wywiady / O PISANIU

Od kuchni

Artur Burszta

Bohdan Zadura

Zapis rozmowy Artura Burszty z Bohdanem Zadurą, opublikowanej w cyklu prezentacji najciekawszych archiwalnych tekstów z dwudziestopięciolecia festiwalu Stacja Literatura.

Klasyk_na_luzie-1444120779032 Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Kto raz w życiu był obecny na wieczorze autorskim, ten wie, ile trudności sprawia zadanie poecie sensownego literackiego pytania. Kto był choć dwa razy, pamięta, że niejeden autor jeszcze większy miał kłopot z dorzeczną odpowiedzią.

O czym najczęściej rozmawia się w gronie pisarzy? Bynajmniej nie o literaturze. Czasem któryś wyciągnie z kieszeni złożoną na czworo kartkę z wierszem i poda dalej. Lektura jest szybka jak setka w barze obok dworca PKP. Ale i w takim wypadku komentarz kolegi po piórze jest zazwyczaj krótki: „świetne”, „niezłe”, „dobre”.

Łatwiej być poetą przez telefon. Tu nie sposób inaczej. Trzeba czytać do słuchawki. Najlepsze Portowe występy nigdy nie były tak dobre. Słuchałem wierszy, szkiców, a nawet całych felietonów. Gdyby ktoś kiedyś wpadł na pomysł „Poetyckiego pogotowia telefonicznego”, a ja miałbym wskazać idealnego kandydata do takiej fuchy, to rekomendowałbym Bohdana Zadurę.

„Wiersze nie są do interpretowania tylko do czytania” – to jedna z mądrości autora po wielekroć przywoływana na spotkaniach autorskich, dowodząca, że redaktor naczelny „Twórczości” jak mało który twórca świetnie radzi sobie z literackimi pytaniami. A jak radzi sobie z innymi tematami?

W 2006 roku ukazywały się kolejne tomy dzieł zebranych Bohdana. Pomyślałem, że to wydarzenie samo w sobie musi być traumatycznym przeżyciem dla autora i obowiązkowe w tamtych czasach rozmowy towarzyszące premierom książek BL należy potraktować „na luzie”. Rad nie rad, wziąłem na siebie tę robotę. Efekty tych podchodów znajdziecie Państwo na kolejnych stronach tej książki.

Artur Burszta


„Że będzie śnieg, i nie będzie wiatru, i nie będzie wstydu”

Artur Burszta: W minioną środę, czyli dzień po ogłoszeniu, że znaleźliśmy się w małym finale z Ukrainą, Piotr Baron w „Salonie politycznym Trójki” zapytał Andrzeja Leppera: „Czy jest Pan za Euro 2012?”, na co przewodniczący Samoobrony błyskawicznie odpowiedział: „Jesteśmy przeciwni wprowadzenia euro” (śmiech). Bohdanie, a Ty jesteś za Euro?

Bohdan Zadura: Jestem zdecydowanie przeciwko instrumentalnemu traktowaniu piłki nożnej i sportu w ogóle, a słowo „salon” wykrzywia mi usta w nieładnym ironicznym grymasie. Podejrzewam, że chodzi Ci o to, czy się cieszę, że w wyścigu o prawo organizacji piłkarskich Mistrzostw Europy 2012 Polska przebrnęła szczęśliwie przez pierwszy próg, nie zaś o to, że zagra z Ukrainą w tych mistrzostwach o trzecie miejsce. Taki mecz przecież zwyczajowo bywa określany małym finałem. Wolałbym, żebyśmy spotkali się z Ukrainą w dużym finale. To moja jedyna szansa, żeby się popłakać. Świadkiem zdobycia przez naszych piłkarzy złotego i srebrnego medalu olimpijskiego byłem (ale ten straszny relatywizm w sporcie też kły szczerzy i złoto olimpijskie w tej dziedzinie akurat mniejszy ma ciężar gatunkowy niż w innych dziedzinach sportu, chyba tak się liczy, jak w tenisie), oglądałem zwycięskie małe finały MŚ z Brazylią i z Francją. A do finałów ME polskiej reprezentacji nie udało się zakwalifikować ani razu, więc jeśli nie kuchennymi drzwiami jako (współ)gospodarz się dostanie, to może nie dostanie się nigdy. Miło byłoby popatrzeć na pojedynek Dudka z Szewczenką, już nie w meczu o wielką stawkę, w którym jeden gra dla Liverpoolu, drugi dla Milanu. Co ja plotę, w 2012 to oni pewnie będą grali w meczach oldbojów. No, to czysta teoria, w 2012 będę – o ile będę – miał sześćdziesiąt siedem lat i mogę w ogóle nie pamiętać, że istnieje coś takiego jak piłka nożna. Wielu różnych nieoczekiwanych wydarzeń byłem świadkiem w swoim życiu, brakuje mi do kolekcji tego mistrzostwa Europy…

Jakoś nie wierzę, byśmy wspólnie z Ukrainą wygrali te przedbiegi. Ale jeśli nie z Ukrainą, to z kim? Oczywiście byłoby miło, gdyby mecze rozgrywane były we Wrocławiu. Na Olimpijski mamy względnie blisko. Finał tych rozgrywek, bo chyba zapomniałeś, że w ME nie gra się o trzecie miejsce, choćby z Ukrainą, też wydaje się mało realny. Powiedziałeś, że byłeś świadkiem wielu wydarzeń sportowych, które wspominasz z największym sentymentem?

Mistrzostwa Europy w boksie, w Warszawie w 1953 roku, w epoce przedtelewizyjnej; w dniu finałów byłem z rodzicami u ich znajomych w Pożogu (to taka wieś pod Puławami), słuchaliśmy transmisji przez radio, rozpierała mnie w tę upalną czerwcową niedzielę duma, chłodnik z pieczoną cielęciną wyciągnięty ze studni dopełniał szczęścia… Potem kupiłem pamiętniki Stamma, czytałem tę strasznie nudną książkę jak kryminał albo i coś więcej… Boks w radio jest sympatyczniejszy niż w telewizji, na żywo jest okropny… Raz w życiu oberwałem od ojca, kiedy nie chciał mnie puścić na jakiś mecz pięściarski; po paru latach zobaczyłem parę walk z bliska, obrzęki, krew, zgroza… Sam ze dwa razy miałem rękawice na rękach; pan od wuefu, kiedy przyłapał chłopców na jakichś przepychankach, prowadził ich do magazynku, wyciągał rękawice bokserskie i kazał się naparzać. Trawą morską były chyba wypchane. To było gdzieś w grudniu 1956 roku, podczas olimpiady w Melbourne. Moje pierwsze wyjazdy do Warszawy to były wyjazdy na imprezy sportowe. Na pokazówki zespołu Harlem Globetrotters, na memoriały Kusocińskiego, na mecze lekkoatletyczne, z RFN-em czy z NRF-em, jak się wtedy pisało. Parę rekordów świata padło w mojej przytomności, w 1958 roku na Stadionie Dziesięciolecia w czasie meczu Polska – USA Jerzy Chromik przebiegł 3000 metrów z przeszkodami w 8.32.00, Edmund Piątkowski rzucił dyskiem na memoriale Kusocińskiego w 1959 roku 59,91 metrów, tamże Rumunka Iolanda Balaș skoczyła dwa lata później wzwyż 188 centymetrów, potem jeszcze oglądałem, przez przypadek chyba trochę, już na stadionie warszawskiej Skry w 1970 roku, rekordowy bieg Teresy Sukniewicz na 100 metrów przez płotki. No, zapomniałem oczywiście o Wyścigu Pokoju, tym wyścigiem też się żyło, czekało na niego rok po roku, to była największa sportowa impreza kolarska świata, bo kto tam słyszał o Tour de France…

Bohdanie, widziałeś praktycznie wszystkie najważniejsze lekkoatletyczne wydarzenia rozgrywane w Polsce w ubiegłym wieku! A powiedz, sam coś uprawiałeś? Ciągnęło Cię do jakichś sportów?

W bardzo różne strony mnie ciągnęło, na przekór. Na przekór przezwiskom, jakie miałem w podstawówce. Jak powiem, że „Zadura zdechła kura”, to wszystkiego to nie powie, rym zaciemnia, ale „zdechlak”, „zgniłek” już bardziej. Krótko mówiąc – łajza, łamaga, oferma. Na rękach stać nie umiałem, zwykły przewrót w przód to był problem, nie mówiąc o skoku przez kozła. Bić się nie umiałem, bo to zresztą nie po chrześcijańsku. Przez siedem lat byłem jedynakiem. Dużo pracy mnie kosztowało, żeby zapracować na neutralną ksywkę „Długi”. No, przyznam się do zupełnie poważnych marzeń – kariera długodystansowca mi się śniła, czytałem tabele z minimami na pierwsze kółko olimpijskie, biegałem z zegarkiem po bieżni, do dziadków ojciec jeździł rowerem, ja biegłem po chodniku. Kopałem piłkę, podwórkowo, ale bez większych sukcesów, wypychany na obronę. Próbowałem pchać kulą, gdzieś w szpargałach leży dyplom za czwarte miejsce w powiatowej spartakiadzie. Tłukłem w ping-ponga, to można było robić w domu i w pojedynkę, przystawiwszy stół do ściany; myślę, że to dobry sposób na refleks. Grałem w tenisa. Coś tam chyba z tej pracy nad sobą wyszło, na szkolną skalę. Bo w liceum – pominąwszy takie pięty achillesowe jak skok w dal czy wzwyż – było już całkiem inaczej niż w podstawówce – pewne miejsce w reprezentacji w grach zespołowych. Siatkówka, szczypiorniak i koszykówka. Dziwnie to brzmi, ale miałem tak zwane warunki – w tamtych latach ludzie chyba byli niżsi, ta ksywka „Długi” to z boiska do koszykówki. Na studiach cierpiałem na zajęciach z wuefu: albo nudna gimnastyka, albo – jak już do jakiegoś grania przyszło – nie było partnerów. Uciekłem z tych zajęć do sekcji koszykówki w rodzimej Wiśle Puławy, wiedząc skądś, że gra w klubie zwalnia z wuefu, ale nie wiedząc, że tylko pod warunkiem, że ten klub to AZS; omal nie skończyło się to katastrofą. We wczesnym dzieciństwie trochę biegałem na nartach. Nad Wisłą się urodziłem, ale pływać nauczyłem się w Morzu Czarnym. Tenis był bez takich marzeń jak te lekkoatletyczne sny olimpijskie, ale to pewnie była największa przyjemność, najsympatyczniejszy rodzaj zmęczenia. Grywałem jeszcze ze swoim synem, w latach 90. Bardzo to było dziwne – on był sprawniejszy, silniejszy, a przegrywał. Dać mu wygrać czy nie? Miałem czarno na białym, jak ważna jest psychika. Jak raz się podłożę, to już nigdy więcej nie wygram. A jak będzie mnie ogrywał, to poszuka sobie kogoś innego. Tak to się mniej więcej, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, potoczyło. Którejś wiosny wyszliśmy na betonowy kort osiedlowy, ponadrywałem sobie ścięgna, syn mi powiedział, że nie chce mnie mieć na sumieniu.

Te sportowe pasje widoczne są w Twojej twórczości. Kiedy opowiadałeś o kuli, przypomniałem sobie, że w jednym z Twoich opowiadań, bodaj „Zabawy”, jest właśnie motyw ze szkolnym pchaniem kuli: „Marek wszedł do koła i po raz dwudziesty trzeci pchnął kulę”. Można by przywołać przynajmniej kilka wierszy, w których pojawiają się z nazwiska znani sportowcy: Siitonen, Griffith-Joyner, Haszek, Gretzky. W prozie Dijkstra, Seyfert, Fleming, Protopopow, O’Brien. Chyba nawet olimpiady pomagają Ci w pisaniu. Jeśli mnie pamięć nie myli, to znaczna część Ptasiej grypy powstała podczas igrzysk w Nagano. Wydaje mi się, że Polski Komitet Olimpijski powinien przyznać Ci jakąś specjalną nagrodę, a gdyby przywrócono literaturę do programu igrzysk, powinieneś znaleźć się w polskiej reprezentacji.

W rzeczy samej sporo nazwisk i motywów sportowych trafiło do moich wierszy; do tych, które wymieniłeś, dorzucić mógłbym z pamięci Deynę, i Gmocha, i Fibaka, i Hoada (to był taki australijski tenisista, którego Ty nie możesz pamiętać), Wilmę Rudolph, Bachledę, Wszołę, Tomasza Hopfera czy takie nazwy własne jak Wembley, Cortina d’Ampezzo, Madison Square Garden.

Czy to wynikało z jakiejś strategii poetyckiej?

Gdyby racjonalizować, można by się było doszukiwać w tym jakiejś nadziei związanej z tym, że więcej ludzi z pewnością interesuje się sportem niż poezją, więc gdy się pisze o sporcie, można liczyć na to, że wiersz zainteresuje kogoś, kogo właśnie sport interesuje. Ale to nie tak. Sport dla mnie był ważny. Dzisiaj to zabrzmi śmiesznie, ale traktowałem tę dziedzinę życia dość długo idealistycznie. Przy świadomości, że to coś bardzo umownego, to jednak z określonymi, jasnymi, czystymi zasadami. Szlachetna rywalizacja, gdzie walczy się głównie z własną słabością, gdzie reguła fair play obowiązuje, bo to przecież coś w rodzaju zabawy. Układy, pieniądze, doping? Bandytyzm na stadionach? No, niesprawiedliwi sędziowie zawsze się zdarzali, wspomniane już pamiętniki Stamma dostarczały dostatecznej liczby przykładów, jednak większość dyscyplin cechuje wymierność. Poezja sportu – ktoś, kto wychowywał się na relacjach Bohdana Tomaszewskiego, nie mógł tych rzeczy nie łączyć. Dziś może łatwiej byłoby mówić o kiczu sportu; te gale boksu zawodowego, to kabotyńskie dzielenie na sylaby imion i nazwisk pięściarzy, ten wrzask spikera, moderatora, wodzireja, czy jak go tam nazwać (maniera, która przenosi się do hal siatkarskich), ta elegancja arbitrów, te śnieżnobiałe koszule i muszki, te hymny narodowe, te atłasowe szlafroki zawodników, te młode dupy w bikini trzymające flagi narodowe i defilujące po ringu z tabliczkami pokazującymi, którą to rundę mamy przed sobą, bo publiczność oczywiście do dwunastu sama nie zliczy, rozbite łuki brwiowe, zapuchnięte oczy, ochraniacze na szczęki, tatuaże. I kwintesencja kiczu: trofeum, o które się walczy – mistrzowski pas. Czy Ty byś sobie powiesił na ścianie w domu coś takiego, takie paskudztwo? Wieńce laurowe, które zawisają na kolarzach czy żużlowcach, przypominające cmentarną galanterię, to przy tych pasach przykład szlachetnego gustu.

Może wyhamujmy przy boksie i porozmawiajmy jeszcze o sporcie w literaturze.

Kiedy myślę o sporcie w literaturze, to mam kłopoty z przypomnieniem sobie utworów, w których by się on pojawiał. Meksykanin Jacka Londona, jedna z bardzo wczesnych moich lektur, opowiadanie, którego bohater walczył na ringu o pieniądze, od których zależała Sprawa, los powstania chyba. Do przerwy 0-0, może jakoś inaczej, powieść drukowana w latach 50. w odcinkach w „Przeglądzie Sportowym”, której bohaterem był bramkarz, od którego postawy w ostatnim meczu ligowym zależało uchronienie drużyny przed degradacją, kiepska chyba, ale czytana z wypiekami. Obroni tego karnego czy nie? Splot słoneczny Witolda Zalewskiego, powieść, w której jedna z postaci wzorowana była na Franciszku Kolczyńskim, Disneyland Dygata, z długodystansowcem w roli głównej, książka, na podstawie której powstał film Jowita. I jakby nic więcej. Wędkarstwo od biedy można uznać za sport, ale rybołówstwa chyba już nie, więc Stary człowiek i morze Hemingwaya odpada. Albo ja więc jestem mało oczytany, albo sport jest niedoreprezentowany w literaturze, zwłaszcza prozę mam na myśli. Przed olimpiadą w Atenach wyszła książka Mariana Grześczaka Atena strząsająca oliwki, poświęcona – najogólniej mówiąc – idei olimpizmu, zawierająca bardzo różne formy: od wierszy po esej, książka wielojęzyczna, z przekładami na francuski na przykład Jerzego Lisowskiego. Tomy wierszy o tematyce sportowej wydaje Krzysztof Zuchora.

Na gorąco dodałbym jeszcze Pasję Kosińskiego, historię Fabiana, zawodowego gracza polo, no i obowiązkowo Do przerwy 0-1 Bahdaja (śmiech).

W 1985 roku właśnie Grześczak wydał antologię polskich wierszy Stadion ze słów, która od moich – jako najmłodszego w owym czasie – wierszy się zaczyna, a na… Kochanowskim kończy. Dowiedziałem się o tej antologii, kiedy już wyszła, bardzo się ucieszyłem i zaczęła się zabawna historia, która ciągnęła się aż do zeszłego roku. Nie pamiętałem jednego z wierszy, adres bibliograficzny odsyłał do dwóch moich tomików, sprawdziłem – tego wiersza w nich nie było. Już zacząłem pisać list ze sprostowaniem, że przypisano mi cudzy wiersz, i nagle iluminacja. Nie, to złe słowo, iluminacja jest nagła, a mnie tylko zaczęło coś świtać. Że może jednak, że chyba tak, że to mój wiersz, gdzieś pewnie był drukowany, choć nie wszedł do książki. To, gdzie był drukowany, musiałem ustalić, układając wiersze rozproszone. Wiedziałem, że mógł powstać nie wcześniej niż przed pierwszym turniejowym zwycięstwem Fibaka, ale tak naprawdę to mi ustaliła wszystko zaprzyjaźniona pani z biblioteki w Przemyślu.

Czekaj, czekaj, czy nie chodzi przypadkiem o wiersz „Sztokholm”?

Właśnie o ten. Okazało się, że w Przemyślu moje wiersze mają przyjaciółki, świetne panie: Grażyna Niezgoda (to jej zdjęcie jest na czwartej stronie drugiego tomu wierszy zebranych) i Ewa Lis, która pracuje w Bibliotece im. Ignacego Krasickiego. Od wielu lat ta biblioteka organizuje konkurs recytatorski wierszy jednego autora, w zeszłym roku spotkał mnie ten zaszczyt, że padło na mnie. „Sztokholm” był wśród tekstów, które Ewa skserowała dla recytatorów. Ten konkurs to miłe, ale emocjonujące przeżycie. Przez dwa dni słuchasz swoich wierszy, zastanawiasz się, czemu ci młodzi ludzie wybrali akurat te, a nie inne, czasem cię zaskakują sposobem interpretacji, czasem nie zaskakują. No i jesteś z urzędu przewodniczącym jury.

No i bierzesz udział w czymś na kształt zawodów sportowych, zamieniając się w sędziego, który niczym juror zawodów w łyżwiarstwie figurowym, gimnastyce artystycznej czy skokach do wody musi wybrać najlepszego (śmiech).

No, przynajmniej w takim układzie nikt ci nie zarzuci braku kompetencji (śmiech). Ani stronniczości, bo widzisz tych zawodników pierwszy raz na oczy. Choć może nie tak do końca, bo te dwie dziewczyny już widziałeś przed wejściem do budynku. Zresztą w najlepiej rozumianym własnym interesie wszystkim życzysz jak najlepiej. Ale prawdą jest, że nie tylko w takiej sytuacji plącze mi się po zapleczu głowy przestroga: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

Na co wówczas zwracasz uwagę oprócz „wrażenia ogólnego”, bo tu już się przyznałeś, że zaczynasz pracę jeszcze przed zawodami (śmiech). No i skoro już zeszło nam na dziewczyny, to może uda mi się Ciebie naciągnąć na jakieś zwierzenia związane ze sportsmenkami, które potrafiły Ci zawrócić w głowie.

Nie chciałbym Cię zanudzać fachową terminologią, ale są takie elementy jak dobór repertuaru, interpretacja, kultura słowa… Przyznam się, że oceniając recytatorów, a zdarzało mi się to w życiu dość często, raczej słucham, niż patrzę, choć to, co recytator na scenie robi, też jakoś wpływa na tak zwane ogólne wrażenie artystyczne. Sportsmenki? Żadnych znajomości w kręgach kwalifikowanego sportu nigdy nie miałem, więc i żadnych zawrotów głowy.

 Myślałem raczej o przyjemności oglądania na szklanym ekranie – na przykład Griffith-Joyner, Katariny Witt.

Wiesz, na sprinterki to się za długo nie napatrzysz, z kolei łyżwiarstwo figurowe jakby nie było na moje nerwy, te nerwy właściwie zjadłem na facecie, Grzegorzu Filipowskim, brązowy medal MŚ w Paryżu w 1989 roku, ale ile wcześniej i później niewykorzystanych szans. Nie lubię patrzeć na ludzkie upadki, zwłaszcza na przewracające się kobiety. Przyjemnie się patrzy na polskie siatkarki, na nie często można patrzeć nawet dłużej, niżby się chciało, kiedy po dwóch wygranych setach i wyraźnym prowadzeniu w trzecim dochodzi do tie-breaka. Lubię patrzeć na ludzi, którzy się cieszą. A one to potrafią robić. Jeden z wieczorów wyborczych jakoś przeżyłem dzięki ich radości, gdy po raz drugi z rzędu zdobyły mistrzostwo Europy. Tenisistkom też jest czas się przyjrzeć, choć lepiej, jeśli Eurosport nie pokazuje meczów Domachowskiej. Steffi Graf, och, była wspaniała, ale moje sympatie kierowały się raczej ku Monice Seles czy Jennifer Capriati; nie wiem czemu, raczej kibicuję rywalkom Mauresmo i sióstr Williams, kimkolwiek by były…

Jeśli dobrze pamiętam, Filipowski zdobył chyba tamtej zimy również srebro na ME. Niewiele sukcesów sportowych mieliśmy w roku okrągłego stołu. Przegraliśmy z Anglikami eliminacje MŚ w piłce nożnej. Zdaje się, że najprzyjemniejsze chwile sprawił nam Joachim Halupczok, zdobywając w niewiarygodnym stylu złoty medal na MŚ w kolarstwie. A Ty, Bohdanie, jakie medale naszych wspominasz z nostalgią po latach?

Pamiętam tamten wyścig. Sport to życie, życie się zmienia, czasem się kończy. Skoro wspomniałeś Halupczoka, to nie myślę o medalach, a przypomina mi się dzień, kiedy przez radio usłyszałem o katastrofie lotniczej, w której zginęła drużyna Manchesteru United, chłopcy Matta Busby’ego, i Arkadiusz Gołaś mi się przypomina sprzed paru miesięcy, i Lillian Board, brytyjska biegaczka na 400, a potem 800 metrów, którą rak ściął w 1970 w wieku dwudziestu dwóch lat. Kariery nagle przerwane… Sport to zdrowie? A medale? Srebrny medal Pietrzykowskiego w Rzymie po wątpliwym werdykcie w walce z Cassiusem Clayem, żeby do boksu wrócić; złoty medal Fortuny w Sapporo; medale Józefa Szmidta w trójskoku; jego oglądałem parę razy na żywo. Kiedy jednak do tych medali mam dorzucić nostalgię, to najlepiej chyba wspominam to wszystko, co wiąże się z lekkoatletycznym wunderteamem – ME w Sztokholmie w 1958 roku, i nie medale, a wypełniony w gorący sierpniowy dzień Stadion Dziesięciolecia, na którego trybunach panowała taka atmosfera życzliwości, porozumienia i święta, jaką później, po wielu latach, można było poczuć w 1980 roku.

Jakie nadzieje wiążemy, Bohdanie, z Turynem i mistrzostwami w Niemczech?

Że będzie śnieg, i nie będzie wiatru, i nie będzie wstydu. Wiatr raz Polakowi pod narty zawiał w Sapporo i limit szczęścia został moim zdaniem wyczerpany. Właściwie to jest tak, że jak nie ma oczekiwań, to i wstydu nie ma. Pierwsza zimowa olimpiada, którą pamiętam, to Cortina d’Ampezzo, równo pół wieku przed Turynem. Brązowy medal Franciszka Gąsienicy Gronia, szanse na złoto, złamana narta czy kijek. Srebro i brąz w Squaw Valley: Seroczyńska i Pilejczyk, też były szanse na złoto, potknięcie na ostatniej prostej. A poza tym zawsze były nadzieje, z których niewiele zostawało. Albo rozwiewały się już przed olimpiadą, że przypomnę tragiczny wypadek Hryniewieckiego, albo w trakcie wszystko szło jak po grudzie. Jeden medal? Bodaj brązowy? A w Niemczech? Że z grupy wyjdziemy. Może. Ważne, że nie trzeba będzie i w jednym, i drugim przypadku zarywać nocy.

Całkiem miło nam się rozmawia, ale czy nie sądzisz, że pora coś zjeść?

Kwadrans po dwudziestej, rzeczywiście, pora na kolację.

A jeśli nie masz nic przeciwko temu, to przy jedzeniu porozmawiamy sobie o jedzeniu…

Na psy wędliny zeszły

Bohdanie, wolisz zimą owoce czy warzywa?

Chyba owoce, zdecydowanie owoce – zwłaszcza śliwki i truskawki, prosto z zamrażarki, taka zimna słodycz. A poza tym nie słyszałem o nalewkach na warzywach. W zimie, poczynając od stycznia, dużo myślę o owocach tarniny, o tym, że kolejny rok zmarnowałem, nie wybrawszy się jesienią na tarninę, bo to wymaga wyprawy, to już nie te czasy, co czterdzieści lat temu, kiedy wystarczyło pójść na krótki spacer, żeby nazrywać, ile się chce.

A niezależnie od pory roku?

Co do innych owoców i warzyw, to na dobrą sprawę pory roku nie mają już takiego znaczenia jak kiedyś. Kiedyś zimą chyba bardziej lubiłem paprykę niż latem. Po paromiesięcznej przerwie w lutym lub w marcu pojawiała się w sklepach zielona papryka, chyba z Kuby. I ona mi smakowała jak żadna inna kiedy indziej, kanapki z białym serem i z tą zieloną papryką.

To te wasze puławskie sklepy musiały być nieźle zaopatrzone.

Ta papryka to z czasów, kiedy przypłynięcie statku z cytrusami do Gdańska czy Szczecina w okolicach świąt Bożego Narodzenia to była wiadomość na czołówkę „Dziennika Telewizyjnego” czy pierwszą stronę „Trybuny Ludu”. Pewnie druga połowa lat 70., lata 80. Kiedy studiowałem, to w październiku przywoziłem paprykę z Warszawy, relatywnie tanią jak barszcz. O polskiej papryce niktwtedy nie słyszał, nikt jej nie uprawiał w Polsce. Ta w zimie, o której mówię, pojawiała się w Puławach w sklepach MHD, PSS „Społem” czy jak się tam one nazywały.

U mnie, w Kotlinie Kłodzkiej, na końcu świata (albo na początku), badylarze, jeśli nie handlowali swoimi nowalijkami, to w ofercie mieli już tylko nędzne ochłapy, wiezione 125 kilometrów z targowiska we Wrocławiu. Na szczęście były ogródek i działka babci.

Pierwsze lata mojego dzieciństwa, przełom lat 40. i 50., kiedy mieszkaliśmy na Skowieszyńskiej z dziadkami, to był ogródek warzywny przy domu i obok pole, z 800 metrów kwadratowych, na tym polu rosły kartofle i kapusta, pamiętam wykopki, szatkowanie do beczki i ubijanie nogami, niewielkie jabłka też się do tej beczki wrzucało. Przy domu rosły morele, aż którejś mroźnej zimy szlag je trafił. To morele są moimi rajskimi owocami, nie jabłka. Kompot morelowy zimą. Z rynku czy z targu, jak się mówiło, przynosiło się jajka, śmietanę, mleko, masło, żywe koguty czy kurczęta. Warzywa chyba były zawsze swoje. Nawet dużo później, w latach 70., 80., 90., kiedy działka to była pasja teścia. Szparagi pamiętam z dzieciństwa, kupowane, ale takie rzeczy jak choćby cukinia, brokuły, seler naciowy to rzeczywistość dużo późniejsza.

A maliny i jagody do lasu chodził Pan zbierać? Bo ja na ten przykład, proszę Pana, z tymi malinami to skaranie boskie miałem. Co lato mama mnie do lasu wyganiała z bańką.

Dużo lepiej miałem. Na tej Skowieszyńskiej to sobie zbierałem do kubeczka maliny, porzeczki, wiśnie. Ale prawdziwe maliny to maliny leśne – to mi się zdarzało, kiedy jeździliśmy do Bukowiny Tatrzańskiej. A jagody – na Mazurach, w trakcie obozu harcerskiego w 1960 roku, kiedyśmy wędrowali na pola Grunwaldu, jagody jak z ilustracji książeczki Marii Konopnickiej Na jagody, tyle że nie było czasu i warunków, żeby je zbierać, pożywić się można było tylko w marszu. Ze dwa razy potem częściowo sobie to zrekompensowałem w lasach pod Bolesławcem – to duża przyjemność nazbierać wiaderko. Choć wolę grzyby.

No właśnie, wyjmujesz mi, Bohdanie, te grzyby z kaptura. Mój tato miał patent na prawdziwki, ja na podgrzybki. U nas to był cały rytuał, łącznie z suszeniem później.

Grzyby… Stosunkowo najbliżej były tak zwane Choinki, tam rosło mnóstwo maślaków, ale w tych Choinkach podobno poległo pod koniec wojny mnóstwo Niemców, nie jedliśmy grzybów, które rosły na trupach… Rydze – w Bukowinie Tatrzańskiej. A właściwie w Białce. Prawdziwki – w młodym dębniaku tuż przy stacji kolejowej i trochę dalej w głębi lasu przy strzelnicy. Przy ścieżkach wystarczyło pójść na spacer, żeby znaleźć kilkanaście. Jeździło się na prawdziwki do Sadłowic, to na lewym brzegu Wisły, kilka kilometrów w stronę Janowca. Kiedy ruszyły Zakłady Azotowe, to się zmieniło, prawdziwki znikły, pojawiły się kanie, ale nie takie jak na nasłonecznionych porębach, wielkości patelni, dużo mniejsze. Wszystko się zmienia. Wyobraź sobie, że czterdzieści pięć lat temu zbierałem olszówki, marynowało się je. Potem nagle uczeni ogłosili, że są szkodliwe czy trujące. Niech im będzie (tym uczonym), choć moja wątroba tego nie potwierdza.

Kanie dla wielu też wątpliwie.

Ja kań się nie bałem, ojciec często je przynosił, wystarczyło, że wyskoczył na chwilę z pracy, Instytut Weterynarii był w lesie. Ale w domu mojej żony było już mnóstwo lęków co do kań, leśnych pieczarek (są takie, są, o wyjątkowo intensywnym migdałowym zapachu), nawet opieńki traktowane były z nieufnością. Nawiasem mówiąc, nie rozumiem, jak można pomylić kanię z muchomorem sromotnikowym. Suszenia z dawnych czasów nie pamiętam, w nowszych – jeśli w sezonie grzewczym, to na kartkach kładzionych na kaloryfery, jeśli wcześniej, to budowałem konstrukcję z listewek, taką nadstawkę na kuchnię gazową, na której zawieszało się nitki z nawleczonymi grzybami… W tym roku zaprzyjaźniłem się z suszarką elektryczną.

Jakiś nowy wynalazek czy też jakaś fikuśna odmiana suszarki do włosów może?

Takie uniwersalne urządzenie do suszenia wszystkiego: warzyw, grzybów, owoców. W supermarketach występuje w cenie kilkudziesięciu złotych. W pokrywę ma wmontowaną suszarkę, taką jak do włosów, tyle że strumień powietrza nie jest tak gorący. Sześć bodaj tacek z ażurowym dnem, cały proces trwa godziny, nie minuty, ale efekt jest znakomity. Pierwszy raz w tym roku nie będę wiosną wyrzucał zgniłych jabłek, bo je przepuściłem przez to urządzenie, Andrij Bondar stwierdził, że to lepsze niż chipsy.

No a pierogi, z kapustą i grzybami czy też na przykład ruskie?

Wiesz, miałem niepracującą (choć bardzo pracowitą) matkę, przez siedem lat byłem jedynakiem i często jej towarzyszyłem, kiedy stała nad stolnicą. Rozwałkowywała ciasto, a potem szklanką lub kieliszkiem wykrawała z niego krążki na pierogi. Ścinki znów zgniatała i tak do samego końca. Wszystkie pierogi były jednakowej wielkości. Z domem rodzinnym najbardziej mi się kojarzą inne pierogi niż te, które wymieniłeś – z białym serem, żółtkiem, na słodko, pewnie dlatego, że później wyszły z repertuaru. Sam lepić pierogi zacząłem już jako dorosły facet, wprowadzając jakieś racjonalizatorskie udoskonalenia do procesu technologicznego.

Kółeczka?

To nie dotyczy wykrawania krążków – nie stosuję tej metody, nie stosuję również metody z drugiego krańca, polegającej na tym, że się odrywa kawałek ciasta i formuje go w rękach, coś pośredniego, wałek z ciasta kroi się na plastry, te następnie rozwałkowuje. Racjonalizacja polega na tym, że po zrobieniu farszu – jakikolwiek by to był farsz – lepię z niego najpierw kulki, a potem już taśma. Takie kulki nie przyklejają się do palców, nie kaleczą ciasta. Z punktu widzenia wytwórcy ruskie są najwdzięczniejsze, zwłaszcza jak się doda trochę sera pleśniowego, łatwe są także te z mięsem; z kapusty z grzybami czy z kaszy gryczanej z serem i miętą gorzej się te kulki formuje. Najmniej wdzięczna robota z truskawkami, nie mówiąc o czarnych jagodach – tu żadne kulki w grę nie wchodzą.

Pierogi miały być na Forcie w 1998 roku, ostatecznie były naleśniki. Mimo że minęło już prawie dziesięć lat, to wciąż pamiętam ich smak. Tyle razy przypomina się to spotkanie, tyle się o nim już pisało. Ale chyba nigdy nie zdradziłeś przepisu na nie.

Nie ma czego zdradzać, banalne proporcje: szklanka mleka, jedno jajko, łyżka oleju, pół szklanki wody, trochę soli, zmiksować, wsypać szklankę mąki, zmiksować, zapomnieć na pół godziny. Ten olej to po to, żeby po każdym naleśniku nie smarować patelni kawałkiem słoniny. Coś za coś, bo kiedyś z całych naleśników najlepsza była właśnie ta słonina, która zostawała po smażeniu. Sekret powodzenia to pewnie wprawa i serce, które się w to wkłada. No i drobiazgi, od których coś jednak zależy. Mąka mące nierówna, nigdy nie wiadomo, na jaką się trafi mimo tej samej nazwy, jajko jajku też nierówne – na Węgrzech ze sklepowymi pewnie by nie wyszło. Ale jakakolwiek by była, lepiej ją przesiać. I patelnia patelni nierówna, są żeliwne specjalnie do naleśników, ale tak ciężkie, że trudno naleśnik przewrócić. Na teflonowych nie wychodzą, mam jedną blaszaną, starą, z wypaczonym dnem, które czasem wyklepuję młotkiem. Co do wprawy, to przy smażeniu pewnie trzeba wpaść w określony rytm. Wtedy się smażą na złoto, nie przywierają. Zazwyczaj, kiedy smażę, rozdzwania się telefon. Wytrąca z tego rytmu. Coś na straty, patelnię trzeba szorować solą i zaczynać od początku. Co do drobiazgów – zdaje mi się, że zupa gotowana na kuchni węglowej ma inny smak niż ta sama zupa gotowana na gazie. Z naleśnikami może byłoby podobnie, nie sprawdzałem, no bo gdzie teraz znaleźć kuchnię węglową? Próbowałem eksperymentować z wodą mineralną i z piwem, nie warto. Z mąką gryczaną próbowałem, też chyba nie warto. Mielone orzechy dorzucałem do ciasta – jakiś efekt smakowy był, ale mniejszy, niż się spodziewałem, a estetyka trochę cierpiała. Co do środka – to, co w środku jest, każdy na ogół widzi – może być właściwie wszystko, choć jeśli mają być na słodko, to ostrego sosu na bazie pomidorów bym nie ryzykował.

No dobrze, ale chyba jakieś kulinarne porażki musiał Pan zaliczyć.

Moja największa klęska kulinarna? Lata 70., miałem ochotę na szproty w pomidorach, a takich konserw akurat od dawna nie było w sklepach. Trafiały się natomiast szproty wędzone, na wagę. Obrałem pracowicie z pół kilograma tych rybek, pozbawiając je skóry, wnętrzności i kręgosłupów. Jak już, to już, perfekcyjnie. Wlałem na patelnię przecier pomidorowy, gdy zgęstniał, wrzuciłem do niego te obrane szproty. Kompletna klapa, nie dało się tego jeść, a mieszkanie też trudno było wywietrzyć.

Ja po jednym obozie, który był pół wielu temu, na którym codziennie były ryby w puszce, ze szczególnym upodobaniem do paprykarza, do dzisiaj nie mogę nawet patrzeć na konserwy rybne.

Sukces w kuchni polega na odstępstwie od norm, na mieszaniu rzeczy, których na ogół się ze sobą nie łączy. Kusi mnie szarlotka z wąziutkimi paseczkami czuszki dorzuconymi do jabłek. To znaczy gdzieś się pewnie je łączy, ale u nas się nie łączyło. Prawdziwa globalna rewolucja – czy nie najlepiej widać ją na jedzeniu? Lata 60., 70., żeby spróbować chińszczyzny, trzeba było jechać na Zachód, kto słyszał o greckich, tajskich, włoskich, hinduskich, japońskich, tureckich restauracjach? Książki kucharskie? Mama miała przedwojenne wydanie Disslowej Jak gotować. Praktyczny podręcznik kucharstwa, trzecie wydanie, Wydawnictwa Polskiego R. Wegnera w Poznaniu, a także zeszyty, w których ręcznie zapisywała przepisy i gromadziła wycinki z „Przyjaciółki” oraz „Kobiety i Życia”.

Rozumiem, że dogadzała wam, jak tylko mogła.

W domu dobrze się jadało. Nawet lody robiło się od wielkiego dzwonu w domu. Takich lodów nie jadłem już później nigdzie w świecie, nawet na Węgrzech. W domu się gotowało flaki. Na Boże Narodzenie był zawsze pasztet z zająca, ojciec nie polował, ale miał przyjaciół myśliwych, wisiał sobie ten zając za oknem i kruszał. A na obiad w Nowy Rok był zawsze zając w śmietanie z buraczkami. I smak sarniny poznałem w domu, nie mówiąc o kuropatwach i bażantach – też od wielkiego dzwonu. Były czasy, kiedy pojawiły się pieczarki – wyobrażasz sobie, że kiedyś nie było pieczarek? Były czasy, kiedy indyk to był szczyt kulinarnego wyrafinowania. Matka lubiła gotować, lubiła piec.

Sporo potrafię sobie wyobrazić. Ojciec ze swoim bratem trzymali świnie w najtrudniejszym okresie lat 80. w kotłowni sali gimnastycznej, którą opiekowali się moi dziadkowie. Nosiło się te zlewki każdego popołudnia. No ale za to na święta była niezła wyżerka. Nie ma to jak swojskie wędliny.

Chlewik przy stodółce czy drewutni pamiętam z dzieciństwa, świnkę się tam
hodowało. Świniobicie jednak było mi oszczędzone. Potem były ćwiartki, ostatnia w początkach lat 80. Razem z Pawłem Gembalem robiliśmy kiełbasę, kaszankę, salceson. Salceson był super, nieporównywalny z żadnym innym. Pamiętam też masarską działalność przed Bożym Narodzeniem 1970 roku, na Wybrzeżu działo się, co się działo, a ja tym razem z teściem w mieszkaniu przy Wojska Polskiego produkowaliśmy domowe wędliny, trochę na wszelki wypadek.

Ja najbardziej lubiłem wędzenie. Pamiętam, że ojciec przerobił starą pralkę na wędzarnię. Jakoś trzeba było sobie radzić w tamtych czasach. Jak się jadło swojską kiełbasę, szynkę marynowaną tygodniami, to się nie chce nawet popatrzeć na obecne wędliny. Ostatnią dobrą kiełbasę jadłem siedemnaście lat temu, na weselu kuzynki w centralnej Polsce.

Na psy wędliny zeszły, niewątpliwie. Bo nie sądzę, żeby to była tylko kwestia przyzwyczajenia. Powiedziałbym, że naprawdę dobre salami jadłem ostatni raz za czasów węgierskiego gulaszowego socjalizmu. Téliszalámi (zimowe salami) się nazywało. W ogóle tego nie wolno było z kraju bratanków wywozić, szmuglowaliśmy je pod maską Fiata 125, tam celnicy nie zaglądali. Przemyciłeś przez granicę kawałek kiełbasy, jaka to była radość i duma! W ogóle przeżywałem kiedyś okres fascynacji kuchnią węgierską – najpierw zdumiało mnie, że bigos można polewać gęstą śmietaną. Coś tam z tego zostało – zupa rybna, którą podpatrzyłem u Istvána Kovácsa, perkelt wołowy z węgierskimi galuszkami (nawet przywiozłem sobie z Węgier bardzo proste urządzenie do robienia tych klusek, coś w rodzaju tarki i szpachelki), zupa gulaszowa – parę razy w roku to robię. Lepsza niż w polskich knajpach, ale jednak nie taka ta zupa gulaszowa jak gotowana w ogrodzie w Balatonkenese w kociołku nad ogniskiem. Ja z kolei Kovácsa uczyłem pierogów ruskich i znowu średnio mi to wychodziło, bo wszystko ciut inne – mąka, jajka, biały ser, kartofle też inne. To była dla niego atrakcja w Polsce. I… śledzie. Wyobraź sobie, że śledzi na Węgrzech nie było. I zupy w proszku mu zawoziłem, biały barszcz, czerwony barszcz – firmy Amino czy Pudliszek.

Lubię rekonstruować coś, co za granicą mi smakowało. W Ołomuńcu parę lat temu jadłem pierwszy raz zupę czosnkową i utopence – marynowane parówki. Metodą dedukcji do tej zupy czosnkowej doszedłem, z utopencami była klapa. Mimo wszystko tego typu pamiątki z podróży lepiej się przeszczepiają niż rośliny. Z szyszek znad Bosforu kiedyś wykiełkowały mi sosenki, ale po pół roku padły. Paprykę czereśniową z Węgier udało mi się w ogródku zaimplantować.

A inne dziwnostki?

Z dziwnych – z dzisiejszego punktu widzenia – potraw pamiętam ser topiony
z kminkiem, zgliwiały biały ser rozpuszczało się z masłem na patelni, dosypywało kminku, potem wylewało do miski. Szynka – instytucka – a raczej jej resztki, które już straciły pierwszą świeżość, to ojciec je smażył, dolewał przecieru pomidorowego i śmietany. Parzona sałata, polewana słoniną ze skwarkami, niewiarygodne, jaką liczbę główek można było zutylizować w ciągu jednego obiadu. Zupa zacierkowa… Kuchnia w domu żony była trochę inna, teściowie pochodzili z kresów. Barszcz ukraiński teściowa, gdy gotowała, gotowała świetny, niech się ten na Ukrainie schowa, makowiec też nie z drożdżowego ciasta, a na kruchym spodzie. Tort czeski, coś w rodzaju stefanki…

Coś mi się zdaje, że Twoje sukcesy kulinarne są chyba jednak nieco większe aniżeli te sportowe. Mimo że w wierszach i prozie za wiele kiełbas, szczypiorków i pierogów nie ma.

Te motywy od czasu do czasu się pojawiają, ale nie tak często jak sportowe. Może trudniej jest smaki opisywać niż wysiłek fizyczny? A może jestem bardziej spełniony w kuchni niż na bieżni, korcie czy boisku? Pisząc recenzję o pierwszej części trylogii Marka Słyka, poszalałem, ale same tytuły tej trylogii do tego zachęcały (W barszczu przygód, W krupniku rozstrzygnięć, W rosole powikłań). Jest trochę tego w prozie (jakaś kartoflanka, omlety) i w wierszach (jakieś naleśniki, jakiś budyń, jakiś krupnik, jakieś kiełbasy, kabanosy, szynki – w „Świńskim wierszu” na przykład, pierogi też się gdzieś pojawiają i nawet kiełki oraz tort bezowy). À propos tego ostatniego. Mama miała parę popisowych numerów, na niektóre imieniny i specjalne okazje piekła tort makaronikowy…

 Chyba w jakimś przypisie w Daj mu tam, gdzie go nie ma podajesz ten przepis.

…na niektóre – latem – tort bezowy. Ostatni raz makaronikowy robiła, gdy już była bardzo chora, właściwie to chyba chciała nas nauczyć i chyba my się chcieliśmy nauczyć. Takie poczucie zobowiązania, że ten tort nie może umrzeć razem z nią. Przepis niby oczywisty, ale nikomu właściwie nie wychodził. Taki jest praco- i czasochłonny, że jak komuś się nie uda, to drugi raz do niego nie podchodzi. Za piątym razem uznaliśmy, że jest taki jak jej. Wyszedł Dzidce i Markowi. Ale miałem mówić o torcie bezowym, beza bezie nierówna, te cukierniane do domowych się nie umywają. Zaryzykuję takie porównanie – to jak dom z prefabrykatów i jak dom z cegły. Te domowe bezy oddychały, miały lekko kremowy kolor, miały pory, czasami trafiały się w nich lekko skarmelizowane gruzełki, nie przypominały krążków z gipsu…

To co, może zmiećmy to, co mamy na stole, i ruszmy w stronę barku?

Rozumiem, że chcesz mnie namówić na rozmowę o alkoholach? Nie mam nic przeciwko, ale boję się, że będzie krótka.

Zawsze wydawało mi się, że pociągałeś z niejednej piersiówki…

„Płynny owoc myśli technicznej i pracy rąk własnych”

To czego się napijemy?

Byle to nie był szampan. Więc tym samym i nie podróbki, musujące sangrie i tym podobne. Szampana – albo musujące wino – piję raz do roku, bo się nie ma co wygłupiać i odcinać od zwyczaju, że Nowy Rok się wita szampanem. Gdybym się zastanowił, skąd ta niechęć, to może bym doszedł do wniosku, że nie przepadam za tak zwanymi eleganckimi środowiskami (śmiech).

Może piosenki, w których się szampan pojawia, mnie do niego zniechęciły? To w każdym razie niechęć bardziej kulturowa niż uwarunkowana fizjologiczne. I byle to nie był sok z czarnej porzeczki – to już dość dziwne uwarunkowanie fizjologiczne, po soku z czarnej porzeczki natychmiast się pocę, w jednym określonym miejscu – pod oczami.

Z tymi środowiskami to wiele wyjaśnia. W końcu dowiedzieliśmy się, dlaczego od tylu lat trzymasz z Biurem Literackim (śmiech).

Między „eleganckim towarzystwem” a szemranym jest całe szerokie pasmo, w którym czuję się nieźle.

O ile mnie pamięć nie myli, to nasze pierwsze dwa spotkania umilaliśmy alkoholem. Szczególnie to drugie mam w pamięci. Pierwsze też, ale z pewnych względów wolę go tutaj nie przytaczać (śmiech). To było w maju 1997 roku. Siedzieliśmy w gabinecie Jacka Głomba w legnickim teatrze. Byłeś Ty, Beata Adamek, Andrzej Sosnowski i ja. Oglądaliśmy realizowane w poprzednim roku przez Jolę Kowalską programy o „barbarzyńcach i nie”. Wtedy też wymyśliliśmy nazwę „Fort Legnica”. Czy pamiętasz, co wtedy piliśmy?

Moja pamięć podsuwa mi obraz Ciebie jako osoby towarzyszącej, kogoś, kto wzorowo wywiązuje się z obowiązków gospodarza, uzupełnia, ale sam jest bardzo wstrzemięźliwy, jeśli chodzi o opróżnianie. To była jakaś francuska brandy, może camus, może napoleon. Mimo obecności Andrzeja to nie była whisky.

To był czas, gdy alkohol przywoziło się od naszych południowych sąsiadów, więc niechybnie musiał to być stock. Taki termin jak „mrówka” coś Ci mówi?

Różne rzeczy się przywoziło, będę się upierał przy swoim. Smak, pamiętam smak, to nie był smak stocka.

W każdym bądź razie nie piliśmy szampana (śmiech). A pamiętasz, co piłeś z Ginsbergiem? Na zdjęciach z nim wyglądasz na nieco… zmęczonego.

Spotkaliśmy się w nowojorskiej kawiarni o nazwie Habana, przed południem, i to było chyba piwo, ale jakie, nie pamiętam. Na pewno byłem zmęczony, ale nie z powodów, które delikatnie sugerujesz. To były czasy, kiedy mówiłem bardzo mało, a coś musiałem mówić, w dodatku w języku, który znałem raczej biernie.

A inne spotkania, czy zawsze trzymałeś fason?

Za granicą zawsze. Być może z jednym wyjątkiem, którego żona nie może mi darować do dziś. Ale ten wyjątek potwierdza zarazem regułę. W sytuacji zagrożenia, w obcym środowisku uruchamiają się jakieś rezerwy odpornościowe. Normalnie byś padł, a tu wszystko funkcjonuje jak trzeba, i głowa, i nogi. Kiedy lataliśmy na Węgry, wyjeżdżali po nas samochodem na Ferihegy koledzy z debreczyńskiego Alföldu, 220 kilometrów – i pracowaliśmy przez całą drogę. Ze trzy razy w życiu film mi się urwał, zawsze w domu, w poczuciu bezpieczeństwa. Ten wyjątek to Szwecja, wesele brata, wypiłem parę drinków, raz zatańczyłem i położono mnie spać. „To ja po to załatwiałam paszport, zostawiałam dziecko, tłukłam się pociągiem do Świnoujścia, potem promem, żebyś po pół godziny padł?”

Wróćmy więc może do porzeczek, czy to nie ich uprawą zajmował się Twój ojciec?

Posadziliśmy kilkaset krzaków w 1970 roku bodaj, o parę lat za późno, żeby były z tego jakieś pieniądze. Bo koniunktura, gdy zaczęły owocować, już się skończyła. Niechęć do soku nie ma z tym nic wspólnego. Gdyby miała, to by się też przeniosła na wino z czarnych porzeczek, a nie przeniosła.

No ale chyba starcza tych krzaczków na kilka litrów samogonu. Tak, ja dobrze pamiętam smak prezentu, jaki mi kiedyś sprawiłeś, bodaj przy okazji naszych pierwszych wojaży po Dolnym Śląsku. Czy jeszcze zdarza Ci się pędzić?

Arturze, co za słownictwo! Nigdy w odniesieniu do destylatu z wina nie użyłbym określenia „samogon”. Po tamtych krzakach zresztą nawet wspomnienie już nie zostało. Nie, nie zdarza, to przeszłość, jak stan wojenny – wtedy to miało szczególny urok, przeszłość, jak gra w brydża, jak gra w tenisa, że o koszykówce już nie wspomnę.

Bohdanie, to jak fachowo nazywa się taki samogonowy destylat?

Wspomniany już Andrzej, któremu nie tylko w tej dziedzinie można ufać, nazywał to moją brandy. Ja wymyśliłem sobie barokową, może manierystyczną nazwę, trochę nieporęczną ze względu na jej długość: „płynny owoc myśli technicznej i pracy rąk własnych”. Ta praca rąk własnych była w tej nazwie równie istotna, co jej pierwszy człon. Bo kryło się pod nią sadzenie porzeczek czy winogron i cała reszta. Kto by nazwał destylat z wytłoków winogronowych, czy mówiąc bardziej po prostu, z tego, co w balonie zostaje po ściągnięciu sklarowanego wina, samogonem? To po prostu grappa, sam Henryk Bereza tej nazwy używał, a grappa to jeden z jego ulubionych alkoholi.

No dobrze, skoro jesteśmy przy ulubionych, to jakim trunkiem goszczący Zadurę może mu sprawić radość?

To zabrzmi śmiesznie, ale to trochę zależy od tego, czym w danej chwili się zajmuję – jak dłubię w Węgrach, to gruszkową palinką – to wyjątkowo szlachetny trunek, niemal jak grappa; jak w Ukraińcach, to kieliszek czarnego nemiroffa czy smorodinówki byłby nie od rzeczy; przy tym pierwszym przydałyby się papryka i dobre téliszalámi, a przy tym drugim, nie, nie barszcz ukraiński, ale marynowana słonina. Nalewki mogą być solo: najlepsza pigwówka to u Marcina Świetlickiego i od Magdy Bożko; dereniówkę znam właściwie tylko swoją, o dereń nie tak łatwo, parę lat temu posadziłem w ogródku dwa, w zeszłym roku były pierwsze owoce.

Brandy?

Hiszpańskie veterano lub soberano. Dżin z tonikiem i limonką – czemu nie? Albo to samo plus białe wytrawne martini, specjalność Bogusława Wróblewskiego.

Wina?

Z winami to jest dość dziwnie, tokaj tak naprawdę smakował mi tylko w Tokaju, inne węgierskie wina też bezpośrednio z piwnicy, nie z butelek kupowanych w sklepie. Właściwie to wolę mocne alkohole w niewielkiej ilości. One jakby mobilizowały, te lżejsze jakby rozleniwiały, i fizycznie, i mentalnie.

Wódka?

Lubię większe kieliszki, dawkę uderzeniową – dwie pięćdziesiątki zamiast pięciu dwudziestek. Niby to samo, a jednak jest różnica. Najgorsza z czystych wódek, jaką pamiętam, nazywała się Baltic, z kartkowych czasów. Najlepszą pijałem u Berezy, on dopiero od nie tak znów dawna ma lodówkę, więc wódka o temperaturze pokojowej, która smakuje, musi być świetna. Ale jeśli masz sok ananasowy i lód, to poproszę raczej o to, co w Stanach nazywa się pinakolada.

O AUTORACH

Artur BURSZTA__biogram
Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.  

autorzy_leksykon_300x300_Zadura
Bohdan Zadura

Urodzony w 1945 roku. Poeta, prozaik, tłumacz i krytyk literacki. W 1969 roku ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1979 roku członek redakcji kwartalnika "Akcent", od jesieni 2004 roku redaktor naczelny "Twórczości", od lat 70. stały współpracownik "Literatury na Świecie". Otrzymał liczne nagrody literackie, m.in. im. Stanisława Piętaka (1994), im. Józefa Czechowicza (2010), Nagrodę Silesius w kategorii książka roku (2011), Kijowskie Laury (2010), węgierską Nagrodę im. Gábora Bethlena (2013), Międzynarodową Nagrodę Literacką im. H. Skoworody (2014). Jako poeta debiutował w 1962 roku na łamach dwutygodnika "Kamena"; uprawia też prozę i krytykę literacką oraz zajmuje się przekładami z języka angielskiego, białoruskiego, rosyjskiego, ukraińskiego i węgierskiego. Mieszka w Warszawie i Puławach.

powiązania

06_RECENZJE__Bohdan Zadura__Na wszelki wypadek

Na wszelki wypadek

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury opublikowany w cyklu prezentacji najciekawszych archiwalnych tekstów z dwudziestopięciolecia festiwalu Stacja Literatura.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Filip Łobodziński__Poza czasem, poza stylem

Poza czasem, poza stylem

wywiady / O KSIĄŻCE Aleksandra Olszewska Artur Burszta Filip Łobodziński

Rozmowa Artura Burszty i Oli Olszewskiej z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca wydaniu książki Patti Smith Nie gódź się, która ukazała się w Biurze Literackim 18 lutego 2019 roku.

WIĘCEJ
18_NAGRANIA__Artur Burszta__Kto za tym stoi

Kto za tym stoi

nagrania / Stacja Literatura Aleksandra Grzemska Aleksandra Olszewska Artur Burszta Dawid Mateusz Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Spotkanie z organizatorami festiwalu Stacja Literatura 23, w którym udział wzięli Damian Banasz, Artur Burszta, Mateusz Grzegorzewski, Aleksandra Grzemska, Polina Justowa, Dawid Mateusz, Mina, Joanna Mueller, Aleksandra Olszewska, Tomasz Piechnik, Juliusz Pielichowski, Magdalena Rigamonti i Maksymilian Rigamonti.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Marta Podgornik__Mordercze rozmowy__FINAL

Mordercze rozmowy

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Marta Podgórnik

Rozmowa Artura Burszty z Martą Podgórnik, towarzysząca wydaniu książki Mordercze ballady, która ukazała się w Biurze Literackim 7 stycznia 2019 roku.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Redakcja_BL__O tym jak „zadziała się” wspólnota

O tym, jak „zadziała się” wspólnota

wywiady / O PISANIU Aleksandra Grzemska Aleksandra Olszewska Artur Burszta Dawid Mateusz Joanna Mueller Juliusz Pielichowski

Dyskusja redakcji Biura Literackiego z udziałem: Aleksandry Grzemskiej, Dawida Mateusza, Joanny Mueller, Aleksandry Olszewskiej, Juliusza Pielichowskiego i Artura Burszty na temat festiwalu Stacja Literatura 23.

WIĘCEJ
04_RECENZJE__Bohdan ZADURA__Poezja z nagrodami Nocne życie

Poezja z nagrodami: Nocne życie

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Bohdan Zadura odpowiada na pytania w ankiecie dotyczącej książki Nocne życie, wydanej w wersji elektronicznej w Biurze Literackim 11 lipca 2018 roku. Książka ukazuje się w ramach akcji „Poezja z nagrodami”.

WIĘCEJ
19_DZWIEKI__Bohdan ZADURA _Trampolina

Trampolina

dzwieki / RECYTACJE Bohdan Zadura

Wiersz z tomu Wszystko, zarejestrowany podczas spotkania „Wszystko gubione” na festiwalu Port Wrocław 2009.

WIĘCEJ
01_WYWIADY__Bohdan ZADURA__Kraj nieograniczonych możliwości

Kraj nieograniczonych możliwości

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura Dawid Mateusz

Rozmowa Dawida Mateusza z Bohdanem Zadurą, towarzysząca premierze książki Po szkodzie, wydanej nakładem Biura Literackiego 26 lutego 2018 roku.

WIĘCEJ
17_DZWIEKI__Bohdan ZADURA__Australian Open

Australian Open

dzwieki / RECYTACJE Bohdan Zadura

Wiersz zarejestrowany podczas spotkania „Wiersze z gazet” na festiwalu Port Wrocław 2015.

WIĘCEJ
02_WYWIADY__Maja-PFLÜGER__Mecenat-dla-literatury-Maja-Pflüger

Mecenat dla literatury: Maja Pflüger

wywiady / O PISANIU Artur Burszta Maja Pflüger

Rozmowa Artura Burszty z Mają Pflüger. Prezentacja w ramach cyklu „Mecenat dla literatury”.

WIĘCEJ
02_WYWIADY__-Biagio-GUERRA__Mecenat-dla-literatury-Biagio-Guerra

Mecenat dla literatury: Bagio Guerra

wywiady / O PISANIU Artur Burszta Bagio Guerra

Rozmowa Artura Burszty z Biagio Guerra. Prezentacja w ramach cyklu „Mecenat dla literatury”.

WIĘCEJ
WYWIADY_Mecenat-dla-literatury-Ryan-Van-Winkle

Mecenat dla literatury: Ryan Van Winkle

wywiady / O PISANIU Artur Burszta Ryan van Winkle

Na pytania z ankiety Artura Burszty odpowiadają uczestnicy 2. Europejskiego Forum Literackiego, które pod hasłem „Mecenat dla literatury” odbędzie się 8 i 9 września w ramach Stacji Literatura 22 w Stroniu Śląskim.

WIĘCEJ
WYWIADY_Mecenat-dla-literatury-Urszula-Chwalba

Mecenat dla literatury: Urszula Chwalba

wywiady / O PISANIU Artur Burszta Urszula Chwalba

Na pytania z ankiety Artura Burszty odpowiadają uczestnicy 2. Europejskiego Forum Literackiego, które pod hasłem „Mecenat dla literatury” odbędzie się 8 i 9 września w ramach Stacji Literatura 22 w Stroniu Śląskim.

WIĘCEJ
NAGRANIA__Nakrec_wiersz_z_Polowu_2015

Nakręć wiersz z Połowu

nagrania / Z Fortu do Portu Artur Burszta Joanna Mueller

Zapis spotkania autorskiego z laureatami konkursu „Nakręć wiersz” w ramach 20. edycji festiwalu Port Literacki 2015.

WIĘCEJ
NAGRANIA__Spoznieni_spiewacy

Spóźnieni śpiewacy

nagrania / Między wierszami Artur Burszta Jolanta Kowalska Maurice Blanchot Philip Larkin Raymond Roussel Ronald Firbank Wallace Stevens William Carlos Williams

Tłumacze opowiadają o książkach Żółte popołudnie Wallace’a Stevensa, Tomasz Mroczny. Szaleństwo dnia Maurice’a Blanchota oraz Dokumenty mające służyć za kanwę Raymonda Roussela. Nagranie zrealizowano podczas festiwalu Port Wrocław 2009

WIĘCEJ
Kolektyw_krytyczny__Miedzy_wierszami__Miedzy_nami_2009__Barbarzyncy_czy_nie

Dyskusja „Barbarzyńcy czy nie. Dwadzieścia lat po przełomie”

nagrania / Między wierszami Bohdan Zadura Darek Foks Dariusz Nowacki Justyna Sobolewska Krzysztof Jaworski Piotr Czerniawski Piotr Śliwiński Roman Honet

Port Wrocław 2009: wypowiedzi Dariusza Nowackiego, Piotra Śliwińskiego, Justyny Sobolewskiej, Piotra Czerniawskiego, Darka Foksa, Krzysztofa Jaworskiego, Bohdana Zadury, Romana Honeta.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Dyskusja_Poeci_a_ikonosfera

Dyskusja „Poeci a ikonosfera współczesności”

nagrania / Z Fortu do Portu Adam Wiedemann Andrzej Sosnowski Bohdan Zadura Krzysztof Siwczyk Marcin Świetlicki

Krzysztof Siwczyk, Marcin Świetlicki, Andrzej Sosnowski, Adam Wiedemann i Bohdan Zadura spierają się o ikonosferę współczesności. Port Legnica 2002.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Wiersze_z_gazet

Wiersze z gazet

nagrania / Z Fortu do Portu Bohdan Zadura Ryszard Krynicki Zbigniew Machej

Zapis spotkania autorskiego „Wiersze z gazet” z Ryszardem Krynickim, Zbigniewem Machejem i Bohdanem Zadurą 20. festiwalu literackiego Port Wrocław 2015.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Masc_przeciw_poezji

Maść przeciw poezji

nagrania / Między wierszami Bohdan Zadura Grzegorz Jankowicz Leszek Engelking

Prezentacja antologii Leszka Engelkinga Maść przeciw poezji. Przekłady z poezji czeskiej. Książkę komentują Grzegorz Jankowicz, Bohdan Zadura oraz tłumacz. Wiersze Jaroslava Vrchlickiego „Śpiąca Praga” i „Venus Verticordia” we własnej aranżacji muzycznej wykonuje Sambor Dudziński.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Dyskusja_Co_to_jest_barbarzynstwo

Dyskusja „Co to jest barbarzyństwo w poezji?”

nagrania / Między wierszami Adam Wiedemann Bohdan Zadura Darek Foks Tadeusz Pióro

Mityczne pytanie o klasycystów i barbarzyńców zadane Darkowi Foksowi, Tadeuszowi Piórze, Adamowi Wiedemannowi i Bohdanowi Zadurze.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Wszystko

Wszystko

nagrania / Między wierszami Bohdan Zadura Marcin Świetlicki

W rejs z Bohdanem Zadurą wyruszyli Marta Podgórnik i Krzysztof Siwczyk. Filmowa etiuda do wiersza „Z czego wyrosłem” w reżyserii Anny Jadowskiej.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Dyskusja_Opozycja_poeta_i_narod

Dyskusja „Opozycja Poeta i naród”

nagrania / Z Fortu do Portu Bohdan Zadura Marcin Świetlicki

Czy istnieje opozycja „poeta i naród”? Czego literat może potrzebować od społeczeństwa (i odwrotnie)? Mówią Bohdan Zadura i Marcin Świetlicki, Port Legnica 2002.

WIĘCEJ
NAGRANIA_Czy_poezja-moze_zmienic_swiat

Dyskusja „Czy poezja może zmienić świat?”

nagrania / Między wierszami Anna Podczaszy Bohdan Zadura Jerzy Jarniewicz Krzysztof Siwczyk Tomasz Broda Zbigniew Machej

Krzysztof Siwczyk, Anna Podczaszy, Bohdan Zadura, Jerzy Jarniewicz, Zbigniew Machej oraz Tomasz Broda o tym, czy poezja to próba „dania w pysk światu”, czy może jego zmiany?

WIĘCEJ
NAGRANIA_Dyskusja_slowa

Dyskusja „Słowa ujemne poetycko”

nagrania / Między wierszami Bohdan Zadura Krzysztof Siwczyk Marcin Świetlicki Zbigniew Machej

Zbigniew Machej, Krzysztof Siwczyk, Marcin Świetlicki i Bohdan Zadura zastanawiają się, czy istnieją słowa o ujemnym potencjale poetyckim. Port Legnica 2002.

WIĘCEJ
WYWIADY_Roman-Honet_1

Kobieta, muzyka, liryka i pies

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Roman Honet

Rozmowa Artura Burszty z Romanem Honetem, towarzysząca premierze książki rozmowa trwa dalej, wydanej w Biurze Literackiem 8 marca 2016 roku.

WIĘCEJ
NAGRANIA_100_wierszy_polskich

100 wierszy polskich stosownej długości

nagrania / Z Fortu do Portu Artur Burszta

Zapis spotkania „100 wierszy polskich stosownej długości” podczas festiwalu Port Literacki 2015.

WIĘCEJ
RECENZJE_Komentarze_Bohdan_Zadura_Who is who

Who is who

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury w ramach cyklu „Historia jednego wiersza”, towarzyszący premierze książki Już otwarte, wydanej w Biurze Literackim 25 stycznia 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_O_ksiazce_Bohdan_Zadura_Kto nie ma wisiec

Kto ma wisieć, nie utonie

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura Monika Brągiel

Rozmowa Moniki Brągiel z Bohdanem Zadurą, towarzysząca premierze książki Już otwarte, wydanej w Biurze Literackim 25 stycznia 2016 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Sposoby-na-zsniecie_4

Rozmowa o książce Sposoby na zaśnięcie

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Podczaszy Bohdan Zadura Filip Zawada Jerzy Jarniewicz Joanna Mueller Marianna Sztyma Tomasz Broda Zbigniew Machej

Dzieci zadają pytania autorom i autorkom książki Sposoby na zaśnięcie, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 13 lipca 2015 roku.

WIĘCEJ
DEBATY_Mikolaj_Borkowski_Za-pewne-wiersze

Mały literacki projekt

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Arturem Bursztą, autorem wyboru wierszy w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 23 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Zeby-uwaznie-przeczytac-to

„Żeby uważnie przeczytać to, co w obcym języku mi się spodobało”

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura Miłosz Waligórski

Z Bohdanem Zadurą, tłumaczem Tragedii człowieka Imre Madácha, rozmawia Miłosz Waligórski.

WIĘCEJ
DZWIEKI_Bohdan_Zadura_Zgryz

Zgryz

dzwieki / RECYTACJE Bohdan Zadura

Wiersz z tomu Wszystko, zarejestrowany podczas spotkania „Wszystko gubione” na festiwalu Port Wrocław 2009.

WIĘCEJ
ROZNE_Bohdan_Zadura_Kropka-nad-i

Komentarz do wiersza "Hotel Ukraina"

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury w ramach cyklu „Historia jednego wiersza”, towarzyszący premierze książki Kropka nad i, która ukazała się w Biurze Literackim 22 września 2015 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Kropka-nad-i

Tylko nie mów, że była bez

wywiady / O PISANIU Bohdan Zadura Darek Foks

Rozmowa Darka Foksa z Bohdanem Zadurą o jego nowej książce Kropka nad i, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 22 września 2014 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Klasyk-na-luzie

Emeryt młodym

recenzje / IMPRESJE Bohdan Zadura

Esej Mai Staśko towarzyszący premierze książki Klasyk na luzie Bohdana Zadury.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Egzotyczne-ptaki

Trzeci nurt

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Jurij Andruchowycz

Rozmowa Artura Burszty z Jurijem Andruchowyczem, towarzysząca premierze książki BEgzotyczne ptaki i rośliny, wydanej w Biurze Literackim 3 marca 2007 roku.

WIĘCEJ
RECENZJA_Bohdan_Zadura_Zmartwychwstanie-ptaszka

Ius primae noctis

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury do wiersza Ius primae noctis z książki Zmartychwstanie ptaszka, która ukazała się 17 maja 2012 roku nakładem Biura Literackiego.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Logika-snu

Logika snu wymusza wiekszą precyzję

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura Malwina Mus

Z Bohdanem Zadurą o książce Zmartwychwstanie ptaszka rozmawia Malwina Mus.

WIĘCEJ
RECENZJA_Bohdan_Zadura_Klasyk-na-luzie

Dwa akapity przy okazji

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury do książki Klasyk na luzie, wydanej nakładem Biura Literackiego 15 września 2011 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Poeta-metafizyczny

Poeta metafizyczny

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura

Z Bohdanem Zadurą o książce Psalmy i inne wiersze Tadeusz Nowak rozmawiają Michał Raińczuk i Katarzyna Lisowska.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Rozne-miary-czasu

Różne miary czasu

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura

Z Bohdanem Zadurą o książce Szkice, recenzje, felietony rozmawia Anna Krzywania.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Historie-wazne-i-niewazne

Jestem takim zajączkiem…

wywiady / O KSIĄŻCE Andrij Bondar Bohdan Zadura

Z Andrijem Bondarem o książce Historie ważne i nieważne rozmawia Bohdan Zadura.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Nocne-zycie

Barbarzyńca w parku

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura Jarosław Borowiec

Z Bohdanem Zadurą o książce Nocne życie rozmawia Jarosław Borowiec.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Nocne-zycie

Do pełnego szczęścia zabrakło dziewięciu centymetrów

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury do wiersza Biały anioł z książki Nocne życie, wydanej nakładem Biura Literackiego 21 października 2010 roku.

WIĘCEJ
34_Barbarzyńcy_czy_nie_Dwadzieścia_lat_po_przełomie_grafika_debaty

Skaczemy po górach, czyli rysowanie grubą kreską najważniejszych punktów odniesienia

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Adam Poprawa Artur Burszta Bartosz Sadulski Grzegorz Jankowicz Paweł Kaczmarski Piotr Czerniawski Przemysław Witkowski

Głosy Artura Burszty, Piotra Czerniawskiego, Grzegorza Jankowicza, Pawła Kaczmarskiego, Adama Poprawy, Bartosza Sadulskiego i Przemysława Witkowskiego w debacie „Barbarzyńcy czy nie? Dwadzieścia lat po ‚przełomie'”.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Rozne-miary-czasu

BEZ KOMENTARZA

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury towarzyszący premierze książki Wszystko, która ukazała się w Biurze Literackim 1 września 2008 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Bohdan_Zadura_Wiersze-zawsze-sa-wolne

Przedmowa do pierwszego wydania i Dopowiedzenie

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Przedmowa Bohdana Zadury do pierwszego wydania antologii poezji ukraińskiej Wiersze zawsze są wolne, wydanej nakładem Biura Literackiego.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Poeta-metafizyczny

Przygoda wciąż trwa

wywiady / O KSIĄŻCE Bohdan Zadura

Rozmowa Anny Krzywani z Bohdanem Zadurą, towarzysząca wydaniu w Biurze Literackim antologii Węgierskie lato.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Dusze-monet

Kryptoreklama korespondencyjnego kursu szybkiego czytania

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Krzysztof Jaworski

Rozmowa Artura Burszty z Krzysztofem Jaworskim, towarzysząca premierze książki Dusze monet, wydanej w Biurze Literackim 29 stycznia 2007 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Biala-Afryka

Zgodnie z rytmem obcego świata

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Bartłomiej Majzel

Rozmowa Artura Burszty z Bartłomiejem Majzlem, towarzysząca premierze książki Biała Afryka, wydanej w Biurze Literackim 16 stycznia 2006 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Mowi-Karpowicz

Apetyt na Karpowicza

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Mirosław Spychalski

Rozmowa Artura Burszty z Mirosławem Spychalskim, towarzysząca premierze książki Mówi Karpowicz, wydanej w Biurze Literackim 11 listopada 2005 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Ani-mi-sie-sni

Nieprzyzwoite skupienie na sobie

wywiady / O KSIĄŻCE Agnieszka Wolny-Hamkało Artur Burszta

Rozmowa Artura Burszty z Agnieszką Wolny-Hamkało, towarzysząca premierze książki Ani mi się śni, wydanej w Biurze Literackim 19 października 2005 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Oranzada

Cały ten świat oranżady

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Jerzy Jarniewicz

Rozmowa Artura Burszty z Jerzym Jarniewiczem, towarzysząca premierze książki Oranżada, wydanej w Biurze Literackim 28 września 2005 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Logika-snu

Przypisy

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury towarzyszący premierze książki Wiersze zebrane (tom 1), wydanej w Biurze Literackim 18 maja 2005 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura_Rozne-miary-czasu

Och, nie, No, tak

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury towarzyszący premierze książki Ptasia grypa, wydanej w Biurze Literackim w 2002 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Bohdan_Zadura

Komentarze Bohdana Zadury do wierszy z książki „Kopiec kreta”

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury do wierszy z książki Kopiec kreta, wydanej w Biurze Literackim w 2004 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura

Prawdę mówiąc

wywiady / O KSIĄŻCE Andrzej Sosnowski Bohdan Zadura

Rozmowa Andrzeja Sosnowskiego z Bohdanem Zadurą, towarzysząca premierze książki Klasyk na luzie. Rozmowy z Bohdanem Zadurą, wydanej w Biurze Literackim 15 września 2011 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Klasyk-na-luzie

Zadura wielokrotny

recenzje / ESEJE Marcin Skrzypczak

Recenzja Marcin Skrzypczak z książki Klasyk na luzie Bohdana Zadury, która ukazała się 12 października 2011 roku na łamach e-czaskultury.pl.

WIĘCEJ
RECENZJE_Klasyk-na-luzie

Emeryt młodym

recenzje / IMPRESJE Bohdan Zadura

Esej Mai Staśko towarzyszący premierze książki Klasyk na luzie Bohdana Zadury.

WIĘCEJ
RECENZJA_Bohdan_Zadura_Klasyk-na-luzie

Dwa akapity przy okazji

recenzje / KOMENTARZE Bohdan Zadura

Autorski komentarz Bohdana Zadury do książki Klasyk na luzie, wydanej nakładem Biura Literackiego 15 września 2011 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Klasyk-na-luzie

Łagodne monstrum

recenzje / ESEJE Andrij Bondar

Recenzja Andrija Bondara z książki Klasyk na luzie Bohdana Zadury.

WIĘCEJ
WYWIADY_Bohdan_Zadura

Prawdę mówiąc

wywiady / O KSIĄŻCE Andrzej Sosnowski Bohdan Zadura

Rozmowa Andrzeja Sosnowskiego z Bohdanem Zadurą, towarzysząca premierze książki Klasyk na luzie. Rozmowy z Bohdanem Zadurą, wydanej w Biurze Literackim 15 września 2011 roku.

WIĘCEJ
17_DZWIEKI__Bohdan ZADURA__Australian Open

Australian Open

dzwieki / RECYTACJE Bohdan Zadura

Wiersz zarejestrowany podczas spotkania „Wiersze z gazet” na festiwalu Port Wrocław 2015.

WIĘCEJ
RECENZJE_Impresje_Eseje_Bohdan_Zadura_Wielkie zamkniecie

Wielkie zamknięcie

recenzje / ESEJE Ilona Podlecka

Recenzja Ilony Podleckiej towarzysząca premierze książki Już otwarte Bohdana Zadury, wydanej w Biurze Literackim 25 stycznia 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Wegierskie-lato

Węgierskie lato. Przekłady z poetów węgierskich

recenzje / ESEJE Krzysztof Varga

Recenzja Krzysztofa Vargi z książki Węgierskie lato. Przekłady z poetów węgierskich w przekładzie Bohdana Zadury, która ukazała się 4 maja 2010 roku na łamach „Gazety Wyborczej”.

WIĘCEJ