwalam odchodzić. To moje pożegnanie z nimi. Garść zdań na grób zamiast grudki piasku.
Komu najczęściej stawiasz takie groby ze zdań?
No tym właśnie, o których w książce mowa. Czasami zdarza się, że kobietom, z którymi byłem.
W tej książce starość częściej bywa śmieszna niż tragiczna. Tak ją dziś widzisz?
Tragikomicznie widzę starość. Pokraczne indyki w przestrzeni publicznej. U mnie rozwija się pewna przypadłość, od niedawna uparcie wkładam na siebie wszystko na lewą stronę. Skarpetki, koszulki to pół biedy, ale zdarzyło mi się wyjść w spodniach z przednimi kieszeniami na tyłku, niepokojące. I kłopotliwe, przy sikaniu szczególnie. No i to, mama zostawiła mi w spadku częściową amnezję, pamięć krótkotrwała mi siadać zaczyna, czasami. O co pytałeś?
Masz poczucie, że książki same wiedzą, gdzie chcą się skończyć?
A chuja tam wiedzą. To taki moment, sekunda, w której wiem nagle sam: o, o, to może być koniec!
Czego tym razem świadomie nie zabrałeś ze sobą do tej książki?
Polski. Polski jako takiej. Jest tylko Kędzierzyn i Warszawa. Czyli piaskownica i cmentarz. Bo urna, która po mnie zostanie, spocznie w Warszawie właśnie, to miasto to ostatnia moja miłość.
Na piaskownicy i cmentarzu trudno znaleźć lepszy koniec. Dziękuję Ci za rozmowę.